Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieme westerny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieme westerny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2017

Mąż Indianki (The Squaw Man) - 1914r.

Mąż Indianki (The Squaw Man) z 1914r. stał się kamieniem milowym kinematografii, a przy okazji westernem pełnym ciekawostek. To pierwszy film fabularny nakręcony w Hollywood. W ogóle westerny w czasach kina niemego miały w sobie gen przełomowości, bo przecież pierwszym filmem fabularnym w dziejach światowej kinematografii też był western, a dokładnie western australijski pt. Gang Kelly'ego (The Story of Kelly Gang) z 1906r. w reżyserii Charlesa Taita. Przy okazji Mąż Indianki jest też debiutem za kamerą Cecila B. DeMille'a, reżysera który w Hollywood zrobił potem dużą karierę, a jego dzieła powstawały jeszcze niemal pół wieku. Pierwowzorem dla Squaw Man był broadweyowski spektakl pod tym samym tytułem z 1905r., na podstawie którego powstała powieść, a także trzy ekranizacje – wszystkie autorstwa Cecila DeMille’a.
         Film opowiada dzieje angielskiego dżentelmena, Jamesa Wynnegate'a (przyzwoita rola Dustina Farnuma), który ratując honor rodziny, bierze na siebie odpowiedzialność za zdefraudowanie pieniędzy i pod przybranym imieniem Jim Carston emigruje do Ameryki. W Nowym Jorku ratuje przed kieszonkowcami pewnego ranczera, który w zamian proponuje mu wspólny wyjazd na zachód. Jim przyjmuje propozycję i wyrusza do Wyoming, gdzie podejmuje pracę jako nadzorca. Szybko wdaje się w konflikt z rewolwerowcem Cashem Hawkingsem (świetny epizod Williama Elmera) i zakochuje się w Indiance Nat-U-Ritch (bardzo dobra Red Wing), po tym jak dziewczyna ratuje mu życie. W międzyczasie w Europie ginie sir Henry – hrabia rodu Kerhill. Rodzina postanawia odszukać Jima będącego spadkobiercą tytułu i sprowadzić go z powrotem do Anglii.
         Film ma w sobie pewną wzorcowość i charakterystykę, w której można doszukać się fragmentów innych widowisk, zarówno tych sprzed jak i tych po roku 1914. Realizuje doktrynę „go west” i choć dzieje się w czasach zmierzchu dzikiego zachodu (na moje oko to pierwsza dekada XXw) to jest obrazem tak uniwersalnym, że po zmianie kilku drobnych szczegółów, tę historię równie dobrze można byłoby datować na początek XIXw. lub na połowę wieku XX. Głównym bohaterem jest europejski wyrzutek, zmuszony do poszukiwania szczęścia za oceanem – no klasyczny motyw epickich fabuł filmowych, takich jak Za Horyzontem Rona Howarda. Brak tu jeszcze rozmachu, ale nie da się nie odczuć wagi scenariusza, w którym znalazły się zarówno gonitwy koni w Anglii; oceaniczny rejs statkiem; nowojorskie bankiety; przygody w saloonach, na ranczach i w dzikich ostępach Yellowstone albo indiańskich obozach.
         Co jeszcze? Są tu pierwiastki, które inspirowały ówczesne amerykańskie kino, szczególnie tematyka indiańska i magia ekranu. Nie zabrakło sztuczek wizualnych jak choćby scena, w której obraz podzielony jest na dwie części, gdzie po prawej stronie widzimy snującego opowieść Jima, a po lewej flashbacki z jego pamięci. Jest tu sporo Jamesa Younga Deera – ba! gra tu w końcu jego żona Princess Red Wing, a jej rola nawiązuje do Poświęcenia Białego Jelenia. Związek Nat-U-Ritch i Jima Carstona ukazano jako tragiczny, ponieważ oboje należą do innych cywilizacji (są przeznaczeni do odmiennych celów). U Deera też katalizatorem dramatu była wiadomość, że Biały mąż dziedziczy spadek w Londynie, co posunęło indiańską żonę do próby samobójczej. Gdy wspomnimy wyśmienitą Ramonę Griffitha (tam notabene też wystąpiła Red Wing), gdzie miłość między Indianinem i Latynoską doprowadziła małżonków do tragedii – widzimy, że ówczesne ekranowe mieszane małżeństwa nie kończyły się happy endem i był to mocny trend w kinie. W ogóle świetne jest to, że w czasach debiutu DeMille'a wciąż jeszcze możemy delektować się sporą niezależnością twórczą, bo przecież w epoce kodu mieszane związki sprowadzano raczej do tła dla fabuł jak w fordowskiem Dyliżansie, a o takie mocno uwypuklone jak ten z Pojedynku w słońcu Vidora było raczej trudno, no i podobnie nie kończyły się zbyt szczęśliwie.
         Słabszą stroną omawianego filmu jest dla mnie Dustin Farnum. Zagrał przyzwoicie, ale nie przekonał mnie. Brakowało mu charyzmy i emanował typowym dla kina niemego scenicznym stylem aktorzenia. Czasem się to sprawdzało, ale akurat w tym przypadku, ekranizując sztukę broadweyowską, twórcom powinno zależeć na odcięciu teatralnej pępowiny i stworzeniu czegoś zupełnie nowego. Czterdziestoletni wówczas Farnum, zamiast dodawać wydarzeniom świeżości i epickości, czynił je bardziej kameralnymi niż wynikało to z pracy kamery. Główna rola prosiła się moim zdaniem o kogoś młodszego, nie zmanierowanego tak bardzo rutyną teatralną. Kreacji w stylu Ricardo Corteza z Pony Express. Z drugiej strony ekranowa partnerka Farnuma czyli Lillian St. Cyr też była wtedy po czterdziestce. Red Wing w roli Nat-U-Ritch sprawdziła się jednak lepiej. Ta charakterystyczna aktorka w indiańskich rolach wypadała wyjątkowo naturalnie – do tego wyróżniała się drobną figurą i świetnie dobranymi strojami i fryzurami, co kamera bardzo lubiła. Należy też docenić fakt, że zaufaniem darzyli ją najważniejsi westernowi twórcy omawianego okresu.
Poza głównymi bohaterami w oczy rzuca się drugi plan, czyli aktorzy charakterystyczni dla filmów DeMille’a. William Elmer w roli złego Hawkingsa i Winifred Kingstone jako Lady Diana. Cała ta ekipa wystąpiła jeszcze w tym samym roku w innym znanym westernie DeMille’a pt. Wirgińczyk (The Virginian). W tamtym filmie role podobnie się rozkładały, bo Farnum znów gwiazdował, Elmer grał złego Trampasa, a Kingstone piękną, wykształconą Molly. No i w Wirgińczyku też najmniej podobał mi się odtwarzający tytułową rolę Farnum, więc jak widać nie jest to mój typ gwiazdora.

