Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyczny western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyczny western. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 września 2018

Cimarron - 1931r.


Cimarron to perła w koronie westernowego okresu pre-code. Film, który rozmachem pozostawia w tyle inne pozycje, ale też z założenia przyjmuje rolę lidera epoki i bierze na siebie odpowiedzialność za pokazanie klasycznego amerykańskiego mitu w najczystszej formie. Tylko trzy westerny otrzymały Nagrodę Akademii za „Najlepszy Film”. Patrząc wstecz w tym gronie znalazły się takie tuzy jak Bez przebaczenia (Unforgiven) Clinta Eastwooda z 1992r, Tańczący z wilkami (Dances With Wolves) Kevina Costnera z 1990r. i właśnie Cimarron Wesleya Rugglesa z 1931r. W miarę upływających lat, a przecież od wyprodukowania minęło już niemal dziewięć dekad, widzom coraz trudniej jest zdobyć się na obiektywną ocenę. Także percepcja sztuki filmowej zmieniła się od tamtego czasu diametralnie. Dla niektórych jest nudno, dla innych niewyraźnie, jeszcze dla innych patetycznie. Ja poniżej postaram się zapomnieć o percepcji, zdylatować czas i w kilku zwięzłych akapitach wyjaśnić, dlaczego Cimarron zasługuje na oklaski.
         To nie jest tradycyjny western. To nakręcona na podstawie powieści Edny Ferbes saga, której początek sięga okresu zmierzchu dzikiego zachodu, a koniec zahacza o późne lata 20’te dwudziestego wieku, czyli nowoczesność. Dostajemy tym samym czterdziestoletni przekrój działań kilku pokoleń, a jednocześnie wizję historii ujarzmiania ostatniego stanu Ameryki – Oklahomy. Tam, gdzie salwa z karabinów kawalerii rozpoczęła ostatnią sekwencję westernu Synowie Prerii (Tumbleweeds) z 1925r., ta sama scena gonitwy po ziemię Indian Cherokee zapoczątkowała przygodę pionierów z Cimarrona. Stała się też powodem do wyjazdu na zachód dla Yancey'a i Sabry Cravatów oraz ich synka Cimarrona.
         No właśnie, zanim przejdę do głównego przekazu filmu, warto byłoby poświęcić chwilę tytułowi. Cimarron to słowo z języka hiszpańskiego, które w czasach kolonialnych oznaczało zbiegłych niewolników – takich, których nie dało się poskromić. Z kolei w amerykańskiej gwarze używa się go do określenia osoby dzikiej, nie mogącej usiedzieć na miejscu, nie do powstrzymania i okiełznania. Taką osobą w filmie jest Yancey i to właśnie on jest tytułowym Cimarronem.
         
         (Będzie trochę spoilerów w tym akapicie). Wokół działań głównego bohatera zbudowany jest przekaz filmu. Yancey Cravat (w tej roli rewelacyjny Richard Dix) to „wieczny pionier”. Przybywa do Oklahomy z pustymi rękami, chcąc publikować gazetę „Oklahoma Wigwam”. Szybko daje się poznać jako obywatel prawy, odważny i przedsiębiorczy, nie bojący się wziąć odpowiedzialności za życie, bezpieczeństwo i rozwój lokalnej społeczności. Z biegiem czasu zdobywa szacunek i posłuch, zapewniając rodzinie i przyjaciołom wysoki status społeczny. Ma niestety pewną słabość hamującą jego prywatną karierę. Zamiast wygodnego fotela i zarządzania zdobytym majątkiem, on woli wyjazdy. A to gdy otwarto kolejne połacie ziemi do zdobycia, a to na wojnę z Hiszpanią, a to by uczestniczyć w budowie potęg nafciarskich. Napędza siłę narodu, dobrobyt lokalnych społeczności i pozycję własnej rodziny, rzadko będąc obecnym w miejscu, gdzie wszyscy chcieliby go widzieć. Gdy Yancey usuwa z miasta bandytów – beneficjentem tych działań zostaje młody żydowski handlarz-popychadło Sol Levy (świetny George E. Stone), który po latach buduje prężną firmę odzieżową. Gdy Yancey zakłada gazetę – beneficjentem tego faktu staje się jego żona Sabra (Irene Dunne). Podczas nieobecności męża wyrasta na wpływową kobietę. Gdy Yancey walczy o prawa Indian – beneficjentem tych działań jest jego syn Cim (Don Dillaway), który wbrew wszystkim żeni się z indiańską służącą. Rolę głównego bohatera najlepiej oddaje cytat Sola Levego:


„Tacy jak on budują miasta, a tacy jak my przybywają, by w nich mieszkać i pracować.”


I niech powyższe słowa pozostaną kwintesencją tego przekazu symbolizowanego postacią graną przez Richarda Dixa. Bo choć w filmie odsłonięty zostaje pomnik pioniera uzbrojonego w karabin, trzymającego za rękę ciemiężonego Indianina, to prawda jest taka, że największym pomnikiem jego działań są rosnące wokół drapacze chmur i fortuny. Część tego przekazu pojawiła się już w innym arcydziele pre-code. Myślę tu o Drodze Olbrzymów (The Big Trail) Raoula Walsha. Z kolei umiejętnym podsumowaniem takiej tematyki podzieliło się z widzami konsorcjum klasyków w Jak zdobywano dziki zachód (How the West was Won) z 1962r., które samo w sobie jest pomnikiem amerykańskich pionierów.
         Powieści nie czytałem, więc nie wiem jak było w literackim oryginale, ale w 1960r. Anthony Mann nakręcił remake Cimarrona (lub jak kto woli – nową adaptację). Pozmieniał kilka szczegółów fabularnych, które rzutują na postrzeganie głównego bohatera, dodając mu więcej praworządności i krystaliczności. Widać to najlepiej w scenie śmierci Kida (William Collier Jr.), którego Yancey grany przez Dixa zabija osobiście. U Manna, podczas sceny w szkole, gdzie zabarykadowali się młodzi bandyci, dochodzi do sprzeczki między nimi, a Kid (grany tam przez Russa Tumblyna) ginie od kuli kompana. Chwilę później Yancey grany przez Glenna Forda zabija zabójcę. I w jednym i w drugim przypadku głównego bohatera dręczą wyrzuty sumienia. Różnica polega na tym, że Richard Dix żałuje, że zamordował syna starego przyjaciela, a Glenn Ford, że nie potrafił go właściwie poprowadzić czy nawet wychować. Przekaz Mann'a jest więc łagodniejszy w porównaniu do bezkompromisowej wizji Ruggles'a. I to jest namacalna różnica między epoką pre-code, a późną klasyką.
         Poza głównym przekazem Cimarron stanowi kopalnię filmowych i westernowych diamentów. Jak to bywało w epoce niemej i pre-code, poprawność polityczna jest tu odwrócona do góry nogami. Gdy wymaga tego przekaz, reżyser uwypukla ideologię praw mniejszości indiańskiej. Z drugiej strony nie wstydzi się sceny obiadu, gdzie zamożna Biała rodzina odbywa dyskusję, wachlowana przez zwisającego z sufitu murzyńskiego chłopca (Eugene Jackson). W filmie jest fantastyczna scenografia, w której nie sposób doszukać się mankamentów, a drugi i trzeci plan kadrowanych scen to ścisła czołówka w historii westernu. Reżyser zadbał o najdrobniejsze szczegóły, które potrafią oderwać widza od wiekopomnych rozmyślań i wywołać uśmiech na twarzy. Jak choćby scena nacinania kolejnej kreski na rewolwerze po zastrzeleniu bandyty. Sam sposób chowania rewolwerów przez Cravata jest świetny – różni się od tego „niemego” w stylu Williama S. Harta czyli łapania broni wpół, ale jest też inny niż spektakularne obroty znane z późniejszych obrazów. Yancey najpierw kładzie lufę na boku kabury, a następnie wsuwa do środka rewolwer. Co ciekawe u Anthony Mann'a główny bohater posługuje się już tylko karabinem.
         Max Steiner to kompozytor, którego fanom westernu chyba nie trzeba przedstawiać? Wystarczy odświeżyć sobie najlepsze filmy Raoula Walsha. W Cimarronie umiejętnie zagrał na emocjach widza melodiami z otwarcia i ze sceny bankietu kongresowego pod koniec filmu. Mimo iż nie narzuca się uszom w trakcie wydarzeń fabularnych, w tamtych dwóch momentach wychyla się zza kurtyny, by puścić publiczności oczko. Tym niemniej przyznaje bez bicia, że dźwięk i partytury z wersji z 1960r. autorstwa Franza Waxmana bardziej mi się podobały.
         Kurczę, to jest właśnie ten rodzaj kina, o którym mogę pisać i pisać. Czas jednak kończyć, bo przecież jeśli komuś zechce się dowiedzieć więcej, to po prostu sięgnie po Cimarrona by przekonać się o tym wszystkim na własne oczy i wyrobić sobie własną opinię. Ja tymczasem spróbuję poszukać powieści, bo opowiedziana w niej historia jest piekielnie ciekawa. Polecam.




wtorek, 11 września 2018

Droga do Yellow Sky (Yellow Sky) - 1948r.


