Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerny Traperskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerny Traperskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 września 2018

Raoul Walsh - ranking westernów


Ostatni rok na westernowym blogu poświęcono głównie początkowym okresom kinematografii – epoce niemej i pre-code, z wycieczkami do klasyki i nowoczesności. W przyszłym roku pójdziemy nieco do przodu, a artykuły skoncentrują się na właściwym okresie klasycznym czyli latach 40'tych i 50'tych. Zanim to jednak nastąpi pojawią się zestawienia z filmami najważniejszych twórców tego okresu, z próbą ubrania ich w garnitur rankingów. Klasyfikacja nastąpi o kryteria dzikiego zachodu i związane z tym elementy, a także westernowy charakter rozrywki.
         Na pierwszy ogień wybrałem Raoula Walsha, ponieważ najważniejszy okres twórczy tego reżysera przypada na wczesną epokę klasyczną, czyli lata 40'te. Karierę w filmie zaczynał, podobnie jak jego przyjaciel John Ford, rolą aktorską w epickim dziele Dawida Warka Griffitha pt. Narodziny Narodu z 1915r. O ile Ford zagrał tam zamaskowanego „klansmana”, o tyle Walsh dostał mówioną rolę Johna Wilkesa Bootha – aktora i sympatyka południa, który zamordował Abrahama Lincolna. Za kamerą Pan Raoul nie zdołał dorównać jakością swemu sławniejszemu koledze po fachu, ale podobnie jak on zakończył karierę westernową w połowie lat 60'tych. Westerny Walsha charakteryzowały się bardzo dużą różnorodnością i naprawdę ciężko wskazać dwa podobne do siebie. O ile trudno doszukać się w jego biografii arcydzieł na miarę Rzeki Czerwonej Hawksa czy Poszukiwaczy Forda, to jednak należy docenić fakt, że spośród kilkunastu jego westernów żaden nie jest szczególnie nieudany. Poniżej wymieniono filmy, w których Walsh wskazany jest w napisach początkowych jako reżyser. Nie ma tym samy takich pozycji jak W starej Arizonie czy San Antonio. Wydaje mi się, że w życiu obejrzałem już wszystkie dźwiękowe, A-klasowe obrazy kowbojskie Pana Raoula – jeśli jestem w błędzie, to proszę poprawcie mnie. Zapraszam do analizy rankingu jego filmów:


15. Odległe bębny (Distant Drums) – 1951r.

Western przygodowy; Western traperski.
Odległe bębny to wypadkowa między ekranizacjami Jamesa Fenimore'a Coopera, a westernami traperskimi. Walsh luźno oparł ten film o swój inny obraz pt. Operacja Birma z 1945r. Porucznik marynarki morskiej (Richard Webb) wraz z oddziałem dowodzonym przez kapitana Wyatta (Gary Cooper) biorą udział w trudnej misji wysadzenia fortu na terytorium bezwzględnych Seminolów. Cel zostaje osiągnięty, ale niespodziewany atak Indian odcina Amerykanom możliwość ucieczki statkiem. Tak zaczyna się pełna przygód przeprawa oddziału przez wrogie terytorium. Ciekawa historia dziejąca się na Florydzie została pozbawiona dobrego scenariusza, przez co film należy zaliczyć do nieudanych. Część scen jest po prostu nielogiczna, a zachowanie aktorów mało wiarygodne. Całości nie ratuje ani muzyka Maxa Steinera, ani nawet Gary Cooper, który poziomem dostosował się do reszty kadry. W wątku romantycznym między nim a uratowaną przez oddział panną o imieniu Judy (Mari Aldon) zupełnie brakuje chemii. O tym w jaki sposób na ekranie pokazano Seminolów lepiej w ogóle nie wspominać. Jedynym zaskoczeniem była scena kulminacyjna podwodnej walki na noże. Należy też dodać, że to na potrzeby Odległych bębnów nagrano słynny krzyk Wilhelma - efekt dźwiękowy, mający naśladować wrzask żołnierza ugryzionego przez krokodyla. Był on potem wykorzystywany setki razy na przestrzeni dziesiątek lat i jest wykorzystywany w filmach do dziś.


14. Saskatchewan – 1954r.

Western przygodowy; Western północny (Northern Western).
Film znamionujący się pięknymi kolorowymi zdjęciami w kanadyjskich plenerach. Oficer Kanadyjskiej Konnej (Alan Ladd), wychowany przez Indian Cree ratuje z opresji pannę (Shelly Winters) o niejasnej przeszłości. W międzyczasie Siouxowie, podbudowani zwycięstwem nad Custerem, przekraczają granicę, żeby zachęcić do walki kanadyjskie plemiona. Oddział czerwonych kurtek musi przedrzeć się przez frontier, by dotrzeć do bezpiecznego fortu. Nie byłoby do czego się w tym westernie przyczepić, gdyby nie to, że jest nudny i niczym nie zaskakuje. Ladd bawi się w kanadyjskiego Old Shatterhanda, wywiązując się z tego zadania, ale nie oferując większych emocji. Jest tu sporo akcji – walki, ataków Indian, szarż kawaleryjskich, czy spływów rzekami za pomocą kanou. Choć trudno o tym filmie cokolwiek więcej napisać, mimo wszystko nadaje się do obejrzenia.


