Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerny Klasyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerny Klasyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2018

John Ford - ranking westernów.




Ok, czas na Johna Forda, czyli kolejnego po Raoulu Walshu reżysera okresu klasycznego, którego ranking westernów pojawia się na blogu. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki ranking w 2018 roku. Tym razem zadanie okazało się o tyle trudne, że Ford jest od zawsze moim ulubionym reżyserem i potrzebowałem sporo czasu, żeby zebrać się na względny obiektywizm. Problem miałem z kolejnością - nawet w pewnym momencie zastanawiałem się, czy nie zrobić kilku filmów ex aequo (ostatecznie z tego zrezygnowałem). Nie uniknąłem przy okazji burzy w mózgu, pięknych wspomnień i nieoczekiwanych rozmyślań, tak więc z góry uprzedzam, że tekst jest w kilku miejscach emocjonalny, szczególnie w przypadku najwyższych pozycji na liście.
        John Ford jest nazywany ojcem westernów i rozpoznawalny jako twórca klasycznego kanonu filmów o dzikim zachodzie. Tego też okresu dotyczy poniższy ranking. Znalazły się tu tylko westerny dźwiękowe z okresu 1939 – 1964. Tylko te, w których Ford został wymieniony w napisach początkowych jako reżyser. Ranking pomija tym samy mnóstwo wyśmienitych pozycji z epoki niemej – przyjdzie jeszcze na nie czas. Tym niemniej należy pamiętać, że poza klasyką Ford to także jeden z najważniejszych twórców westernowych epoki kina niemego. Jeden z prekursorów westernów rewizyjnych oraz jeden z głównych inspiratorów spaghetti westernu. Dodatkowo zdobywca czterech Oscarów i wielu innych nagród. Postać absolutnie wyjątkowa, którą śmiało trzeba stawiać obok największych mistrzów gatunku, jak Anthony Mann, Howard Hawks, Sergio Leone czy Sam Peckinpah. A może nawet na czele tego szacownego gremium – kwestia gustu.
A więc:


15. Dwóch jeźdźców (Two Rode Together) - 1961r.

Western tradycyjny; Western komediowy.
Wyśmienita rola Jamesa Stewarta nie pomogła temu filmowi w ucieczce z ostatniego miejsca rankingu. Teksański szeryf (Stewart) wespół z oficerem kawalerii (Richard Widmark) wyruszają w misję uwolnienia zakładników z rąk Komanczów. Przy okazji obaj leciwi panowie przeżywają drugą młodość. Fordowi nie udało się dobrze zrównoważyć zabawnych relacji między głównymi bohaterami z przekazem wynikającym z ich działań i w ogóle z fabułą. Wyszła z tego próba nawiązania do Poszukiwaczy czyli ugryzienia problemu uprowadzanych przez Komanczów Białych osadników. Niestety scenariusz napisano tak, że historia nie porywa, a w samym filmie brakuje tego, za co zawsze uwielbiałem Forda – poetyckiej wizji frontieru i mistrzowskiej obyczajowości. Są tu oczywiście plusy i ciekawostki. Pojawił się wątek mądrego wodza – Quannah Parkera (Henry Brandon) w opozycji do młodego ambitnego szamana – Kamiennego Cielaka (Woody Strode). To najsłabsza rola Strode'a jaką znam, ale jego postać to ciekawe nawiązanie do zbuntowanych Indian pokroju Geronimo i ich filozofii w czasach, gdy większość pobratymców optowała za przejściem do rezerwatów. Brandon z kolei okazał się etatowym filmowym wodzem Indian, bo przecież w The Searchers zagrał Bliznę. Moi drodzy, umówmy się – najsłabszy w tym zestawieniu film Johna Forda to w dalszym ciągu poziom nieosiągalny dla większości przeciętnych reżyserów z tamtych czasów.


14. Trzej ojcowie chrzestni (Three Godfathers) - 1948r.

Western tradycyjny; Western mesjański.
Film dedykowany przez Forda pamięci Harry Careya Seniora, który dwukrotnie w epoce niemej (w 1917 i 1919r.) wystąpił we wcześniejszych wersjach zatytułowanych Marked Men. W międzyczasie, remakowali ten film zarówno William Wyler (1929r.) jak i nasz rodak Ryszard Bolesławski (1936r.). To symboliczna opowieść o trójce bandytów (John Wayne, Pedro Armendariz, Harry Carey Jr.), którzy po obrabowaniu banku uciekają na pustynię, ścigani przez szeryfa (Ward Bond). Spotykają umierającą ciężarną kobietę. Odbierają poród, a następnie zgadzają się zostać ojcami chrzestnymi noworodka i zaopiekować się nim. Ta przejmująca historia została przez Forda dopracowana do wizualnej perfekcji. Świetna obsada aktorska z debiutującym Harrym Careyem Jr. Zapewniła niezły poziom rozrywki. Tym niemniej mesjanizm i biblijny przekaz wymknęły się Fordowi spod kontroli i w pewnym momencie forma przytłoczyła mnie tak bardzo, że aż się zniechęciłem. Wciąż jestem zwolennikiem wersji Wylera z 1929r., gdzie ostatnia akcja rozegrała się podczas mszy w kościele. Żałuję, że Pan John przeniósł ją do saloonu, aczkolwiek jego film stawiam na drugim miejscu spośród wszystkich interpretacji. No i John Wayne wcale mi się tu podobał.


13. Konnica (Horse Soldiers) - 1959r.

Film wojenny; Western kawaleryjski.
Gdyby reżyserem nie był Ford, a głównym protagonistą Wayne, to ciężko byłoby nazwać ten film westernem; raczej filmem wojennym. Dzięki pracy obu tych panów Konnica ma zacięcie westernowe, choć nie jest to Ford z górnej półki. Fabuła jest luźno oparta na misji Unionistów z 1863r. polegającej na sabotowaniu kolejowych dostaw prących na północ Konfederatów. Głównym wątkiem jest konflikt między twardym, doświadczonym pułkownikiem (John Wayne), a preferującym pokojowe rozwiązania majorem-lekarzem (William Holden). Na drugim planie pojawia się antyromans Wayne'a i napotkanej w trakcie misji panny z Południa (Constance Towers). Film zdecydowanie dla miłośników dobrej wojskowej akcji i świetnych zdjęć autorstwa Williama Clothiera. W ramach ciekawostki można dodać, że zarówno Wayne jak i Holden zainkasowali za role rekordowe na tamten czas kwoty w wysokości 750 000 dolarów.


12. Bębny nad Mohawk (Drums Along the Mohawk) – 1939r.

Western kolonialny.
Pierwszy kolorowy film Johna Forda to niewątpliwie sukces, zarówno komercyjny jak i artystyczny. Historia młodzieńca (Henry Fonda), który wraz z nowo poślubioną żoną (Claudette Colbert) dołącza do grupy kolonistów w Dolinie Mohawk. Starający się ujarzmić młodoamerykański frontier osadnicy, stają twarzą w twarz z trudami życia na roli; napadami Indian sprzymierzonych z lojalistami. A wszystko to odbywa się w tle Rewolucji Amerykańskiej. Reżyser nie unika tematyki poświęcenia w imię idei narodowowyzwoleńczych. Ten dramat przygodowy rozgrywający się w drugiej połowie XVIIIw. spełnia swoje zadanie jak należy. Daje niezłą wizję wczesno-amerykańskiego pogranicza; nie nudzi, czego zasługą jest dobry scenariusz; a także oferuję możliwość śledzenia losów kilku wyjątkowych postaci, dzięki którym aktorzy jak Henry Fonda czy Ward Bond na długie lata zagościli w myślach widzów, a reżyser sięgał po nich później wielokrotnie. Westerny kolonialne to rzadkość w oceanie gatunku i każdy z nich jest godny uwagi – jeśli kręci go John Ford to jest na wagę złota. Jako film Bębny nad Mohawk wylądowałby zapewne wyżej, ale jako western uplasował się dopiero w trzeciej piątce.


11. Sierżant Rutledge (Sergeant Rutledge) – 1960r.

Western kawaleryjski; Dramat sądowy.
To jeden z najbardziej zagmatwanych obrazów Pana Johna. Western, nad którego przekazem i interpretacją od lat zastanawiają się najwybitniejsi biografowie reżysera. Historia toczy się na sali sądu polowego, gdzie czarnoskóry sierżant Rutledge (Woody Strode) jest oskarżony o gwałt i morderstwo na białej nastolatce. Wbrew nastrojom lokalnej społeczności, w obronie oskarżonego staje młody porucznik Cantrell (Jeffrey Hunter). Stara się dowieść niewinności podopiecznego jako jego adwokat. Trudno w pełni wyjaśnić intencje Forda, zarówno w treści jak i formie. Film zaczyna się niemal jak dreszczowiec, by przeistoczyć się w miarę upływu czasu w dramat sądowy, momentami przerywany retrospekcjami na modłę klasycznych fordowskich westernów kawaleryjskich. Z jednej strony mamy wyśmienite zdjęcia kręcone pośród Monument Valley oraz jedną z najlepszych kreacji Strode'a. Z drugiej strony nachalne próby grania antyrasizmem i nieprzekonujące zakończenie. Widać w tym westernie duży wpływ Poszukiwaczy i chęć kontynuowania podjętej tam analizy kwestii rasowych. Czasem też mam wrażenie, jakby Ford postanowił zrobić ze Strode'a czarnoskórego Johna Wayne'a. Jesteśmy w połowie artystycznej drogi między Poszukiwaczami a Jesienią Czejenów, jednak na nieco niższym poziomie. Gdzieś z tyłu głowy przebija się myśl o rewizji gatunku, by za chwilę zostać stłumioną przez klasyczne usposobienie postaci i obyczajowość. Zdecydowanie do przemyślenia.


10. Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) – 1964r.

Western kawaleryjski. Antywestern; Dramat indiański.
Dramat indiański, którego filmowy pierwowzór sięga początków dwudziestego wieku – czyli Zmierzchu Czerwonoskórych (The Red Man's View) z 1909r. w reżyserii Dawida Warka Griffitha. A że Ford u Griffitha zaczynał i inspirował się jego warsztatem, a w szczególności rozniecał płomień miłości do kawalerii i Indian, jestem przekonany, że ten film znał i pamiętał. Choć to tylko moje przekonanie nie oparte o żadne biograficzne źródła. Film opowiada o zawiedzionych polityką USA Czejenach, którzy postanawiają opuścić rezerwat i wrócić w rodzinne strony. Próbuje im w tym przeszkodzić oficer kawalerii (Richard Widmark). Film jest dwubiegunowy. Z jednej strony mamy świetne zdjęcia i poruszającą historię indiańskiej sprawy, momentami ubraną w bardzo wymowne sceny (np. głodujących, zdesperowanych Czejenów). Z drugiej strony dostajemy zupełnie niepotrzebne momenty o zabarwieniu parodyjnym, jak sceny z Earpem (James Stewart). Ford także, budując wiarygodność obrazowanych Indian, zapomniał wyłączyć guzik „kawaleria” i znów ten element przeważa, co akurat nie jest niczym złym, ale nie daje poczucia, że dla Pana Johna kwestia Indian była rzeczywiście sprawą przykrą i godną rewizji. Owszem, jesteśmy o krok dalej niż Trylogia Kawaleryjska, ale mam wrażenie, że wciąż zbyt blisko jak na rok 1964. Tym niemniej Jesień Czejenów to western głębszy i bardziej wartościowy niż podobne zamierzenie Raoula Walsha z tego samego roku pod tytułem Odległy głos trąbki. Należy docenić fakt, że mimo podeszłego wieku i szalejącej wokół kinematograficznej zawieruchy Ford był wstanie nakręcić w połowie lat 60'tych film, który mocno utkwił widzom w myślach. To ostatni western w karierze Pana Johna.


9. Rio Grande - 1950r.

Western kawaleryjski;
Twardy oficer (John Wayne) trzyma w bojowej gotowości oddział kawalerii, patrolując północne brzegi rzeki Rio Grande. Wszystko z powodu watah Apaczów zapuszczających się na terytorium USA. Oprócz problemów z Indianami, Wayne musi zmierzyć się z niezadowoleniem żony (Maureen O'Hara), która odwiedza fort, dowiedziawszy się, że ściągnięto tam ich syna. Burzliwy związek Wayna (oficera z Północy) i O'Hary (pani z Południa) jest alegorią dopiero co zakończonej Wojny Domowej. Gdzieś w tle rozgrywa się historia młodego kawalerzysty z Teksasu (Ben Johnson) oskarżonego o morderstwo. Niby do końca nie wiadomo o co chodzi, a jednak wiele istotnych wątków udaje się w tym filmie poruszyć. Wydaje mi się, że zrozumienie fenomenu Rio Grande, jest kluczem do odkrycia zamiłowań Johna Forda. Ford próbował trzykrotnie zrobić film, o jaki mu chodziło. Efektem ubocznym tych starań są Fort Apache i Nosiła Żółtą Wstążkę. Nota bene oba wcześniejsze westerny wyszły lepiej niż ostatnia część nieoficjalnego Wojskowego Tryptyku. Ale prawda jest taka, że to właśnie Rio Grande, wraz ze swym romantycznym klimatem, wspomaganym bezbarwnymi piosenkami Sons of the Pioneers i słodko-gorzką czarno-białą poezją obrazu Berta Glennona, stało się wzorcowym westernem kawaleryjskim. Oparty na tekście Jamesa Warnera Bellaha wydaje się być westernowym dziełem Forda bardziej bellahowym niż fordowskim – i choć Rio Grande nie może konkurować z pozostałymi dwoma częściami Tryptyku fabularnie, psychologicznie czy epicko, to zdecydowanie dominuje pod względem tegoż właśnie bellahowego klimatu. Tym niemniej to nie jest Jack Ford w najwyższej życiowej formie, dlatego dopiero dziewiąte miejsce.


8. Jak zdobywano dziki zachód (How the West Was Won) – 1962r.

Western tradycyjny; Western epicki.
Największe pionierskie dzieło w historii to przede wszystkim reżyserska zasługa Henry'ego Hathawaya, który jest autorem trzech segmentów: Rzeki, Równin i Bandytów. Pan Henry osiągnął w tym filmie apogeum klasycznych możliwości przedstawienia historii ujarzmiania młodej Ameryki. Ale to segment Johna Forda pt. Wojna Domowa jest najbardziej niepokojący i zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych czterech. Ford ugryzł tematykę wojny w sposób doskonały – już przy pierwszym kontakcie z frontem ukazując martwego bohatera Kapitana Linusa Rowlingsa (James Stewart). Wizualnie wyszło to wszystko nietypowo (jakby staroświecko), ale klimatycznie – mroczna czerwona poświata spływającej krwią rzeki Tennessee; pofalowany horyzont będący górami tysięcy martwych żołnierzy; a pośród tego wszystkiego zagubiony maruder (George Peppard), dla którego wyjazd na wojenkę miał być romantyczną, młodzieńczą przygodą. Nawet Ulisses Grant i William Sherman (John Wayne) z pogardą obserwują efekty swego pyrrusowego zwycięstwa, będącego jak się okazało punktem zwrotnym działań wojennych na zachodzie. Ten filmowy segment, podobnie zresztą jak nakręcony kilka miesięcy wcześniej Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (też jakby staroświecki), to mocarny renesans w dobiegającej końca karierze filmowej Forda.


7. Droga do San Juan (Wagon Master) – 1950r.

Western pionierski; Western epicki.
Western, o którym John Ford najczęściej mówił, że jest jego ulubionym. Moim zdaniem, obok Jak zdobywano dziki zachód (segmenty Hathawaya) najprzyjemniejszy dla oka klasyczny western pionierski. Dwójka młodych kowbojów (Ben Johnson i Harry Carey Jr.) pomaga karawanie Mormonów w drodze do ziemi obiecanej w dolinie San Juan. Wieść niesie, że Ford, podczas kręcenia Nosiła żółtą wstążkę tak bardzo zachwycił się mormońskimi statystami, biorącymi udział w przedsięwzięciu (z uwagi na ich pracowitość, kulturę, tańce itd.), że postanowił poświęcić im oddzielny film. Tak zrodził się jeden z najbardziej pozytywnych westernów Pana Johna – dobrze oddający ducha romantycznej filozofii ujarzmiania dzikiego zachodu. W głównych rolach obsadzono Johnsona i Careya Jr., którzy z rolami sobie poradzili, choć bez większych fajerwerków. Najjaśniejszymi gwiazdami okazali się tu Joanne Dru w roli bezpruderyjnej Denver i Ward Bond w roli mormońskiego starosty Eldera Wiggsa. To moja ulubiona rola Bonda spośród Fordów, a jego obecność na planie to pewien prywatny żart reżysera. Bond znany był z zajadłego prześladowania „lewaków” w Hollywood. W Drodze do San Juan sam gra przedstawiciela społeczności prześladowanej z powodu wiary. Taki właśnie przewrotny bywał Jack Ford. O ile fabularnie Wagon Master nie jest niczym wartym dłuższej rozprawy, o tyle klimat, a w szczególności zdjęcia Berta Glennona - to poezja obrazu w najczystszej formie. Monument Valley po raz kolejny zachwyca i jest jakby odkryta na nowo.


6. Fort Apache – 1948r.

Western kawaleryjski. Western psychologiczny.
No i zaczynają się arcydzieła westernowej kinematografii, których Ford wg mnie ma na swoim koncie sześć. O ile nr 1 potrafiłem określić bez wahania, o tyle pozycje od 2 do 6 to już był dla mnie dramat. Postanowiłem, że wielką szóstkę otworzy Fort Apache – gdyż spośród najlepszych westernów w tym zestawieniu zawiera w moim mniemaniu najwięcej przeciętnych lub niepoważnych scen i najmniej wybitnych ujęć kamery. W filmie zadebiutował John Agar, który ledwie kilka lat wcześniej poślubił partnerującą mu tu Shirley Temple. Był to dosyć toporny aktorsko początek - ale wyśmienicie zrehabilitował się za to rok później w Nosiła Żółtą Wstążkę. Fort Apache oparty jest na opowiadaniu Bellaha pt. Masakra. Nowy dowódca Owen Thursday (Henry Fonda) przyjeżdża do daleko wysuniętej na południowy zachód wojskowej placówki. Fonda gra ambitnego, ale rozgoryczonego oficera-wdowca, który postanawia zaprowadzić w forcie porządek, a następnie rozprawić się z Apaczami. Jego przeciwieństwem jest kapitan York (John Wayne) – ludzki, doświadczony w walkach z Indianami oficer, mający nadzieje na objęcie dowództwa nad pułkiem. Fort Apache jest w pewnym sensie konsekwencją żądzy „custerowskiej” opowieści, jaką rozpalił w Fordzie piekielnie udany western Raoula Walsha Umarli w butach. Po raz kolejny (po debiucie w Dyliżansie) pojawia się tu wątek miłowanego przez reżysera Siódmego Pułku Kawalerii USA i jego udziału w ujarzmianiu Wild Westu. Bardzo ważna jest kwestia Indian – był to pewien przełom, który sprawił, że coraz śmielej zaczęto kręcić dramaty indiańskie. Wystarczy przypomnieć zrealizowane dwa lata później Złamaną strzałę Delmara Davesa i Diabelską przełęcz Anthony Manna.


