Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antywestern. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antywestern. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 grudnia 2018

Dolina Przemocy (In a Valley of Violence) - 2016r.


Raz na jakiś czas odświeżam sobie subskrypcję Netflixa i „młócę” go ile wlezie przez wykupiony miesiąc, starając się nadrobić wszelkie filmowe braki. Właśnie tam ostatnio trafiłem na western Dolina przemocy (In a Valley of Violence) Ti Westa z 2016r. i co ciekawe bardzo pozytywnie mnie ten film zaskoczył. Dodam, że moja żona uwielbia horrory, a ja mimochodem z nią je oglądam i byłem zdziwiony, widząc w napisach początkowych filmu o dzikim zachodzie nazwisko reżysera, którego kojarzyłem właśnie z tym mroczniejszym gatunkiem. A że wiele dziwnych debiutów westernowych okazywało się całkiem niezłych, i tym razem z ciekawością zagłębiłem się w seans – opłaciło się.
Reżyser, zresztą bardzo słusznie, poszedł w najprostszy możliwy schemat. Jeździec znikąd Paul o niejasnej przeszłości (w tej roli Ethan Hawke) przybywa do wyludnionego miasteczka Denton pod rządami szeryfa Clyda (John Travolta) i bandy rzezimieszków. Przybysz raz dwa popada w konflikt z zakapiorami, co prowadzi do tragicznych zdarzeń i kończy się serią strzelanin. Ot, chyba najbardziej oklepany motyw w historii westernu. A jednak Ti West postanowił zagrać z konwencją w kotka i myszkę, i oprócz kawałka brutalnej sensacji zafundował widzom porcję wyśmienitego antywesternu.
W sumie już od napisów początkowych wiedziałem, że to nie będzie zwykła opowieść o dzikim zachodzie, bo reżyser wystylizował czołówkę trochę na modłę Sollimy czy Corbucciego i trudno było oprzeć się wrażeniu, że wie na czym polega różnica między klasyką, a rewizją gatunku, zarówno tą jadowitą w stylu spaghetti jak i mroczną w stylu Eastwooda. Do tego kompozycje muzyczne, zresztą bardzo dobre, też od razu nasuwały skojarzenia ze spaghetti westernami. Na tym podobieństwa do włoskiej kuchni się kończą, ale to jeszcze nie finisz kulinarnych niespodzianek…
UWAGA SPOILER!
…bo najważniejszą rzeczą, którą reżyser wrzucił na ruszt, był w tym filmie motyw zemsty – czyli chyba najczęstszy schemat westernowych fabuł. Z tą różnicą, że w Dolinie przemocy po raz pierwszy (jeśli było inaczej to mnie poprawcie) główny protagonista postanawia wymordować bandę złoczyńców za to, że mu zabili psa (suczkę Abby).
KONIEC SPOILERA!
         Oprócz fajnej muzyki na plus zdecydowanie malownicze zdjęcia. Do tego pomysł, o którym wspomniałem w akapicie wyżej, a także kilku całkiem nieźle rozpisanych bohaterów. Jeśli chodzi o grę aktorską to najbardziej podobał mi się debiutujący w westernowych klimatach John Travolta. Co do samych postaci to najlepszy był zdecydowanie Paul grany przez Hawke’a, choć Pan Ethan jakoś specjalnie się tu nie napocił. Mimo wszystko jego kreacja jak i sam film wypadły dużo lepiej niż nakręcony w tym samym roku remake Siedmiu wspaniałych, którego po prostu nie dało się oglądać.
UWAGA TROCHĘ-SPOJLER!
         Postać głównego protagonisty od samego początku została umiejętnie przykryta kotarą mrocznej przeszłości, której skrawki reżyser odsłonił w dalszej części filmu. Skrawki dosłownie – bo dostaliśmy serię nocnych przebitek z czasów służby wojskowej. I to wg mnie jest najlepsza scena filmu – przedstawiono zaledwie migawki, ale możemy z nich czytać jak z otwartej księgi. Niebieski mundur kawalerzysty i martwi Czerwonoskórzy od razu dają do zrozumienia, że Paul zajmował się pacyfikacją indiańskich wiosek. Początkowo sądziłem, że mogła być to Masakra nad Sand Creek dokonana przez milicję stanu Colorado, ale biorąc pod uwagę słowa wypowiedziane przez szeryfa odnośnie karabinu Springfield (zapewne Springfield model 1873, który rządził w czasach wojen z Indianami), musiało to być już przynajmniej dekadę po wojnie domowej. Na co wskazywałoby wyludnione miasteczko Denton, mające za sobą świetność z czasów wydobycia srebra. Tak więc Paul należał do któregoś z pułków oczyszczających po Wojnie Secesyjnej nowo zasiedlane ziemie z Indian. Po pamiętnej nocy postanowił rzucić ten haniebny fach i uciec do Meksyku. No i proszę - pośród tej prostej fabuły dostajemy tomy treści do przemyślenia. W opisanej wyżej scenie do rangi symbolu urasta szczekanie indiańskiego pieska, którego Paul przygarnia i traktuje jak członka rodziny. Zastępuje mu on bliskich, ale jest też czymś w rodzaju długu przeklętego. I nagle uświadamiamy sobie, że ten karykaturalny z pozoru pomysł na film nabiera zupełnie innego znaczenia. Gdzieś wtedy przypomniała mi się Krew za krew, w której retrospekcje z czasów wojny całkowicie odmieniły postrzeganie przedstawionej fabuły, a kilkoma scenami i postaciami debiutujący reżyser wysmażył kawał krwistego steka. Tutaj stek jest trochę bardziej wysmażony, ale też smaczny.
KONIEC TROCHĘ-SPOJLERA!
Poza Paulem, o którym można by pisać godzinami, jest kilka innych symbolicznych postaci. Zły szeryf-Travolta jest w pewnym sensie karykaturą złego szeryfa z czasów rewizji. Jest kaleką i tak naprawdę wszystko chce rozwiązywać polubownie. W sumie to chyba najbardziej pozytywna postać w tym filmie. Bo nawet pozornie dobroduszna Mary Ann okazuje się zdolna do wszystkiego i całkiem bezpruderyjna. Ona i jej siostra to zdecydowanie antywizerunek kobiet zachodu. Bohater o ksywce Baryła (Tubby) - nawiązujący do często pojawiających się w westernach krępych lecz niezbyt rozgarniętych pomagierów antagonistów – w pewnym momencie filmu wygłasza manifest związany ze swoim pseudonimem i rolą jaką pełni w całym tym zamieszaniu. Przyznam, że to jedna z najzabawniejszych scen filmu.
Bardzo szanuję scenarzystów, którzy potrafią zrobić coś z niczego (tutaj scenariusz jest dziełem samego reżysera). Na pierwszy rzut oka w przedstawionym uniwersum nie ma nic ciekawego, a w historii nic nowego. I mało kto cokolwiek oprócz akcji w tym filmie widzi. Dla przykładu proponuję poczytać sobie recenzje „ekspertów” z Rotten Tommatoes, z których część nie ma bladego pojęcia, na czym polega istota amerykańskiego westernu. A wystarczy tylko dobrze przyglądać się szczegółom, wyraźnie wsłuchiwać w dialogi, których jest tutaj sporo, żeby dowiedzieć się wszystkiego o miasteczku, jego historii, urzędujących tam rezydentach, głównym bohaterze, historii okolicy. Psia krew, dostajemy tak naprawdę burzliwe dzieje południowego zachodu w pigułce.
Jedyne czego zabrakło, żebym film zaliczył do naprawdę dobrych, to odrobina bardziej profesjonalnej scenografii, więcej rozmachu przy ozdabianiu i dekorowaniu miasta, domów, ubieraniu bohaterów. Trochę to momentami pachniało kinem klasy B, ale tylko momentami. Można byłoby też do tego dołożyć nieco więcej wiary w jakość własnych ról przez aktorki. Obie główne kobiece role wypadły nieco sztucznie, choć bardziej tyczy się to panny Ellen (Karen Gillian), bo młodsza z sióstr czyli Mary Ann (Taissa Farmiga) udała się trochę lepiej.
Dolina przemocy to nie jest western, o którym filmowi krytycy będą się rozpisywać, ale dla mnie, skromnego badacza gatunku – jest to coś co obejrzałem z dużą satysfakcją, bo od napisów początkowych do ostatniej sceny otwierały się w mojej pamięci szufladki z tytułami innych, wcześniejszych, większych, starszych, ważniejszych opowieści o dzikim zachodzie. Polecam.



wtorek, 18 września 2018

Django (Django: Unchained) - 2012r.

(Artykuł archiwalny z 2013r.)