13. Strzały w Arizonie (Gun Furry) – 1953r.

Western przygodowy; Western akcji.
Film akcji nakręcony w technicolorze. Prosty, zgrabny scenariusz miał zapewnić pewien poziom emocji od początku do końca i w zasadzie tak się stało. Po Wojnie Domowej dama z Południa (Donna Reed) podróżuje do Kalifornii wraz z narzeczonym (Rock Hudson) oraz niejakim Slaytonem (Phil Carey) – bandytą, któremu panna wpada w oko. Dyliżans zostaje zatrzymany przez ludzi Slaytona, a dziewczyna porwana. Hudson rozpoczyna pościg w celu odbicia narzeczonej. Western ogląda się szybko, ale całość jest niestety nijaka podobnie jak i sam główny protagonista grany przez Hudsona. W filmie brak poważniejszego przekazu, a przeszłość poszczególnych postaci przedstawiona w kilku dialogach z początkowych scen nie nadaje im specjalnie głębi. Ten film lawiruje gdzieś na granicy A-B, choć mimo wszystko broni się znośnymi zdjęciami i wartką akcją. W drugoplanowej roli pojawia się Lee Marvin, któremu trafiła się dosyć gamoniowata postać – łotra pilnującego kobiet i dającego się im okładać krzesłami.


12. Cheyenne – 1940r.

Western detektywistyczny. Western noir.
Cheyenne znany jest też pod tytułem The Wyoming Kid (jedną z postaci jest Sundance Kid). Główny bohater to szuler, który dostaje ultimatum – ma złapać tajemniczego bandytę o pseudonimie Poeta albo pójdzie za kratki. To przykład westernu Walsha, w którym klimaty noir (wątek detektywistyczny, tajemnicza kobieta, zagadkowe listy) zagrały zdecydowanie na niekorzyść. Zabrakło też charyzmatycznego „westernowego” lidera dla kardy aktorskiej złożonej z Dennisa Morgana, Arthura Kennedy, Jane Wyman, Bruce'a Bennetta i Janis Paige. Mimo nie najgorszego scenariusza, kameralne sceny z miasteczka Cheyenne, biura kompanii przewozowej, wynajmowanych pokoi i saloonów, nie zostały odpowiednio zbilansowane akcją w otwartym terenie. Reżyser nie znalazł dobrego pomysłu na wielokrotnie powtarzający się motyw jazdy dyliżansów i napadów na nie, przez co kilka podobnych do siebie scen daje wrażenie dejawu. Film ogląda się szybko i przyjemnie, ale to nie jest ten poziom, do którego przyzwyczaił mnie Pan Raoul. Tym niemniej detektywistyczne zacięcie i relacje między głównymi bohaterami zapadają w pamięć i przypominają czasy świetności starej filmowej szkoły.


11. Odległy głos trąbki (A Distant Trumpet) – 1964r.

Western kawaleryjski.
Młody absolwent West Poin, porucznik Hazard (Troy Donahuy) zostaje wysłany do fortu na Terytorium Arizony, gdzie amerykańska armia próbuje schwytać zbuntowane oddziały Apaczów pod dowództwem wodza Wojennego Orła. Trudy życia na granicy i żołnierskie obowiązki zmieniają zarówno postrzeganie służby przez młodego oficera, jak i jego uczucia. Superprodukcja wytwórni Warner Brothers, która wydała duże pieniądze, by zapewnić wysoki poziom zarówno artystyczny jak i komercyjny. Raoul Walsh miał być gwarantem sukcesu na miarę najlepszych kawaleryjskich westernów Forda. To zamierzenie nie udało się, ponieważ w filmie nie dostajemy nic nowego, czego nie znalibyśmy z wcześniejszych produkcji. Na plus należy zaliczyć wykorzystanie aktorów indiańskiego pochodzenia i posługiwanie się rdzennymi dialektami Apaczów. Sami Indianie jednak nie byli w tym westernie niczym więcej jak kaskaderami spadającymi z koni od kul kawalerzystów. To czego nie udało się Walshowi w Odległym głosie trąbki, John Ford w tym samym roku dokonał w Jesieni Czejenów. To był ostatni film w karierze Roula Walsha.