5. Dyliżans (Stagecoach) – 1939r.

Western tradycyjny. Western epicki.
No właśnie – Dyliżans mógłby być równie dobrze na drugim, trzecim lub czwartym miejscu. Jest poza podium z podobnego powodu, co Fort Apache: zawiera sporo scen, które - choć potrzebne i nadające filmowi tempa i odrębności – z dzisiejszej perspektywy nie bronią się aż tak dobrze jak w przypadku pozostałych westernów Forda. Innymi słowy jest to absolutne arcydzieło, ale na skalę lokalną, na dekadę lub dwie od kiedy się pojawiło. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z przełomowym momentem w historii gatunku, wyrwanego dzięki Dyliżansowi z klinicznej śmierci późnych lat 30'tych. Jest to opowieść o zróżnicowanej społecznie i obyczajowo grupie ludzi podróżujących dyliżansem wzdłuż pogranicza. Podstawą fabuły było opowiadanie Ernesta Haycoxa pt. Dyliżans do Lordsburga, inspirowane utworem francuskiego pisarza Guy'a de Maupassanta pt. Baryłeczka. To pierwszy dźwiękowy western Forda i w ogóle pierwszy nakręcony po trzynastoletniej przerwie od gatunku, a także pierwszy epicki western epoki klasycznej. Czternasty z kolei western w dorobku Wayne'a, ale przełomowy, który zrobił z niego żywą legendę kina. To pierwszy Ford w Monument Valley, świetnie sfilmowanej przez niezawodnego Berta Glennona – miejsce, w którym Pan John zainstalował się ze swymi kamerami na ćwierćwiecze. Ale Dyliżans to nie tylko archetyp – to przede wszystkim doskonale opowiedziana historia będąca studium ludzkich charakterów. Opowieść o zemście, miłości, upadku i odkupieniu – fundament filmów o dzikim zachodzie. To był też ulubiony western największej znanej mi fanki gatunku czyli mojej mamy Danuty (RIP) – ile razy jako malec go obejrzałem? Trudno powiedzieć...


4. Nosiła żółtą wstążkę (She Wore a Yellow Ribbon) – 1949r.

Western kawaleryjski; Melodramat; Western epicki.
Dla mnie to najbardziej dojrzały i najpiękniejszy w historii western kawaleryjski i jeden z najlepiej sfilmowanych westernów w ogóle. Nakręcony w technicolorze jako melodramat, w którym fabuła schodzi na drugi plan, ustępując miejsca sentymentowi dla regimentów kawalerii walczących na dzikimi zachodzie; miłości wykluwającej się nawet w najtrudniejszych okolicznościach; cudownej westernowej scenografii w spektakularny sposób sfilmowanej przez Wintona C. Hoch'a, za którą otrzymał zasłużonego Oscara. Otwarciem filmu jest flaga Siódmego Pułku Kawalerii oraz informacja, że „Custer nie żyje” - można więc powiedzieć, że tym razem Ford nawiązuje do jego legendy bezpośrednio. Główny bohater – kapitan Nathan Brittles (John Wayne), poległego nad Little Bighorn dowódcę oraz jego oficerów znał osobiście. Informacja o ich śmierci to dla jego pułku szok i zwiastun kłopotów. Dla samego Brittlesa wojskowa kariera dobiega końca i jest z tego powodu rozgoryczony. Zanim jednak odda komendę w ręce młodego ambitnego porucznika Cohilla (John Agar) – raz jeszcze będzie musiał wykazać się męstwem i doświadczeniem. Bo oto plemiona Wielkich Równin jednoczą się gotowe do ostatecznej wojny z Białymi. W tle głównej fabuły rozgrywa się rywalizacja o względy pięknej młodej damy o imieniu Olivia Dandridge (Joanne Dru). To ona jest tytułową nosicielką żółtej wstążki – symbolu uczucia do kawalerzysty. Kto jest szczęśliwym wybrankiem? Czy nieopierzony drugi porucznik z bogatej rodziny (Harry Carey Jr.)? A może wspomniany wcześniej zastępca dowódcy – arogancki i władczy Cohill? A może pannie chodzi o leciwego, lecz wciąż atrakcyjnego weterana Brittlesa? Sprawdźcie sami.


3. Miasto bezprawia (My Darling Clementine) – 1946r.

Western biograficzny; Western noir.
Bracia Earp z tego co wiem nie byli kowbojami i nie zajmowali się spędami bydła. Wyatt Earp nie pojedynkował się na rewolwery z Doc'kiem Holliday'em, a na pewno takiego pojedynku nie wygrał. Doc nie zginął w trakcie strzelaniny w O.K. Corral. Takich wypaczeń historycznych znajdzie się w filmie więcej, ale nie zmienia to faktu, że Miasto bezprawia jest po dziś dzień niedoścignionym wzorem dla wydarzeń, które rozegrały się w 1881r. w Tombstone. Historia pomija początki kariery Wyatta Earpa (Henry Fonda) związanej z Dodge City, koncentrując się na momencie, gdy przybywa do Tombstone, a następnie obejmuje posadę szeryfa. Zaprzyjaźnia się z hazardzistą i zabijaką, ex lekarzem Johnem Dockiem Hollidayem (Victore Mature), a także wdaje w konflikt z bandą pod wodzą starego Clantona (Walter Brennan). To jedyny western, do którego Ford wplótł stylistykę noir, co zaowocowało wyśmienitą, dekadencką atmosferą. Udaną modyfikacją schematu było użycie mężczyzny fatalnego – Doca. Każda scena i każde ujęcie kamery w tym filmie to wizualny majstersztyk. Atmosfera już na początku, za sprawą zabójstwa Jamesa, robi się gęsta i gęstnieje aż do słynnego historycznego rozstrzygnięcia w O.K. Corral. Kilku reżyserów zbliżyło się do poziomu Forda, nie powiem, być może tworząc nawet filmy ciekawsze, lepsze fabularnie i bardziej realistyczne. Ale do dziś nikomu nie udało się zbudować tak wysokiego napięcia, przy użyciu tak prostych środków filmowego wyrazu. Nie bez kozery Sam Peckinpah określał Miasto bezprawia jako swój ulubiony western.


2. Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (The Man Who Shot Liberty Valance) – 1962r.

Western psychologiczny; Antywestern.
Prawnik ze wschodu Ransom Stoddard (James Stewart) przybywa do miasteczka na dzikim zachodzie, gdzie zostaje pobity i okradziony przez bandę Liberty Valance'a (Lee Marvin). Udaje mu się przeżyć dzięki pomocy doświadczonego rewolwerowca Toma Doniphona (John Wayne) i młodej restauratorki Hallie (Vera Miles). Stoddard postanawia zastopować wybryki Valance'a przy użyciu prawa. Nie wszyscy uznani krytycy klasyfikowali Człowieka, który zabił Liberty Valance'a jako film udany. Np. Brian Garfield uważał go za western niczym nie zaskakujący, nakręcony w zbyt staromodnej jak na swoje czasy technologii. Przyznam, że ja sam kiedyś miałem wątpliwości, ale zdążyłem w międzyczasie poznać Pana Johna lepiej. Na tyle dobrze, że zrozumiałem, że Ford wcale nie kręcił westernów – one były zawsze odbiciem w filmowym zwierciadle jego stanu emocjonalnego. Rozgoryczenie brutalizacją gatunku; upadek wiary w westernowy mit, na którym się wychował i który tworzył; pukająca powoli do drzwi filmowa emerytura. To wszystko doprowadziło do powstania najbardziej pesymistycznego fordowskiego dzieła. Z drugiej strony bardzo nostalgicznego, bo trudno nie uronić łzy, widząc w kostnicy, tuż obok trumny z ciałem zmarłego Wayne'a, stary, zniszczony i bezużyteczny dyliżans. O tym filmie można opowiadać godzinami, ale dla mnie najistotniejsze jest to, że Ford w 1962r. postanowił powiedzieć dość! Nie będzie więcej dyliżansów, nie będzie już Johna Wayne'a – teraz będą Lee Marvin i jego dwóch wrednych kolesi (Lee Van Cleef stał się gwiazdą spagwesternu; Strother Martin stał się np. jednym z ulubieńców Peckinpaha). I kto wie, być może to właśnie ten film, a nie kolejny w rankingu sprawia, że Johna Forda uważam za najwybitniejszego reżysera westernów.