W pewnym momencie Tarantino zaczął przypominać Spielberga. Już dawno wyrwał się z tej swojej gangsterskiej, grindhouse'owej niszy i zaczął robić filmy mainstreamowe, oscarowe, pozostając mimo wszystko niezależnym w przekazie. Bardzo lubię filmy, w których jakaś, pokrzywdzona przez dzieje mniejszość chwyta za broń (zarówno tą dosłowną, palną, jak i prawną czy gospodarczą) i na przekór tego, co się czyta w podręcznikach, robi koło pióra swoim oprawcom. U Spielberga to wszystko było o wiele poważniejsze, dramatyczne; u Tarantino jest przerysowane, ubrane w szyderczy płaszcz, jednak i tu i tu, równie przejmujące. Obaj twórcy, gdy już robią film o Czarnych niewolnikach, to mamy gwarancję, że znajdą się tam sceny mrożące krew w żyłach, ilustrujące najgorszą prawdę o tym, co ludzie mogą robić innym ludziom. Gdy robią film o Żydach – zapewne nie zabraknie w nim holokaustu, bez względu na to, czy dokona się on ręką nazistów, czy samych Izraelitów. Robienie filmów, w których porusza się tak delikatną tematykę, często objętą tabu, to ogromna odpowiedzialność i wielkie wyzwanie dla reżysera. Tarantino radzi sobie z tym świetnie, ba, potrafi wyrwać za to najważniejsze w świecie filmowym nagrody.
            Django (Django Unchained) to film z 2012r., który jest kolejnym po Bękartach Wojny artystycznym i komercyjnym sukcesem Tarantino. Od Bękartów Wojny jest moim zdaniem ciut lepszy, mimo iż mniej przewrotny, co w twórczości pana Quentina jest zwykle na plus. Django to piekielnie udany antywestern, który polemizuje nie tylko z konwencją klasyczną, ale i ze spaghetti westernem, a nawet z samymi antywesternami. Nazwał bym go quentinsternem ;) Tak czy siak, Tarantino dokonał rzeczy godnej podziwu. Zrobił oryginalny western, w którym od pierwszej do ostatniej sceny mamy do czynienia z autorskimi pomysłami, jak bez udziału cyfrowych efektów specjalnych pokazać inaczej coś, co pokazano w ciągu ostatnich stu lat na wszelkie możliwe sposoby. Brawo.
            Głównymi bohaterami są ekscentryczny łowca nagród Dr. Shultz (rewelacyjny Christoph Waltz) oraz jego podopieczny, niewolnik, którego wyzwolił – Django (Jamie Fox). Jest to więc nawiązanie do popularnego filmu Sergio Corbucciego pod tym samym tytułem, ale nie jest to remake.
            Podczas boomu na Django, czyli po jego premierze, naczytałem się wielu recenzji, nie chciało mi się tym samym wtedy o filmie pisać. Skoro emocje opadły, czas na kilka dodatkowych przemyśleń ode mnie. Wybaczcie, że ta notka jest taka poszarpana merytorycznie.
            Bardzo podoba mi się pomysł z niemieckim dentystą jako łowcą nagród. Niby to takie nietypowe, przerysowane – Niemiec na Dzikim Zachodzie, ale takich przypadków wbrew pozorom było sporo. W ogóle nie wiem, czy wiecie, ale historia Niemców w USA jest ciekawa. Swoje zrobiła reformacja, która podzieliła Niemcy na zwolenników katolicyzmu i luteranizmu – w późniejszych wiekach z powodów religijnych i ekonomicznych wielu Niemców zdecydowało się na podróż do Nowego Świata. Ale najciekawszą kwestią jest chyba udział Niemców w Wojnie o Niepodległość. Między XVI a XIX w. istniało takie niemieckie państwo o nazwie Hesja-Kessel. W XVIII wieku liczyło trzysta tysięcy mieszkańców, z czego czterdzieści tysięcy stanowili – uwaga - zawodowi żołnierze! Landgrafowie Hesji wypożyczali za pieniądze swoich wojaków na wiele europejskich frontów; ale też i za ocean. Ponad połowa brytyjskiej armii walczącej z amerykańskimi koloniami (bodaj 16 z 30 tysięcy żołnierzy) to byli Hesi, wcale nie Anglicy! Po wojnie lwia część Hesów nie wróciła do domu, tylko osiadła w Stanach, stając się jedną z większych grup narodowościowych tworzących wolne USA. Przetarli tym samym szlaki dla dalszych migracji i wycieczek za ocean dla swych rodaków, których największa fala zalała Amerykę w połowie XIX w. czyli właśnie w epoce dzikiego zachodu. Tak więc historia z czarną Broomhildą i jej właścicielką, która nauczyła ją niemieckiego to raczej nic niezwykłego.
            Inna kwestia dotyczy „Mandingo Fighting”. Bardzo podoba mi się pomysł czarnych gladiatorów, jednak nie jestem do końca pewien, czy coś takiego faktycznie istniało. Poszperałem trochę na ten temat w necie i dotarłem do opracowania profesor Edny Greene Medford z University of Maryland, specjalistki od historii amerykańskiego niewolnictwa i Wojny Secesyjnej. Pani profesor pisze, że nie ma żadnych źródeł opisujących coś takiego jak „Walki Mandingo”. Jest możliwe, że jakieś walki niewolników organizowano, ale po pierwsze nie nazwało się to „Mandingo Fighting”, a po drugie trudno wyobrazić sobie, aby odbywały się one na śmierć i życie. Powód jest bardzo prozaiczny – ekonomia. W połowie XIXw., czyli w epoce walki z handlem i przerzutem ludzkiego towaru z Afryki do Indii Zachodnich, niewolnicy byli towarem drogim. Trudno wyobrazić sobie, aby plantatorzy chcieli łożyć na wyżywienie i wyszkolenie wojowników, by stracić ich w pierwszej walce. No, ale kto wie, w przypadku takich znudzonych życiem potentatów jak Candy, nie jest to wykluczone. Jako ciekawostkę dodam, że Tarantino musiał się już wcześniej interesować Mandingo. W Jackie Brown jest taki koleś Winston (grany przez Tommy „Tiny” Listera), o którym Samuel L. Jackson mówi: „Who's that Mandingo-looking nigger you got up there on that picture with you?” (czyli „Kim jest ten wyglądający jak Mandingo czarnuch, który stoi obok ciebie na zdęciu?”).
            Tarantino świetnie pokazał zależności między Białymi i Czarnymi. Podoba mi się ten odcień szary, który stanowiły jednostki nieprzeciętne. Już abstrahuję od czarnoskórego łowcy głów, którym był Django, ale np. uprzywilejowani wojownicy Mandingo; wpływowe, ekskluzywne kurtyzany; czarni dozorcy niewolników, którymi gardzili także czarni; majordomus Stephen (świetny Samuel L. Jackson), który miał tak dużą władzę w Candyland, że nawet Calvin (rewelacyjny Di Caprio) go słuchał i pozwalał mu na bardzo wiele. Ładne dziewczyny lub te posiadające niezwykłe umiejętności (jak znajomość niemieckiego Broomhildy) nie pracowały w polu, tylko w rezydencji. To wszystko zostało pokazane bardzo zgrabnie i mimo pewnych naciągnięć (vide „Mandingo Fighters”) widać wyśmienity risercz.

           Nie zabrakło też scen i wątków humorystycznych. Większość dialogów Waltza, to (podobnie jak w Bękartach Wojny) wyśmienite, dowcipne kwestie, z typową dla niego kurtuazją i przekąsem. Rozbawiła mnie rólka Franco Nero i jego wymiana zdań z Jamie Foxem (Django-pierwowzór i Django-rozkuty). W ten sposób, niejako bezpośrednio, Tarantino oddał hołd jednemu z najpopularniejszych Spaghetti Westernów i jednemu z najbardziej inspirujących Westernów w ogóle.
            Ścieżka dźwiękowa jest świetnym miksem włoskiego Westernu z nowoczesnymi rytmami. Quentin ma dar dobierania pozornie niepasujących do siebie utworów w taki sposób, że pasują. W filmie możemy usłyszeć zarówno oryginalne nuty z filmowego pierwowzoru, jak choćby Django czy La Corsa Luisa Bacalova, poprzez kilka utworów z innych westernów, jak skomponowane przez Ennio Morricone The Braying Mule z filmu Two Mules for Sister Sara, kończąc na rapowym 100 Black Coffins w wykonaniu Ricka Rossa, świetnie oddającym klimat czarnoskórej społeczności.
            Chyba nie ma sensu pisać więcej o filmie, o którym napisano już wszystko?



piątek, 7 września 2018

Butch Cassidy i Sundance Kid (Butch Cassidy and the Sundance Kid) - 1969r.