William A. Wellman gościł już na łamach westernowego bloga, bo na koncie ma kilka wyśmienitych filmów o dzikim zachodzie. Należy jednak dodać, że nie był reżyserem stricte westernowym, a raczej uniwersalnym. Karierę, najpierw przed a potem za kamerą, zaczynał w czasach kina niemego, a dzieło Skrzydła (Wings) z 1927r., które wyreżyserował, zdobyło pierwszą w historii nagrodę Akademii za najlepszy film. Sam Wellman nigdy Oscara nie dostał, ale był trzykrotnie nominowany, choć ani razu za western. Tym niemniej obrazy Pana Williama zwykle nie zawodzą, dlatego dziś kolejna odsłona jego twórczości w postaci westernu Droga do Yellow Sky (Yellow Sky) z 1948r.
               Banda Stretcha (wyborny Gregory Peck) napada na bank. Jedyną drogą ucieczki przed pościgiem są nieprzebyte słone pustkowia, gdzie bandyci się gubią. Szybko też kończy im się woda. Bliscy śmierci trafiają do wymarłego miasteczka o nazwie Yellow Sky, w którym mieszkają tylko dwie osoby: starzec (James Barton) i jego wnuczka Mike (niezła Anne Baxter). Ocaleni zamierzają zostać w mieście kilka dni, żeby odbudować siły, a następnie ruszyć dalej. Pośród nich jest jednak Dude (świetny Richard Widmark) – elegancko ubrany i przebiegły jak lis kanciarz, który odkrywa, że Mike i jej dziadek skrywają pewien sekret. Odkrycie tajemnicy oraz rodzące się uczucie między Stretchem i dziewczyną doprowadzają do konfliktu.
              Nie przypadło mi do gustu polskie tłumaczenie tytułu. Nazwa filmu to Yellow Sky – a pierwszy człon czyli „Droga do” ani nie ma nic wspólnego z oryginalnym tytułem, ani nie ma większego znaczenia fabularnego. Nie jest to bynajmniej film drogi czy western pionierski, choć oczywiście bohaterowie jakąś drogę pokonać musieli, zanim do tytułowego Yellow Sky dotarli. Może to być dla niektórych mylące, bo nastój filmu i symbolika postaci są zupełnie odmienne i zawierają w sobie cechy filmu noir, a nawet westernu psychologicznego. Podobnie więc jak wcześniejszy film kowbojski Wellmana pt. Zdarzenie w Ox-Bow (The Ox-Bow Incident) z 1943r. tak i Yellow Sky jest niełatwe do zaszufladkowania.
              Film ma świetne zdjęcia, klimatyczną atmosferę i wyborny scenariusz oparty na niepublikowanej powieści W.H. Burnetta - autora znanego z popularnych czarnych kryminałów jak choćby zekranizowanego przez Raoula Walsha w 1941r. High Sierra. Fabularnie jest tu też blisko do nakręconego dużo później westernu Przedsionek piekła (Purgatory) z 1999r. w reżyserii Uli Edela, gdzie bandyci po napadzie na bank też gubią się na pustyni, a następnie trafiają do tajemniczego miasteczka. Zagubieni i przymierający głodem na pustkowiu? Hmm… gdzieś z tyłu głowy włącza się mały przycisk z napisem Trzech ojców chrzestnych (Hell’s Heroes).
Upiorna atmosfer miasta i dwójki jego rezydentów, czyli starca i młodej dziewczyny, pchają niektórych do porównań Yellow Sky nie tyle z filmami czy powieściami, co z shakespearowskim poematem Burza (The Tempest). Ponoć Burnett miał w jakimś stopniu inspirować się tamtą historią. Postanowiłem więc przeczytać ten utwór, a nawet zaliczyć słuchowisko i stwierdzam, że trudno mi dostrzec przekaz podobny do dzieła siedemnastowiecznego poety. Owszem, puste miasto mogłoby robić za wyspę, Mike i jej dziadek mogliby odwzorowywać Mirandę i czarnoksiężnika Prospero, a Stretch ewentualnie księcia Ferdynanda. Ale cała reszta już nie pasuje do Burzy, gdzie głównym wątkiem była mistyfikacja mająca na celu doprowadzenie do odzyskania tronu przez prawowitego władcę Mediolanu za pomocą magicznych sztuczek, duchów itp. Ilość istotnych postaci i ich symboliki też jest zupełnie inna.

             Interpretacje interpretacjami, ale moją uwagę zwróciło kilka nowatorskich scen i ujęć, które inspirowały późniejszych twórców. Jedną z nich jest kadrowanie przez gwintowaną lufę winchestera Mike – podobny trik miał Samuel Fuller w Czterdziestu rewolwerach (Forty Guns) z 1957r. Nie wspominając już serii filmów o Jamesie Bondzie, gdzie o ten motyw wzbogacono czołówkę. Inną ciekawostką jest scena kulminacyjna, w której Stretch pojedynkuje się z dwoma ex-podwładnymi. Tylko że akcja toczy się za zamkniętymi drzwiami; możemy jedynie słuchać wystrzałów. W pewnej amerykańskiej recenzji przeczytałem ciekawe porównanie tej sceny do strzelaniny otwarcia z filmu Sergio Leone Dobry, Zły i Brzydki (The Good, The Bad and The Ugly) z 1966r. Odświeżyłem go sobie i faktycznie, tam trójka najemników wbiega do salonu po Tuco, a kamera zamiast ich śledzić zmierza w stronę okna, przez które po chwili wyskakuje postać grana przez Eli Wallacha. Co jeszcze? Włoscy reżyserzy lubili umieszczać swoje fabuły w opustoszałych lub wymarłych miasteczkach, więc zapewne film Wellmana stanowił dla nich pewną inspirację.
              Skaliste kaniony, pustynne ostępy, wymarłe miasteczko, bandy Apaczów, upiorna parka pustelników, krwiści i przebiegli bandyci. Muzyka autorstwa dziewięciokrotnego zdobywcy Oscara, wielkiego mistrza Alfreda Newmana. Do tego przekonywująca gra Pecka, Widmarka i Baxter. Dobre role drugoplanowe czyli John Russel jako Lenghty i Charles Kemper jako Warlus. Oto moja rekomendacja. Nie ma co więcej gawędzić, bo to pozycja must see dla miłośników klasyki kina. Polecam.




piątek, 9 marca 2018

Trzech ojców chrzestnych (Hell's Heroes) - 1929r.


William Wyler to utytułowany przedstawiciel klasycznej epoki Hollywood. Twórca takich dzieł jak Ben Hur, Rzymskie wakacje czy Biały Kanion karierę filmową zaczynał jeszcze w epoce kina niemego. Kręcił filmy uniwersalne, ponadczasowe i ponadgatunkowe, charakteryzujące się wyrazistymi postaciami i rozmachem. Nie specjalizował się co prawda w westernach, ale zaczynał w epoce niemej, gdzie bez westernowych umiejętności żaden hollywoodzki filmowiec nie zdołałby się uchować. Podczas owocnej kariery kilkakrotnie zdarzało mu się do filmów kowbojskich wracać, a tym samym każda okazja do spotkania z wylerowskim westernem to gratka. Jego dźwiękowy debiut z 1929r. to właśnie western-dramat pt. Trzech ojców chrzestnych (Hell’s Heroes) – czyli adaptacja bestsellerowej powieści Petera B. Kyne’a z 1913r. pt. The Three Godfathers.
Nie była to bynajmniej pierwsza próba zekranizowania tekstu Kyne’a, bo jeszcze w epoce kina niemego w 1916r. powstał film Trzech ojców chrzestnych (The Three Godfathers) Edwarda LeSainta, w którym grał Harry Carey Senior. Ten sam aktor zagrał w pierwszym remaku z 1919r. w reżyserii Johna Forda, którego to filmu angielski tytuł znany jest jako Marked Men. Dla Forda okazała się to pozycja na tyle ważna, że w 1948r. podjął ją raz jeszcze, a w jednej z głównych ról obsadził swojego ulubieńca Johna Wayne’a. W międzyczasie powstały inne adaptacje, z których warto wymienić Three Godfathers z 1936r. w reżyserii naszego rodaka - Ryszarda Bolesławskiego.
         Trzech ojców chrzestnych to opowieść o czterech rabusiach, którzy napadają na bank w miasteczku New Jerusalem. W trakcie napadu zabijają kasjera. Z kolei podczas ucieczki jeden z bandytów ginie. Pozostali trzej uciekają na pustynię, gdzie gubią się w burzy piaskowej i tracą konie. Następnego dnia, po długiej pieszej wędrówce przez gorące pustkowie, trafiają na opuszczony wóz osadniczy, w którym znajdują umierającą ciężarną kobietę. Nieznajoma rodzi zdrowego chłopca. Czując, że lada moment odejdzie, wymusza na trójce nieznajomych przysięgę, że zaopiekują się dzieckiem i pomogą mu dotrzeć do ojca w New Jerusalem. Bandyci, mimo wątpliwości i sprzecznych interesów, ostatecznie składają przysięgę.
         Jest to jeden z tych filmów, które na długo zostają w pamięci z uwagi na dobrze rozpisane postaci – reprezentujące spektrum uniwersalnych charakterów. Podejmowane w trakcie fabuły decyzje to studium na temat moralności, odpowiedzialności i człowieczeństwa w ekstremalnych warunkach. Czy ścigani przez prawo bandyci: głodni, wyczerpani, zagubieni na surowej pustyni - są w stanie zaopiekować się noworodkiem? Czy zechcą mu pomóc, a jeśli tak, to dlaczego? Kosztem czego? Czy ma to jakikolwiek sens w obliczu nieuchronnej śmierci? Skojarzenia z pismem świętym (New Jeruzalem – Jeruzalem; trzech bohaterów – trzech króli; noworodek – dzieciątko Jezus itp.) też nie są przypadkowe. O tym wszystkim Wyler odpowiada z typową dla siebie błyskotliwością i zdolnością ujęcia kalejdoskopu ludzkich natręctw i dylematów w proste i zrozumiałe wzorce. Nie będę podsuwał więcej skojarzeń, żeby nie psuć nikomu zabawy z analizowania tego filmu – a niewątpliwie jest w jego przypadku o czym rozmawiać.
         Co tu dużo gadać – jest to świetna, sprawdzona historia, oparta na wyrazistym scenariuszu, który wielokrotnie wcześniej i później na warsztat brali znakomici reżyserzy. Historia solidnie zagrana i dobrze wyreżyserowana. Niestety jakość obrazu w wersji, którą oglądałem, pozostawia dużo do życzenia i liczę, że kiedyś uda mi się trafić na kopię wysokiej jakości, najlepiej jeszcze z rzetelnym tłumaczeniem. Bo jest to film, do którego chcę wracać.
Polecam.



sobota, 24 lutego 2018

Billy Kid (Billy the Kid) - 1930r.