         Podsumowując, The Squaw Man to tytuł, o którym można pisać i pisać. Rozkładać poszczególne sceny i aktorów na czynniki pierwsze i porównywać do innych. I naprawdę coś w tym jest, że Męża Indianki okrzyknięto pierwszym filmem fabularnym - czyli posiadającym nie tylko odpowiednią długość (ok. godziny), ale też i szereg cech w scenariuszu, montażu i grze aktorów – bo od razu przychodzą do głowy porównania z tym, co kiedyś już tam się widziało. Dodam, że to więcej niż western. Jednocześnie film przygodowy i melodramat. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla maniaków kina. Polecam.


sobota, 2 grudnia 2017

Synowie prerii (Tumbleweeds) - 1925r. i Trzech złych ludzi (3 Bad Men) - 1926r.

Poniższy artykuł jest westernową częścią zbiorowej pracy opisującej 12 filmów z epoki kina niemego opublikowanej na blogu Panorama Kina. Tytuł artykułu to Rozkosze Kina Niemego, a całość możecie przeczytać TU.


Synowie Prerii (Tumbleweeds) - 1925r.
Produkcja - William S. Hart (Reżyseria – King Baggot);

Czy to nie ciekawe, że jeden z najwspanialszych westernów kina niemego Synowie Prerii (Tumbleweeds) to zarazem ostatni film w długiej i owocnej karierze Williama Harta? Warto obejrzeć, oprócz tej z 1925r., wersję z 1939r., z dograną wzruszającą przedmową Harta, w której już jako 75'latek opowiada o swoich odczuciach związanych z kręceniem filmów.
         Nigdzie nie znalazłem tłumaczenia tytułu Tumbleweeds, więc postanowiłem to zrobić samemu. Tumbleweeds to takie krzaczki na prerii, zwane potocznie w polskim języku słowem biegacze, ale zostawiamy dosłowne tłumaczenia. Tytuł można byłoby przetłumaczyć jako Kowboje, bo właśnie słowem tumbleweeds określano panów przeganiających bydło wzdłuż frontieru. Nie oddawałby to jednak ducha filmu, a poza tym jest już taki western z J. Waynem. Tumbleweeds to mężczyźni odłączeni od rodzin, zwykle w bardzo młodym wieku, przemierzający puste pogranicze, niczym te samotne kępki trawy oderwane od korzeni i niesione przez wiatr. Tacy właśnie synowie prerii.
         Synowie Prerii są na swój sposób dziełem wyjątkowym – zrównoważonym, nowatorskim i uniwersalnym. Podejmują tematykę kowbojstwa, jako stylu życia mężczyzn pogranicza i zderzenia ich z nadchodzącą cywilizacją. To, co w pierwszych dekadach westernu najbardziej ciekawiło widzów. Główny bohater filmu, Don Carver (wyśmienity William Hart), zakochuje się w młodej dziewczynie o imieniu Molly Lassiter (niezła Barbara Bedford) i postanawia zapuścić korzenie. Nadarza się okazja, bo na terytorium Oklahomy ogłoszono wyścig po ziemie należące wcześniej do Indian Cherokee. No i właśnie, w filmie pojawia się historyczny wątek wyścigu po ziemie (tzw. land rush). Później wielokrotnie wykorzystywany w hollywoodzkich produkcjach: vide Cimarron Wesley’a Rugglesa z 1931r. (też wersja w reżyserii Anthony Manna z 1960r), Za horyzontem (Far and Away) Rona Howarda z 1992r., no i w nieco innym kontekście w Trzech złych ludziach (3 Bad Men) Johna Forda z 1926r.
         No i jeszcze kilka słów o głównych aktorach – William Hart i Lucien Littlefield zagrali niezapomniane role. Carver to typowy ramrod – doświadczony szef, twardy, o solidnym kręgosłupie moralnym i zdolnościach interpersonalnych. Z kolei Kentucky to dziecko prerii – kowboj z krwi i kości – umorusany brudem, prosty i szczery do bólu, wychodząc do ludzi nieco fajtłapowaty. Trochę przypominający kaprala Casey z Żelaznego Konia (Iron Horse) Johna Forda z 1924r. Jak to zwykle u takich gości bywa niepewnie czują się w towarzystwie kobiet. Błyskawicznie pakują się w kłopoty i dają we znaki lokalnym szwarccharakterom. Zarówno fabularnie jak i aktorsko obaj panowie perfekcyjnie się uzupełniają: bawią i wzruszają.