1. Poszukiwacze (The Searchers) – 1956r.

Western tradycyjny; Western epicki.
Ethan Edwards (John Wayne): rozgoryczony przegraną wojną konfederat i Martin Pawley (Jeffrey Hunter): młodzieniec, w którego żyłach płynie indiańska krew – ruszają w pięcioletnią tułaczkę po dzikim zachodzie w poszukiwaniu porwanej przez Komanczów dziewczynki. Ta podróż całkowicie odmieni ich życie i da nowe spojrzenie na surowy, niebezpieczny świat, w którym od zawsze funkcjonowali. Życiowa rola najważniejszego westernowego aktora Wayne'a plus życiowa forma najważniejszego westernowego reżysera Forda równa się arcydzieło. Proste matematyczne równanie. No właśnie - w matematyce definiuje się piękno jako zbiór danych, do którego nie chcielibyśmy nic więcej dodać ani nic więcej odjąć. Dokładnie takim filmem są Poszukiwacze – westernem, do którego nie chciałbym dodać żadnej sceny, postaci, czy dialogu. Żadnego z tych elementów nie chciałbym też usunąć. Wbrew pozorom to western nie pozbawiony błędów czy może raczej „reżyserskich słabości”, ale kto powiedział, że piękno to coś bezbłędnego? W końcu nawet Sergio Leone twierdził, że nudzą go filmy doskonałe, bo nie ma w ich przypadku o czym dyskutować, a przecież Poszukiwacze byli jednym z jego ukochanych westernów a John Ford jednym z najważniejszych wzorców reżyserskich. Jest wielu krytyków uważających arcydzieło Forda nie tylko za największy western wszech czasów, ale nawet za najwybitniejszy amerykański film w ogóle. Ja aż tak daleko nie mam zamiaru się posuwać, bo to nie moja domena. Ale bez wahania przyznam, że nigdy nie widziałem wspanialszego filmu o dzikim zachodzie i przykro mi, bo nie sądzę, żebym kiedykolwiek jeszcze zobaczył. I z tą konkluzją zostawiam was sam na sam...


czwartek, 18 października 2018

Bandolero! - 1968r.

(Notka archiwalna z 2013r.)


              Andrew V. McLaglen to reżyser tak zwanego okresu spóźnionej klasyki, a zarazem twórca, któremu zawdzięczamy wiele dobrych, lub przynajmniej bardzo solidnych westernów. Zgrabnie prowadzone fabuły, sprawdzone obsady aktorskie – możliwości, które pan Andrew nabył mimochodem jako syn jednego z ulubionych westernowych aktorów Johna Forda. McLaglen w pewnym momencie dał się porwać klimatowi buntu i kinowych innowacji nowego pokolenia – jednak przez większość kariery robił westerny na modłę Hawksa czy Hathawaya. Czasem sequele wielkich produkcji kinowych. Interesujące pozycje spod jego ręki ujrzały światło dzienne na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Jednym z takich właśnie westernów jest Bandolero z ciekawą kreacją Jamesa Stewarta.
              Film miał premierę w roku 1968 i myślę, ze to pozycja godna polecenia ze względu na niemały rozmach, przyzwoite zdjęcia i kilka ówczesnych gwiazd na liście płac, które zapewniły niezły poziom rozrywki, choć niewiele więcej. Rzekłbym, że to taki powidok klasycznego westernowego apogeum z przełomu lat 50’tych i 60’tych, kiedy to w gatunek inwestowano duże pieniądze. Tutaj, pół dekady po ostatnich monumentalnych produkcjach starej szkoły, widzowie dostali coś, co im tamte czasy przypomniało, bo przecież fanów głodnych westernowych przygód nie brakowało nie tylko pod koniec lat sześćdziesiątych, ale do dziś jest ich mnóstwo, czego nasza wciąż powiększająca się społeczność jest najlepszym przykładem. Mamy tu z jednej strony sprawdzone wzorce fabularne, z drugiej strony duży wpływ rewolucji westernowej lat 60’tych (antywesternu i spaghetti westernu), widoczny i słyszalny w kilku brutalnych scenach oraz ścieżce dźwiękowej. No i kwartet aktorski: James Stewart, Dean Martin, Raquel Welch i George Kennedy - który wspomniany wyżej głód westernowy umiejętnie zaspokoił. Reżyser dodatkowo podsunął kilka ciekawych pomysłów fabularnych, a także naznaczył swój obraz zarówno poczuciem humoru jak i odrobiną refleksji na temat ludzkiej natury.
              Akcja filmu rozgrywa się na granicy teksańsko-meksykańskiej. W tym miejscu w ramach ciekawostki można dodać, że scenerią dla części fabuły było "Alamo Village" - zbudowane na potrzeby Alamo w reżyserii Johna Wayne'a. Niejaki Mace Bishop (James Stewart), włóczęga i weteran wojny secesyjnej, dowiaduje się, że w mieście nieopodal ma zawisnąć jego brat Dee (Dean Martin). Bishop dogania kata i pod pozorem zainteresowania zawodem oprawcy kradnie mu strój i konia. Miejscowy szeryf (George Kennedy), zakochany w pięknej meksykance - Marii Stoner (Raquel Welch) chce jak najszybciej pozbyć się herszta bandy, którego Maria darzy uczuciem. Plany te krzyżuje fałszywy kat, który nieoczekiwanie pomaga uciec rzezimieszkom, a sam, korzystając z okazji, rabuje pobliski bank. Tak zaczyna się pełna przygód ucieczka braci przed pościgiem.
              Film, oprócz aspektów przygodowo fabularnych, zawiera dużo treści moralno-życiowych.  Bracia z pozoru mocno się od siebie różnią. Mace walczył w wojnie po stronie Unii, Dee po stronie Południa. Mace to człowiek względnie praworządny i dobrze wychowany, Dee to nieokrzesany rzezimieszek, który zadaje się z bandą recydywistów. Mace to człowiek oddany rodzinie i szanujący tradycję, Dee to syn marnotrawny, którego występki doprowadziły do śmierci matki. Jednak z upływem czasu łatwo dostrzec, że bracia tak naprawdę są do siebie podobni. Pozornie praworządny Mace korzysta z okazji by obrabować bank. Zaś rzekomo niezdolny do uczuć Dee, zakochuje się z wzajemnością w Marii. Istotna jest też postać szeryfa Jully Johnsona, który w poszukiwaniu ukochanej gotów jest przemierzyć złowrogie pogranicze.  I choć nienawidzi Bishopów, w momencie próby staje z nimi ramię w ramię.

             Bandolero to western jakich wiele i zapewne nie można zaliczyć go do czołówki gatunku.  Jednak polecam ten film nie tylko pasjonatom, ale każdemu miłośnikowi klasycznego, przygodowego kina. Plusem jest świetna gra Jamesa Stewarta, który po raz kolejny udowadnia, że z upływem czasu nie ubywało mu blasku i fantazji. Welch i Kennedy także trzymają tu wysoki poziom. Osobiście nieco zawiodłem się grą Deana Martina, ale to pewnie dlatego, że ja ciągle przed oczami mam Dud’a z Rio Bravo. Tak wyśmienita rola wyszła mu tylko raz i myślę, że takim go już na zawsze zapamiętam. Dodam jeszcze, że film oprawiony jest niezłą muzyką autorstwa Jerry Goldsmitha, a w ścieżce dźwiękowej wyczulone ucho wyłapie kilka akcentów inspirowanych twórczością Ennio Morricone. To wszystko razem daje pozycję godną polecenia na jesienne popołudnia i wieczory.




niedziela, 23 września 2018

Raoul Walsh - ranking westernów


Ostatni rok na westernowym blogu poświęcono głównie początkowym okresom kinematografii – epoce niemej i pre-code, z wycieczkami do klasyki i nowoczesności. W przyszłym roku pójdziemy nieco do przodu, a artykuły skoncentrują się na właściwym okresie klasycznym czyli latach 40'tych i 50'tych. Zanim to jednak nastąpi pojawią się zestawienia z filmami najważniejszych twórców tego okresu, z próbą ubrania ich w garnitur rankingów. Klasyfikacja nastąpi o kryteria dzikiego zachodu i związane z tym elementy, a także westernowy charakter rozrywki.
         Na pierwszy ogień wybrałem Raoula Walsha, ponieważ najważniejszy okres twórczy tego reżysera przypada na wczesną epokę klasyczną, czyli lata 40'te. Karierę w filmie zaczynał, podobnie jak jego przyjaciel John Ford, rolą aktorską w epickim dziele Dawida Warka Griffitha pt. Narodziny Narodu z 1915r. O ile Ford zagrał tam zamaskowanego „klansmana”, o tyle Walsh dostał mówioną rolę Johna Wilkesa Bootha – aktora i sympatyka południa, który zamordował Abrahama Lincolna. Za kamerą Pan Raoul nie zdołał dorównać jakością swemu sławniejszemu koledze po fachu, ale podobnie jak on zakończył karierę westernową w połowie lat 60'tych. Westerny Walsha charakteryzowały się bardzo dużą różnorodnością i naprawdę ciężko wskazać dwa podobne do siebie. O ile trudno doszukać się w jego biografii arcydzieł na miarę Rzeki Czerwonej Hawksa czy Poszukiwaczy Forda, to jednak należy docenić fakt, że spośród kilkunastu jego westernów żaden nie jest szczególnie nieudany. Poniżej wymieniono filmy, w których Walsh wskazany jest w napisach początkowych jako reżyser. Nie ma tym samy takich pozycji jak W starej Arizonie czy San Antonio. Wydaje mi się, że w życiu obejrzałem już wszystkie dźwiękowe, A-klasowe obrazy kowbojskie Pana Raoula – jeśli jestem w błędzie, to proszę poprawcie mnie. Zapraszam do analizy rankingu jego filmów:


15. Odległe bębny (Distant Drums) – 1951r.

Western przygodowy; Western traperski.
Odległe bębny to wypadkowa między ekranizacjami Jamesa Fenimore'a Coopera, a westernami traperskimi. Walsh luźno oparł ten film o swój inny obraz pt. Operacja Birma z 1945r. Porucznik marynarki morskiej (Richard Webb) wraz z oddziałem dowodzonym przez kapitana Wyatta (Gary Cooper) biorą udział w trudnej misji wysadzenia fortu na terytorium bezwzględnych Seminolów. Cel zostaje osiągnięty, ale niespodziewany atak Indian odcina Amerykanom możliwość ucieczki statkiem. Tak zaczyna się pełna przygód przeprawa oddziału przez wrogie terytorium. Ciekawa historia dziejąca się na Florydzie została pozbawiona dobrego scenariusza, przez co film należy zaliczyć do nieudanych. Część scen jest po prostu nielogiczna, a zachowanie aktorów mało wiarygodne. Całości nie ratuje ani muzyka Maxa Steinera, ani nawet Gary Cooper, który poziomem dostosował się do reszty kadry. W wątku romantycznym między nim a uratowaną przez oddział panną o imieniu Judy (Mari Aldon) zupełnie brakuje chemii. O tym w jaki sposób na ekranie pokazano Seminolów lepiej w ogóle nie wspominać. Jedynym zaskoczeniem była scena kulminacyjna podwodnej walki na noże. Należy też dodać, że to na potrzeby Odległych bębnów nagrano słynny krzyk Wilhelma - efekt dźwiękowy, mający naśladować wrzask żołnierza ugryzionego przez krokodyla. Był on potem wykorzystywany setki razy na przestrzeni dziesiątek lat i jest wykorzystywany w filmach do dziś.


14. Saskatchewan – 1954r.

Western przygodowy; Western północny (Northern Western).
Film znamionujący się pięknymi kolorowymi zdjęciami w kanadyjskich plenerach. Oficer Kanadyjskiej Konnej (Alan Ladd), wychowany przez Indian Cree ratuje z opresji pannę (Shelly Winters) o niejasnej przeszłości. W międzyczasie Siouxowie, podbudowani zwycięstwem nad Custerem, przekraczają granicę, żeby zachęcić do walki kanadyjskie plemiona. Oddział czerwonych kurtek musi przedrzeć się przez frontier, by dotrzeć do bezpiecznego fortu. Nie byłoby do czego się w tym westernie przyczepić, gdyby nie to, że jest nudny i niczym nie zaskakuje. Ladd bawi się w kanadyjskiego Old Shatterhanda, wywiązując się z tego zadania, ale nie oferując większych emocji. Jest tu sporo akcji – walki, ataków Indian, szarż kawaleryjskich, czy spływów rzekami za pomocą kanou. Choć trudno o tym filmie cokolwiek więcej napisać, mimo wszystko nadaje się do obejrzenia.


13. Strzały w Arizonie (Gun Furry) – 1953r.

Western przygodowy; Western akcji.
Film akcji nakręcony w technicolorze. Prosty, zgrabny scenariusz miał zapewnić pewien poziom emocji od początku do końca i w zasadzie tak się stało. Po Wojnie Domowej dama z Południa (Donna Reed) podróżuje do Kalifornii wraz z narzeczonym (Rock Hudson) oraz niejakim Slaytonem (Phil Carey) – bandytą, któremu panna wpada w oko. Dyliżans zostaje zatrzymany przez ludzi Slaytona, a dziewczyna porwana. Hudson rozpoczyna pościg w celu odbicia narzeczonej. Western ogląda się szybko, ale całość jest niestety nijaka podobnie jak i sam główny protagonista grany przez Hudsona. W filmie brak poważniejszego przekazu, a przeszłość poszczególnych postaci przedstawiona w kilku dialogach z początkowych scen nie nadaje im specjalnie głębi. Ten film lawiruje gdzieś na granicy A-B, choć mimo wszystko broni się znośnymi zdjęciami i wartką akcją. W drugoplanowej roli pojawia się Lee Marvin, któremu trafiła się dosyć gamoniowata postać – łotra pilnującego kobiet i dającego się im okładać krzesłami.


12. Cheyenne – 1940r.

Western detektywistyczny. Western noir.
Cheyenne znany jest też pod tytułem The Wyoming Kid (jedną z postaci jest Sundance Kid). Główny bohater to szuler, który dostaje ultimatum – ma złapać tajemniczego bandytę o pseudonimie Poeta albo pójdzie za kratki. To przykład westernu Walsha, w którym klimaty noir (wątek detektywistyczny, tajemnicza kobieta, zagadkowe listy) zagrały zdecydowanie na niekorzyść. Zabrakło też charyzmatycznego „westernowego” lidera dla kardy aktorskiej złożonej z Dennisa Morgana, Arthura Kennedy, Jane Wyman, Bruce'a Bennetta i Janis Paige. Mimo nie najgorszego scenariusza, kameralne sceny z miasteczka Cheyenne, biura kompanii przewozowej, wynajmowanych pokoi i saloonów, nie zostały odpowiednio zbilansowane akcją w otwartym terenie. Reżyser nie znalazł dobrego pomysłu na wielokrotnie powtarzający się motyw jazdy dyliżansów i napadów na nie, przez co kilka podobnych do siebie scen daje wrażenie dejawu. Film ogląda się szybko i przyjemnie, ale to nie jest ten poziom, do którego przyzwyczaił mnie Pan Raoul. Tym niemniej detektywistyczne zacięcie i relacje między głównymi bohaterami zapadają w pamięć i przypominają czasy świetności starej filmowej szkoły.


11. Odległy głos trąbki (A Distant Trumpet) – 1964r.

Western kawaleryjski.
Młody absolwent West Poin, porucznik Hazard (Troy Donahuy) zostaje wysłany do fortu na Terytorium Arizony, gdzie amerykańska armia próbuje schwytać zbuntowane oddziały Apaczów pod dowództwem wodza Wojennego Orła. Trudy życia na granicy i żołnierskie obowiązki zmieniają zarówno postrzeganie służby przez młodego oficera, jak i jego uczucia. Superprodukcja wytwórni Warner Brothers, która wydała duże pieniądze, by zapewnić wysoki poziom zarówno artystyczny jak i komercyjny. Raoul Walsh miał być gwarantem sukcesu na miarę najlepszych kawaleryjskich westernów Forda. To zamierzenie nie udało się, ponieważ w filmie nie dostajemy nic nowego, czego nie znalibyśmy z wcześniejszych produkcji. Na plus należy zaliczyć wykorzystanie aktorów indiańskiego pochodzenia i posługiwanie się rdzennymi dialektami Apaczów. Sami Indianie jednak nie byli w tym westernie niczym więcej jak kaskaderami spadającymi z koni od kul kawalerzystów. To czego nie udało się Walshowi w Odległym głosie trąbki, John Ford w tym samym roku dokonał w Jesieni Czejenów. To był ostatni film w karierze Roula Walsha.


10. Szeryf i blondynka (The Sheriff of Fractured Jaw) – 1958r.

Western komediowy.
Angielski dżentelmen (Kenneth More) przybywa do Fractured Jaw na dzikim zachodzie, żeby ratować podupadającą rodzinną firmę zbrojeniową. Nie potrafi strzelać i nie ma pojęcia o zwyczajach westernerów, a mimo to, przez splot zbiegów okoliczności, zostaje szeryfem i zyskuje opinię groźnego przeciwnika. Tym samym wpada w sam środek wojny między dwoma wrogimi ranczerami. Udaje mu się też rozkochać w sobie właścicielkę miejscowego saloonu – piękną i utalentowaną Kate (Jayne Mansfield). Film niezbyt poważny, ale znalazł się w dziesiątce najlepszych kowbojskich dzieł Walsha, bo spełnia swoje zadanie jak należy. Jest nakręcony z kunsztem; prezentuje poczucie humoru na niezłym poziomie; Mansfield rozpieszcza kilkoma nieźle zaaranżowanymi piosenkami, z czego utwór Valley of Love wykonany pośród skalistych kanionów z akompaniamentem echa w tle to majstersztyk, którego nie powstydziłaby się Marilyn Monroe.