Przełom lat 20 i 30’tych dał branży filmowej nowe życie – z jednej strony odprężając materię kinematografii nadwyrężoną trzydziestoletnią ekspansją filmowej inwencji. Z drugiej strony postawił twórców przed trudami okiełznania nowych technologii, jak dźwięk czy kręcenie szerokoekranowe. Dostosowania percepcji i gustów widzów do nowego filmowego otwarcia. Ta zawierucha jest dobrze odczuwalna na przykładzie tytułów z początku lat trzydziestych. Ogląda się je z wysokimi oczekiwaniami, mając z tyłu głowy powidoki wyśmienitych westernów złotego okresu niemej epoki. Wśród reżyserów i aktorów pojawiają się zarówno nazwiska dobrze znane, jak i zupełnie nowe. I nie tak łatwo trafić na tych, którym udało się zachować przyzwoity poziom i blask minionej epoki. Okazuje się jednak, że w tym fascynującym okresie nazywanym Pre-Code nie jest wcale aż tak źle jak wynikałoby to z niskiego zainteresowania nim miłośników kina nowszego.
         Ciekawym filmem jest Billy Kid (Billy The Kid) z 1930r. w reżyserii Kinga Vidora. To protoplasta wszystkich dźwiękowych wersji o przygodach Henry’ego McCarty alias Williama Bonney i pierwszy oparty na książce Waltera Noble Burnsa. I faktycznie, gdyby przypomnieć sobie poszczególne sceny z późniejszych obrazów głównego nurtu, w których podejmowano temat Billy Kida jak np. Chisum, Pat Garrett i Billy Kid czy Młode Strzelby – to mamy tu kopalnię porównań i pierwowzorów. Chęć późniejszych twórców do remakowania tej historii wynika zarówno z samej wyrazistości Wojny Hrabstwa Lincoln, świetnie uchwyconej w książce The Saga of Billy the Kid, jak i z faktu, że film Vidora wypada naprawdę solidnie i po osiemdziesięciu ośmiu latach ogląda się go bez poczucia straty czasu. Ciekawostką jest też, że doradcą technicznym przy tym projekcie był William S. Hart, który użyczył odtwórcy tytułowej roli pistolet ze swojej prywatnej kolekcji, rzekomo należący niegdyś do prawdziwego Billy Kida. Zdjęcia kręcono w lokacjach Nowego Meksyku, ze sporym jak na tamte czasy rozmachem, co nadaje obrazowi dużo wiarygodności. Szkoda że nie zachowała się wersja widescreen, bo Vidor kręcił ten film jednocześnie w dwóch różnych technologiach i dziś możemy obejrzeć już tylko tę standardową 35mm.
         Film ma oczywiście plusy i minusy, więc najpierw trochę o plusach. Nieźle ugryziona kwestia konfliktu między przybyłymi do Lincoln wspólnikami Jackiem Tunstonem (niezły Wyndham Standing) i Magnusem McSweenem (Russel Simpson), a wrogo do nich nastawionym miejscowym potentatem Williamem Donovanem (dobry James A. Marcus). Jest to odwzorowanie animozji między Johnem Tunstallem i Alexandrem McSweenem, a Lawrencem Murphy – głównymi aktorami spięć w prawdziwej Wojnie Hrabstwa Lincoln. Niemniej interesujący jest drugoplanowy konflikt między Billy Kidem (John Mack Brown) i rewolwerowcem Bobem Ballingerem (niezły Warner Richmond). W tym wszystkim odnalazł się też poczciwy Wallace Beery odgrywający rolę szeryfa Pata Garretta, choć konflikt między nim a Kidem sprowadzono do podchodów i gierek słownych, zamiast prawdziwej walki. Niestety ja oglądałem wersję filmu przeznaczoną na rynek amerykański – która kończy się romantycznym happy endem i ucieczką Billy Kida z ukochaną do Meksyku. W wersji przeznaczonej na rynek europejski uszanowano prawdę historyczną, a Garrett zabija Billy’ego. Żałuję, że nie miałem okazji jeszcze tego wariantu zobaczyć, bo to mogłoby wiele zmienić w odbiorze. Bardzo istotna jest w tym wypadku różnica nie tylko historyczno-fabularna, ale i sama kwestia aktorskich poczynań i relacji między bohaterami.
         Paradoksalnie najsłabszą stroną filmu jest moim zdaniem gra Johna Macka Browna, który wcielił się w Kida. Po pierwsze jest to bardzo klasyczna-romantyczna wariacja Billy’ego – czyli Robin Hooda dzikiego zachodu. Co prawda potrafi z zimną krwią mścić się za zabicie chlebodawcy, ale jednak prezentuje zbiór cech typowego praworządnego bohatera-protagonisty. Samo to nie byłoby niczym złym, biorąc pod uwagę czasy powstania filmu, ale jednak gra Browna męczyła mnie. Z jego twarzy nawet na chwilę nie schodził sztuczny, przyklejony do ust uśmiech. To bardzo zinfantylizowało postać Williama Bonney. Dodany do fabuły fikcyjny romans z panną Claire (Kay Johnson) – narzeczoną Tunstona - jeszcze to wrażenie pogłębił. Do tego jest kilka scen, które z dzisiejszej perspektywy słabo się bronią jak np. moment zabicia Tunstona, który o wiele fajniej pokazano w Młodych Strzelbach, gdzie kompani oddalili się od szefa, ułatwiając sprawę mordercom. Tutaj rzeczony biznesmen sam wjeżdża w środek strzelaniny, dając się łatwo zabić. Scenę stepującego Browna też można było sobie podarować.
         Talent reżyserski Kinga Vidora rzadko zawodził i także w tym wypadku jest o wiele więcej za niż przeciw. Billy Kida śmiało mógłbym polecić osobom, które lubią stare kino, bo jest to historia wywołująca pewną nostalgię, ale też dobrze opowiedziana i zagrana. Z kolei westernowym maniakom polecę go jak najbardziej, bo na pewno wycisną z niego dużo dobrych emocji i wiele razy w ciągu tych niecałych stu minut wyłapią sceny będące pierwowzorem dla późniejszych adaptacji tej historii.



sobota, 15 lipca 2017

Rzeka Bez Powrotu (River of no Return) - 1954r.

Rzeka bez powrotu (River of no return) to western cieszący się dużą rozpoznawalnością, chętnie komentowany i emitowany przez tv. Ja osobiście lubię ten film, choć z dzisiejszej perspektywy dostrzegam kilka mankamentów. Z jednej strony błyskotliwa gra Marilyn Monroe, która wystąpiła w nietypowej dla siebie roli i zagrała świetnie, z drugiej nieco apatyczny Robert Mitchum - jakby zszedł nieco poniżej swojego optymalnego poziomu. Z jednej strony ciekawa historia pełna życiowych przekazów i podręcznikowego podziału na dobro i zło, z drugiej kilka naiwnych scen. Z jednej strony piękne kolorowe zdjęcia w malowniczych plenerach, z drugiej Indianie pokazani w sposób dziecinny. Istna sinusoida odczuć. Tym niemniej para Mitchum-Monroe w tym filmie wytworzyła między sobą chemię; do tego wciągająca historia i łatwe do polubienia postaci, na każdym kroku sypiące garściami symbolicznych dialogów – to wystarczający powód, żeby pokusić się o seans – nawet kilkakrotnie.
         Film ujrzał światło dzienne w roku 1954, a jego reżyserem jest Otto Preminger, czyli twórca w ogóle nie kojarzony z westernami. To z jednej strony zagrało na plus, bo udało się nakręcić całkiem oryginalny film o dzikim zachodzie. Z drugiej jednak strony brak doświadczeń westernowych i austriacki rodowód sprawiły, że w tym filmie brakuje trochę zrozumienia typowo amerykańskiej problematyki jak choćby kwestii Indian. Tym niemniej Rzeka bez powrotu na każdym kroku emanuje klasyką: od surowej, magicznej atmosfery kalifornijskiej gorączki złota, poprzez piękną muzykę – zarówno wątek przewodni jak i piosenki śpiewane przez Marilyn to duży atut filmu - aż po kopalnię fundamentalnych przekazów w dialogach i scenach ukazujących człowieka na tle pięknej, lecz niebezpiecznej natury.
         Głównym bohaterem jest Matt Calder (Robert Mitchum) – farmer, który dopiero co wyszedł z więzienia i stara się odnaleźć dziesięcioletniego synka Marka (Tommy Retting). Syn przebywa w obozowisku ogarniętych gorączką złota górników gdzieś w Kalifornii. Malec, choć nieco samotny i zagubiony, radzi sobie całkiem nieźle. Zaprzyjaźnia się z uroczą piosenkarką Key Weston, która traktuje go jak młodszego brata. Gdy Matt odnajduje syna, zabiera go na nowo zakupioną farmę. Wyjaśnia, że najważniejsza dla mężczyzny jest ziemia, którą może uprawiać, wybudować dom i założyć rodzinę. Matt jest bohaterem pozytywnym, choć o pechowej przeszłości. W młodości nie zdołał ustrzec się brzemiennych w skutkach błędów, co zaowocowało długoletnią rozłąką z rodziną. Surowe wychowanie i twarde zasady początkowo przysparzają mu więcej wrogów niż przyjaciół, ale ostatecznie udowadnia swą wartość, ratując Key i Marka przed Indianami, a następnie prowadząc ich do miasta pełną niebezpieczeństw doliną rzeki.
         Z kolei Key Weston (świetna Marilyn Monroe) to kobieta młoda, piękna i utalentowana, ale naiwna i ślepo zakochana w narzeczonym Harrym (niezły Rory Calhoun). Jej wybranek jest szulerem i naciągaczem bez zasad, szukającym łatwego zysku i roztaczającym wizję wspaniałego, beztroskiego życia przed łatwowierną dziewczyną. Tym samym jest on moralno-obyczajowym przeciwieństwem skromnego, prostolinijnego Matta. Dobroć i naiwność Key przesłania jej prawdę o Harrym, nawet gdy ten kradnie Mattowi konia i karabin, zostawiając całą trójkę na pastwę Indian. Dopiero wspólna podróż przez dzicz i walka o życie sprawiają, że dziewczyna zaczyna dostrzegać zalety uczciwego i pracowitego Matta. Ostatecznie między parką z dwóch różnych światów rodzi się uczucie.
         Sama fabuła jest dość prosta. Ot trójka outsiderów, pozostawiona na pastwę losu na terytorium wrogich Indian, zmuszona do ucieczki doliną niebezpiecznej rzeki. Ten sprawdzony schemat rekompensuje szereg innych atrybutów. Przede wszystkim Marilyn, która sama w sobie przyciąga wzrok jak magnes, a na dodatek w Rzece bez powrotu zagrała naprawdę dobrze, wykorzystując potencjał muzyczno-wokalny i upiększając historię kilkoma piosenkami. Jeśli chodzi o Roberta Mitchum, to on też nie zagrał źle, wręcz przeciwnie – jego bohater był wiarygodny w tym co mówił i jak się zachowywał. Z tym że odniosłem wrażenie, jakoby Mitchum robił za maszynę do generowania przypowieści, dobrych rad i przekazywania zasad moralnych. Tym samym na tle mniej „kukiełkowatych”, bardziej przebojowych postaci, Matt Calder wypada blado. Nie dominuje na ekranie jak to było w przypadku Jimma Garry’ego w Krwawym Księżycu z 1948r. wplątanego w sam środek wojny między ranczerami. Także w naszpikowanym gwiazdami El Dorado z 1966r. jego postać borykającego się z alkoholem szeryfa zdawała się być mniej schematyczna, mimo podobieństw do Dude'a z Rio Bravo. Bardziej też podobał mi się w drugoplanowej roli Dicka Summersa – starzejącego się trapera z filmu Zachodni szlak Andrew V. McLaglena z 1967r.
       