Trzech złych ludzi (3 Bad Men) - 1926r.
Reżyseria – John Ford;

No właśnie - na temat podwójnego artykułu z premedytacją wybrałem Tumbleweeds i 3 Bad Men, bo ten drugi film to dobry przykład podpatrywania kolegów po fachu. Jeśli ktoś jeszcze do kompletu wcześniej odświeży The Covered Wagon z 1923r. Jamesa Cruze'a, to już zupełnie będzie mógł oglądać dzieło Forda, raz za razem wyłapując sceny, motywy i cechy postaci zapożyczone z wcześniejszych westernów. W Trzech Złych Ludziach Ford opowiada o wędrówce osadników, nęconych odkrytym przez Custera złotem w Black Hills. Wiele scen, szczególnie tych z kawalkadą wozów, dorównuje rozmachem Karawanie. Reżyser odchodzi od przypinania bohaterom oczywistej symboliki. Odwraca wizerunek dobrych i złych, tych pierwszych ubierając w stroje szajki zbirów, a drugich w eleganckie garnitury i cynowe gwiazdy. Robił to już częściowo w Żelaznym Koniu. Podobne zabiegi działy się u innych, równoległych twórców. Np. w filmie z Tomem Mixem Napad na K&A ekspres (The Great K&A Train Robbery) z 1926r. zło też czaiło się za fasadą elegancji i perfum.
          Do tego znów dochodzi kwestia wyścigu po ziemię, której Ford jakby troszkę pozazdrościł Williamowi Hartowi. W Synach prerii to było coś spektakularnego, ale przede wszystkim symbolicznego. Miało fascynować i wzruszać. Patrzcie – mówił Hart – tu gdzie jeszcze dekadę temu wiatr przeganiał krzaki, a rządy sprawowali dumni Indianie, teraz zjechał cały przekrój społecznych warstw, by stoczyć „uczciwą” grę i stać się protoplastami nowej społeczności. A biedni synowie prerii albo się do tego przyzwyczają albo odejdą w zapomnienie. U Forda to jest klasyczna gorączka złota. Ludziska próbują się oszwabić wszelkimi możliwymi metodami, a gdy pada symboliczny wystrzał z armaty – ruszają na bój jak gladiatorzy. Wozy się przewracają, konie wzajemnie tratują, a dzieci wypadają z rąk matkom.
         W krótkiej notce nie sposób napisać o wszystkim. Warto jednak zwrócić uwagę na przyjemną grę aktorów, z których najlepiej wypada Tom Santschi. Jego postać to „Bull” Stanley – szef tytułowej trójki złoczyńców, która dołącza do karawany. Panowie są świadkami napaści koniokradów na jeden z wozów, gdzie ginie jego właściciel – osadnik Carlton. Ratują córkę zabitego - Lee (niezła Olive Borden). Z czasem zaczynają ją traktować jak własne dziecko, zmieniając nieco podejście do życia. Kolejnym wartym wymienienia aktorem jest George O’Brien grający młodego kowboja Dana. Ten młodzieniec świetnie sprawdził się już w fordowskim Żelaznym Koniu. W Trzech złych ludziach znów dostał szansę i zagrał świetnie. Do czasów Johna Wayne'a nikt tak dobrze nie wkomponował się w filozofię fordowskiego protagonisty. Także John F. McDonald znany z nieco infantylnej roli majstra w Żelaznym Koniu, tutaj moim zdaniem wypada dużo ciekawiej, choć z typową dla siebie pozą „poczciwego, umorusanego brudem chłopa”.




         Dwie świetne historie opowiedziane przez dwóch świetnych twórców – gorąco polecam.