10. Szeryf i blondynka (The Sheriff of Fractured Jaw) – 1958r.

Western komediowy.
Angielski dżentelmen (Kenneth More) przybywa do Fractured Jaw na dzikim zachodzie, żeby ratować podupadającą rodzinną firmę zbrojeniową. Nie potrafi strzelać i nie ma pojęcia o zwyczajach westernerów, a mimo to, przez splot zbiegów okoliczności, zostaje szeryfem i zyskuje opinię groźnego przeciwnika. Tym samym wpada w sam środek wojny między dwoma wrogimi ranczerami. Udaje mu się też rozkochać w sobie właścicielkę miejscowego saloonu – piękną i utalentowaną Kate (Jayne Mansfield). Film niezbyt poważny, ale znalazł się w dziesiątce najlepszych kowbojskich dzieł Walsha, bo spełnia swoje zadanie jak należy. Jest nakręcony z kunsztem; prezentuje poczucie humoru na niezłym poziomie; Mansfield rozpieszcza kilkoma nieźle zaaranżowanymi piosenkami, z czego utwór Valley of Love wykonany pośród skalistych kanionów z akompaniamentem echa w tle to majstersztyk, którego nie powstydziłaby się Marilyn Monroe.


9. Syn kaznodziei (The Lawless Breed) – 1952r.

Western biograficzny. Western psychologiczny.
Nakręcony z rozmachem, w technicolorze, będący próbą opisania historii Johna Wesa Hardina – legendarnego karciarza i zabójcy. Jednego z najbardziej śmiercionośnych rewolwerowców w historii dzikiego zachodu (zabił ponoć więcej niż 50 osób). Scenariusz oparty na autobiografii Hardina minął się jednak z prawdą historyczną, a Walsh stworzył obraz romantycznego bandyty, syna kaznodziei (świetny John McIntire), który od zawsze marzył o życiu farmera. W zabójczą pętle wciągnięty został niejako przypadkiem. Trudne relacje z purytańskim ojcem i niezrozumienie ze strony ukochanej stają się początkiem morderczej serii, zakończonej procesem i więzieniem. Widz spotyka się z Wesem w 1898r., gdy ten opuszcza więzienie i udaje się do drukarni z napisaną własnoręcznie historią swojego życia. Mimo tego, że mamy do czynienia z bajką, trzeba docenić trzy rzeczy. Kunszt reżyserski i jakość zdjęć zapewniają przyjemny seans. Spore ilości dialogów nie dają wrażenia filmu przegadanego, a wręcz przeciwnie – ciągną go do góry. I, uwaga, uwaga, Rock Hudson zagrał całkiem przyzwoitą rolę w westernie. Aha, drugoplanową, mówioną rolę dostał tu Lee Van Cleef – chyba jedna z pierwszych takich. Nie znalazłem polskiego tytułu, więc pokusiłem się o własny.


8. Silver River – 1948r.

Western tradycyjny. Western przygodowy.
Ostatni wspólny film Roula Walsha i Errola Flynna opowiada dzieje byłego oficera, który po upokarzającej degradacji postanawia dorobić się na zachodzie. Buduje srebrne imperium i żeni się z wdową po wspólniku (Ann Sheridan). Z zadziornego hazardzisty przeistacza się w potentata-bankiera, by ostatecznie stracić majątek i zaufanie bliskich, a następnie stanąć przed szansą na odkupienie. Mocne strony Silver River to ciekawy scenariusz, niezły rozmach i nietypowa scena kulminacyjna z ogromną liczbą statystów i wątkiem linczu. Do tego - jak to u Walsha bywało najczęściej – muzyką zajął się Max Stainer, który nie zawiódł. Sam Flynn momentami sprawiał wrażenie jakby myślami błądził gdzieś poza kadrem – mimo wszystko pasował do roli. Ann Sheridan i Bruce Bennett też na zadowalającym poziomie. Jednak najjaśniejszą gwiazdą jak zwykle okazał się Thomas Mitchel w roli zapijaczonego adwokata-filozofa. Więcej niż przyzwoity, energetyczny western z historią ujarzmiania amerykańskiego zachodu w tle.


7. Na granicy życia i śmierci (Along the Great Divide) – 1951r.

Western psychologiczny. Western noir.
Walsh po raz czwarty w karierze ubiera film kowbojski w pelerynę stylistyki noir. Pesymistyczna, nerwowa opowieść o praworządnym szeryfie (Kirk Douglas), który eskortuje skazanego (Walter Brenan) przez pustynię, narażając się na ataki zarówno mścicieli jak i własnych ludzi. Film, mimo przeciętnego scenariusza, zaskakuje niezłą grą aktorską, dobrym klimatem i tematyką poruszającą meandry ludzkich instynktów. Podróż przez pustynię, oprócz bycia lawirowaniem między życiem a śmiercią, stanowi alegorię zagłębiania się w bolesną przeszłość; stanowi też zalążek rodzącego się uczucia. Można tutaj dostrzec pewne symptomy późniejszego arcydzieła Anthony Manna pt. Naga ostroga. Jest to pierwsza westernowa rola Kirka Douglasa, któremu wtedy jeszcze było daleko do swego optimum z drugiej połowy lat 50'tych. Mamy tu także nietypową, świetną kreację Waltera Brenana, który w roli starego koniokrada-straceńca wypadł bardzo wiarygodnie. Jakoś mi ten western mocno zapadł w pamięci.