 Z drugiej strony ten cały przekaz pełen fundamentalnych wartości, zasad moralnych i rad jak to człowiek powinien stawiać czoła trudom życia na pograniczu jest czymś pożądanym w westernach. Relacja ojciec/syn przedstawiona w filmie to w pewnym sensie odwzorowanie tego, o czym myśli każdy mężczyzna – by jak najlepiej przelać najlepsze wartości na potomstwo. I faktycznie – każda czynność i słowo Matta Caldera to źródło takich właśnie inspiracji, przypowieści o naturze i zasadach, którymi mężczyzna powinien się w życiu kierować. Z uwagi na klarowny przekaz, a także jasny podział na dobro i zło – jest to dobry film do oglądania w gronie familijnym. Dodatkowym atutem są zdjęcia i filmowana przyroda. Dzieło kręcono w kanadyjskiej części Gór Skalistych, nad rzeką Maligne, które to rejony są niezwykle malownicze.
         Jeżeli chodzi o minusy, to oprócz dosyć łatwej do przewidzenia fabuły i schematycznego Matta Caldera dołożę jeszcze Indian. Aż wierzyć się nie chce, że jeszcze w latach pięćdziesiątych powstało tyle filmów, gdzie rdzennych mieszkańców Ameryki sprowadzało się do roli dzikusów nastawionych tylko na skalpowanie. A na dodatek robiło się z nich wojowników nie znających żadnych zasad walki, strategii, krótkowzrocznych i nieskutecznych. W Rzece bez powrotu w kwestii Indian cofnięto się o kilka dekad i na pewno bliżej im do Żelaznego konia niż Fortu Apache – niestety to razi. Jest jeszcze kilka innych mało wiarygodnych scen, jak ta, gdzie Matt walczy na śmierć i życie z jednym z kłusowników, a jego kolega przygląda się temu ze spokojem zamiast mu pomóc. We dwóch bez problemu wyeliminowaliby nieuzbrojonego wroga, zagarnęliby jego rzeczy, a na końcu dobraliby się do Marilyn… tzn. do Key Weston.

         Podsumowując – film ma swój urok i potrafi oczarować klimatem i malowniczą przyrodą. Jest to pozycja, po którą spokojnie mogą sięgnąć nie tylko fani westernu, ale i zwykli zjadacze chleba. Mi Rzeka bez powrotu się podobała, oglądałem ją już wielokrotnie i za każdym razem czerpałem wiele przyjemności. A wam? Podobała się czy nie? Piszcie w komentarzach, co o tym filmie myślicie.


sobota, 8 lipca 2017

Droga do San Juan (Wagon Master) - 1950r.

Trudno ułożyć ranking najlepszych westernów Johna Forda z okresu 1939r. do 1964r, bo wszystkie te filmy oferują wyrównany, wysoki poziom. Tematy potrafią być różne, od wielkich wydarzeń z historii zachodu, poprzez romantyczne opowieści o kawalerii i wojnach z Indianami, po dramaty psychologiczne podejmujące rewizję gatunku. Każdy western Pana Johna, bez względu na okres, w którym powstał, czy temat jaki podejmuje, gwarantuje wizualną ucztę, świetny warsztat i przyzwoicie opowiedzianą historię. Do tego unikatową atmosferę, za którą co prawda nie każdy przepada, ale ja akurat bardzo. Ostatnio miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy kolorową wersję filmu Droga do San Juan (Wagon Master) z 1950r. i okazała się ona pozytywnym zaskoczeniem.
         Główni bohaterowie to dwaj młodzi kowboje: Travis (Ben Johnson) i Sandy (Harry Carey Jr.) – handlarze końmi. Dobrze znający frontier młodzieńcy zostają wynajęci na przewodników przez grupę mormonów pod wodzą Eldera Wiggsa (świetny Ward Bond). W drodze do doliny San Juan przygarniają trupę artystów, którym zepsuł się wóz i zabrakło wody. Wśród nich jest młoda i bezpruderyjna Denver (świetna Joanne Dru) – ona i Travis od razu wpadają sobie w oko. W trakcie podróży do taboru przyłącza się także banda Cleggów – rzezimieszków uciekających przed obławą. Zróżnicowana społecznie i obyczajowo karawana rusza w pełną niebezpieczeństw podróż do ziemi obiecanej.
         W stosunku do filmów Johna Forda często pada określenie „poezja obrazu” i kolorowa wersja Drogi do San Juan jest tego najlepszym przykładem. Epickie zdjęcia kręcone na pograniczu Arizony, Utah i Colorado to największy atut filmu. Znów pojawia się Monument Valley, ale jakby odkryta na nowo – kadrowana w sposób indywidualny, jakiego wcześniej i później nie było. Do tego reżyser odrobił zadanie domowe i zebrał do kupy doświadczenia własne i starszych kolegów po fachu. Temat podróży wozów osadniczych Ford podejmował już w 1926r. w filmie Trzech Złych Ludzi, który opowiadał o gorączce złota Gór Czarnych. Już tam czerpał garściami ze słynnej Karawany Jamesa Cruze'a. W spektakularny sposób z kolei rozwinął to i wykorzystał Raoul Walsh w Drodze Olbrzymów z 1930r. To właśnie z powyższych filmów John Ford wyciągnął to co najlepsze, czyli malownicze ujęcia i sceny kręcone z rozmachem, momentami trzymające w napięciu. Zgrabnie pominął technikalia i nadmiar obyczajowości, koncentrując się na bohaterach i ich perypetiach. Dzięki temu Droga do San Juan, czyli western z założenia pionierski, nie daje się dopasować do żadnego schematu i pozostaje klasyczną, ale dosyć oryginalną przygodówką. Ja, fan talentu Jacka Forda, bardzo ten film lubię, a na kadrowane w kolorze plenery wręcz nie mogłem się napatrzeć. Czarno-biała wersja, którą widziałem kilka lat wcześniej, nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia.
         Zabrakło tu aktorów o wielkiej charyzmie jak John Wayne czy Henry Fonda, ale wydaje się, że cała reszta ekipy z  Trylogii Kawaleryjskiej po prostu „nie schodziła z planu” między 1948r a 1950r i płynnie przeskakiwała wraz z Fordem z filmu na film. Harry Carey Jr., i Ben Johnson zaprezentowali się w wojskowym tryptyku z dobrej strony. W Drodze do San Juan reżyser obsadził ich w głównych rolach. Obaj aktorzy nieźle wpasowali się w klimat, ale niestety nie udało im się wykreować zapadających w pamięć postaci. Ich gra odstaje w porównaniu z Joanne Dru i Wardem Bondem. Dru w roli Denver wypadła bardzo wiarygodnie, bo ona po prostu była w swoim żywiole. Podobnie jak Olivia Dandridge z Nosiła Żółtą Wstążkę tak i Denver z wdziękiem odpiera ataki zalotników, dając się im we znaki. Jeśli chodzi o Warda Bonda, to bez wątpienia jeden z ulubionych aktorów Forda. Najwcześniejszy western, w którym Jack go obsadził, to z tego co pamiętam Bębny nad Mohawk z 1939r, gdzie wystąpił w drugoplanowej roli Adama Hartmana – rubasznego sąsiada z doliny. A w ogóle pierwszy poważny western, gdzie się pojawił, to wymieniona wyżej pionierska Droga Olbrzymów. Świetny był w Poszukiwaczach, w roli pastora Claytona, a także w wielu innych filmach, ale pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie Wagon Master to jego najlepsza westernowa rola spośród „Fordów”.
         Kto jeszcze zwraca na siebie uwagę? Ano cała zgraja znajomych twarzy z Trylogii – oprócz wyżej wymienionych Bena Johnsona, Harry Carrey'a Jr., Joanne Dru i Warda Bonda także Hank Worden, Francis Ford, Mickey Simpson i Movita, a w tle głosy zespołu Sons of the Pionieers śpiewających piosenki. Muzyką zajął się Richard Hageman - co jeszcze bardziej potęguje skojarzenia z Dyliżansem i Trylogią Kawaleryjską.
         Nie rozumiem, dlaczego ten western jest tak niedoceniany. Odnoszę wrażenie, że odbiorcy traktują zbyt serio niektóre elementy sztuki filmowej. Romantyczna lekka atmosfera, tańce, zabawy, bratanie się z Indianami, jeździeckie sztuczki, podchody z bandytami, romanse, a wszystko w bajecznych plenerach najpiękniejszych rejonów Gór Skalistych. Oni wszyscy tam nawet zbytnio nie musieli grać, po prostu wybrali się na dobrą imprezę w gronie paczki znajomych. Ben Johnson ponoć sam kręcił te wszystkie podskoki i upadki z konia. Klimaty z filmów Forda na przełomie lat 40'tych i 50'tych, to trochę jak nasz polski Rejs i inne podobne filmy – gdzie aktorzy i reżyserzy bawili się w kino. Jedno jest pewne – dziś, w dobie śmiertelnie poważnej krytyki i jeszcze bardziej śmiertelnie poważnej optymalizacji kosztów, nikt nie byłby w stanie już czegoś takie nagrać.