czwartek, 21 września 2017

Wicher (The Wind) z 1928r. - podsumowanie niemego westernu

Epoka kina niemego to okres trudny do okiełznania z kilku powodów. Po pierwsze nie było dźwięku – co dla człowieka urodzonego i wychowanego w epoce filmów udźwiękowionych stanowi sporą barierę percepcyjną. Trzeba się przestawić na zupełnie inne fale odbioru i uruchomić rzadziej używane sensory. Trzeba też uzbroić się w cierpliwość i zrozumienie czasu, bo można trafić na zaskakujący naturalizm, brutalność i ksenofobię. Np. znęcanie się nad zwierzętami jak w Milioner z rodeo (Cowboy Millionaire) z 1909r. Francisa Boggsa. Albo poniżanie Afroamerykanów (a w zasadzie pomalowanych na czarno Białych) jak w wyżej wymienionym filmie lub w Napadzie w Górach Skalistych (From Leadville to Aspen: A Hold-Up in the Rockies) z 1906r. Francisa Mariona.
         Po drugie tych filmów powstały tysiące. Fajny jest początek studiowania kina niemego, idąc chronologicznie. Pierwszy rok – cztery czy pięć westernów; drugi rok – kilka kolejnych, trzeci rok parę następnych; czwarty kilkanaście; rok 1925 – dwieście siedemdziesiąt dwa westerny! etc. Ta filmowa bomba wybuchła jak pęknięty atom, a twórcza inflacja szła z postępem geometrycznym i w pewnym momencie, mimo szczerych chęci, poległem, dalszą drogę przechodząc prowadzony za rękę przez wcześniejsze pokolenia krytyków. Jeśli komuś kiedyś uda się obejrzeć wszystkie nieme westerny, to stanie się moim największym idolem.
         Po trzecie jest coś niepokojącego w spędzaniu bitych kilku miesięcy na eksploracji taśm sprzed wieku. W epokach klasycznej i post-klasycznej nakręcono jeszcze więcej westernów i z każdym kolejnym dniem poświęconym na oglądanie kina niemego miałem poczucie zmarnowanego czasu, który mogłem wykorzystać na robienie tego samego tylko w najlepszych latach Hollywood. Ostatecznie takiego poczucia nie mam, bo czuję, że to było brakujące ogniwo mojej literacko-westernowej perspektywy i teraz wycieczki do późniejszych epok nabiorą nowego znaczenia.
         No i po czwarte jakość – mnóstwo zachowanych filmów, mimo ciekawej fabuły i zaskakujących efektów wizualnych, nie spełni oczekiwań dzisiejszego widza pod względem jakościowym. Np. tylko wariaci będą w stanie obejrzeć ponad czterdziesto-minutową Ostatnią walkę Custera (Custer's Last Fight) z 1912r. Thomasa Ince'a będącą pierwowzorem dla dziesiątek późniejszych filmów o kontrowersyjnym amerykańskim dowódcy. Albo niespełna półgodzinny Napad na bank (The Bank Robbery) z 1908r. Williama Tilghmana, w którym osobiście gra sławny bandyta All Jennings. Czy niemal godzinny Celny Strzał (Straight Shooting) z 1917r. - najstarszy zachowany western Jacka Forda. To bardzo ciekawe filmy, ale zachowały się naprawdę słabe kopie.
         Tak więc pierwszy etap romansu z niemym kinem uważam za zamknięty – muszę trochę odpocząć i zająć się innymi epokami. Będę wracał do początków jeszcze wielokrotnie i myślę, że moje opinie zdążą się w międzyczasie zestarzeć. Na razie napiszę tylko, że z tego kotła czarownic wyklarował mi się podział na trzy główne okresy:

         Okres przed-fabularny (1894 – 1914) czyli od pamiętnych nagrań ze studia Thomasa Edisona z udziałem Siouxów aż po rok 1914, kiedy to powstały pierwsze pełnometrażowe westerny, w tym najstarszy zachowany pt. Mąż Indianki (The Squaw Man) Cecila DeMille'a. Pośród najciekawszych filmów okresu przed-fabularnego znajdą się głównie westerny Davida W. Griffitha, bo to chyba najbardziej utalentowany twórca epoki kina niemego. Zapadają w pamięć indiańskie antywesterny Zmierzch Czerwonoskorych (The Red Man's View) z 1909r. i Ramona z 1910r. - oba filmy z dużą dozą wrażliwości na los rdzennych mieszkańców Ameryki; osadniczo-kawaleryjskie Ostatnia kropla wody (The Last Drop of Water) z 1911r., Żołnierska krew (Fighting Blood) z 1911r., Masakra (The Massacre) z 1912r., które zadziwiają rozbudowaną scenografią, ilością statystów i zwierząt, a także pomysłowością reżyserską. Co jeszcze? Napad na ekspres (The Great Train Robbery) z 1903r. Edwina Portera – wiele się mówi o fabule i cechach tego filmu, ale rzadko zauważa się, że jest on zachowany w naprawdę niezłej jakości jak na tamte lata; przy okazji warto też obejrzeć Napad na mini-ekspres (The Little Train Robbery) z 1905r. tego samego reżysera, który to film jest prawdopodobnie pierwszą westernową parodią; Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn's Devotion) z 1910r. Jamesa Younga Deera, czyli najstarszy zachowany western nakręcony przez Indian. W ramach ciekawostki można obejrzeć filmiki z wygłupami Broncho Billa, których zachowało się sporo, choć osobiście nie rozumiem ich ówczesnej popularności.

         Okres fabularny (1914 – 1923) od wyżej wymienionego kamienia milowego aż do pierwszego epickiego obrazu o dzikim zachodzie czyli Karawany (Covered Wagon) Jamesa Cruze'a. Z tego okresu wiele nie wymienię, bo to u mnie wciąż czarna dziura i azymut kolejnej wycieczki poszukiwawczej, którą planuję za jakiś czas. Na pewno warto przeanalizować Męża Indianki (The Squaw Man) z 1914r. czyli debiut Cecila DeMille'a, bo to kamień milowy kinematografii; także inny znany western tego reżysera z 1914r., a mianowicie Wirgińczyka (The Virginian) - oba z Dustinem Farnumem. Zdobywców (The Spoilers) z 1914r. Collina Campbella, czyli pierwowzór wielu późniejszych adaptacji powieści Rexa Beacha o gorączce złota na Alasce - niestety to film dosyć długi, a nie znalazłem dobrej jakościowo kopii. Bramy piekła (Hell's Hinges) z 1916r. Williama Harta – jeden z najbardziej pesymistycznych westernów epoki kina niemego. Wzorcowym przykładem westernu o szeryfie z trudną przeszłością jest inny film Harta: Szeryf z Yellow Dog (The Return of Draw Egan). Psychofanom Johna Forda polecam analizę początków jego kariery czyli Celny Strzał (Straight Shooting) i Kowboj w Nowym Jorku (Bucking Brodway) oba z 1917r.