6. Czarny oddział (The Dark Command) – 1940r.

Western tradycyjny. Western wojenny. Western psychologiczny.
W latach 30'tych Raoul Walsh zrobił sobie przerwę na kino gangsterskie. Wrócił do westernu po dekadzie, w 1940r., filmem Czarny Oddział. Podobnie jak dziesięć lat wcześniej w Drodze olbrzymów, tak i tu w głównej roli obsadził Johna Wayne'a, a do pary przydzielił mu Claire Trevor, z którą Duke spotykał się już dwukrotnie w 1939r. na planach Dyliżansu i Powstania w Allegheny. Wayne spisał się świetnie, choć na aktorską gwiazdę numer jeden wyrósł w tym filmie Walter Pidgeon. Wcielił się on w złowieszczego kapitana partyzantki z czasów Wojny Domowej - „Willa” Quantrilla – człowieka, którego ambicje przeistoczyły z nauczyciela w dyktatora plądrującego stany Midwestu. Na wyróżnienie zasługują postacie drugoplanowe, szczególnie Roy Rogers w roli szukającego własnej tożsamości młodzieńca oraz George Hayes grający starego wygę Doca. Reżyserskie umiejętności Walsha zrodziły dynamiczny, trzymający w napięciu western, oparty na prawdziwych wydarzeniach z historii USA.


5. Droga Olbrzymów (The Big Trail) – 1930r.

Western pionierski. Western epicki.
Już w 1930r. Raul Walsh przekuł na taśmę filmową talent Johna Wayne'a, czyli niemal na dekadę przed Johnem Fordem. Co ciekawe młody Wayne nie zawiódł i stworzył wiarygodną, ciekawą kreację w tym ogromnym pionierskim przedsięwzięciu, opowiadającym losy karawany wozów osadniczych jadących z Kansas do Oregonu. Niezbyt dobrze rozpisany scenariusz, problemy z dźwiękiem i zbyt teatralne sceny z dialogami utopiły tego Titanica w oceanie kinowej rentowności. Brak też dzisiaj taśm z najlepszą wersją filmu. Powyższe problemy w żaden sposób jednak nie ujmują wartości artystycznej pionierskiego obrazu Walsha. Mimo wszystko, po tym co pozostało bez wahania można uznać Drogę olbrzymów za kamień milowy westernowej kinematografii. Sceny, w których tabor pokonywał skaliste przepaście i parł mężnie poprzez złowrogi frontier to po dziś dzień czołówka wśród tematyki osadniczej. Fabułę oparto na pierwszym epickim niemym westernie pt. Karawana w reżyserii Jamesa Cruze'a z 1923r.


4. Ścigany (Pursued) – 1947r.

Western psychologiczny. Western noir.
Główny bohater, Jeb (Robert Mitchum) jest sierotą, który wiedzie trudne życie na farmie wraz z przybranym rodzeństwem. Od dziecka ktoś próbuje go zniszczyć i młodzieniec, chcąc zacząć normalne życie musi się uporać z demonami przeszłości. Jeden z najlepszych przykładów wykorzystania stylistyki noir w filmach o dzikim zachodzie. Ścigany (Pursued) z 1947r. to odległy od formalnego kanonu western Raoula Walsha. Tutaj nie znajdziemy żadnego śladu Zane'a Grey'a, Johna Forda czy Johna Wayne'a, tylko zawiłości natury ludzkiej w stylu Zygmunta Freuda i fatum jak u Sofoklesa. Niedoceniony w swoich czasach film, jak i niedoceniona świetna kreacja Roberta Mitchum, dziś uważane są za kultowe i obowiązkowe. Martin Scorsese określił film jako pierwszy prawdziwy western noir. Z kolei Sergio Leone oddał mu hołd w swym największym dziele Pewnego razu na dzikim zachodzie, w postaci dziewczyny śpiewającej piosenkę „Danny Boy”, na podobieństwo Mitchuma w Ściganym.