         Całe szczęście, że John Ford nakręcił tak wiele świetnych filmów i że niektóre z nich są dostępne w dwóch wersjach, bo dzięki temu można ciągle odkrywać nowe oblicza ojca westernów. Wiem, że są kolorowe wersje Fortu Apache i Rio Grande, których jeszcze nie widziałem. Jeśli okaże się, że są też kolorowe wersje Miasta Bezprawia i Dyliżansu, to dajcie mi proszę znać, a ja zorganizuję kampanię na rzecz ponownego wyświetlania ich w polskich kinach ;). Film oczywiście polecam, bo to pierwsza dziesiątka najlepszych westernów Forda.


sobota, 27 maja 2017

Ostatni Pociąg z Gun Hill (Last Train from Gun Hill) - 1959r.

Częstym motywem w westernach jest niecierpliwe oczekiwanie na pociąg. Niekiedy przyjazd żelaznego konia zwiastuje kłopoty dla czekającego jak na przykład w W samo południe Freda Zinnemanna; innym razem zwiastuje kłopoty dla przyjezdnego jak w Pewnego razu na dzikim zachodzie Sergio Leone (choć tu mamy do czynienia zaledwie z epizodem). Może być też przypadek, gdy przyjazd pociągu jest jak najbardziej pożądany i niecierpliwie oczekiwany. Wokół tego przypadku powstały pod koniec lat 50'tych dwa świetne westerny: 15:10 do Yumy Delmara Davesa i Ostatni pociąg z Gun Hill Johna Sturgesa. Oba są bardzo popularne, a mój osobisty wybór to film Sturgesa.
            Ostatni pociąg z Gun Hill (Last train from Gun Hill) powstał w 1959r, a jego reżyserem jest John Sturges, autor wielu świetnych westernów, jak choćby wcześniejszego Pojedynek w O.K. Corral z 1957r. i późniejszego Siedmiu wspaniałych z 1960r. Dziś zestawiam film Pana Johna ze zrobionym dwa lata wcześniej 15:10 do Yumy, ponieważ myślę, że Ostatni pociąg z Gun Hill to niejako odpowiedź na film Davesa i próba wykorzystania potencjału drzemiącego w motywie oczekiwania na pociąg. Film Sturgesa wydaje mi się jeszcze bardziej realistyczny, dynamiczny i trzymający w napięciu. To istny thriller z genialnym pojedynkiem dwóch wybitnych postaci, a zarazem aktorów. Przewagę Ostatniego pociągu nad Yumą poprę dużo ciekawszym scenariuszem, napisanym na podstawie opowiadania Lesa Chrutchfielda. Dodam też, iż dobrze się stało, że oba te filmy powstały, bo my – fani westernów – mamy w czym wybierać i o czym dyskutować.
            Film opowiada losy szeryfa Matta Morgana (świetny Kirk Douglas), któremu dwaj młodzi kowboje gwałcą i mordują żonę. Szeryf, w poszukiwaniu zemsty i obowiązku wobec prawa, postanawia doprowadzić morderców przed sąd. Śledztwo opiera na dwóch dowodach. Pierwszy to zeznanie synka Peteya, który widział jak matka zraniła w twarz jednego z oprawców. Drugi to zdobione siodło z inicjałami C. B. - zostawione wraz z koniem przez bandytów. Morgan rozpoznaje inicjały należące do jego przyjaciela sprzed lat, a zarazem człowieka, który uratował mu niegdyś życie – Craiga Beldena (Wyśmienity Anthony Quinn). Belden jest właścicielem wielkiego rancza nieopodal miasteczka Gun Hill – tam też udaje się szeryf Morgan...
            Myślę, że nie przesadzę jeśli konfrontację Anthony Quinna i Kirka Douglasa w Ostatnim pociągu z Gun Hill nazwę jedną z najciekawszych w historii westernu. Jest to o tyle wydatne zdarzenie, że granych przez nich panów łączy przyjaźń z młodości i szacunek do siebie nawzajem. Obaj stają też przed najważniejszym wyborem w życiu. Wyborem niczym z tragedii antycznej, gdzie nad bohaterami od początku ciąży fatum. Każdy ruch, każda kolejna decyzja prowadzą ich do nieuchronnego nieszczęścia.

            Postać Craiga Beldena to połączenie świetnie rozpisanej roli tragicznej ze niezapomnianą grą Anthony Quinna. Jego bohater nie jest zły – po prostu musi być bezwzględny w świecie, gdzie rządzi przemoc i bezprawie. Belden to postać negatywna, bo takiego dokonuje wyboru, ale z drugiej strony na każdym kroku emanuje ludzkimi cechami: zakłopotaniem, gniewem, strachem, miłością, troskliwością. Zdaje się być przeciwieństwem opanowanego, rzadko okazującego uczucia Morgana, który przedstawiony jest jako mściciel-profesjonalista. Beldenowi dziewięć lat wcześniej umarła żona i jako rozgoryczony wdowiec nie potrafił właściwie wychować syna. Dobrze wie, że teraz aby go ochronić będzie musiał zabić Morgana – inaczej sam zginie.

            Z kolei Matt Morgan to podręcznikowy przykład westernowego szeryfa. Szlachetny, praworządny, kochający bliskich i szanujący przyjaciół. Jest tak opanowany, że potrafi pokonać ból po stracie żony i zadowolić się zemstą w postaci doprowadzenia sprawców przed sąd. I tylko geniuszowi aktorskiemu Kirka Douglasa zawdzięczamy fakt, iż Morgan jest o wiele barwniejszy i bardziej niejednoznaczny niż wynikałoby to z szablonu, o którym napisałem wyżej. Dzięki świetnej grze bohater ten nabiera równie przejmujących cech co Craig Belden. Zaczyna mieć wątpliwości. W końcu on też staje przed najtrudniejszym w życiu wyborem: ma doprowadzić na stryczek jedynego syna swego przyjaciela. I to przyjaciela, który niegdyś uratował mu życie. Przyznam się, że ilekroć oglądam Ostatni pociąg, tylekroć mam wątpliwości, któremu z głównych bohaterów sekundować – z którym się utożsamiać.
           Film urzeka rozmachem i pięknymi zdjęciami Charlesa Langa realizowanymi w Arizonie. Są takie sceny, w których akcja przenosi się na ranczo Beldena. W momentach przyjazdu i odjazdu Matta albo pracujących tam kowbojów w tle widzimy piękne pasmo górskie, a wszystko wokół jest jak ekspresyjny pejzaż malowany pędzlem genialnego malarza. Warto też wspomnieć scenę z podpaleniem hotelu, gdzie Morgan przetrzymywał Ricka i z którego wychodzi, trzymając go na muszce. Gdy idą w stronę powozu, a potem jadą na stację, w tle widzimy trawiony wielkim ogniem hotel. Czegoś takiego nie dałoby się zdublować – to po prostu trzeba było zagrać i sfilmować jak należy za pierwszym razem. Świetna jest też scena kulminacyjna z rewolwerowym pojedynkiem, którego wyniku nie zdradzę, żeby nikomu nie odbierać frajdy. Do kompletu należy dodać niezłą grę postaci drugoplanowych, jak choćby Carolyn Jones grającą Lindę – kobietę rozdartą między miłością a nienawiścią do Craiga. Albo Earla Hollimana grającego nierozgarniętego i rozpieszczonego Ricka. Bardzo fajnie wypada Brad Dexter grający prawą rękę Beldena – niejakiego Beero. Muzykę napisał Dimitri Tiomkin i jak to u niego bywa, gdzieś na drugim planie koresponduje ze swoimi wcześniejszymi kompozycjami, tworząc klimat z jednej strony unikatowy, a z drugiej strony rozpoznawalny dla ucha.

            Podsumowując, to jeden z najlepszych westernów Sturgesa, ale i jeden z najmocniejszych punktów lat 50'tych – czyli epoki westernów psychologicznych. Zapożycza tematykę i niektóre sceny z 15:10 do Yumy, ale robi to tak doskonale i subtelnie, że nie sposób mówić tu o kopi tylko o polemice na najwyższym poziomie. Chwała wytwórni Paramount, że podjęła się realizacji tego tematu i że zleciła robotę Johnowi Sturgesowi – królowi westernowej akcji. Gorąco Polecam.


sobota, 20 maja 2017

Ujarzmij go, Kowboju (Ride him, Cowboy) - 1932r.