9. Syn kaznodziei (The Lawless Breed) – 1952r.

Western biograficzny. Western psychologiczny.
Nakręcony z rozmachem, w technicolorze, będący próbą opisania historii Johna Wesa Hardina – legendarnego karciarza i zabójcy. Jednego z najbardziej śmiercionośnych rewolwerowców w historii dzikiego zachodu (zabił ponoć więcej niż 50 osób). Scenariusz oparty na autobiografii Hardina minął się jednak z prawdą historyczną, a Walsh stworzył obraz romantycznego bandyty, syna kaznodziei (świetny John McIntire), który od zawsze marzył o życiu farmera. W zabójczą pętle wciągnięty został niejako przypadkiem. Trudne relacje z purytańskim ojcem i niezrozumienie ze strony ukochanej stają się początkiem morderczej serii, zakończonej procesem i więzieniem. Widz spotyka się z Wesem w 1898r., gdy ten opuszcza więzienie i udaje się do drukarni z napisaną własnoręcznie historią swojego życia. Mimo tego, że mamy do czynienia z bajką, trzeba docenić trzy rzeczy. Kunszt reżyserski i jakość zdjęć zapewniają przyjemny seans. Spore ilości dialogów nie dają wrażenia filmu przegadanego, a wręcz przeciwnie – ciągną go do góry. I, uwaga, uwaga, Rock Hudson zagrał całkiem przyzwoitą rolę w westernie. Aha, drugoplanową, mówioną rolę dostał tu Lee Van Cleef – chyba jedna z pierwszych takich. Nie znalazłem polskiego tytułu, więc pokusiłem się o własny.


8. Silver River – 1948r.

Western tradycyjny. Western przygodowy.
Ostatni wspólny film Roula Walsha i Errola Flynna opowiada dzieje byłego oficera, który po upokarzającej degradacji postanawia dorobić się na zachodzie. Buduje srebrne imperium i żeni się z wdową po wspólniku (Ann Sheridan). Z zadziornego hazardzisty przeistacza się w potentata-bankiera, by ostatecznie stracić majątek i zaufanie bliskich, a następnie stanąć przed szansą na odkupienie. Mocne strony Silver River to ciekawy scenariusz, niezły rozmach i nietypowa scena kulminacyjna z ogromną liczbą statystów i wątkiem linczu. Do tego - jak to u Walsha bywało najczęściej – muzyką zajął się Max Stainer, który nie zawiódł. Sam Flynn momentami sprawiał wrażenie jakby myślami błądził gdzieś poza kadrem – mimo wszystko pasował do roli. Ann Sheridan i Bruce Bennett też na zadowalającym poziomie. Jednak najjaśniejszą gwiazdą jak zwykle okazał się Thomas Mitchel w roli zapijaczonego adwokata-filozofa. Więcej niż przyzwoity, energetyczny western z historią ujarzmiania amerykańskiego zachodu w tle.


7. Na granicy życia i śmierci (Along the Great Divide) – 1951r.

Western psychologiczny. Western noir.
Walsh po raz czwarty w karierze ubiera film kowbojski w pelerynę stylistyki noir. Pesymistyczna, nerwowa opowieść o praworządnym szeryfie (Kirk Douglas), który eskortuje skazanego (Walter Brenan) przez pustynię, narażając się na ataki zarówno mścicieli jak i własnych ludzi. Film, mimo przeciętnego scenariusza, zaskakuje niezłą grą aktorską, dobrym klimatem i tematyką poruszającą meandry ludzkich instynktów. Podróż przez pustynię, oprócz bycia lawirowaniem między życiem a śmiercią, stanowi alegorię zagłębiania się w bolesną przeszłość; stanowi też zalążek rodzącego się uczucia. Można tutaj dostrzec pewne symptomy późniejszego arcydzieła Anthony Manna pt. Naga ostroga. Jest to pierwsza westernowa rola Kirka Douglasa, któremu wtedy jeszcze było daleko do swego optimum z drugiej połowy lat 50'tych. Mamy tu także nietypową, świetną kreację Waltera Brenana, który w roli starego koniokrada-straceńca wypadł bardzo wiarygodnie. Jakoś mi ten western mocno zapadł w pamięci.


6. Czarny oddział (The Dark Command) – 1940r.

Western tradycyjny. Western wojenny. Western psychologiczny.
W latach 30'tych Raoul Walsh zrobił sobie przerwę na kino gangsterskie. Wrócił do westernu po dekadzie, w 1940r., filmem Czarny Oddział. Podobnie jak dziesięć lat wcześniej w Drodze olbrzymów, tak i tu w głównej roli obsadził Johna Wayne'a, a do pary przydzielił mu Claire Trevor, z którą Duke spotykał się już dwukrotnie w 1939r. na planach Dyliżansu i Powstania w Allegheny. Wayne spisał się świetnie, choć na aktorską gwiazdę numer jeden wyrósł w tym filmie Walter Pidgeon. Wcielił się on w złowieszczego kapitana partyzantki z czasów Wojny Domowej - „Willa” Quantrilla – człowieka, którego ambicje przeistoczyły z nauczyciela w dyktatora plądrującego stany Midwestu. Na wyróżnienie zasługują postacie drugoplanowe, szczególnie Roy Rogers w roli szukającego własnej tożsamości młodzieńca oraz George Hayes grający starego wygę Doca. Reżyserskie umiejętności Walsha zrodziły dynamiczny, trzymający w napięciu western, oparty na prawdziwych wydarzeniach z historii USA.


5. Droga Olbrzymów (The Big Trail) – 1930r.

Western pionierski. Western epicki.
Już w 1930r. Raul Walsh przekuł na taśmę filmową talent Johna Wayne'a, czyli niemal na dekadę przed Johnem Fordem. Co ciekawe młody Wayne nie zawiódł i stworzył wiarygodną, ciekawą kreację w tym ogromnym pionierskim przedsięwzięciu, opowiadającym losy karawany wozów osadniczych jadących z Kansas do Oregonu. Niezbyt dobrze rozpisany scenariusz, problemy z dźwiękiem i zbyt teatralne sceny z dialogami utopiły tego Titanica w oceanie kinowej rentowności. Brak też dzisiaj taśm z najlepszą wersją filmu. Powyższe problemy w żaden sposób jednak nie ujmują wartości artystycznej pionierskiego obrazu Walsha. Mimo wszystko, po tym co pozostało bez wahania można uznać Drogę olbrzymów za kamień milowy westernowej kinematografii. Sceny, w których tabor pokonywał skaliste przepaście i parł mężnie poprzez złowrogi frontier to po dziś dzień czołówka wśród tematyki osadniczej. Fabułę oparto na pierwszym epickim niemym westernie pt. Karawana w reżyserii Jamesa Cruze'a z 1923r.


4. Ścigany (Pursued) – 1947r.

Western psychologiczny. Western noir.
Główny bohater, Jeb (Robert Mitchum) jest sierotą, który wiedzie trudne życie na farmie wraz z przybranym rodzeństwem. Od dziecka ktoś próbuje go zniszczyć i młodzieniec, chcąc zacząć normalne życie musi się uporać z demonami przeszłości. Jeden z najlepszych przykładów wykorzystania stylistyki noir w filmach o dzikim zachodzie. Ścigany (Pursued) z 1947r. to odległy od formalnego kanonu western Raoula Walsha. Tutaj nie znajdziemy żadnego śladu Zane'a Grey'a, Johna Forda czy Johna Wayne'a, tylko zawiłości natury ludzkiej w stylu Zygmunta Freuda i fatum jak u Sofoklesa. Niedoceniony w swoich czasach film, jak i niedoceniona świetna kreacja Roberta Mitchum, dziś uważane są za kultowe i obowiązkowe. Martin Scorsese określił film jako pierwszy prawdziwy western noir. Z kolei Sergio Leone oddał mu hołd w swym największym dziele Pewnego razu na dzikim zachodzie, w postaci dziewczyny śpiewającej piosenkę „Danny Boy”, na podobieństwo Mitchuma w Ściganym.


3. Dwaj z Teksasu (The Tall Men) – 1955r.

Western tradycyjny. Western epicki.
Obraz spędu bydła z Teksasu do Montany, a zarazem męskiej rywalizacji między bohaterami granymi przez Clarka Gable'a i Roberta Ryana. Z westernowego punktu widzenia wyśmienita uczta w klasycznym stylu, produkowana na modłę Rzeki Czerwonej Howarda Hawks'a (producentem był jego brat William). Poziomu arcydzieła z Johnem Waynem Walshowi nie udało się tu osiągnąć, ale zdecydowanie udało mu się wpleść autorskie pomysły i wykorzystać sto procent aktorskiego potencjału. Romantyczne gierki między dwójką głównych bohaterów i panną graną przez Jane Russel nieoczekiwanie ciągną film do góry. Nie ma tu infantylnych końskich zalotów w stylu Drogi do San Juan Forda czy Wyjętego spod prawa Hughes'a, tylko dojrzała rozprawa o wyborze między bogatym, ambitnym, lecz nieukształtowanym emocjonalnie Ryanem a twardym, pewnym siebie minimalistą – Gablem. W pamięci też na długo zostaje scena, gdy bracia Clint i Col trafiają na drzewo z wisielcami, co Col kwituje słowami: „Chyba zbliżamy się do cywilizacji.” - cały Walsh.