Eksperymentowanie w głównonurtowej sztuce filmowej ma to do siebie, że daje efekty tylko wespół z dobrym warsztatem. Musi to być połączenie doświadczenia ze świeżym podejściem. Operowanie sprawdzonymi schematami do pary z odważną polemiką. Kilka takich westernów powstało w okresie przejściowym, a ich największym plusem jest to, że ciężko je zaszufladkować, zaliczyć do jakiegoś konkretnego nurtu. Właśnie taki jest film Butch Cassidy i Sundance Kid – ani western klasyczny, ani antywestern. Łączy w sobie elementy obu nurtów z domieszką filmowej retrospektywy i nawiązuje do starego kina. Ja określiłbym go mianem klasycznego antywesternu.  Dlaczego Klasycznego?  Bo jest zrobiony z rozmachem i wspaniałym warsztatem, a plenery nawiązują do najlepszych ujęć w filmach o dzikim zachodzie; do miejsc gdzie, pośród skalistych przełęczy, gangi wyjętych spod prawa bandytów stanowiły prawo i dyktowały warunki. Dlaczego antywesternu? Bo romantyczny okres dzikiego zachodu właśnie się kończy, nadchodzi technologia, cywilizacja i stanowcze prawo, a reżyser zabiera widza w ostatnią podróż dwójki legendarnych bandytów. Do tego podział na dobro i zło jest odwrócono do góry nogami.
Film ujrzał światło dzienne w 1969r., a jego twórcą jest George Roy Hill. Reżyser, którego trudno skojarzyć stricte z westernami, ale na pewno reżyser kojarzony ze świetnymi filmami, realizowanymi z rozmachem i fantazją (np. za Żądło dostał w 1974r. Oscara). Buch Cassidy i Sundance Kid to jeden z tych filmów, gdzie ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Wszystko – reżyseria, scenariusz, gra aktorów, zdjęcia i muzyka są świetne i sprawiają, że film ogląda się bardzo przyjemnie. To jeden z moich ulubionych filmów lat sześćdziesiątych, ale jako western wcale mi się aż tak bardzo nie podoba. Może to dziwne, co piszę, ale wydaje mi się, że właśnie o to reżyserowi chodziło.
Obraz jest skonstruowany jako oparta na prawdziwych wydarzeniach, nostalgiczna opowieść o dwójce legendarnych bandytów, dla których napady to coś więcej niż profesja i możliwość zarobienia pieniędzy. Dla nich to pewnego rodzaju manifest, ekspresja i sens życia, którą traktują jak sztukę, bawiąc się i czerpiąc frajdę niczym mali chłopcy. Butch Cassidy (Paul Newman) i Sundance Kidd (Robert Redford) są liderami tzw. Gangu z przełęczy (Hole in the Wall Gang) napadającego na pociągi i rabującego banki. Po kolejnym napadzie na ekspres, wpadają w zastawioną przez właściciela kolei pułapkę, a tropem sławnych bandytów rusza grupa zawodowych łowców z szeryfem Joe Lefors’em i indiańskim tropicielem Lordem Baltimor’em na czele. Ku zdumieniu uciekinierów, ścigający są niezwykle skuteczni i zdeterminowani, i tylko dzięki szczęściu głównym bohaterom udaje się uciec. Po tym wydarzeniu podejmują decyzję o wyjeździe do Boliwii, która zdaniem Butcha przypomni im czasy świetności.
Film jest tragikomedią, dramatem opowiedzianym w zabawny sposób. Główni bohaterowie dostarczają mnóstwo dobrej zabawy dzięki przebojowości, przewrotnemu poczuciu humoru i filozoficznemu podejściu do uprawianej przez siebie profesji.  Butch i Sundance tak bardzo dominują na ekranie, że w sumie nie ma sensu omawiać innych postaci, bo to i tak niewiele da. Może jedynie Etta Place (Katharine Ross) wnosi cokolwiek do filmu, towarzysząc tytułowej dwójce w ich ostatniej krucjacie. Jest to więc teatr dwóch aktorów i na siłę właśnie to mógłby określić jedynym minusem, jaki dostrzegłem po wielokrotnym obejrzeniu filmu. Z drugiej strony trzeba przyznać, że Redford i Newman grają fantastycznie i choćby dla samych nich warto poświęcić te niecałe dwie godziny oglądania.  Każdy, kto pamięta Żądło, wie jak wykwintną rozrywkę potrafi dostarczyć ten duet aktorski, a film Buth Cassidy i Sundance Kid to potwierdza.
No ale właśnie – chciałbym jeszcze wrócić do myśli z pierwszego akapitu. Ten western nie tylko jest trudny do zaszufladkowania, ale w ogóle jest nietypowy, bo reżyser kładzie znaczny nacisk na kwestie biograficzne, dostosowując je nieco do swoich potrzeb. W ramach ciekawostki można dodać, że swego czasu Cassidy dowodził (bodajże w Utah) gangiem znanym jako Dzika Banda (Wild Bunch), który napadał na pociągi. Być może ten wątek z biografii bandyty był pewną inspiracją dla Sama Peckinpaha, który nakręcił western pod takim tytułem.
Podsumowując dodam, że każdy bez obawy może po film sięgnąć. Atutem jest nagrodzona Oscarem muzyka Burta Bacharacha oraz nagrodzona również Oscarem piosenka Raindrops Keep Fallin on My Head.  Jeśli to jeszcze was nie przekonuje to dodam, że to nie jedyne Oscary. Kolejne dwie statuetki film dostał za zdjęcia (naprawdę wspaniałe) oraz za scenariusz. W filmie jest jeszcze coś, na co chciałem zwrócić uwagę.  Czarno-białe wstawki w stylu kina niemego, którego osobiście jestem wielbicielem i badaczem. Te właśnie nostalgiczne wtrącenia są moim zdaniem pewnym ukrytym przekazem. Sądzę, że reżyser chciał zwrócić uwagę na aspekt historiotwórczy kina. Na poszukiwanie pośród pożółkłych kart tematów, które filmowcy odgrzebują i wyczytane tam historie kreują na nowo, przedstawiając widzom nowe wymiary prawdy w nieco teatralny (filmowy) sposób. Hill pyta więc widzów, co jest ważniejsze w sztuce filmowej: treść czy forma? Który z tych żywiołów jest istotniejszy dla opowieści o dzikim zachodzie? Ja to samo pytanie zadaję wam, a przy tym obraz pana Georga GORĄCO POLECAM!




poniedziałek, 20 listopada 2017

Hombre - 1967r. i Wrota Niebios (Heaven's Gate) - 1980r.

Poniższy tekst to fragment szerszego, zbiorowego artykułu, który ukazał się na blogu Kinomisja.pl pod tytułem Antywestern, mon amour jako zbiór wybranych tytułów dotyczących westernów rewizjonistycznych:

Hombre – 1967r.
Reżyser: Martin Ritt

Martin Ritt to reżyser rzadko kojarzony z filmami o dzikim zachodzie. A jednak w filmie Hombre z 1967r. osiągnął coś, czego mogą mu pozazdrościć bardziej rozpoznawalni koledzy po fachu. Ten spokojny, momentami apatyczny western, nakręcony na podstawie powieści Elmore'a Leonarda, ma w sobie niezwykłą siłę obrazu i ponadczasowy przekaz. Moc czerpie z dwóch głównych atrybutów: świetnych zdjęć autorstwa Jamesa Wonga Howe'a, którego praca sprawdzała się w produkcjach, gdzie klimat grał kluczową rolę. Warto wymienić Ściganego Raoula Walsha z 1947r. i Barona Arizony Samuela Fullera z 1950r., które to filmy też działy się na dzikim zachodzie, ale klimatem i przekazem mijały się z głównym nurtem gatunku. Drugim i najważniejszym atrybutem filmu Ritta jest gra Paula Newmana. Jego bohater, John Russel, nazywany Hombre, to biały mężczyzna wychowany w rezerwacie Apaczów. Jest to postać, która na twarzy wymalowaną ma całą historię eksterminacji rdzennych mieszkańców Ameryki i to kamienne, smutne lico jest obrazkiem z jakim się nie spotkałem przed wykonaniem Newmana. John wie o rzeczach, o których nowi panowie pogranicza nie mają pojęcia lub nie chcą mieć. Jako pół-Biały gardzi swoimi ziomkami, ale jako pół-Apacz jest gotów się dla nich poświęcić. Ten western ma w sobie sporo ciekawostek, które zainteresują miłośników filmów indiańskich. Czerwonoskórzy towarzysze głównego bohatera w tym ponurym uniwersum po prostu są. Nic więcej. Zepchnięci do marginesu, wyobcowani, głodni, zniechęceni do jakichkolwiek poświęceń czy zrywów narodowowyzwoleńczych...