3. Dwaj z Teksasu (The Tall Men) – 1955r.

Western tradycyjny. Western epicki.
Obraz spędu bydła z Teksasu do Montany, a zarazem męskiej rywalizacji między bohaterami granymi przez Clarka Gable'a i Roberta Ryana. Z westernowego punktu widzenia wyśmienita uczta w klasycznym stylu, produkowana na modłę Rzeki Czerwonej Howarda Hawks'a (producentem był jego brat William). Poziomu arcydzieła z Johnem Waynem Walshowi nie udało się tu osiągnąć, ale zdecydowanie udało mu się wpleść autorskie pomysły i wykorzystać sto procent aktorskiego potencjału. Romantyczne gierki między dwójką głównych bohaterów i panną graną przez Jane Russel nieoczekiwanie ciągną film do góry. Nie ma tu infantylnych końskich zalotów w stylu Drogi do San Juan Forda czy Wyjętego spod prawa Hughes'a, tylko dojrzała rozprawa o wyborze między bogatym, ambitnym, lecz nieukształtowanym emocjonalnie Ryanem a twardym, pewnym siebie minimalistą – Gablem. W pamięci też na długo zostaje scena, gdy bracia Clint i Col trafiają na drzewo z wisielcami, co Col kwituje słowami: „Chyba zbliżamy się do cywilizacji.” - cały Walsh.


2. Umarli w butach (They Died with Their Boots On) – 1941r.

Western kawaleryjski. Western wojenny.
Chyba najgorsza rola Anthony Quinna jaką oglądałem w życiu, a także najmniej prawdziwa spośród mi znanych wariacja na temat George Custera. A jednak film Walsha broni się po dziś dzień jak żaden inny. Tylko John Ford może pochwalić się wybitniejszymi westernami kawaleryjskimi, bo Umarli w butach mają to coś, czego szuka się w filmach o dzikim zachodzie. Najlepsza westernowa kreacja Erola Flynna wespół z dobrze mu znaną z planów filmowych Olivią de Havilland. Świetna i chyba pierwsza westernowa rola Arthura Kennedy'ego. Jedyna westernowa rola Sydneya Greenstreeta. Jak zawsze przekonująca Hattie McDaniel. Do tego dudniące w uszach wagnerowskie partytury mistrza Maxa Steinera. Energetyczny scenariusz Aeneaasa MacKenzie i Wally'ego Kline'a. Wyczucie i kunszt reżyserski Walsha, który kontynuował tematykę historyczno-wojskową zapoczątkowaną westernem Czarny Oddział. Ten film to romantyczna, lekko przerysowana i podszyta nienachalnym poczuciem humoru opowieść o słynnym dowódcy, od czasów, gdy wstąpił do West Point, poprzez heroiczne wyczyny w trakcie Wojny Domowej, aż po dramatyczną porażkę i śmierć nad rzeką Little Bighorn. Porażkę, o którą jednak reżyser nie miał odwagi go oskarżyć. Łakomy kąsek zarówno dla historyków jak i krytyków. Jest tu o czym pisać.


1. Terytorium Colorado (Colorado Territory) – 1949r.

Western psychologiczny; Western noir.
Dla mnie arcydzieło. Historia inspirowana gangsterską superprodukcją tego samego reżysera z 1941r. pt. High Sierra. Motyw ukazania w przychylnym świetlne bandyty chcącego rozstać się z niechlubną profesją. Bohaterowi granemu przez Joela McCrea przed złodziejską emeryturą zostaje jeszcze ostatni skok. Nie wszystko jednak idzie tak, jak powinno. Walsh umiejętnie łączy w tym westernie kino akcji z rozprawą na temat poświęcenia i zaufania, no i wiadome – miłości. Scena kulminacyjna, rozgrywająca się pośród skalistych plenerów to wizualny majstersztyk, podobnie jak gra Joela McCrea. McCrea należał do aktorów, którzy najwiarygodniej oddawali ducha westernerów i w tym filmie niewątpliwie to udowodnił. Jako dodatkowy plus należy zaliczyć mroczne wątki romantyczne, z elementami miłości fatalnej, która w połączeniu z życiem poza prawem zwykle prowadzi do nieuniknionej tragedii. Ode mnie medal za przekaz, zgrabną fabułę i mistrzowskie zakończenie. To jeden z najbardziej pesymistycznych westernów epoki klasycznej.


sobota, 8 kwietnia 2017

Daniel Boone (Daniel Boone, Trail Blazer) - 1956r.