         Złoty okres (1923 – 1928) czyli czas, gdy powstały najwybitniejsze nieme westerny: od wcześniejszego kamienia milowego do pierwszego westernu udźwiękowionego W starej Arizonie (In Old Arizona) z 1928r. Irvinga Cummingsa i Roula Walsha. Golden age to wcześniej wymieniona Karawana Cruze'a - w epicki sposób obrazująca wędrówkę osadników z Kansas do Oregonu; Pony Express z 1925r. tego samego reżysera, opisujący dzieje słynnej poczty konnej kursującej w latach 60'tych między Kalifornią i Missouri. Żelazny koń (Iron Horse) z 1924r. zrealizowany z rozmachem, choć przesiąknięty narodową i anty-indiańską propagandą pełnometrażowy debiut Johna Forda; Trzech złych ludzi (3 Bad Men) z 1926r. tego samego reżysera – lepszy od debiutu obraz wyścigu po ziemię na terytorium Dakoty; Synowie prerii (Tumbleweeds) z 1925r. Williama Harta, czyli jeden z najwspanialszych westernów epoki niemej, opowiadający o ujarzmianiu ostatnich wolnych połaci prerii – ten film zaliczam do mojego osobistego Top3; Jeźdźcy purpurowego stepu (Raiders of the Purple Sage) z 1925r. Lynna Reynoldsa, podejmujący tematykę zemsty i bezprawia; Napad na K & A ekspres (The Great K & A Train Robbery) z 1926r. Lewisa Seilera – brawurowo zrealizowany western sensacyjny z dużą dozą poczucia humoru.

         Jednak bezwzględną koronę pośród niemych westernów zdobywa u mnie Wicher (The Wind) z 1928r. w reżyserii Victora Sjostroma. Ten pierwszy wielki western psychologiczny to nie tylko jeden z najlepszych filmów o dzikim zachodzie epoki kina niemego, ale w ogóle arcydzieło kinematografii. Począwszy od niezapomnianej gry Lillian Gish i Larsa Hansona, poprzez zadziwiającą realizację i efekty specjalne, aż po przeszywającą umysł wizję zachodu przedstawioną oczami cierpiącej na ankraofobię młodej dziewczyny ze wschodu. Nie ma co gadać – Wicher to pozycja obowiązkowa dla każdego kinomaniaka i trzeba go po prostu obejrzeć.
         Jest to historia młodej dziewczyny imieniem Letty (rewelacyjna Lillian Gish). Jej beztroski żywot w Wirginii zostaje przerwany śmiercią rodziców. Rodzinna tragedia zmusza niewinną, naiwną Letty do przeprowadzki do Teksasu, gdzie mieszka jej kuzyn Beverly (Edward Earle). Niestety wizja przyjęcia z otwartymi ramionami w nowej, wspaniałej krainie okazuje się mrzonką. Dominująca w małżeństwie brata żona Cora (niezła Dorothy Cumming) upatruje w przyjeździe pięknej Letty spisek mający na celu odebranie jej męża. Szybko zniechęca szwagierkę do pobytu w ich domu. Letty, rozczarowana odrzuconą propozycją małżeńską przez bogatego ranczera Roddy’ego (Montagu Love), bez środków do życia zostaje zmuszona wyjść za mąż za jednego z rubasznych sąsiadów – prostego kowboja imieniem Lige (genialny Lars Hanson). Niedopasowane małżeństwo, surowe warunki życia i nieustannie wiejący wiatr sprawiają, że młodzi ulegają przeobrażeniu. Lige poważnieje i staje się twardym człowiekiem zachodu. Z kolei cierpiąca na lęk przed wiatrem Letty powoli popada w szaleństwo...
         Warto pochylić się nad kwestią samego wiatru, który jest tu jednym z głównych bohaterów. Wieje bez przerwy. Momentami słabiej, czasem mocniej, ale nie ma chwili bez wichru i nawiewanego przez niego piachu. Jest taka pamiętna myśl Letty, która idealnie obrazuje klimat filmu, a zarazem nabrzmiewającą u bohaterki schizofrenię:

I tylko wiatr i piach, i piach, i wiatr. Dziś, jutro, na zawsze...

         Doczytałem, że aby osiągnąć ten efekt ustawiono na kalifornijskiej pustyni Mojave osiem samolotów, których śmigła wirowały w trakcie zdjęć. Tym samym ekipie pracującej nad Wichrem należą się gromkie brawa za wytrwałość i pomysłowość. W ramach ciekawostki można dodać, że w tym filmie po raz pierwszy w historii zobrazowano nadejście tornada! Jest tu też wiele innych efektów wizualnych i dźwiękowych, które wzmagają klimat przenikliwego strachu i obłędu.
         Jeśli chodzi o Lillian Gish, to ja widziałem ją przede wszystkim u Griffitha (Narodziny narodu, Nietolerancja). Pamiętam też jej występy w westernach dźwiękowych (Pojedynek w słońcu, Nie do przebaczenia). Udział w The Wind był nietypową dla niej rolą: odejście od schematu niewinnego podlotka na rzecz kreacji dramatycznej (choć nie pierwsze, bo miewała już dramatyczne role, jak choćby Złamana Lilia (Broken Blossoms z 1918r.). Okazało się to to dobrą decyzją, bo Gish zagrała świetnie. Mając za narzędzia wyrazu tylko pozy i mimikę, pokazała poprzez swą bohaterkę niemoc, lęk i obłęd jakich nie powstydziłyby się postaci z filmów Hitchcocka i Polańskiego.
         Duże uznanie też dla Larsa Hansona. Co prawda jego bohater Lige to w porównaniu z Letty postać drugoplanowa. Tym niemniej metamorfoza jakiej doznaje po „małżeńskim rozczarowaniu” to aktorski majstersztyk. Jakby w tym filmie grało dwóch różnych facetów.
         I na koniec najważniejsza kwestia. Wizja dzikiego zachodu o skali iluzji, jakiej trudno doświadczyć nawet u największych westernowych artystów. W Wichrze dostajemy ponury obraz miejsca, gdzie nie da się normalnie żyć, ale wcale nie jest to zasługą bandytów, Indian, wielkich hodowców bydła, przemysłowych potentatów, kolejowych baronów, a nawet głodu, bezeceństwa czy egipskich plag. Prostota zastosowanych narzędzi przekazu daje Sjostromowi przewagę nad innymi antypoetami obrazu, bo u niego pierwiastkiem zakrzywienia jest najbardziej pospolity żywioł – wiatr. Ten surrealizm da się z łatwością pojąć i usprawiedliwić. To nie Teksas jest mroczny, wietrzny, surowy, halucynogenny i okrutny. On taki jest tylko w oczach dotkniętej lękiem przed wiatrem Letty. Czyli w oczach, którymi widzimy go wraz z nią...
         Oglądając, zastanówcie się na tym i po seansie dajcie znać, czy też tak to widzicie.