Najlepsze kreacje Johna Wayne’a przypadają na trzy dekady między latami czterdziestymi a sześćdziesiątymi. Pamiętamy go z wielkich westernów Johna Forda, Henry Hathawaya czy Howarda Hawksa. Ale Pan John popularny stał się już w latach trzydziestych, gdzie na początku dekady zabłysnął pierwszą dużą rolą w 1930r. w filmie pt. Droga olbrzymów. O kolejne duże role nie było już tak łatwo, bo gatunek przeżywał kryzys, ale pod koniec dekady w 1939r. wrócił do ekstraklasy westernowej postacią Ringo Kida w Dyliżansie.
Bynajmniej w międzyczasie tych dwóch przełomowych punktów kariery John Wayne się nie obijał. Zainteresowanie jego osobą rosło, choć przyszło mu występować głownie w serialach i westernach klasy B. Co ciekawe, były to czasy i produkcje filmowe, gdzie aktor musiał dbać o dobre stosunki zawodowe nie tylko z kolegami z planu, ale też ze zwierzętami – czytaj z końmi. W latach trzydziestych Wayne współpracował z kilkoma zawodowymi westernowymi końmi i wierzcie mi – oglądając film Ujarzmij go, kowboju (Ride him, cowboy) z 1932r. w reżyserii Freda Allena, zastanawiałem się, czy główną rolę gra tam Wayne czy jego błyskotliwy rumak Duke.
A propos imienia Duke – kiedyś myślałem, że Wayne dorobił się swego najbardziej znanego pseudonimu – czyli ksywki Duke – właśnie od imienia tego białego konia. Ale nie – okazało się, że zawdzięcza go rodzinnemu psu, który też miał na imię Duke.
Wracając do filmu. Dla mnie głównym bohaterem jest tu Duke-koń. To w końcu od niego zaczyna się cała historia: chcąc chronić ranczo właścicieli przed napadem, wplątuje się w zabójczą intrygę, po której zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Ale ponieważ akcja toczy się w miejscu, gdzie prawo dominuje nad bezprawiem, koń może liczyć na uczciwy proces. W tym samym czasie do miasta przyjeżdża młody wędrowny kowboj John Drury (świetny John Wayne). Przyjezdny, zaskoczony procesem narowistego rumaka, staje w jego obronie i zobowiązuje się ujeździć Duka, by dać mu drugą szansę. Sukces kowboja przypada do gustu młodej właścicielce konia – pannie Ruth Gaunt (Ruth Hall). Z kolei mieszkańcy miasteczka, przekonani o zaradności przybysza, powierzają mu trudną misję wytropienia legendarnego bandyty Jastrzębia, którego nikt nigdy jeszcze nie widział. Wraz z J. D. na wyprawę ruszają koń Duke oraz szanowany obywatel miasteczka Henry Sims (Frank Hagney).
Nie oszukujmy się, ten western mocno się zestarzał w ciągu osiemdziesięciu pięciu lat od premiery. Widać to szczególnie w scenach akcji (pościgi, bijatyki), które wydają się oderwane od rzeczywistości. Tym niemniej Ujarzmij go, kowboju rekompensuje te braki w inny sposób – przede wszystkim ciekawą fabułą i mnóstwem zabawnych scen, w których popisuje się Duke. Kiedyś czytałem artykuł o tym, jak trudno kręci się filmy z czynnym udziałem zwierząt w fabule i tym bardziej chylę czoła przed twórcami, bo na pewno nie było łatwo.
Oprócz samego Duka jest tu sporo ciekawostek. Jak choćby napisy początkowe, podczas których kadra filmowa przedstawiana jest, stojąc w rządku, gdy kamera na nich najeżdża (łącznie z Duke’em). Ciekawostką jest też np. to, że trójka głównych bohaterów (w tym koń) ma tak samo na imię w rzeczywistości jak w filmie. Wydaje mi się, że pierwsze lata po wejściu kina udźwiękowionego – plany filmowe przeplatały fikcję z rzeczywistością, tworząc coś na kształt kameralno-teatralnych spektakli. Tyczyło się to przede wszystkich produkcji na mniejszą skalę – niezobowiązujących twórców do zachowania wymaganej powagi.

No cóż, Ujarzmij go, kowboju to kawałek historii kina i pozycja warta obejrzenia choćby z uwagi na Wayne’a i Duke’a. Trafiałem na dużo gorsze filmy produkowane dekady później, więc nie boję się użyć magicznego słowa „polecam” - oczywiście maniakom westernów ;).


sobota, 13 maja 2017

Wysokie Drzewa (The Big Trees) - 1952r.

Lubię westerny, których fabuła oparta jest o jakieś konkretne, ciekawe wydarzenie związane z historią dzikiego zachodu. Nie potrafię przejść obok takich ciekawostek obojętnie i zwykle w mniejszym lub większym stopniu riserczuję temat. W epoce klasycznej takich filmów powstało chyba najwięcej – to też chętnie wrzucam je na ruszt, by kompleksowo poznać i zrozumieć gatunek oraz jego ukorzenienie w historii USA. Co bym jednak nie robił i ile bym filmów nie obejrzał, zawsze znajdzie się jakiś kolejny, którego jeszcze nie widziałem, a który totalnie zaskoczy mnie tematyką i genezą. Nie inaczej było w przypadku filmu pt. Wysokie drzewa (The big trees) z 1952r. w reżyserii Felixa Feista, który podejmuje tematykę amerykańskiego „lex szyszko”.
        Zanim napiszę o samym filmie, chciałbym podzielić się pewną refleksją. Dochodzę do wniosku, że moda na remaki zaczęła się dużo wcześniej niż dotychczas przypuszczałem, bo coraz częściej na początku lat pięćdziesiątych lub nawet w latach czterdziestych trafiam na przeróbki starszych klasyków. Niedawno pisałem o filmie Słońce świeci jasno Johna Forda z 1953r., który okazał się remakiem filmu Sędzia Priest tego samego reżysera z 1934r. W przypadku Wysokich drzew też mamy do czynienia z remakiem. Pierwowzorem filmu była Dolina gigantów (Valley of the Giants) z 1938r. w reżyserii Wiliama Keighleia. Tego filmu niestety nie widziałem i żałuję, bo miałbym lepsze porównanie. Tym niemniej udało mi się co nieco o nim poczytać i utwierdziłem się w przekonaniu, że temat kalifornijskich sekwoi nie został wyssany z palca, tylko faktycznie na przełomie wieków kwestia drzew stanowiła istotny problem. Na tyle duży, że Dolina gigantów z 1938r. okazała się remakiem (czy też nową adaptacją) jeszcze starszego dramatu z epoki kina niemego, z 1927r. pt. Valley of the Giants, w reżyserii Charlesa Brabina. I uwaga, uwaga! Ostatni film jest z kolei remakiem jeszcze starszego filmu z 1919r. pt. The Valley of the Giants w reżyserii Jamesa Cruze’a. Wow, potrójny remake już na początku lat pięćdziesiątych. Mamy dwudziesty pierwszy wiek – czy to znaczy, że idąc rocznikami w przód, po drodze natknę się jeszcze na kilka kolejnych adaptacji tego tematu?
        No ale dosyć o korzeniach filmu – zajmijmy się korzeniami drzew. Głównym bohaterem jest Jim Fallon (bardzo przekonujący Kirk Douglas) – tartaczny baron z Wisconsin, znany z przekrętów i dążenia do zysku za wszelką cenę. Gdy w życie wchodzi senacki dekret o powrocie zalesionych terenów do skarbu państwa i odsprzedaży działek zainteresowanym kupcom, Jim zbiera ekipę drwali i wyjeżdża do kalifornijskiego Redwood celem nabycia praw do największych drzew świata – sekwoi. Na drodze do realizacji planu staje mu komuna kwakrów, których nie stać na wykupienie ziemi, a dla których wielkie drzewa stanowią świątynię i dom. Na domiar złego o pozyskanie wartościowych terenów ubiega się też grupa miejscowych przedsiębiorców.
        Film zrealizowano z przyzwoitym rozmachem, a aktorzy stanęli na wysokości zadania. Co do scenariusza, to nie ma tu jakiś wielkich fajerwerków, ale też nie oczekiwałem nie wiadomo czego. Historia jest poprowadzona zgrabnie. Klimat lawiruje między rozważaniami nad konfrontacją człowieka i natury, a widowiskowymi scenami akcji. Wysokie drzewa łączą elementy westernu, filmu przygodowego, dramatu i romansu – czyli cech charakterystycznych dla gatunku. Najważniejszą konkluzją tej historii jest sumienie głównego bohatera, który za sprawą uczucia, kontaktu z potęgą przyrody i wiary, a także w związku z udziałem w wyniszczającej wojnie o pieniądz, przechodzi metamorfozę. Pomagają mu w tym dobroduszny poszukiwać złota Yukon (bardzo dobry Edgar Buchanan), salonowa dziewczyna Daisy (Patrice Wymore) i młoda kwakierka Alicia Chadwick (Eve Miller). I jak to bywa podczas westernowych wojenek, nie wszystkim bohaterom udaje się dożyć końca filmu, ale niestety - takie koszty ponoszono, gdy nadciągająca ze wschodu cywilizacja z buciorami właziła w „złotonośne” tereny dzikiego zachodu.

        Nie będę się przy okazji tego filmu specjalnie rozpisywał i podejmował głębszej analizy poszczególnych elementów, bo i żadne to arcydzieło. Może kiedyś wrócę do tematu, gdy już uda mi się obejrzeć pierwowzory, o których pisałem w drugim akapicie. Podsumowując: ciekawy temat wycinki najwyższych drzew świata. Temat zdecydowanie inny niż w typowych filmach o dzikim zachodzie i całkiem nieźle ugryziony. Zrealizowany w przygodowo-westernowej konwencji, a do tego wszystkiego Kirk Douglas w roli głównej – czyli w dwóch słowach: warte obejrzenia.


czwartek, 4 maja 2017

Rewolwerowcy (Gunfighters) - 1947r.