Wrota Niebios (Heaven's Gate) – 1980r.
Reżyseria: Michael Cimino

O ile Hombre reprezentuje początkowy okres rewizji, o tyle film Wrota niebios (Heaven’s Gate) z 1980r. Michaela Cimino to już zmierzch wzorcowego antywesternu. Zmierz w przenośni i dosłownie. Dlaczego w przenośni? Bo akcja filmu dzieje się w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, w okresie zawieruchy społeczno-emigracyjnej. Pionierzy wild westu są już bogatymi przedsiębiorcami i wielkimi hodowcami bydła, a ich synowie absolwentami Harvardu. Dlaczego dosłownie? Bo klapa finansowa obrazu Cimino zachwiała branżą filmową. Doprowadziła do upadku legendarną wytwórnię United Artists, założoną jeszcze w latach 20’tych, między innymi przez pionierów westernu D.W. Griffitha i Mary Pickford. Musiała minąć dekada, żeby ktoś zdecydował się na wyprodukowanie ambitnego filmu o dzikim zachodzie (1990r. - Tańczący z wilkami). Ale zostawmy w spokoju osobistą porażkę Michaela Cimino, bo wbrew krytycznym opiniom jego film jest piekielnie ciekawy pod wieloma względami. Wrota niebios to interesująca, choć naciągana historycznie, wariacja na temat wojny w hrabstwie Johnson w Wyoming. Wojny między wielkimi hodowcami bydła, a nową falą europejskich emigrantów. Bardzo mocną stroną filmu jest nominowana do Oscara, rozdmuchana do granic możliwości scenografia (zupełnie jak to bywało w filmach Griffitha). Nawet w europejskich westernach nie przedstawiano dzikiego zachodu w tak europejskich barwach jak tu. Błotniste, kamieniste pola, obrabiane przez nieznające angielskiego wdowy z dziećmi. Tłoczące się w drewnianych budach setki przerażonych Ameryką migrantów, niczym w obozach koncentracyjnych. Ludzie reprezentujący multum kultur; posługujący się dziesiątkami języków. Istna wieża Babel. Korupcja i niesprawiedliwość, której przeciwstawić się mają odwagę nieliczni. To bardzo przejmujący obraz – z typowym dla Michaela Cimino naciskiem na obyczajowość i codzienne życie zwykłych ludzi.



niedziela, 10 września 2017

Niebieski Żołnierz (Soldier Blue) - 1970r.

Czejenowie napadają na konwój transportujący skrzynię z żołdem. Napaść przeżywają tylko dwie osoby – młody szeregowiec i śliczna dziewczyna. Nie mają koni, żywności, ekwipunku. Ruszają w pełną niebezpieczeństw wędrówkę do fortu, gdzie stacjonuje narzeczony dziewczyny. Gdy docierają na miejsce, okazuje się, że oddział wojska planuje najechać indiańską wioskę. Dochodzi do masakry. Koniec....
         No i jak? Wydaje się to pozbawione wyraźnego przekazu i fabularnego kunsztu, prawda? Otóż wcale nie. Niebieski Żołnierz (Soldier Blue) z 1970r. w reżyserii Ralpha Nelsona, to bezkompromisowy antywestern, który nie pozostawia suchej nitki na kawaleryjskiej propagandzie. Zaskakuje, trzyma w napięciu i rozpieszcza zgrabnym aktorstwem. Tym niemniej brakuje w nim balansu między krwiożerczą wizją stosunków Biali-Indianie z początkowej i końcowej sceny, a subtelnym poczuciem humoru i romantyzmem środkowej części. Gdyby nie to zachwianie filmowej równowagi, bez kompleksów mógłby konkurować ze zrealizowanym w tym samym roku Małym Wielkim Człowiekiem.
         Westernowi twórcy rozliczali się z historią amerykańskiej armii już w czasach kina niemego i była to niczym nie skrępowana twórczość. Poważna cenzura zawitała do Hollywood dopiero w połowie lat 30'tych i często obiektywne wzorce najłatwiej znaleźć przed stuleciem. Pierwszym mocnym filmem o tej tematyce był epicki krótki metraż pt. Masakra (The Massacre) z 1912r. Dawida W. Griffitha. Podobieństwo do Soldier Blue jest takie, że u Griffitha też mamy dwie masakry: jedną urządzoną przez kawalerię, drugą przez Indian. Jednak mistrz kina niemego nie próbował wywrzeć na widzu presji odnośnie zajęcia stanowiska po jednej lub drugiej stronie. U Nelsona mamy zdecydowanie anty-wojskową wymowę, inspirowaną doniesieniami o nieludzkich wybrykach U.S. Army w Wietnamie. Tym samym jest to wykorzystanie starego wstydliwego epizodu z historii wojen do napiętnowania nowego, dziejącego się na oczach ówczesnej opinii publicznej.
         Z kolei w epoce klasycznej wyraźnie dominowało narodowe (patriotyczne) spojrzenie na kwestie indiańskich wojen. Filmy takie jak Fort Apache Johna Forda z 1948r., gdzie bunt Indian był następstwem oszust urzędniczych, a dowódca pułku krótkowzrocznym narcyzem na podobieństwo Custera, stanowiły wyjątek potwierdzający regułę. Upadek kodeksu Haysa w latach 60'tych dał reżyserom więcej możliwości, lecz nie pełną swobodę. Owszem, zakończyła się epoka kawaleryjskiego mitu, ale nie wszyscy widzowie chcieli poznawać brutalną prawdę historyczną. Trzeba było wiele kunsztu i pomysłowości, żeby dobrze swój przekaz sprzedać, jak to zrobił wymieniony wyżej John Ford w filmie Jesień Czejenów z 1964r.
         Niełatwo miał Sam Peckinpah ze swoim Majorem Dundee, na trudności natrafił też i Nelson. Niebieski Żołnierz mimo lekkiej narracji i karykaturalnej wymowy nie trafił we właściwy sposób do widzów. Zawierał bardzo brutalne jak na tamten czas sceny, których reżyserowi nie udało się odpowiednio zrównoważyć z pozostałą częścią filmu. Sceny brutalne, ale i antyamerykańskie, bo ten film opowiada o masakrze nad Sand Creek z 1864r., w której wojska Unii (a dokładnie oddziały milicji) dokonały rzezi na wiosce Czejenów. Zginęło wtedy około sto pięćdziesiąt Indian, głównie kobiet, dzieci i starców, a przez długie dekady wydarzenie to określano ważnym zwycięstwem w wojnie z Indianami. W 1970r. film mógł budzić niechęć konserwatywnej części publiczności. Dla reszty odbiorców, w tym przeciwników wojny w Wietnamie, jego przekaz nie był w pełni dostępny z powodu trudności z cenzurą i wprowadzaniu do kin okrojonych wersji. Dziś po prawie półwieczu mamy możliwość spokojnie delektować się nie tylko kunsztem aktorskim i niezłą realizacją, ale i odwagą w przedstawieniu prawdy o tragicznych wydarzeniach z Kolorado.
         Fabuła zdaje się nie mieć większego znaczenia – jest pretekstem do obalania kolejnych mitów. Tym niemniej, mimo lekkiej konsystencji i przerysowanych bohaterów, film trzyma w napięciu, w czym pomaga dobrze dopasowana muzyka. Początkowa scena, gdy Indianie napadają na konwój, zabijając dwudziestu jeden żołnierzy, szybko ustępuje zabawnym perypetiom parki skazanej na swoje towarzystwo na terenie wroga. Uwaga widza zostaje uśpiona i taki jest plan reżysera. W końcówce Nelson wraca do wydarzeń z początku - wytacza najmocniejsze działa i trzeba przyznać, że to, co się dzieje na ekranie, robi wrażenie nawet dziś.
         Postać Cresty (rewelacyjna Candice Bergen) to coś, na co czeka się miesiącami, przebierając sterty zapomnianych tytułów i oglądając dziesiątki filmów. Główna bohaterka to diabelnie udane przeciwieństwo klasycznej kobiety dzikiego zachodu. Rewizja westernowej damy w pełnym wymiarze. Pyskata, prowokacyjna, uwodzicielska, bezpruderyjna. Od pierwszych scen owiana tajemniczą aurą Białej kobiety uprowadzonej przez Indian. Zestawiona w parze z żółtodziobem - szeregowym Honusem Gentem (bardzo dobry Peter Strauss), którego z łatwością owija sobie wokół palca. Klnie, beka, zawstydza, no i głośno wyraża tezę o tym, że amerykańskie wojsko bezprawnie wkracza na ziemie Indian, za co ich szczerze nienawidzi. Istny koszmar dla młodego kawalerzysty. No ale kto się czubi, ten się lubi.
         Jeśli chodzi o całokształt filmu, to podejrzewam, że każdy odbierze go po swojemu. W opiniach amerykańskich znawców jak Brian Garfield czy Phil Hardy dominuje przeświadczenie o nieudanej próbie wykorzystania krwawej brutalności w celu jej napiętnowania. Dochodzi też kwestia samych Indian, których wizerunek w tym filmie w żaden sposób nie został ocieplony w porównaniu z klasykami. Indianie nie są tymi dobrymi, ciekawymi duchowo i obyczajowo jak w Tańczącym z wilkami Costnera, Człowieku zwanym Koniem Eliota Silvestein'a czy Małym Wielkim Człowieku Penna. Nie są też dyskryminowanymi, głodującymi outsiderami jak w Hombre Martina Ritta. Walczą o swoją ziemię, mordują Białych intruzów, ale i są przez nich mordowani. Tym niemniej sporo krytyków docenia świetną reżyserię i aktorstwo, a także fakt, że choć nie jest to najlepszy film Nelsona, to jednak film, który wszyscy najlepiej zapamiętali. I ja myślę, że to jest plus, bo w końcu jest to western rewizjonistyczny mający przypominać o krzywdzie wyrządzonej Indianom.
         Krytycy mogą pisać co chcą, ale ja dawno tak dobrze się nie bawiłem, oglądając western. Były momenty, że wybuchałem śmiechem, ale były też sceny mrożące krew w żyłach. Wszystko opowiedziane w przyjemnym klasycznym stylu. Jedyne co mi się nie podobało to scena walki na noże Honusa z Indianinem ze szczepu Kiowa. Trochę to wszystko było niepoważne, a gdyby Indianie chcieli kogoś zabić, to by zabili, a nie wdawali się w dyskusje czy honorowe pojedynki. Pozytywnie zaskoczyła mnie Candice Bergen, którą kojarzyłem dotychczas z serialu Murphy Brown i z kilku innych ról, gdy była już dojrzałą kobietą. Teraz nabrałem ochoty na obejrzenie filmów z czasów jej młodości.