         Gorąco polecam.


piątek, 21 lipca 2017

Żołnierska Krew (Fighting Blood) - 1911r.

Poniższa notka dotyczy zachowanych po dziś dzień filmów i pewnie wyglądałaby trochę inaczej, gdyby dało się obejrzeć wszystkie możliwe westerny z tamtego okresu. Niestety część obrazów została na zawsze utracona – szkoda.

Na przełomie pierwszej i drugiej dekady dwudziestego wieku David Wark Griffith zaliczył poważną przygodę z różnymi rodzajami westernów. Można powiedzieć, że był prekursorem filmów o dzikim zachodzie w takiej formie, jaką uprawiali jego następcy epoki kina niemego. Zapoczątkował między innymi western pionierski, czego dowodem są dwa dzieła: nakręcony podczas kalifornijskiej podróży studia Biograph film Ostatnia kropla wody (The last drop of water) z 1911r., a także epicka Masakra (The Massacre) z 1912r., która z kolei należy też do pierwszych porządnych westernów kawaleryjskich.
         Jego indiańskie obrazy jak Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) i The Mended Lute z 1909r., oraz Ramona z 1910r., a także Indiańscy bracia (The Indian Brothers) z 1911r. stanowiły silną konkurencję dla tworzącego równolegle mistrza niemego antywesternu – aktora a później reżysera - Jamesa Young Deera z wytwórni Pathe. Filmy Young Deera i jego żony Lillian St. Cyr, czyli rdzennych mieszkańców Ameryki, można rozpatrywać jako bardziej wiarygodne (Indian zwykle grali tam prawdziwi Indianie). Ponadto ich obrazy podejmowały tematykę podziałów rasowych i przedstawiały typowo indiański punkt widzenia. Tymczasem obrazy Griffitha, ukazujące bardziej narodowy punkt widzenia, charakteryzowały się większą dramaturgią i rozmachem, ale też odwagą w pokazywaniu niepoprawnych politycznie scen. Bohaterowie u Young Deera poruszali się zwykle na piechotę; u Griffitha obserwujemy setki statystów, dziesiątki koni, wozy i mnóstwo ambitnej scenografii. Na dodatek od Pana Davida zachowało się kilkadziesiąt filmów z tamtego okresu – Jamesa Young Deera ledwie kilkanaście minut różnych materiałów.
         Wracając do tematyki wojskowej. Oprócz wyżej wymienionej Masakry, w której D.W.G. połączył doświadczenia westernu pionierskiego z kawaleryjskim, należy wymienić trzy jego filmy z przełomowego 1911r. Bitwa (The Battle) i Swords and hearts to dramaty wojenne, koncentrujące się na wątkach z Wojny Secesyjnej. Trzeci, czyli Żołnierska krew (Fighting blood), to już typowy westerny kawaleryjski. Ten film wybrałem też na temat przewodni notki, bo choć nie jest najambitniejszym westernem omawianego okresu, to jednak bardzo charakterystycznym i moim ulubionym.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu Wojny Domowej. Pewien stary weteran (George Nichols) mieszka z liczną rodziną gdzieś na terytorium Dakoty. Nie mogąc wyzbyć się dawnych nawyków, musztruje i szkoli w sztuce wojennej gromadkę dzieci, tworząc z nich małą, domową armię. Tylko najstarszy syn (świetny Robert Harron), znudzony naukami ojca i nęcony uczuciem do dziewczyny (Florence La Badie), przejawia oznaki niesubordynacji, przez co popada w konflikt z seniorem i zostaje wygnany z domu. Tymczasem miejscowy szczep Siuksów wchodzi na ścieżkę wojenną i rusza do ataku na Białych. Osadnicy, zepchnięci w mury domu i zmuszeni do rozpaczliwej obrony, stają oko w oko ze śmiercią. Najstarszy syn przedziera się przez zastępy Indian i rusza, by sprowadzić na pomoc stacjonujący nieopodal oddział kawalerii.
Florence La Badie
         No właśnie - westerny dziejące się w północnej części Wielkich Równin były w epoce kina niemego bardzo popularne. Dlaczego? Bo Siuksowie zapisali się w historii USA najmocniejszą czcionką. Na początku dwudziestego wieku w świadomości Amerykanów ciągle dudniły echa Little Bighorn i Wounded Knee; część świadków tamtych bitew (czy też masakr lub ludobójstw – jak podnoszą potomkowie Lakotów w przypadku Wounded Knee) wciąż żyła. Tę część zachodu na miejsce fabuł upodobali sobie nie tylko Griffith i Young Deer (Poświęcenie Białego Jelenia), ale też John Ford (Trzech złych ludzi i fragmenty Żelaznego konia).
         Tak więc w Żołnierskiej krwi mamy wszystko, z czego słynęły czasy powstań Siuksów – niesławny taniec ducha; wodzów w gęstych pióropuszach; świetnie zorganizowane grupy osadników; oddziały kawalerii patrolujące pogranicze. Jest ta podręcznikowa militaryzacja uniwersum, którą pamiętamy z późniejszych arcydzieł Forda. Ale to nie wszystko – są też mocne niespodzianki. Na przykład w Masakrze Griffitha znajdziemy naturalistyczne przebitki martwych indiańskich dzieci i kobiet rozrzuconych po polu bitwy – sceny, których nie uraczymy nawet w Poszukiwaczach czy Jesieni Czejenów; dopiero w czasach Niebieskiego ŻołnierzaMałego Wielkiego Człowieka, czyli głębokiej rewizji.
         Fighting blood to film gdzie atuty zdecydowanie dominują nad wadami. Jedyne do czego mogę się przyczepić to słabość obrazu. Ten stusześcioletni western nie zachował się w idealnej jakości i momentami brakuje ostrości. Cała reszta to majstersztyk, począwszy od fabuły, poprzez grę zarówno dorosłych jak i najmłodszych (kilkuletnich) aktorów, aż po przyciągające wzrok zabiegi kinematrograficzne, którymi Griffith zadziwiał w każdym kolejnym swoim filmie. W ramach ciekawostki dodam, że D.W.G w innym westernie z 1911r. pt. Telegrafiskta z Lonedale (The Lonedale Operator), w kulminacyjnym momencie filmu prowadził akcję jednocześnie w trzech różnych lokalizacjach, albo np. robił mocne zbliżenie na suwmiarkę – która służyła bohaterce za atrapę pistoletu. Novum.