2. Umarli w butach (They Died with Their Boots On) – 1941r.

Western kawaleryjski. Western wojenny.
Chyba najgorsza rola Anthony Quinna jaką oglądałem w życiu, a także najmniej prawdziwa spośród mi znanych wariacja na temat George Custera. A jednak film Walsha broni się po dziś dzień jak żaden inny. Tylko John Ford może pochwalić się wybitniejszymi westernami kawaleryjskimi, bo Umarli w butach mają to coś, czego szuka się w filmach o dzikim zachodzie. Najlepsza westernowa kreacja Erola Flynna wespół z dobrze mu znaną z planów filmowych Olivią de Havilland. Świetna i chyba pierwsza westernowa rola Arthura Kennedy'ego. Jedyna westernowa rola Sydneya Greenstreeta. Jak zawsze przekonująca Hattie McDaniel. Do tego dudniące w uszach wagnerowskie partytury mistrza Maxa Steinera. Energetyczny scenariusz Aeneaasa MacKenzie i Wally'ego Kline'a. Wyczucie i kunszt reżyserski Walsha, który kontynuował tematykę historyczno-wojskową zapoczątkowaną westernem Czarny Oddział. Ten film to romantyczna, lekko przerysowana i podszyta nienachalnym poczuciem humoru opowieść o słynnym dowódcy, od czasów, gdy wstąpił do West Point, poprzez heroiczne wyczyny w trakcie Wojny Domowej, aż po dramatyczną porażkę i śmierć nad rzeką Little Bighorn. Porażkę, o którą jednak reżyser nie miał odwagi go oskarżyć. Łakomy kąsek zarówno dla historyków jak i krytyków. Jest tu o czym pisać.


1. Terytorium Colorado (Colorado Territory) – 1949r.

Western psychologiczny; Western noir.
Dla mnie arcydzieło. Historia inspirowana gangsterską superprodukcją tego samego reżysera z 1941r. pt. High Sierra. Motyw ukazania w przychylnym świetlne bandyty chcącego rozstać się z niechlubną profesją. Bohaterowi granemu przez Joela McCrea przed złodziejską emeryturą zostaje jeszcze ostatni skok. Nie wszystko jednak idzie tak, jak powinno. Walsh umiejętnie łączy w tym westernie kino akcji z rozprawą na temat poświęcenia i zaufania, no i wiadome – miłości. Scena kulminacyjna, rozgrywająca się pośród skalistych plenerów to wizualny majstersztyk, podobnie jak gra Joela McCrea. McCrea należał do aktorów, którzy najwiarygodniej oddawali ducha westernerów i w tym filmie niewątpliwie to udowodnił. Jako dodatkowy plus należy zaliczyć mroczne wątki romantyczne, z elementami miłości fatalnej, która w połączeniu z życiem poza prawem zwykle prowadzi do nieuniknionej tragedii. Ode mnie medal za przekaz, zgrabną fabułę i mistrzowskie zakończenie. To jeden z najbardziej pesymistycznych westernów epoki klasycznej.


wtorek, 11 września 2018

Droga do Yellow Sky (Yellow Sky) - 1948r.


William A. Wellman gościł już na łamach westernowego bloga, bo na koncie ma kilka wyśmienitych filmów o dzikim zachodzie. Należy jednak dodać, że nie był reżyserem stricte westernowym, a raczej uniwersalnym. Karierę, najpierw przed a potem za kamerą, zaczynał w czasach kina niemego, a dzieło Skrzydła (Wings) z 1927r., które wyreżyserował, zdobyło pierwszą w historii nagrodę Akademii za najlepszy film. Sam Wellman nigdy Oscara nie dostał, ale był trzykrotnie nominowany, choć ani razu za western. Tym niemniej obrazy Pana Williama zwykle nie zawodzą, dlatego dziś kolejna odsłona jego twórczości w postaci westernu Droga do Yellow Sky (Yellow Sky) z 1948r.
               Banda Stretcha (wyborny Gregory Peck) napada na bank. Jedyną drogą ucieczki przed pościgiem są nieprzebyte słone pustkowia, gdzie bandyci się gubią. Szybko też kończy im się woda. Bliscy śmierci trafiają do wymarłego miasteczka o nazwie Yellow Sky, w którym mieszkają tylko dwie osoby: starzec (James Barton) i jego wnuczka Mike (niezła Anne Baxter). Ocaleni zamierzają zostać w mieście kilka dni, żeby odbudować siły, a następnie ruszyć dalej. Pośród nich jest jednak Dude (świetny Richard Widmark) – elegancko ubrany i przebiegły jak lis kanciarz, który odkrywa, że Mike i jej dziadek skrywają pewien sekret. Odkrycie tajemnicy oraz rodzące się uczucie między Stretchem i dziewczyną doprowadzają do konfliktu.
              Nie przypadło mi do gustu polskie tłumaczenie tytułu. Nazwa filmu to Yellow Sky – a pierwszy człon czyli „Droga do” ani nie ma nic wspólnego z oryginalnym tytułem, ani nie ma większego znaczenia fabularnego. Nie jest to bynajmniej film drogi czy western pionierski, choć oczywiście bohaterowie jakąś drogę pokonać musieli, zanim do tytułowego Yellow Sky dotarli. Może to być dla niektórych mylące, bo nastój filmu i symbolika postaci są zupełnie odmienne i zawierają w sobie cechy filmu noir, a nawet westernu psychologicznego. Podobnie więc jak wcześniejszy film kowbojski Wellmana pt. Zdarzenie w Ox-Bow (The Ox-Bow Incident) z 1943r. tak i Yellow Sky jest niełatwe do zaszufladkowania.
              Film ma świetne zdjęcia, klimatyczną atmosferę i wyborny scenariusz oparty na niepublikowanej powieści W.H. Burnetta - autora znanego z popularnych czarnych kryminałów jak choćby zekranizowanego przez Raoula Walsha w 1941r. High Sierra. Fabularnie jest tu też blisko do nakręconego dużo później westernu Przedsionek piekła (Purgatory) z 1999r. w reżyserii Uli Edela, gdzie bandyci po napadzie na bank też gubią się na pustyni, a następnie trafiają do tajemniczego miasteczka. Zagubieni i przymierający głodem na pustkowiu? Hmm… gdzieś z tyłu głowy włącza się mały przycisk z napisem Trzech ojców chrzestnych (Hell’s Heroes).
Upiorna atmosfer miasta i dwójki jego rezydentów, czyli starca i młodej dziewczyny, pchają niektórych do porównań Yellow Sky nie tyle z filmami czy powieściami, co z shakespearowskim poematem Burza (The Tempest). Ponoć Burnett miał w jakimś stopniu inspirować się tamtą historią. Postanowiłem więc przeczytać ten utwór, a nawet zaliczyć słuchowisko i stwierdzam, że trudno mi dostrzec przekaz podobny do dzieła siedemnastowiecznego poety. Owszem, puste miasto mogłoby robić za wyspę, Mike i jej dziadek mogliby odwzorowywać Mirandę i czarnoksiężnika Prospero, a Stretch ewentualnie księcia Ferdynanda. Ale cała reszta już nie pasuje do Burzy, gdzie głównym wątkiem była mistyfikacja mająca na celu doprowadzenie do odzyskania tronu przez prawowitego władcę Mediolanu za pomocą magicznych sztuczek, duchów itp. Ilość istotnych postaci i ich symboliki też jest zupełnie inna.

             Interpretacje interpretacjami, ale moją uwagę zwróciło kilka nowatorskich scen i ujęć, które inspirowały późniejszych twórców. Jedną z nich jest kadrowanie przez gwintowaną lufę winchestera Mike – podobny trik miał Samuel Fuller w Czterdziestu rewolwerach (Forty Guns) z 1957r. Nie wspominając już serii filmów o Jamesie Bondzie, gdzie o ten motyw wzbogacono czołówkę. Inną ciekawostką jest scena kulminacyjna, w której Stretch pojedynkuje się z dwoma ex-podwładnymi. Tylko że akcja toczy się za zamkniętymi drzwiami; możemy jedynie słuchać wystrzałów. W pewnej amerykańskiej recenzji przeczytałem ciekawe porównanie tej sceny do strzelaniny otwarcia z filmu Sergio Leone Dobry, Zły i Brzydki (The Good, The Bad and The Ugly) z 1966r. Odświeżyłem go sobie i faktycznie, tam trójka najemników wbiega do salonu po Tuco, a kamera zamiast ich śledzić zmierza w stronę okna, przez które po chwili wyskakuje postać grana przez Eli Wallacha. Co jeszcze? Włoscy reżyserzy lubili umieszczać swoje fabuły w opustoszałych lub wymarłych miasteczkach, więc zapewne film Wellmana stanowił dla nich pewną inspirację.
              Skaliste kaniony, pustynne ostępy, wymarłe miasteczko, bandy Apaczów, upiorna parka pustelników, krwiści i przebiegli bandyci. Muzyka autorstwa dziewięciokrotnego zdobywcy Oscara, wielkiego mistrza Alfreda Newmana. Do tego przekonywująca gra Pecka, Widmarka i Baxter. Dobre role drugoplanowe czyli John Russel jako Lenghty i Charles Kemper jako Warlus. Oto moja rekomendacja. Nie ma co więcej gawędzić, bo to pozycja must see dla miłośników klasyki kina. Polecam.




niedziela, 26 sierpnia 2018

Fort Apache - 1948r.