         Gorąco polecam ten western.


niedziela, 3 września 2017

Bezprawie (Open Range) - 2003r.

Film Bezprawie (Open Range) powstał w 2003r., oparty jest na powieści The Open Range Men z 1990r. autorstwa Lauran Paine’a i jak to bywa w przypadku westernów Kevina Costnera porusza ciekawy wątek z historii dzikiego zachodu – kwestię wolnego spędu. Jest to też film potwierdzający talent Costnera do kręcenia westernów. Talent, który udowodnił w 1990r. Tańczącym z wilkami. W przeciwieństwie do większości filmów o dzikim zachodzie oglądamy tu zielone, falujące prerie, a nie pustynię czy wyschnięty step. Jest wątek poruszający więź łączącą ciężko pracujących kowbojów; jest wątek nawiązujący do szukania swego miejsca na ziemi; jest wątek miłosny. Są emocje i świetna scena kulminacyjna z wyborną strzelaniną. A teraz po kolei:
         Jakie jest znaczenie tytułu Open Range? W Polsce przetłumaczono go jako Bezprawie, więc postaram się przybliżyć prawdziwe znaczenie. Open range to otwarta przestrzeń czy też wspólna preria – czyli tereny, na których można było prowadzić wolny spęd bydła. W latach czterdziestych dziewiętnastego wieku określano tym mianem tzw. terytoria Indian, o których niewiele jeszcze było wiadomo. Powoli, lecz coraz śmielej zapuszczali się tam poszukiwacze złota, traperzy, skauci, odkrywcy. W ślad za pionierami ruszyli farmerzy i ranczerzy, którzy kilkoma falami zasiedlili tereny ówczesnego zachodu. Po wojnie domowej, w latach sześćdziesiątych, prawie każdy zakątek kontynentu został już odkryty i przebadany. Wtedy nasiliła się też zachodnia migracja, a gospodarka i rozwój ruszyły z kopyta. Wzrosło zapotrzebowanie na żywność czyli głównie wołowinę. Powstały wielkie, międzystanowe szlaki takie jak Goodnight-Loving Trail, Western Trail czy Shawnee Trail, a także ustalono prawo wolnego spędu, które pozwalało kowbojom korzystać z ogólnodostępnych pastwisk na preriach USA.
         Szczytowy okres spędów to lata 1880 – 1885. Miliony sztuk bydła pędzono z pustynnego Teksasu na północ przez wielkie równiny w poszukiwaniu pastwisk. Wędrowano do takich miast jak Dodge, Kansas City czy Cheyenne, skąd stada jechały koleją na wschód do Chicago lub na zachód do Kalifornii. Czasem pędzono je dalej do Południowej Dakoty, Wyoming a nawet do Montany i Kanady. Część szlaków prowadziła także ze wschodu na zachód. Jednak z czasem napływ ludzi stał się tak duży, że zaczęło brakować dla wszystkich miejsca. Wolny spęd coraz mniej podobał się właścicielom okolicznych stad bydła zajmujących pastwiska i wodopoje. Ranczerzy ogradzali ziemie opatentowanym w 1874r. drutem kolczastym, ograniczając zasoby open range. To wywołało protesty farmerów, kowbojów i małych hodowców. Nasiliły się też kradzieże. Kompanie hodowlane i wielcy ranczerzy zatrudniali rewolwerowców do odstraszania nieproszonych gości. Przełomowym momentem okazały się dwie wyjątkowo srogie zimy w latach 1886-1887, które przetrzebiły stada bydła i zachwiały racją bytu zajmujących się nimi kowbojów. W latach 90’tych dziewiętnastego wieku wzmożony rozwój szlaków kolejowych i budowa przetwórni mięsnych w pobliżu dużych skupisk hodowlanych ostatecznie zakończyły epokę open range.
         I właśnie w latach zmierzchu open range dzieje się akcja filmu. Fabuła dotyczy konfliktu grupy kowbojów oraz bogatego ranczera. Głównymi bohaterami są Boss (świetny Robert Duvall), Charley (Kevin Costner), Mose (niezła rola Abrahama Benrubi) i młody Button (Diego Luna). Gdy wysłany do miasta po zapasy Mose długo nie wraca, Charley i Boss wyruszają mu na pomoc. Okazuje się, że ich kolega został dotkliwie pobity i wtrącony do aresztu przez szeryfa (James Russo). Szybko okazuje się też, że w mieście rządzi niejaki Baxter (Michael Gambon) – wpływowy ranczer – który bardzo nie lubi ludzi zajmujących się wolnym spędem. Zastraszeni mieszkańcy nie są chętni do pomocy, jednak kilkoro z nich szczerze nienawidzi Baxtera. Pośród nich jest doktor Barlow (Dean McDermott) oraz jego siostra Sue (świetna Annette Bening). Z czasem konflikt między kowbojami i Baxterem narasta. Gdy dwójka przybyłych ginie, pozostali dwaj postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i zaprowadzić w mieście nowy porządek.
          W filmie charakterystyczną rzeczą jest więź łącząca głównych bohaterów. Są wobec siebie jak rodzina – wspierają się i uczą jeden od drugiego, a czasem kłócą się i dyskutują. Costner poświęca spory skrawek taśmy filmowej by przedstawić charakterystykę tej grupy, ich perypetie, obyczajowość, sposób pracy i rejony, którymi podróżują. Najważniejszymi bohaterami są Charley i Boss, których łączy długoletnia przyjaźń i zaufanie. Dzięki wzajemnemu szacunkowi i podobnym poglądom, podejmują słuszne decyzje i potrafią unikać kłopotów. Rozsądek i kompromisowość nie jest jednak w stanie uchronić ich od konfliktu z wrogami, a ich przyjaciół od śmierci i ran. Tylko dzięki doświadczeniu, umiejętnościom strzeleckim i postępowaniu według twardych, nie zawsze szlachetnych zasad, udało im się dożyć poczciwego wieku.
         Kolejną rzeczą jest poszukiwanie swojego miejsca na ziemi i celu w życiu. Boss to kowboj starej daty, któremu powoli dają się we znaki trudy życia pod gołym niebem, bez domu i rodziny. Martwi się przyszłością dwóch młodszych pracowników, szczególnie Buttona. Rozumie, że zarówno on jak i Charley przez dekadę wspólnej pracy nie osiągnęli prawi nic; nie chce, żeby takiego losu doświadczyli młodsi. Z kolei Charley to człowiek z paskudną przeszłością. Morderca i najemnik, dla którego praca u Bossa i trzymanie się z dala od kłopotów (czytaj ludzi) to jedyny sposób na zapomnienie o mrocznej przeszłości. Costner, jako reżyser i odtwórca kluczowej roli, z jednej strony pokazuje Chaley’ego w dobrym świetle (zawiezienie koca Buttonowi, zabranie cielaka na konia, chęć kupna porcelany dla Sue), ale z drugiej strony robi to tak, aby było widać jak nienaturalne jest to u człowieka o prostej, brutalnej naturze. Światłem w tunelu może być dla niego miłość, jednak boi się tego uczucia, bo wie, że konflikt z Baxterem wyciągnie jego przeszłość na wierzch i zmusi do chwycenia za broń.
         W kilku słowach należy też oddać Costnerowi należny szacunek za polemikę z klasyczną konwencją gatunku. To nie jest zwykły dramat obyczajowy, czy przygodowy western. Falujące morza traw, kontrastujące z błękitnym niebem, przecinanym od czasu do czasu puchatymi chmurami, to pejzaż nie łatwy do odnalezienia u klasyków i niemal niemożliwy do zlokalizowania u Włochów. A przecież prerie Wielkich Równin to różnorodność, zarówno plenerów, jak i ludzkich charakterów. Co jeszcze? Deszczowa, błotnista sceneria miasteczka z wulgarną strzelaniną w scenie kulminacyjnej też nie przypomina zapylonych, błyszczących w południowym słońcu uliczek gdzie pojedynkowano się jeden na jednego.
         Oglądałem materiał o Costnerze, w którym pokazywał sceny nakręcone na potrzeby filmu, a ostatecznie nie użyte z powodu ograniczeń czasowych i chęci zdynamizowania akcji. Było tam wiele ciekawych fragmentów, w których przede wszystkim nieco lepiej poznajemy charakterologię i usposobienie bohaterów. Szkoda, że odpadły, bo w tym filmie bohaterowie i ich wnętrza są kwestią ważną. Costner stwierdził też, że sam montaż nieco ucierpiał z powodu odstawienia tych scen – mimo to film ogląda się szybko i przyjemnie, bez żadnych zgrzytów.