Jeśli można powiedzieć, że istnieje oddzielna kategoria filmów – tak zwane „westerny z Randolphem Scottem”, to Rewolwerowcy (Gunfighters) zdecydowanie się do nich zaliczają. I to wcale nie oznacza nic strasznego – wręcz przeciwnie. Tytułowy film wyreżyserował George Waggner w 1947r. i wydaje mi się, że scenariusz oparto na starszym klasyku - prawdopodobnie z lat 30'tych, który kiedyś oglądałem, ale nie pamiętam co to był za film i nigdzie nie mogę go znaleźć. Być może pląta mi się po myślach inna, czarno-biała wersja tego samego westernu. A może coś mi się przyśniło, a pan Randolph po prostu ewoluuje w moich oczach, bo prawdę mówiąc, z każdym kolejnym obejrzanym filmem, w którym grał, coraz bardziej ten aktor mi imponuje.
        Głównym bohaterem jest rewolwerowiec, Brazos Kane. Jego sława staje się tak duża, że pewnego dnia najlepszy przyjaciel wyzywa go na pojedynek. Po tym incydencie Kane podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę. Zdejmuje pas i wiesza go na kołku, a potem wyjeżdża. Dociera do miasteczka w Arizonie, gdzie staje się świadkiem morderstwa popełnionego na znajomym ranczerze. Gdy informuje o zajściu miejscowych, ci biorą go za zabójcę i niemal linczują. Kane postanawia odszukać winnych na własną rękę. Pomaga mu w tym stary ranczer Inskip (Charley Grapewin), młodzieniec o imieniu Johnny (John Miles) i córka lokalnego hodowcy bydła Jane (Dorothy Hart).
        Ot, można by powiedzieć, że to fabuła jakich wiele. Rewolwerowiec przyjeżdża do nowego miejsca, gdzie wplątuje się w konflikt interesów i staje po stronie słabszych. Przy okazji zakochuje się w pięknej dziewczynie i uczy młokosa jak radzić sobie z bronią. Niby standard, ale nie do końca. Jest w tym filmie coś jeszcze, co sprawia, że dobrze się go ogląda, dobrze się o nim rozmyśla i dobrze się o nim pisze. Wątek kryminalno-psychologiczny – poprowadzony powoli i umiejętnie. Uwikłanych jest w niego wiele osób i Brazos Kane, domyślając się kto jest mordercą, musi działać subtelnie. Utrudniają mu to: decyzja o odstawieniu w kąt broni palnej; fakt, że zaufana dziewczyna ma siostrę bliźniaczkę; oraz hermetyczne małomiasteczkowe środowisko, w którym jako rewolwerowiec i rzekomy zabójca - jest persona non grata.
        Rewolwerowcy to klasyczny western, ale moim zdaniem posiadający cechy westernu psychologicznego, choć jeszcze nie tak wyraźne. Lata czterdzieste to okres, gdy westerny powstawały jak grzyby po deszczu, ale producenci, reżyserzy i scenarzyści coraz śmielej łączyli gatunki – dodawali elementy kryminału, filmu noir, dramatu. Wikłali swoich bohaterów w coraz bardziej skomplikowane intrygi i tworzyli postaci niejednoznaczne. Okres świetności tych filmów przypadł na lata pięćdziesiąte (Anthony Mann, Samuel Fuller, Budd Boetticher), ale jego początki sięgają jeszcze kina niemego, gdzie powstały archetypy tego podgatunku.
         Czy spojrzymy w przód na Strzały o Zmierzchu, czy w tył na Western Union, Randolph Scott na przestrzeni całej swojej kariery grywał role nie do końca praworządnych bohaterów, nawróconych lub z dwuznaczną przeszłością i był w tym dobry. Mam wrażenie, że w Gunfighters klasyczny motyw ex-rewolwerowca, który przybywa do miasteczka, gdzie broni słabszych, jest tylko pretekstem do pokazania czegoś bardziej złożonego. Kane to zabijaka, ale potrafi też być dobrym człowiekiem. No właśnie, tylko czy aby na pewno dobrym, czy może wyrachowanym i skutecznym? Czy jest naiwny, wierząc, że da się uwolnić od przeszłości i zapomnieć o tym, w czym jest się najlepszym? Czy jest egoistą – gdy odjeżdża, nie wypełniwszy własnego postanowienia? Czy może to wszystko jest jego sposobem na życie? Znamienny jest cytat z początku filmu:

        „Kiedy twój najlepszy przyjaciel wyzywa cię na pojedynek, to znaczy, że już czas by odstawić broń. Ale tak właśnie było w Panhandle, w Wichita, w Dodge... żyć lub umrzeć – w zależności od tego, kto prędzej wyciągnie rewolwer...”

        Końcówka filmu, w której Brazos odjeżdża w siną dal w towarzystwie Jane pozostawia jego przyszłość w domysłach widza. Wiemy, że co jakiś czas jest zmuszony zmienić swoje miejsce na ziemi, podróżując ze wschodu na zachód. Był już w Texasie, próbował w Kansas, teraz nie wyszło w Arizonie. Czy w końcu znalazł miłość i uda mu się ustatkować, tym razem gdzieś w Kalifornii? Czy może historia zatoczy koło i nawiąże do powyższego cytatu?
        Dla mnie Brazos Kane to bardzo ciekawa postać, a sam film Rewolwerowcy to kolejny mały krok w ewolucji westernu, który to gatunek w następnej dekadzie bez reszty zapomni o ogniskowej atmosferze, podziale na czarne i białe czy piosenkach śpiewanych przez głównych bohaterów, i spłodzi całe mnóstwo arcydzieł, poprzeplatanych przez mniej wyraziste i często wytykane palcem „westerny z Randolphem Scottem”.



niedziela, 30 kwietnia 2017

Montana - 1950r.

Montana to western z 1950r. w reżyserii Ray'a Enright'a poruszający tematykę owczych wojen. Western z jednej strony klasyczny do bólu, ale z drugiej strony bardzo oglądalny i przyjemny dla oka. Klasyczny do bólu, bo opowiada o wojnie między hodowcami bydła w Montanie, choć klimat w przedstawionym uniwersum jest raczej sielankowy. Oglądalny, bo został nakręcony i zagrany bardzo solidnie; zawiera też wszystko, co w dobrym, klasycznym filmie o dzikim zachodzie być powinno: konflikt interesów, podstęp, romans, pojedynki, spędy bydła, piękne plenery i wyraziste postaci.
         Co do samych owczych wojen to rzeczywiście takie konflikty na dzikim zachodzie wybuchały i jest to na tyle istotny fragment historii, że nakręcono o tym kilka filmów. Wojny owcze toczono głównie w Teksasie i Arizonie – czyli na południowym zachodzie. Ale też w Kolorado, Wyoming i właśnie w Montanie. Początki tych konfliktów sięgają połowy lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Hodowcy bydła, którzy kilka dekad wcześniej rozpoczęli spędy na zachód, dostarczając wołowinę rosnącej liczbie osadników, a także armii (walczącej choćby z Indianami czy w wojnach z Meksykiem), w tamtych czasach byli już wielkimi posiadaczami ziemskimi i w niektórych regionach stanowili prawo. Tymczasem zapotrzebowanie na wołowinę ustabilizowało się a ceny poszły w dół. Pojawiła się też nowa fala imigrantów ze wschodniej europy, którzy próbowali sił w hodowli bydła na małą skalę, stając się dodatkową konkurencją dla "pionierów". Odwrotnie było z baraniną, której ceny szybowały w górę – a owce, oprócz mięsa, dostarczały też drugi bardzo chodliwy produkt – wełnę. Zainteresowanie hodowlą puszystych zwierzaków rosło – pojawiało się coraz więcej pasterzy, wypasających owce na publicznych ziemiach na prawach „open range”. To nie spodobało się wielkim hodowcom, którzy oskarżali owce o zużywanie dużych ilości wody oraz o wyżeranie trawy wraz z korzeniami, co doprowadzało do degradacji pastwisk. W grę wchodziły też uprzedzenia rasowe i ksenofobia – wypasem owiec często zajmowali się Latynosi lub rdzenni mieszkańcy Ameryki, czy też nowi imigranci (w Montanie mamy do czynienia z Australijczykiem) Najpierw zaczęły się podchody, ogradzanie pastwisk, wzajemne oskarżenia, no a potem wiadomo – wybuchła wojna Dawida (pasterzy) z Goliatem (kowbojami).
         No i właśnie Montana zaczyna się w czasie, gdy ucichły już echa pierwszych owczych wojen, a zwycięzcy - czyli miejscowi hodowcy bydła - wyznaczyli prawo, które zabrania pasterzom przekraczania granic hrabstwa gdzieś w stanie Montana. W tym samym czasie w okolicy pojawia się Morgan Lane (bardzo przekonujący Errol Flynn): hodowca owiec, który urodził się w USA, ale jego rodzice, po owczej wojnie w 1879r. uciekli do Australii, gdzie się wychował i dorastał. Teraz jako dorosły mężczyzna wraca w rodzinne strony, a ze sobą prowadzi wielkie stado owiec. Jak łatwo się domyślić jego pojawienie się doprowadza do konfliktu z miejscowymi kowbojami. Morgan, widząc że nie ma szans w otwartej wymianie ognia, postanawia użyć podstępu. Zostawia stado i ludzi na granicy, a sam przyjeżdża do pobliskiego miasta w roli objazdowego handlarza i zaczyna wikłać się w lokalne gierki, szukając najlepszego sposobu na pozyskanie pastwisk. Wszystko komplikuje się, gdy poznaje Marię Singleton (Alexis Smith) – miejscową magnatkę hodowli bydła.
         Muszę przyznać, że Errol Flynn zagrał świetnie i to on sprawił, że oglądało mi się ten film wybornie. Aktor w prawdziwym życiu pochodził z Tasmanii i chyba dlatego tak wiarygodnie wypadł w roli australijskiego pasterza. Jego postać, czyli Morgan Lane, to człowiek z jednej strony twardy, nie bojący się podejmowania strategicznych decyzji, gotowy do walki o swoje. Z drugiej strony wyrachowany i błyskotliwy dżentelmen, który równie dobrze jak w siodle czuje się w towarzystwie pięknej kobiety czy podczas politycznych bankietów. To właśnie dzięki urokowi osobistemu, otwartości, elastycznemu usposobieniu i niemałej inteligencji jest w stanie odnaleźć się w hermetycznym półświatku miejscowych hodowców bydła, a ostatecznie wykorzystać ich słabości i wewnętrzne problemy do utorowania sobie drogi do wymarzonej doliny.
         Gierki Lane'a idą mu stosunkowo gładko, więc nadarza się okazja do porównania Montany z innymi westernami poruszającymi podobną tematykę i dziejącymi się w tamtych rejonach. Na początku warto obejrzeć Dwaj z Teksasu Roula Walsha z 1955r., bo to western sięgający czasów, gdy stan Montana bydłem jeszcze nie stał. I faktycznie był taki okres, gdy kilka szalonych wypraw ruszyło ze stolicy rogatego bydła, czyli Teksasu, we wszystkie strony dzikiego zachodu, no a wiadome - Montana jest prawie najdalej i taki spęd musiał zostać zekranizowany z rozmachem. Tak też się stało...
         Tam gdzie jest bydło są też koniokrady. Warto odświeżyć sobie dwa filmy o tej tematyce. Na prawym, klasycznym biegunie jest noirowe Zdarzenie w Ox-Bow ze świetną rolą Dana Andrews'a. Ten pesymistyczny film jasno i wyraźnie daje do zrozumienia, że prawo na dzikim zachodzie to nic innego jak decyzje podejmowane przez tłum, pod wpływem skrajnych emocji. Na lewym biegunie znajdziemy Przełomy Missouri Arthura Penna z 1976r., genialny antywestern gdzie te same zależności pokazano z perspektywy koniokradów.
        Teraz trochę owiec. W klasycznym Ramrodzie już tak przyjemnie jak w Montanie nie było. Dlaczego, skoro oba te filmy bazują na owczych wojnach? Bo Ramrod operuje w bardzo wąskim zakresie tematycznym i opiera się na konflikcie konkretnych ludzi o konkretnych charakterach, konsekwencjach ich postępowania i podejmowanych decyzji. Koncentruje się na psychologii konfliktu i kreuje wiarygodną atmosferę beznadziei i wyniszczenia. Sprawa owiec i bydła jest tam trzeciorzędna.
         Bardzo podobnym filmem do Montany jest Jeden przeciw wszystkim (The Sheepman) z 1958r. w reżyserii George'a Marshalla. Różnica polega na tym, że grany przez Glenna Forda hodowca owiec, Jason Sweet, zamiast polityki wybiera rozwiązanie siłowe, a owce stanowią świetny pretekst do wyrównywania starych porachunków. Ten western jest nieźle wyreżyserowany i dobrze zagrany, a scenografia związana ze spędem owiec wydaje się bardzo wiarygodna (np. główny bohater do wypasów zatrudnia Meksykanów, co rzeczywiście miało często miejsce).
         Na koniec zupełnie inne spojrzenie na tematykę hodowlanych konfliktów. Arcy-rewizjonistyczną wizją podzielił się z widzami Michael Cimino w epickich Wrotach Niebios z 1980r. W tym niedocenianym filmie akcja dzieje się w sąsiednim Wyoming i choć dotyczy krów i koni, to jednak ukazana tam Wojna Hrabstwa Johnson, ze swym naturalizmem, obyczajowością i scenografią stawia go moim zdaniem jako wiarygodny wzorzec relacji "starych" i "nowych" Amerykanów.
         I wierzcie mi, że po obejrzeniu tych wszystkich westernów, z przyjemnością czerpałem historię ukazaną w Montanie. Mamy tu do czynienia z kompleksowym ujęciem tematu owczych wojen. Począwszy od wstępu, gdzie dostajemy krótką lekcję historii spędu bydła i owiec, poprzez kreację bohaterów, na życiorysach których owcze wojny odcisnęły głębokie piętno (po obu stronach konfliktu), aż po najzwyczajniejszą w świecie obyczajowość pasterzy, popartą kadrowanymi z rozmachem scenami ze spędów i wypasów. Ten film, choć nie jest odkrywczy, to jednak wzbogaca wiedzę obyczajowo-historyczną o nowe horyzonty.
         Jedyne czego mi trochę brakło w Montanie, to nieco więcej wojennej atmosfery: brudnych zagrań i brutalności w zachowaniu bohaterów. Mniej naiwności i bankietowego klimatu. Czytałem trochę o owczych wojnach i wiem, że to były bezkompromisowe walki o być albo nie być, podczas których zastrzelono kilkudziesięciu ludzi i zarżnięto dziesiątki tysięcy sztuk owiec. No ale to już chyba bardziej specyfika lat, kiedy film kręcono niż samego scenariusza.