    Stany Zjednoczone Ameryki to kraj wywalczony. Najpierw, za czasów kolonialnych, Anglicy walczyli z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami o faktorie, porty i wpływy na Morzu Karaibskim i wschodnich wybrzeżach Ameryki Północnej. Potem mieszkańcy pierwszych kolonii toczyli boje z Francją i Anglią o ziemie na północy. Dzięki tym konfliktom utworzyła się świadomość narodowa i odrębność terytorialna od Wielkiej Brytanii, której trzynaście pierwszych kolonii wypowiedziało posłuszeństwo, uzyskując niepodległość w 1783r. Młoda demokracja ekspandowała i zajmowała nowe terytoria, tocząc walki z Meksykiem o Teksas oraz z Indianami o Wielkie Równiny. W tamtych czasach niemal każdy mężczyzna posiadał broń i potrafił walczyć, a głównym kierunkiem kształcenia amerykańskiego establishmentu były szkoły oficerskie i akademie wojskowe. Wojna Secesyjna, będąca efektem różnic w wizji rozwoju młodego Państwa między zindustrializowaną, ucywilizowaną północą a post-kolonialnym, utrzymującym się z niewolniczej pracy południem, potwierdziła wojowniczy charakter Amerykanów, a jej koniec ostatecznie zamknął dyskusję na temat kierunku ekspansji. Kierunku zachodniego. I w tych właśnie okolicznościach USA wkroczyły w epokę dzikiego zachodu, i dokładnie w taki sposób postrzegał ją John Ford. Militaryzacja westernowego uniwersum u Forda nadała jego filmom z jednej strony bardzo uniwersalny i jak na tamte lata wiarygodny kształt, a z drugiej strony heroiczno-romantyczny klimat. Kwintesencją tego typu filmografii jest Trylogia Kawaleryjska, a zachowując chronologię, omawianie jej zacznę od filmu Fort Apache.
        Fort Apache (czyt. Fort Apaczi), niekiedy nadgorliwie tłumaczony na polski jako Masakra Fortu Apache lub zupełnie omyłkowo i niewłaściwie jako Fort Apaczów, to film wyreżyserowany przez Johna Forda w 1948r. Podobnie jak cała Trylogia Kawaleryjska (a także wiele innych filmów tego reżysera) opowiada dzieje amerykańskich oddziałów kawalerii, które, po zakończeniu Wojny Secesyjnej, kierowano do walki z wojowniczymi plemionami Indian na terenach Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony. W filmie Fort Apache wątkiem przewodnim jest konflikt przebywających w rezerwacie Apaczów z przedstawicielem administracji USA oraz ich wyjście na wojenną ścieżkę pod dowództwem znanego z historii wodza Cochise.
        Film jest godny polecenia z dwóch powodów. Pierwszy to kwestia Indian, których wizerunek jest nadzwyczaj ciepły, porównując go z wizją Indian z filmów Forda z epoki niemej (np. Żelazny Koń), ale i w porównaniu z pozostałymi dwoma późniejszymi częściami Trylogii Kawaleryjskiej. To pierwszy western tego reżysera, w którym Indianie oraz pragnący z nimi pokoju oficer są przedstawieni jako pozytywna strona rozgrywki. Notorycznie oszukiwani przez łamiących obietnice urzędników i okradani z przysługujących im przydziałów wołowiny, buntują się i dochodzą praw poprzez walkę.
        Drugi powód to prześwietna gra Henry Fondy, który przyćmił resztę aktorów, a grany przez niego pułkownik Owen Thursday to jedna z moich ulubionych ról Fondy. Prawdę mówiąc, Pan Henry zawsze najbardziej podobał mi się jako negatywny bohater. I choć oczywistych łotrów grywał rzadko, a jeśli już to w późniejszym okresie aktywności aktorskiej, to zdarzały mu się rolę, w których jego postać kipiała od negatywnych emocji jak tu.
        Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze kilka innych powodów, dla których ten film to ważny punkt westernowej historii. To piękne zdjęcia pośród Monument Valley. To polemika na temat Pułkownika George'a Custera. To unikatowy klimat. To wreszcie plejada charakterystycznych aktorów, którzy stworzyli swojego rodzaju zgraną filmową paczkę. Mam na myśli postacie starszego sierżanta O’Rourka (Ward Bond), sierżanta Mulcahy (Victor McLaglen), kpt. Yorka (John Wayne) czy strażnika (Hank Worden). Aż dziwne, że zabrakło tu słynnych „kawalerzystów” Johnsona i Careya Jr., którzy tak koncertowo zdominowali filmy Rio Grande i Drogę do San Juan, a w pewnym stopniu też Nosiła żółtą wstążkę.
        Trochę o głównych bohaterach. Kapitan Kirby York (John Wayne) – doświadczony w walkach i kontaktach z Indianami – rozumie ich roszczenia i dąży do pokojowego rozwiązania konfliktu. Podczas wojny domowej dowodził pułkiem wojsk Unii, ale po wojnie został zdegradowany do rangi kapitana. Po kilku latach na pograniczu ma nadzieję objąć dowództwo w odległej placówce o nazwie Fort Apache. Ku jego niezadowoleniu, generalicja oddaje stacjonujące tam oddziały pod komendę pułkownika Owena Thursdaya, który przybywa do fortu z córką Philadelfią (Shirley Temple). Thursday to rozgoryczony wdowiec. Podczas wojny był generałem, lecz zdegradowano go do rangi pułkownika i zesłano do Fortu Apache (Custer podobnie podczas wojny był generałem, by po wojnie dzierżyć rangę podpułkownika). Chorobliwie ambitny oficer-służbista, wyszkolony w West Point i wzorujący się na wodzach pokroju Aleksandra Wielkiego czy Napoleona, liczy na zdobycie szybkiej sławy w walce z Indianami i powrót do oficerskiej śmietanki. Mimo rad doświadczonego Yorka, bagatelizuje możliwości i zdolności Apaczów, a ich wielkiego wodza Cochise traktuje jak podrzędnego dzikusa. Niepoprawna odwaga i ślepa chęć zdobycia sławy zamiast do chwały prowadzi go do samozniszczenia, a jego wojska do klęski.
        Oglądając ten film, można dostrzec dwa rodzaje pojedynku osobowości. Jeden to bezpośredni pojedynek racji i zdolności między Kapitanem Kirby Yorkiem (John Wayne), a Pułkownikiem Owenem Thursdayem (Henry Fonda). W tym pojedynku zwycięzcą jest York, bo odziały stacjonujące w Fort Apache ostatecznie przechodzą pod jego komendę. Drugi pojedynek to ten korespondencyjno-aktorski między Johnem Waynem a Henrym Fondą o miano pierwszoplanowego aktora dramatycznego. Tutaj zwycięża w moim mniemaniu Fonda, bo jego bohater jest niesamowicie wymowny i przekonujący. To parszywiec, który na każdym kroku pokazuje wyższość. Jest kilka scen, gdzie wybornie demonstruje najgorsze cechy. Na przykład wtargnięcie do domu O’Rourków po to, by zabrać córkę i dać wykład rodzinie na temat różnic klasowo-obyczajowych dzielących wysokich oficerów i niskich. A przecież młody Michael (John Agar) jest drugim porucznikiem i podobnie jak on wychowankiem West Point. Gdy w jednej z ostatnich scen York rzuca Thursdayowi rękawicę, ten lekceważąco stwierdza, że nie pochwala pojedynków i zastanowi się, czy po powrocie walczyć czy oddać go pod sąd wojenny. Jedyną słuszną decyzją Thursdaya jest oddelegowanie podczas finałowej bitwy Kirbyego wraz z młodym Michaelem na tyły. To taki wyjątek potwierdzający regułę, przejaw wielkości i mądrości, próbujących się przebić przez skorupę złych cech.
        Chyba najcenniejszą rzeczą, jaką daje obejrzenie tego arcydzieła, jest pewna sprzeczność, której ciężar na swoje barki mógł wziąć tylko John Ford. Z jednej strony film jest patetyczny i owiany amerykańską propagandą gloryfikującą mit kawalerii. Przedstawienie kawalerzystów jako wielkiej szczęśliwej rodziny, żyjącej beztrosko pośród malowniczych krajobrazów Monument Valley, toczących od czasu do czasu potyczki z Indianami przy akompaniamencie trąbki, śpiewających tradycyjne pieśni żołnierskie lub popijających whisky. Ale to tylko pozory. Bo z drugiej strony dostajemy postać Owena Thursdaya jako metaforę George'a Custera, a filmową masakrę jako metaforę Little Bighorn – czyli inspiracja wypływająca wprost z niechlubnych kart historii amerykańskiego wojska. Tym co spaja wyżej wymienione żywioły jest poezja obrazu, dzięki której John Ford stworzył niepowtarzalne tło dla opowieści i mitów amerykańskiego pogranicza. I to zdecydowanie najmocniejsza rzecz w Forcie Apache. Dowód umiejętności i wyczucia Ojca Westernu. Co jeszcze? Gra aktorów, muzyka, piękne zdjęcia – to wszystko niewątpliwie też jest w omawianym filmie. Czy Fort Apache jest najważniejszym akcentem Trylogii Kawaleryjskiej? To nie takie proste – John Ford każdy film kręcił inaczej i to samo tyczy się wojskowego tryptyku, którego wszystkie trzy odsłony to dzieła zupełnie inne i niepowtarzalne. Dla każdego fana westernu pozycje obowiązkowe! To kopalnia westernowych diamentów.
         Polecam.