         W drugiej połowie lat 40'tych John Ford wywindował western żołnierski do rangi mistrzostwa. Na kanwie sukcesów Trylogii kawaleryjskiej powstały podobne obrazy, a swoich sił w wojskowych westernach próbowali Delmar Daves (Złamana strzała z 1950r.), John Sturges (Ucieczka z Fortu Bravo z 1953r.), Charles Marquis Warren (Little Big Horn z 1951r, Grot strzały z 1953r.), George Sherman (Komancze z 1956r.) i wielu innych. Tym niemniej geneza omawianego podgatunku sięga początków kina, a jego pierwszym mistrzem był nie kto inny jak David Wark Griffith. Polecam, a poniżej wklejam linka do filmu:




sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View:




piątek, 17 marca 2017

Annie Oakley - 1894r.

O cudownym dziecku winchestera - Annie Oakley - nakręcono kilka filmów, jak choćby ten z Barbarą Stanwyck z 1935r. pod tytułem Annie Oakley. Był też nagrodzony Oscarem musical Rekord Annie z 1950 z Betty Hutton i kilka innych mniej lub bardziej istotnych produkcji. Ogólnie filmów, w których pojawiały się postacie Annie, Buffalo Billa, Siedzącego Byka czy Franka Butlera nie zliczę na palcach dwóch rąk, bo to po prostu ludzie żywcem wyciągnięci z dzikiego zachodu i zainstalowani jako komercyjny gadżet w cywilizowanym świecie przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.
                Ale jest jeszcze coś, o czym nie każdy wie, czyli eksperymentalne dwudziesto-sekundowe nagranie z roku 1894, zrealizowane w studiu Thomasa Edisona przez Williama K. L. Dicksona. Film nazwano Annie Oakley, a tytułowa gwiazda zagrała  tam osobiście z mężem (a zarazem asystentem scenicznym) Frankiem Butlerem. To nagranie, wraz z serią czterech innych (Buffalo Dance, Bucking Bronco, Siux Ghost Dance i Buffalo Bill) stworzonych przez ekipę Buffalo Billa i studio Edisona, jest uważane za pierwszy w historii western. Oczywiście westernem tego nazwać nie sposób, bo nie jest to widowisko fabularne, a krótki dokumentalny filmik związany z obyczajowością zachodu. Ale z uwagi na dużą popularność westernu w początkach kinematografii – stanowi najstarsze świadectwo potencjału artystyczno-komercyjnego jaki ten gatunek ze sobą niósł. Idąc tym tropem – omawiany filmik to nie tylko prababcia westernu, ale też całego kina sensacyjnego, które w końcu wymyślili Amerykanie i które wywodzi się właśnie z westernu.
                Wszystko jest dziełem przypadku. A może gdyby nie popularność Buffalo Billa i jego dobra znajomość z genialnym wynalazcą Thomasem Edisonem, te nagrania w ogóle by nie powstały? Być może zamiast kilku filmików o tańczących Siuxach, popisującym się Billu i strzelającej Annie, nakręcono by np. kogoś jadącego rowerem, co za sprawą efektu motyla stworzyłoby niszę filmów cyklistycznych, która to z kolei pociągnęłaby początki amerykańskiego kina w innym kierunku? No, nie... To kobieta-strzelec wyborowy, Annie Oakley - która nauczyła się posługiwać bronią już w wieku dziesięciu lat i potrafiła z kilkudziesięciu metrów przestrzelić rzucone w powietrze karty do gry – okazała się protoplastką popularnych bohaterów i wątków filmowych.
                Zapamiętajcie więc nazwisko Annie Oakley. Obejrzyjcie na anglojęzycznej Wikipedii ów studwudziestotrzyletni film (poniżej notki wklejam linka), bo te dwadzieścia sekund niemego, niewyraźnego strzeleckiego show może na zawsze zmienić wasze wyobrażenie o początkach kinematografii amerykańskiej i historii ważnego jej odłamu, czyli westernu.