         Podsumowując jest to moim zdaniem jeden z lepszych westernów XXIw., warty obejrzenia. Porusza ciekawą tematykę, czyli wolny spęd bydła, a przy okazji daje sporo rozrywki. Rozkłada też na czynniki pierwsze psychikę i problemy ludzi dzikiego zachodu. Mimo pewnych podobieństw do wcześniejszych obrazów, jest w swej koncepcji oryginalny. Do tego warto nadmienić, że Costner jest stworzony do kręcenia westernów i kreowania ról westernowych (ktoś kiedyś powiedział, że to nowe wcielenie Gary'ego Coopera). W swoich filmach podchodzi świeżo do zdawałoby się wyeksploatowanych motywów. Wertuje karty historii, szuka ciekawego punktu zaczepienia i wnika w temat bardzo głęboko, przedstawiając widzowi nowe fakty. Jako reżyserowi udaje mu się znaleźć złoty środek między malowniczą i nieco naiwną klasyką z czasów Hawksa, Walsha czy Marshalla, a ponurą i brutalną koncepcją antywesternu lat 70'tych. Czy jeszcze kiedyś zobaczymy go za kamerą westernu? Kto wie. Gorąco polecam.


wtorek, 4 lipca 2017

Niebezpieczni Kompani (The Deadly Companions) - 1961r.

Filmy Sama Peckinpaha to dziś obiekty kultu. Wyobraźnię rozpalają: antyromantyczna wizja Billy Kida granego przez Krisa Kristoffersona w Patt Garrett i Billy Kid; rzeźnia urządzona w Meksyku przez Pike’a Bishopa i spółkę z Dzikiej Bandy czy „toksyczny romans” Unionistów i Konfederatów z Majora Dundee. Westerny Krwawego Sama, podobnie jak innych twórców tamtego okresu, otwarły się na elementy pomijane w poprzednich dekadach takie jak przemoc, krew i nagość. Wdzieranie się cywilizacji, a tym samym zmierzch symboli zachodu, ukazywano naturalistycznie i pesymistycznie. Przekształcenia gospodarczo-społeczne prowadziły często do śmierci głównych bohaterów, którzy nie chcieli zaakceptować zmian i dostosować się do nowego ładu. Zamiast „pięknych” dyliżansów kursowały „brzydkie” automobile, a zamiast honorowych pojedynków na rewolwery strzelało się wrogom w plecy i to z karabinu maszynowego. W końcówkach filmów umierały nie tylko legendy jak Billy Kid, ale i cisi bohaterowie old westu, których perypetie podnosiły morale widowni w złotej epoce Hollywood. Ale nie zawsze było tak ostro i bezkompromisowo. Warto cofnąć się w czasie i rozpocząć przygodę z Peckinpahem od jego debiutu na wielkim ekranie czyli filmu Niebezpieczni kompani (The Deadly Companions) z 1961r., bo ten reżyser debiutował jeszcze w epoce klasycznej.
                Film jest adaptacją powieści Alberta Fleishmana pt. The Deadly Companions i opowiada o trzech bandytach: Jankesie (Brian Keith), Billym (Steve Cochran) i Turku (Chill Wills) planujących napad na bank w miasteczku Hila City (lub Gila City). Dziwnym trafem zostają oni uprzedzeni przez inną grupę zbirów. Na ulicy wywiązuje się strzelanina, podczas której ginie chłopiec o imieniu Mead – syn tancerki Kit Tilden (Maureen O'Hara). Załamana kobieta, mająca dosyć ciągłego wytykania palcem przez „porządnych” obywateli, postanawia wywieźć ciało chłopca do odległego miasteczka Siringo, gdzie rzekomo pochowano jego ojca. Niestety Siringo aktualnie znajduje się na terytorium kontrolowanym przez Apaczów i nikt z Hila City nie chce pomóc w transporcie ciała. Kit mimo wszystko decyduje się jechać, a jej niechcianymi kompanami zostają Jankes, Billy i Turk. Po drodze okazuje się, że nie tylko Apacze stanowią zagrożenie dla podróżnych...
                Największym atutem Niebezpiecznych kompanów są relacje między głównymi bohaterami i napięcie towarzyszące fabule. Ten film jest etapem pośrednim między westernem psychologicznym i antywesternem. Powidoki klasycznej atmosfery lat 50'tych mieszają się tu z wizją podłego świata i upadku dzikiego zachodu końca lat 60'tych, tworząc bardzo oryginalny i niesłusznie niedoceniany obraz. Klasycznej atmosfery? Tak, bo sposób kręcenia i montażu, fabuła oraz przedstawione czasy nawiązują do dzieł klasycznych. Podłego świata? Jak najbardziej, bo tu nie ma bohaterów reprezentujących czyste dobro – wszyscy są albo ludźmi złymi albo tchórzami, w najlepszym razie pechowcami. Już na początku dowiadujemy się, że między trójką głównych bohaterów nie ma grama przyjaźni, a jedyne co ich łączy to chciwość, szaleństwo lub żąda zemsty. Gdy w samym środku tykającej bomby o trzech zapalnikach pojawia się piękna kobieta, można być pewnym, że wcześniej czy później dojdzie do niekontrolowanego wybuchu. O dziwo ten przewidywalny schemat w miarę trwania filmu ewoluuje i ostatecznie pozostawia wrażenie sytości. I myślę, że w tym właśnie tkwi największa zasługa Sama Peckinpaha – jednego z mistrzów opowiadania westernowych historii.
                Co do doboru aktorów i ich gry mam mieszane uczucia, choć postaci są bardzo ciekawe. Lubię Maureen O'Harę i podobała mi się jako Kit, mimo że w kilku scenach zabrakło jej wiarygodności (szczególnie, gdy zginął Mead). Tym niemniej fajnie, że tym razem ta piękna aktorka nie prała kawaleryjskich gaci w wodach Rio Grande, tylko zagrała ważną postać - pokrzywdzoną przez życie „twardzielkę”. Pamiętam, że zdarzało jej się grywać uparte, konkretne dziewczyny jak choćby w Rudzielcu z Wyoming z 1953r, ale aż tak zdeterminowanej postaci w jej wykonaniu nie pamiętam. Z trójki mężczyzn najlepiej zaprezentował się moim zdaniem Steve Cochran w roli przebojowego Billy'ego, który szybko strzela i jeszcze szybciej się zakochuje. Świetną kreację stworzył też Chill Wills – postać nawiedzonego renegata, któremu marzy się założenie własnej republiki gdzieś na granicy USA i Meksyku lub dowodzenie armią indiańskich żołnierzy-niewolników. Nawet muzyka momentami ustawia się w szeregu przed Turkiem, schodząc z ogólnej nuty w kamasze When Johnny comes marching home, jakby podkreślając wagę jego szaleństwa. To pierwsza, ale nie ostatnia nawiedzona postać w filmach Krwawego Sama. Najmniej mnie przekonał Brian Kieth – aktor, który współpracował wcześniej z Peckinpahem przy realizacji serialu, a tym samym zdawałoby się, że potencjalnie najpewniejszy punkt tej produkcji. Jednak niektóre sceny z jego udziałem leżały, szczególnie te romantyczne. O wiele lepiej wychodziło mu torpedowanie zapędów swoich nieokrzesanych podkomendnych. No ale może to dlatego, że miał specyficzną rolę – byłego oficera wojsk Unii szukającego zemsty, a także odkupienia po przypadkowym zabójstwie chłopca.

Co by nie mówić wszystkie postaci w tym filmie są dziwne i jakby przeklęte. Co z tego, że Kit ma w sobie honor i odwagę by spoliczkować bandziora podczas nabożeństwa, skoro za chwile ginie jej ukochany synek, dla którego tak bardzo chciała się nawrócić? Co z tego, że Jankes pokonuje demony przeszłości i się zakochuje, skoro ma blizny po skalpowaniu i niesprawne prawe ramię? Co z tego, że Mead jest przedsiębiorczym chłopcem i świetnie gra na harmonijce, skoro trafia go zabłąkana kula i umiera? Co z tego, że w mieście jest pastor, skoro wierni zbierają się na nabożeństwach w saloonie, a barman z mętną miną musi zasłaniać rubensowskie akty na ścianach przybytku. W tym filmie nawet Apacze to straceńcy i pijaki. Włóczą się po pustyni uprowadzonym dyliżansem i odurzają się wodą ognistą w poszukiwaniu rozróby. Pierwszy lepszy biały żołdak potrafi zakraść się do ich obozu nocą i wykraść konie. Wszyscy pozostali mieszkańcy pogranicza to tchórze bojący się choć na chwilę wychylić ze swych bezpiecznych przystani.
                Krwawy Sam już w debiucie wyraźnie dał do zrozumienia, że idzie w przeciwnym kierunku niż starsi koledzy po fachu. Podejrzewam, że gdyby miał pełną kontrolę nad scenariuszem i montażem (który uważał za najważniejszy w filmowej sztuce), krytycy okrzyknęliby pierwszym antywesternem nie Strzały o zmierzchu a właśnie Niebezpiecznych kompanów. Tymczasem w formie i treści temu filmowi bliżej do westernów psychologicznych, szczególnie tych od duetu Budd Boetticher i Randolph Scott. Na myśl od razu przychodzi nakręcony rok wcześniej western Porwana przez Komanczów, gdzie grupa skonfliktowanych łowców nagród pod wodzą ex-oficera podobnie jak tu eskortuje kobietę przez terytorium Indian. Udział Randolpha Scotta w kolejnym westernie Peckinpaha daje do myślenia i potwierdza hipotezę o inspiracjach tego reżysera.