         Film mi się podobał i jak najbardziej go polecam.


czwartek, 30 marca 2017

Droga Olbrzymów (The Big Trail) - 1930r.

Pierwszy epicki western epoki kina udźwiękowionego nakręcono w 1930r. Droga olbrzymów (The big trail), bo tak go nazwano, to z jednej strony przykład klasycznej sztuki filmowej, która po prawie dziewięćdziesięciu latach wciąż robi wrażenie, a z drugiej strony przykład klapy komercyjnej, jaką film przyniósł w czasach premiery. Za reżyserię odpowiadał Raoul Walsh i to on, za namową Johna Forda, w roli głównej obsadził debiutującego Johna Wayne'a. Do tego wszystkiego dodajmy tematykę Szlaku Oregońskiego oraz szalejący w prawdziwym świecie Wielki Kryzys i możemy śmiało nazwać ten film dużą ciekawostką w historii westernu. Ale po kolei.
            Zacznijmy od Johna Wayna. To nie jest tak, że Droga olbrzymów była jego pierwszym filmem. Grywał już wcześniej, ale zwykle jako statysta lub aktor drugo/trzecio-planowy. Tym razem dostał główną rolę i spisał się naprawdę nieźle. Rola młodego trapera-przewodnika Brecka Colemana rzuca się w oczy i wyróżnia na tle kolejnych jego ról z lat trzydziestych. Sam John Ford, proponując zupełnie nieznanego aktora swemu przyjacielowi Raoulowi Walshowi, powiedział tak: „lubię wygląd tego nowego dzieciaka ze śmiesznym chodem, który zachowuje się jakby był panem świata”.  Niestety dla Wayne'a rola Brecka Colemana stała się małym przekleństwem. Dlaczego?
            No cóż, na pewno nie z jego winy. Po prostu film stał się falstartem dla westernów udźwiękowionych, choć wcale nie był pionierski. Pierwszy western z dźwiękiem, czyli W starej Arizonie (In old Arizona) nakręcono już w 1928r. i ta próba okazała się obiecująca, zgarniając Oscara i dodatkowo jeszcze cztery nominacje, i zachęcając wytwórnię Fox do dalszego inwestowania w gatunek. W ramach ciekawostki można dodać, że pierwszy udźwiękowiony western współreżyserował właśnie Raoul Walsh. Miał też odegrać główną postać w filmie, ale w wypadku samochodowym stracił oko i od tamtej pory zarzucił karierę aktorską, kontynuując tylko pracę reżysera.

            Tymczasem amerykańska infrastruktura kinowa na przełomie lat 20'tych i 30'tych dopiero próbowała dostosować się do nowej technologii dźwięku. O ile standardowe filmy łatwo dało się puszczać w kinach, o tyle do wyświetlania produkcji panoramicznych (widescreen) potrzebne były duże inwestycje. A te, choć planowane, trafiły na nagły krach giełdowy w 1929r, który zapoczątkował Wielki Kryzys. Droga olbrzymów, mimo sporego budżetu i niemałej wartości artystycznej stała się ofiarą krachu i klapą finansową (także klapą w oczach Akademii), a sam western jako gatunek nadwyrężył kredyt zaufania. W dalszych latach okupował głównie kino klasy B i seriale, wskrzeszony dla mainstreamu dopiero po dziewięciu latach przez Dyliżans J. Forda. Dokładnie tak samo potoczyły się losy Johna Wayne'a na wielkim ekranie.
            Film porusza tematykę pierwszych wypraw osadniczych na zachód od Missisipi. W historii USA epizod Szlaku Oregońskiego to sprawa fundamentalna, porównywalna do Dzikiej Drogi na wskroś Appalachów wytyczonej przez Daniela Boona lub pionierskiej wyprawy Lewisa i Clarka w górę rzeki Missouri. Ten istotny etap kolonizacji dzikiego zachodu został w Drodze olbrzymów pokazany kompleksowo i z niezłym rozmachem, choć nie była to bynajmniej pierwsza próba ugryzienia tematu. Wcześniejsze miały miejsce jeszcze za czasów kina niemego. Warto tutaj przytoczyć epicki obraz pt. Karawana (The covered wagon) z 1923r., który śmiało można nazwać pierwowzorem dla dzieła Roula Walsha, bo podobieństwa, szczególnie fabularne, widać we wielu scenach.
            Głównym przesłaniem Drogi olbrzymów jest podróż do ziemi obiecanej. Za wszelką cenę i wbrew przeciwnościom losu. Film ukazuje różnorodność ludzkich charakterów, reprezentowanych przez irlandzkich imigrantów i ich potomków (np. Gus grany przez Ela Brendela), hazardzistów (Bill Thorpe grany przez Iana Keitha), traperów (Zeke grany przez Tully Marshala), myśliwych (Red Flack grany przez Tyrona Powela) czy bandytów (Lopez grany przez Charlesa Stevensa). Obraz czasem zabawny, czasem złowrogi, a czasem wzruszający. Wszystkich łączy determinacja i niezłomność, wielokrotnie wystawiana na próbę przez potęgę natury czy wrogość miejscowych plemion. Nie brakuje w tej gromadzie wewnętrznych tarć i animozji. Postaci, choć nieco kukiełkowate, stanowią niezwykle wyrazisty przekrój ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa - ludzi prostych, niewiele znaczących w swoich mikro-światach, często uciekinierów, bandytów lub nieudaczników, ale też ludzi, którzy w oczach potomków okazali się herosami czy też właśnie tytułowymi olbrzymami. Kwintesencją tego przesłania są dwie patetyczne tyrady Brecka Colemana. Jedna na temat wielkiej, pięknej doliny rozciągającej się między wysokimi do nieba pasmami gór (chodzi tu o położoną miedzy górami Skalistymi i Sierra Nevada Wielką Kotlinę). Druga zaś o wytrwałości w dążeniu do celu, podczas sceny gdy karawana błądzi w  burzy śnieżnej. Ten purytański mesjanizm to, obok chęci zysku i eksploracji nieznanego, jedna z najbardziej charakterystycznych cech podboju dzikiego zachodu.


            Powiem tak. Zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dzisiejszej percepcji sztuki filmowej Droga olbrzymów może się wydawać mało atrakcyjna. Ale  mimo wszystko jest to dzieło epickie - zrobione z solidnym rozmachem i wzbogacające widza o kawałek wiedzy historycznej (zarówno filmowej jak i dziejowej), a ja cenię takie filmy, takich szukam najbardziej i po nałożeniu filtru artystyczno-technologicznego czerpię z nich mnóstwo przyjemności. Jest to bowiem kwintesencja amerykańskiego westernu i klasyka par excellence. Polecam.