W bliżej nieokreślonej przyszłości mam zamiar napisać co nieco o ekranizacjach powieści Jamesa Fenimore'a Coopera, ale zanim to zrobię wypadałoby przybliżyć postać Daniela Boone'a – czyli prawdziwego amerykańskiego pioniera, którego przygody zainspirowały pisarza do wymyślenia postaci Nathaniela Bumppo, znanego lepiej pod indiańskim imieniem Sokole Oko. Zrobię to na przykładzie filmu z 1956r. pod tytułem Daniel Boone (Daniel Boone, Trail Blazer.) w reżyserii Alberta C. Gannawaya i Ismaela Rodrigueza, ale to za chwilę.
         Zanim powiem o filmie chciałbym napisać kilka słów o samym Boonie. Żeby wyobrazić sobie jak ważna jest to postać dla podboju dziekiego zachodu, należałoby się cofnąć w czasie i zastanowić, dlaczego Amerykanie rozpoczęli marsz na zachód dopiero na początku dziewiętnastego wieku, a nie dwieście lat wcześniej, czyli od razu po założeniu pierwszych kolonii i ustanowieniu pierwszych prowincji? (abstrahując od tego, że jeszcze wtedy nie byli Amerykanami tylko Anglikami). Odpowiedź na to pytanie znajdziemy, analizując sytuację geopolityczną pierwszych trzynastu kolonii.
        Po tym jak Anglicy stali się właścicielami wszystkich prowincji między Georgią na południu a Nową Anglią na północy ich sytuacja wyglądała następująco. Nie mogli iść na wschód, bo tam był Atlantyk. Nie mogli iść na południe, bo tam były włości hiszpańskie (dzisiejsze stany Floryda i Alabama). Nie mogli iść na północ, bo tam były tereny francuskie (Kanada). I wreszcie nie mogli iść na zachód, bo na przeszkodzie stała naturalna bariera w postaci rozciągających się równolegle do wybrzeża oceanu Appalachów. Na przygotowanej przeze mnie mapce możemy zobaczyć jak góry (na brązowo) zamykają kolonistów w wąskim skrawku Niziny Atlantyckiej. Po Wojnie Siedmioletniej oraz po ogłoszeniu deklaracji niepodległości przez USA sytuacja geopolityczna zmieniła się o tyle, że na północy, w Kanadzie, zamiast Francuzów urzędowali wrogo nastawieni do Amerykanów Anglicy. Żeby więc iść na zachód potrzebne były drogi, by dało się przejechać konno, a najlepiej wozami. Tymczasem przez Appalachy ledwo dało się przejść pieszo (potrafili to tylko Indianie, mieszkający w tych górach od zawsze). Pierwszym białym, który znalazł przejście z Wirginii do Kentucky, był właśnie Daniel Boone. Mało tego, w 1775r na czele trzydziestu drwali wyrąbał w Przełęczy Cumberland szlak, który nazwano Dziką Drogą i którym wreszcie mogły pojechać wozy osadnicze, co doprowadziło do założenia pierwszej na zachód od Appalachów amerykańskiej osady – Boonesborough. Rok później wybuchła wojna o niepodległość.
        I właśnie w tamtym okresie dzieje się akcja filmu. Boone jest już legendą pogranicza, a Boonesborough zmaga się z atakami Indian i sprzymierzonych z nimi Anglików. Film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach i obrazuje najciekawszy okres w życiorysie D. Boone'a i jego rodziny. A chyba najsłynniejszą ich przygodą była zasadzka Indian na wozy, którymi jechała córka trapera Jemima oraz dwie inne nastolatki: Betsey i Fanny Callaway. Dziewczynki zostały porwane przez Szaunisów i uprowadzone w stronę wiosek w Ohio (Indianie mieli w zwyczaju porywać kobiety i dzieci w celach adopcyjnych). Boone stanął na czele grupy pościgowej, która po dwóch dniach dopadła Indian i uwolniła dziewczynki. Ten głośny incydent zainspirował Jamesa F. Coopera do napisania Ostatniego Mohikanina, gdzie córki pionierów zastąpił córkami angielskiego pułkownika Munro, a akcję, zamiast Rewolucji, umiejscowił w czasie Wojny Siedmioletniej.
         Teraz trochę o filmie, choć niektóre obrazy są dla mnie tylko pretekstem do pisania o istotnych wydarzeniach z historii podboju Ameryki. Zresztą, filmy oparte na prawdziwych postaciach i wydarzeniach mają zwykle to do siebie, że te wydarzenia same w sobie są o wiele ciekawsze niż zrobione na ich podstawie ekranizacje. Tym niemniej Daniel Boone to nie do końca western, raczej należałoby określić go filmem przygodowym, bo były to czasy, gdy nie używano jeszcze Winchesterów tylko nabijane od lufy długie karabiny (Pennsylvania Riffle). Westerny dziejące się w drugiej połowie osiemnastego wieku określa się też często mianem westernów kolonialnych (colonial westerns). Innymi przykładami dla porównania mogą być Bębny nad Mohawk J. Forda lub Ostatni Mohikanin Anthony Manna. I podobnie jak w wyżej wymienionych filmach, tak i tutaj reżyserzy starali się wykreować romantyczną atmosferę na podobieństwo J. F. Coopera lub Karola Maya. Nie spodoba się to więc fanom naturalizmu w stylu Zjawy, ale na pewno przypadnie do gustu każdemu, kto cierpi na niedobór książek i filmów umiejscowionych na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku w Ameryce Północnej.