                Kawałek ciekawego westernu – polecam.


piątek, 23 czerwca 2017

Krew za Krew (Seraphim Falls) - 2006r.

Dwudziesty pierwszy wiek to na pewno nie jest epoka westernów. Kino komercyjne stawia na inne gatunki: uniwersa superbohaterów, filmy katastroficzne, dramaty historyczne, science-fiction i fantasy. W kinie mniej komercyjnym nieprzerwanie dominuje uwypuklanie obrazu ponad fabułę i odejście od przekazu budowanego na fundamentalnych wartościach. W tej kinowej zupie trudno odnaleźć się ambitnym westernowym zamysłom, ale z drugiej strony, gdy już ktoś zabiera się za kręcenie filmu o dzikim zachodzie, próbuje to robić z pasją. Nawet jeśli ostatecznie zamysł nie wychodzi, a film okazuje się słaby, to i tak każdy fan gatunku po niego sięga, właśnie dlatego, że nie ma w czym wybierać. Tym niemniej od czasu do czasu pojawia się film, który daje solidnego kopa w tyłek i inspirację do sięgnięcia po „pióro”.
         Krew za krew (Seraphim Falls), bo o tym westernie mowa, ujrzał światło dzienne w 2006r., a reżyserem i autorem scenariusza jest David Von Ancken. Nie jest to film wybitny na miarę Zabójstwa Jesse Jamesa przez Tchórzliwego Roberta Forda Andrew Dominika z 2007r. czy Django Quentina Tarantino z 2012r., ale ze względu na świetną grę aktorów i trzymającą w napięciu, pełną akcji fabułę, stanowi jeden z najjaśniejszych punktów westernowej mapy XXI w.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu amerykańskiej wojny domowej i obejmuje rozległy teren, od pokrytych śniegiem przełęczy górskich aż po pustynne równiny. Główni bohaterowie to weterani wojny. Kapitan Gideon (rewelacyjny Pierce Brosnan) aktualnie zajmujący się zakładaniem pułapek na zwierzynę, gdzieś w Górach Skalistych. Jego tropem podążą pułkownik Carver (świetny Liam Neeson) z grupą łowców głów. Ranny Gideon cudem unika śmierci, a dzięki pomocy mieszkającej w górach Charlotte (Shannon Zeller) udaje mu się wydostać z pułapki i zbiec na równiny. Carver wytrwale podąża jego tropem. Tyle o fabule, bo film jest stosunkowo nowy i może nie każdy miał okazję go obejrzeć.
         Krew za krew to pojedynek dwóch postaci. Zdeterminowanego by przetrwać Gideona i jeszcze bardziej zdeterminowanego by go dopaść Carvera. Obu mężczyzn łączy pewne wydarzenie z przeszłości, które rozegrało się właśnie w tytułowym Seraphim Falls (polskie tłumaczenie jest tym samym nieco chybione, choć pasuje do wydarzeń). Z początku odruchowo trzymamy stronę osaczonego przez nagonkę Gideona. W miarę upływu czasu, odkrywając przedstawioną w retrospekcjach mroczną historię obu panów, łatwo się zawahać. Ostatecznie wybór właściwej strony staje się bardzo trudny. Podział na dobro i zło jest umiejętnie zakrzywiony, a widz dostaje szansę, by wybrać swojego faworyta pojedynku.
     No właśnie, pojedynku bardzo zaciętego, który kończy się w sposób zaskakujący. Czytałem zarówno pozytywne jak i negatywne opinie co do zakończenia, ale mi akurat się ono spodobało. Do gustu przypadła mi też wizualna i gatunkowa metamorfoza, jaką da się odczuć podczas oglądania tego filmu. Od surwiwalu w ośnieżonych górskich przełęczach na wzór  Człowieka w dziczy Richarda Sarafiana czy Jeremiah Johnsona Sydneya Pollacka, aż do pełnego mistycyzmu i metafizyki dramatu psychologicznego, dla którego tłem stają się pustynie Wielkiej Kotliny. Jest to niewątpliwie zabieg nietypowy i najmocniejsza strona filmu.
         Krew za krew porusza uniwersalną tematykę dramatu, który niesie ze sobą wojna. Może właśnie dlatego tak dobrze mi się go oglądało i byłem ciekawy, co wydarzyło się w filmowej przeszłości. Gideon i Carver to typ weteranów, dla których wojna nigdy się nie kończy. Ona trwa nadal i trwać będzie dopóki jeden z nich nie zginie. Jest tu mnóstwo pytań i wątpliwości moralno-etycznych. Wybory, których bohaterowie dokonują w trakcie podróży, to symbolika uwydatniana przez reżysera w celu stymulacji widza i zmuszenia go do refleksji. Zajęcia własnego, aktywnego stanowiska. Udanym zabiegiem jest pojawienie się na ekranie jakby arbitrów w postaci indiańskiego filozofa Charona (świetny Wes Studi) oraz sprzedawczyni leku Madam Luise Fair (Anjelica Huston). Ta dwójka wymusza na bohaterach dokonywanie kolejnych wyborów – bo wszystko, co zrobią i powiedzą Gideon i Carver, ukształtuje wygląd sceny kulminacyjnej. Do tego napotkani, niczym zjawy, mają oblicze religijno-mistyczne: Indianin grany przez Wesa Studi, podobnie jak mitologiczny Charon, pobiera opłatę – w tym przypadku za skorzystanie ze źródła. Z kolei imię Madam Luise Fair, kojarzy się z Lucyferem. Hmm... Czyżby nienawiść i chęć zemsty, zamiast przynieść ulgę i zagojenie starych ran, pchała bohaterów wprost do piekła?
     
   Mocną stroną filmu są też dialogi. Minimalistyczne, ale zawierające garść symboliki. Np. ojciec Charlotte mówi: „Tutaj człowiek bez konia to trup” - w dalszej części filmu kwestia posiadania konia odegra symboliczną rolę. Czy np. kwestia Charona: „Zapłać za wodę życia albo zapłacisz za nią życiem”.
         W tym westernie zaskoczył mnie Pierce Brosnan. O ile o Liamie Neesonie już w 2006r. miałem wyrobione zdanie, że to bardzo uniwersalny aktor, umiejętnie wcielający się w role zarówno ludzi światłych (np. Oscar Schindler z Listy Schindlera Spielberga) jak i nieokrzesańców (np. Charles Churchill z Buntu na Bounty Rogera Donaldsona), o tyle Brosnan kojarzył mi się do tamtego czasu z rolami cynicznych dżentelmenów w stylu Remingtona Stelle'a albo Jamesa Bonda. Tutaj zagrał rewelacyjnie, a jego postać: Gideon – nieco zdziczały kapitan wojsk Unii – wskoczył do grona moich ulubionych filmowych postaci. Oczywiście Neeson dotrzymywał mu kroku.

         Lubię takie filmy. Ni stąd ni zowąd pojawiające się na ekranie. Zrobione przez mało znanego reżysera, który wymyślił sobie westernowy debiut, dając ostro w kość bohaterom od początku aż do ostatniej sceny. Do tego przy okazji nawiązując do istotnych w historii USA wydarzeń takich jak wojna domowa, wędrówka do ziemi obiecanej czy budowa kolei. Ze świetną scenografią, pełnym zwrotów akcji scenariuszem i wyborną grą aktorów. To amerykański antywestern z krwi i kości, bijący na głowę wiele lepiej promowanych filmów z tamtego okresu. Gorąco polecam...



sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View:




piątek, 9 czerwca 2017

Wyjęty Spod Prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) - 1976r.