P.S. Powiedzenie Godarda: „Wszystko, co potrzeba do dobrego filmu, to broń i dziewczyna” – też, jak widać, nie wzięło się znikąd ;).


https://en.wikipedia.org/wiki/Annie_Oakley_(1894_film)

poniedziałek, 6 marca 2017

Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn's Devotion) - 1910r.

Najstarszym zachowanym po dziś dzień westernem nakręconym przez rdzennych mieszkańców Ameryki jest Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn’s Devotion: A Play Acted by a Tribe of Red Indians in America). Film powstał w 1910r. a wyreżyserował go James Young Deer – twórca wywodzący się z ludu Nanticoke z Delaware, choć, biorąc pod uwagę niewielką ilość źródeł, nie mam pewności co do jego rzeczywistego pochodzenia. Tytułową rolę w filmie zagrała żona reżysera – Indianka ze szczepu Winnebago z Nebraski – o imieniu Lillian St. Cyr, lepiej znana ze scenicznego pseudonimu Princess Red Wing (lub po prostu Red Wing). Ta para filmowców w latach 10’tych dwudziestego wieku była najbardziej wpływową w Hollywood dwójką rdzennych mieszkańców USA, a podjęcie przez nich współpracy z francuską wytwórnią Pathe zaowocowało serią kilkudziesięciu westernów.
         Film opowiada historię osadnika mieszkającego z indiańską żoną o imieniu Biały Jeleń i synem (albo córką – nie jest to wyjaśnione) gdzieś na dzikim zachodzie. Pewnego dnia przychodzi wiadomość z Londynu o tym, że główny bohater odziedziczył majątek. Ale szczęście spadkobiercy nie udziela się jego żonie, która obawia się wyjazdu z rodzinnych stron. Lęk przed podróżą na wschód i ewentualną utratą męża sprawia, że kobieta podejmuje decyzję o samobójstwie i wbija sobie nóż w pierś. Gdy dziecko wraca znad rzeki do domu i dostrzega ojca nad ciałem umierającej matki, niesłusznie bierze go za mordercę. Zawiadamia brata zmarłej – wodza miejscowego plemienia Indian. Rozpoczyna się pościg za rzekomym zabójcą…
         Film warto obejrzeć choćby w ramach ciekawostki. Można też pobawić się w detektywa i na podstawie szczątkowych danych wywnioskować pewne szczegóły. Np. list zaadresowany jest na 'Pine Ridge Dakota'. Najwyraźniej akcja dzieje się w południowo-zachodniej Dakocie Południowej, gdzie obecnie znajduje się wielki rezerwat Siuxów. Zastanawiające jest, dlaczego Indianie biegną pieszo, goniąc uciekającego konno zabójcę? Czyżby budżet filmu nie przewidział tylu koni? A może wśród tamtejszych Indian jazda konna nie była popularna? Każdy, kto ma w biblioteczce Ostatnią Walkę Dakotów Alfreda Szklarskiego, pamięta tę ciemną okładkę z jadącym konno indiańskim wodzem. No więc jak to z tymi końmi było?

         W swoich czasach Poświęcenie Białego Jelenia zebrało niezłe recenzje. Szczególnie kwestie Indiańskie są w tym filmie na wysokim poziomie, co nie powinno dziwić, skoro autorami są Indianie. Nie obeszło się też bez krytyki – wypominano niezbyt realistyczną scenografię otoczenia, opartą na kadrach z New Jersey. Jest to oczywiście film czarno-biały i niemy. Można więc podpatrzeć jak mimika i gestykulacja zastępowały w tamtej epoce dźwięki i słowa. Można też docenić fakt, że w Poświęceniu Indian grają prawdziwi Indianie, co w filmach z pierwszej połowy dwudziestego wieku nie było tak oczywiste. Jeśli ktoś nie dzierży starego kina to w ramach zachęty dodam, że jest to krótki metraż o długości jedenastu minut. No tyle chyba można poświęcić dla 107’letniej perełki opowiadającej o ciężkich relacjach białych osadników z Indianami?
        Poniżej wklejam link Wikipedii, gdzie można obejrzeć film:

https://pl.wikipedia.org/wiki/White_Fawn%E2%80%99s_Devotion


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Reaktywacja bloga o westernach


Witam wszystkich fanów westernów.

        Blog westerny.blog.pl, zgodnie z zapowiedziami, będzie reaktywowany już na Bloggerze pod adresem westernowy.blogspot.com. Stanie się tak, gdyż z Blog.pl nie jestem w stanie dłużej współpracować - regularnie, co jakiś czas, traciłem część danych lub szablon i czas powiedzieć dosyć. Od pewnego czasu w ogóle nie publikowałem (to zresztą pewnie wszyscy zauważyli ;)), co częściowo było spowodowane brakiem czasu lub lenistwem, a częściowo właśnie problemami z blogiem.
         Skończyliśmy już procedurę odtwarzania grafiki szablonu (na czym bardzo mi zależało). .Chcieliśmy też przetransferować wszystkie notki z komentarzami, ale niestety jest z tym problem. Czy to się uda? Zobaczymy. Jeśli nie - to będę raz jeszcze publikował stare notki - odświeżone i uzupełnione o nowe przemyślenia.
        Westerny to nie jest branża, w której pojawia się zbyt wiele nowości, ale od ostatnich wpisów upłynęło na tyle dużo wody w rzece Kolorado, że jest z czego wybierać i na pewno już w pierwszym kwartale 2017r. pojawią się nowe notki, a na pewno część zremasterowanych klasyków ;).

        Cierpliwości i do zobaczenia :)