         To nie jest jedyny film o przygodach Daniela Boone'a, bo już wcześniej nakręcono kilka, jak choćby ten z 1936r. z Georgem O'Brienem albo z 1950r. z Davidem Brucem czy późniejszy serial z lat sześćdziesiątych z Fessem Parkerem. Tym niemniej omawiany tu film z 1956r. z Brucem Bennettem w roli tytułowego trapera wydaje się odpowiedni do pierwszego kontaktu z tą barwną postacią pogranicza.

         Samego filmu nie polecam, ale mocno zachęcam do poczytania o Danielu Boonie, bo to piekielnie ciekawa postać, która zapoczątkowała świetną tradycję amerykańskich traperów z pierwszej połowy XIXw. odpowiedzialnych za spenetrowanie wnętrza kontynentu i wytyczenia najważniejszych szlaków i przejść. W końcu naśladowcami Boone'a byli później Hugh Glass i James Bridger.

sobota, 11 lutego 2017

Zjawa (The Revenant) - 2015r.

Najciekawszym momentem świąt okazał się esemes od kolegi, który napisał mniej więcej tak: „Cześć. Oglądam Zjawę. Spoko film. Klimaty Ostatniego Mohikanina”. Po przeczytaniu tego esemesa powiedziałem: „O nie!”. To ja, fan westernów, ciągle nie obejrzałem Zjawy, a mój kumpel, interesujący się nimi dużo mniej, już tak? I do tego jest to klimat Ostatniego Mohikanina, którego uwielbiam? Film od dłuższego czasu znajdował się u mnie w domu na półce z kolekcją westernów DVD, a że miałem wolne – zacząłem oglądać.
          Zjawa (The Revenant) to film z 2015r., wyreżyserowany przez Alejandro Gonzaleza Inarritu, który w ostatnich latach osiągnął spore sukcesy filmowe (Oscarami oprócz Zjawy nagrodzono także inny jego film Birdman z 2014r.). Tym bardziej zasiadłem do seansu z zapałem i dreszczem emocji. Gdy skończyłem oglądać, początkowo chciałem napisać koledze od esemesa, że się mylił, a zbyt wiele podobieństw do filmu Michaela Manna nie ma. Potem jednak zreflektowałem, uznając, że porównanie Ostatniego Mohikanina i Zjawy to świetny pretekst, żeby napisać notkę o różnicach między okresami w historii podboju USA. No i oczywiście o samym filmie też.
         No więc Ostatni Mohikanin to opowieść, która dzieje się na terenie prowincji Nowy Jork w czasie Wojny Siedmioletniej rozgrywanej między Francją a Wielką Brytanią o dominację w Ameryce Północnej. Z westernowego punktu widzenia to w pewnym sensie pierwszy etap podboju. Nie było wtedy jeszcze Stanów Zjednoczonych, choć wygrana Brytyjczyków z Francuzami scementowała Trzynaście Koloni i wytworzyła w nich poczucie odrębności i przynależności terytorialno-obyczajowej.
         Mijały kolejny dziesięciolecia. Wojna o niepodległość USA, a następnie Wojna Brytyjsko-Amerykańska o Kanadę dokończyły dzieła konsolidacji nowego narodu, co z kolei umożliwiło eksplorację terenów między pasmem Apallachów a rzeką Missisipi. Do tego, na początku XIXw. Napoleon Bonaparte sprzedał Amerykanom Francuską Luizjanę – czyli ogromne terytorium rozciągające się w dorzeczu rzek Missisipi i Missouri, potocznie zwane Wielkimi Równinami. Ten moment śmiało można uznać początkiem podboju klasycznego dzikiego zachodu, bo na drodze Amerykanów do zagarnięcia nowych ziem stali już tylko Indianie.
         I właśnie w tych realiach toczy się akcja Zjawy. Wielkie Równiny, które jeszcze sto lat wcześniej były prawie niezamieszkane, wtedy już znajdowały się w rękach kilkunastu potężnych plemion indiańskich wypartych ze wschodu przez białych. Mieli oni do dyspozycji dzikie konie, których dwieście lat wcześniej w Ameryce w ogóle nie było. Teraz po prerii beztrosko hasało kilkumilionowe stado mustangów - rasy, która przypadkowo powstała jako potomna sprowadzonych z Europy koni używanych przez hiszpańskich konkwistadorów.
        Najszybszym i najbezpieczniejszym sposobem eksploracji nowych terenów były spływy rzekami. W ten sposób przemieszczała się pierwsza amerykańska wyprawa do wybrzeży Pacyfiku, zwana Ekspedycją Lewisa i Clarka. Za nią ruszyły kolejne wyprawy w górę Missouri, finansowane przez koncerny zajmujące się pozyskiwaniem zwierzęcych futer. Wyprawy te miały ogromne trudności z poruszaniem się poza korytami rzek i to moim zdaniem świetnie w Zjawie przedstawiono. Zresztą podobnie jak w pierwowzorze Zjawy czyli filmie Człowiek w dziczy Richarda C. Sarafiana z 1971r., gdzie na początku mamy pamiętną scenę "przenoski" (czyli czynności transportowania lądem barki w miejscach, gdzie rzeka była nieżeglowna). Krótko mówiąc, bez barki biali byli tam trupami. No chyba że mieli w swoich szeregach legendarnego trapera i przewodnika takiego jak Leonardo DiCaprio... o przepraszam, takiego jak Hugh Glass.