Niedawno Clint Eastwood obchodził urodziny, więc pomyślałem, że to dobry moment na lifting którejś z notek o filmach z jego udziałem. Mi osobiście pan Clint jako reżyser zaimponował jeszcze bardziej niż jako aktor, bo o ile sposób w jaki grał był z reguły podobny, o tyle każdy wyreżyserowany przez niego western jest zupełnie inny i to jest piękne. W każdym z tych filmów jest mnóstwo świetnej polemiki zarówno z klasykami, z rewizjonistami, ze spaghetti jak i z samym sobą. Ostatecznie padło na drugi western w jego reżyserskiej karierze, gdzie tej polemiki jest chyba najwięcej.
Wyjęty spod prawa Josey Wales (The outlaw Josey Wales) ujrzał światło dzienne w 1976r i okazał się sporym sukcesem. Sam reżyser wielokrotnie mówił o nim w wywiadach: „to jeden z najlepszych filmów w moim dorobku reżyserskim”. Sukcesu tej produkcji można upatrywać w wielu czynnikach, a przede wszystkim w niebanalnej fabule, mającej swój pierwowzór w niskonakładowej książce The rebel outlaw: Josey Wales, którą na filmowy scenariusz zamienił Philip Kaufman znany z późniejszego scenariusza do Indiany Jonesa - Poszukiwacze zaginionej arki Stevena Spielberga. Dodatkowo nominacja do Oscara za najlepszą muzykę oryginalną dla Jerry Fieldinga oraz przychylność krytyki, bo jest to ponoć ten z hollywoodzkich filmów, o którym powstało najmniej chłodnych a najwięcej ciepłych recenzji.
                 Wyjęty spod prawa Josey Wales to satyra westernu. Najbardziej przerysowany spośród eastwoodowskich obrazów o dzikim zachodzie. Jest przewrotny, ale to nie oznacza, że nie ma w nim westernowej i filmowej esencji. Wręcz przeciwnie – bogate doświadczenie Eastwood spiął tu w jedną całość, zrobioną z rozmachem na wzór epickich filmów Johna Forda, Raoula Walsha, Howarda Hawksa czy Henry Hathawaya, opowiadających przejmujące i ciekawe historie o ludziach tułających się w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. Z kolei scenerią dla tej wędrówki, podobnie jak w Dobrym, Złym i Brzydkim Sergio Leone i Majorze Dundee Sama Peckinpaha, jest chaos wywołany dopiero co zakończoną Wojną Secesyjną. Poniżej postaram się wypunktować najważniejsze cechy eastwoodowskiego buntu:
Głównym protagonistą jest Josey Wales (wyborny Clint Eastwood) – farmer z Missouri, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę i spalili dom. Po tym wydarzeniu dołączył do bandy Bushwhackersów, czyli partyzantów pod wodzą Krwawego Billa Andersona (postać historyczna grana przez Johna Russella), a celem jego życia stało się zabijanie znienawidzonych Unionistów. Po kapitulacji Południa Josey Wales jako jedyny rebeliant nie składa broni. Staje się wyjętym spod prawa bandytą, którego ściga oddział Niebieskich Koszul. I to właśnie żołnierze Unii przedstawieni są w świetle negatywnym. Począwszy od zwykłych szeregowców, aż po Terrilla (Bil McKinney) – dowódcę oddziału, który zabił rodzinę Joseya. W klasycznych westernach niebieski kolor munduru był zwykle atrybutem protagonisty. Oczywiście zdarzało się, że pozytywnymi bohaterami robiono konfederatów jak np. Eathan Edwards w Poszukiwaczach Forda czy Travis Tyree w Rio Grande tego samego reżysera, ale to były raczej narzędzia służące pewnym fabularnym zabiegom.

Warto tutaj dodać, że film podejmuje piekielnie ciekawą tematykę wojny partyzanckiej na pograniczu stanów Kansas i Missouri, gdzie mieszanie się sympatii Południa i Północy było najmocniejsze na terenie całych USA, a walka o wpływy najbardziej zdradziecka i wymyślna. Świetnym przykładem jest przewoźnik na promie, który aby przeżyć nauczył się dwulicowości. Śpiewa Josey’owi Dixie, ale gdy nadjeżdżają żołnierze Unii od razu zmienia nutę na The Battle Hymn of the Republic. Umiejętność wynajdywania takich dosadnych szczegółów poszerza horyzont wiedzy o działaniach wojennych poza znanymi z epickich obrazów bitwami na terenie Wirginii czy Pensylwanii.
Mamy tu nawiązanie do samotnego jeźdźca z Trylogii Dolara. Nie pierwsze, bo Eastwood poruszał ten wątek już w Mścicielu i nie ostatnie, bo poruszy go jeszcze w Niesamowitym Jeźdźcu (choć tam bardziej jako polemika z Shane’em Georgea Stevensa). Pewien krytyk filmowy napisał kiedyś, że Wyjęty spod prawa Josey Wales to biografia Bezimiennego z filmów Leone. Dzięki temu wiemy kim on był wcześniej i co robił. Z tym że akurat tutaj samotny „bezimienny” jeździec ma imię i nie jest do końca taki samotny. Nawet lepiej – przyciąga jak magnes podobnych do siebie wyrzutków społecznych. Dla mnie jest on po prostu karykaturą leonowskiego jeźdźca. Owszem, jest twardzielem, jest zabijaką, ale w wielu scenach potrafi śmieszyć lub nawet wzruszać. Jak choćby w momentach opluwania trupów i zwierząt. Albo w scenie, gdy w nocy ma zamiar przespać się z Indianką Mały Księżyc (Geraldine Keams), niestety uprzedza go staruszek Samotny Wattie (rewelacyjny Chief Dan George).

Przerysowanych postaci i motywów jest tu mnóstwo. Samotny Wattie jest „cywilizowanym” Indianinem, który zdradził tradycje przodków i ubiera się teraz na modłę białych ludzi. Przekornie chodzi fe fraku, bo odziano w nie jego plemię na spotkanie z prezydentem. W jednej scenie Samotny Wattie – jak to w indiańskim zwyczaju bywało - skrada się, by zaskoczyć Joseya, ale ten bez trudu go przechytrza i przykłada pistolet do skroni. Z kolei  Babcia Sarah (niezła Paula Trueman), purystka obyczajowo-rasowa, nie ma dobrego zdania o mieszkańcach obu zwaśnionych stanów – zarówno tych z Missouri jak i tych z Kansas uważa za gburów i prostaków. Na mieszkańców Teksasu, do którego zmierzają, też patrzy nieprzychylnie, uważając ich za niewychowanych. Nie przeszkadza jej to jednak zakumplować się z wyjętym spod prawa rewolwerowcem i dwójką Indian. No właśnie – wracając do Indian, a konkretnie do indiańskich kobiet – zwykle przedstawiano je jako dumne, skromne i małomówne (vide Cyraneczka z Bezkresnego Nieba Howarda Hawksa). U Eastwooda Indianka Mały Księżyc ciągle gada i jest nimfomanką. W opustoszałym teksańskim miasteczku, gdzie docierają bohaterowie, największym utrapieniem jest nie głód czy strach a brak piwa i whisky. Rety, rety – w tym filmie niemal każda scena to krzywe zwierciadło…

Film koresponduje z wielkimi dziełami klasycznymi opowiadającymi o wojnie i o wędrówce. Rzuca się w oczy szczególnie wątek wędrówki do ziemi obiecanej, jako jeden z kluczowych w historii gatunku. Jest to jednak wędrówka inna niż klasyczne. Zamiast szablonowych purytańskich rodzin osadniczych nękanych przez zbirów i Indian jak choćby w Karawanie Cruze’a, Drodze olbrzymów Walsha czy Jak zdobyto dziki zachód Hathewaya i spółki, mamy tu bandytę w towarzystwie Indian, ksenofobicznej staruszki i nierozgarniętej młodej dziewczyny (Sondra Locke) – nękanych przez Niebieskie Koszule. Tym samym płynnie przechodzimy do drugiego ważnego wątku czyli wojny. Konflikt stanowi tło, ale i pretekst do dyskusji. Tutaj dostaje się nie tylko klasycznej Trylogii Kawaleryjskiej Johna Forda, ale nawet Samowi Peckinpahowi za Majora Dundee, w którym polemika sprowadzała się zaledwie do ocieplenia wizerunku Secesjonistów. Eastwood łamie wszelkie ówczesne konwencje i posuwa się dużo dalej, robiąc protagonistą seryjnego mordercę Jankesów.
Można wymieniać jeszcze długo, ale muszę sobie zostawić trochę na kiedy indziej, więc pora kończyć… A no właśnie, w omawianym filmie nie ma klasycznej sceny kulminacyjnej z rewolwerowym pojedynkiem jak to bywało u klasyków, no i co stanowiło „niemal połowę długości filmu” w spaghetti westernach.  Są za to dwie nieklasyczne sceny kulminacyjne, każda o zupełnie innym znaczeniu. Ale żeby nie psuć nikomu zabawy z oglądania, zostawiam analizę scen kulminacyjnych wam jako zadanie domowe ;).

Jeśli jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto nie przekonał się do filmów Eastwooda, a nie oglądał Wyjętego spod prawa Josey Walesa, powinien to jak najszybciej nadrobić. Jeżeli po tym westernie nie doceni kunsztu pana Clinta, to chyba nie zrobi tego po żadnym innym jego dziele. Jest tu wszystko, czego westernowy smakosz mógłby zapragnąć, a niebanalna opowieść, dużo akcji i przewrotne poczucie humoru nie pozwalają się nudzić. Zakończę więc w tym miejscu w dwóch słowach: gorąco polecam.