         Przygoda Glassa z 1823r. to rzeczywiście historia niewiarygodna i nie dziwię się, że napisano o tym książki i nakręcono filmy. Fabuła Zjawy, oparta na powieści Michaela Punke pt. The Revenant: A Novel of Revenge, koncentruje się na „zmartwychwstaniu” słynnego trapera i tułaczce przez Dakotę w poszukiwaniu zemsty. Fabuła jest prostolinijna i bardzo zwarta - momentami przepleciona wymownymi w przekazie migawkami z przeszłości Glassa - by nadać tej postaci nieco więcej głębi. Ten zabieg przypomina trochę western Krew za krew Davida von Anckena z 2007r., gdzie też wartką, surwiwalową fabułę dopełniały drastyczne flashbacki z przeszłości. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest widowiskowość i dynamika filmu. Minusem fakt, że o przedstawionych postaciach dowiadujemy się niewiele. Szkoda, że to nie traperska epopeja wykorzystująca przypadek Glassa jako jeden z wielu wątków. Większość nieamerykańskich widzów (a pewnie i mnóstwo Amerykanów) pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, kim był James "Jim" Bridger (niezły Will Poulter), a być może jest to postać nawet ważniejsza niż Hugh Glass. No ale to już takie moje prywatne pobożne życzenia - nie mające nic wspólnego z oceną wartości artystycznej filmu.
        Ponieważ jest już kilka lat po premierze - a ja nie zajmuję się anonsowaniem filmów do oglądania tylko ich analizą, dodam, że wynik sceny kulminacyjnej nie jest zgodny z rzeczywistością (film aspiruje do opartego na faktach). W rzeczywistości było tak, że Glass darował życie obu oprawcom. Bridgerowi, bo był jeszcze młody i głupi, a Fidzgeraldowi (świetny Tom Hardy), bo ten z kolei odbywał czynną służbę w armii USA i zabójstwo mogło nieść za sobą dalece idące konsekwencje prawne.
        Nie ma co narzekać, bo drobne minusy w żadnym wypadku nie zakrywają plusów. Piękne, klimatyczne zdjęcia, momentami wręcz kontemplacyjne. Rewelacyjna scenografia - oddanie detali wyglądu i zachowania ludzi pogranicza; sprzętu i broni; strategii działania; stosunków między poszczególnymi bohaterami i poszczególnymi nacjami. Odrobina metafizyki i lawirowania na granicy życia i śmierci - nieodłącznego elementu świata Indian i żyjących wśród nich białych. Kilka świetnych postaci, na czele z Glassem i na wpół szalonym wodzem Indian poszukującym córki (genialny Duane Howard). Świetna gra DiCaprio (nie rozumiem narzekań i stękań hejterów - on po prostu był wyborny) i Hardy'ego, odtwarzających prawdziwych w rozumieniu historycznym traperów z pogranicza. Warto też podkreślić podejście producentów i reżysera do kwestii Indian - bardzo wiarygodne i oparte o tubylczych aktorów i doradców. Szczególnie zaangażowanie przy realizacji filmu plemienia Arikarów robi wrażenie, bo w przeciwieństwie do Siuxów, Paunisów czy Wron jest to raczej zapomniane plemię, a w końcu jego protoplaści zamieszkiwali brzegi Missouri w okresie ekspedycji Lewisa i Clarka. Właśnie dzięki temu Zjawa jako pierwsza od czasów Tańczącego z wilkami uzyskała indiańskie aklamacje. Czy to wszystko to jeszcze mało, aby film okrzyknąć arcydziełem? Sam nie wiem. Na pewno nie za mało, żeby pod koniec seansu bić gromkie brawa.
        Podsumowując, napiszę tak: Zjawa to z jednej strony świetny film przygodowy dziejący się w czasach eksploracji dorzecza Missouri, z wartką i trzymającą w napięciu fabułą. Z drugiej zaś strony (tej westernowej) to film, który pozostawia pewien niedosyt związany z postaciami Glassa, Bridgera i Fidzgeralda, i ich arcyciekawymi życiorysami, o których widz dowiaduje się niewiele. Ale ponieważ filmów opisujących tamte czasy jest mało, mimo westernowego niedosytu ja osobiście Zjawę gorąco polecam. Polecam też trochę poczytać o realiach, w których dzieje się akcja, bo to po prostu rzecz fascynująca.