Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western kawaleryjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western kawaleryjski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 sierpnia 2018

Fort Apache - 1948r.


    Stany Zjednoczone Ameryki to kraj wywalczony. Najpierw, za czasów kolonialnych, Anglicy walczyli z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami o faktorie, porty i wpływy na Morzu Karaibskim i wschodnich wybrzeżach Ameryki Północnej. Potem mieszkańcy pierwszych kolonii toczyli boje z Francją i Anglią o ziemie na północy. Dzięki tym konfliktom utworzyła się świadomość narodowa i odrębność terytorialna od Wielkiej Brytanii, której trzynaście pierwszych kolonii wypowiedziało posłuszeństwo, uzyskując niepodległość w 1783r. Młoda demokracja ekspandowała i zajmowała nowe terytoria, tocząc walki z Meksykiem o Teksas oraz z Indianami o Wielkie Równiny. W tamtych czasach niemal każdy mężczyzna posiadał broń i potrafił walczyć, a głównym kierunkiem kształcenia amerykańskiego establishmentu były szkoły oficerskie i akademie wojskowe. Wojna Secesyjna, będąca efektem różnic w wizji rozwoju młodego Państwa między zindustrializowaną, ucywilizowaną północą a post-kolonialnym, utrzymującym się z niewolniczej pracy południem, potwierdziła wojowniczy charakter Amerykanów, a jej koniec ostatecznie zamknął dyskusję na temat kierunku ekspansji. Kierunku zachodniego. I w tych właśnie okolicznościach USA wkroczyły w epokę dzikiego zachodu, i dokładnie w taki sposób postrzegał ją John Ford. Militaryzacja westernowego uniwersum u Forda nadała jego filmom z jednej strony bardzo uniwersalny i jak na tamte lata wiarygodny kształt, a z drugiej strony heroiczno-romantyczny klimat. Kwintesencją tego typu filmografii jest Trylogia Kawaleryjska, a zachowując chronologię, omawianie jej zacznę od filmu Fort Apache.
        Fort Apache (czyt. Fort Apaczi), niekiedy nadgorliwie tłumaczony na polski jako Masakra Fortu Apache lub zupełnie omyłkowo i niewłaściwie jako Fort Apaczów, to film wyreżyserowany przez Johna Forda w 1948r. Podobnie jak cała Trylogia Kawaleryjska (a także wiele innych filmów tego reżysera) opowiada dzieje amerykańskich oddziałów kawalerii, które, po zakończeniu Wojny Secesyjnej, kierowano do walki z wojowniczymi plemionami Indian na terenach Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony. W filmie Fort Apache wątkiem przewodnim jest konflikt przebywających w rezerwacie Apaczów z przedstawicielem administracji USA oraz ich wyjście na wojenną ścieżkę pod dowództwem znanego z historii wodza Cochise.
        Film jest godny polecenia z dwóch powodów. Pierwszy to kwestia Indian, których wizerunek jest nadzwyczaj ciepły, porównując go z wizją Indian z filmów Forda z epoki niemej (np. Żelazny Koń), ale i w porównaniu z pozostałymi dwoma późniejszymi częściami Trylogii Kawaleryjskiej. To pierwszy western tego reżysera, w którym Indianie oraz pragnący z nimi pokoju oficer są przedstawieni jako pozytywna strona rozgrywki. Notorycznie oszukiwani przez łamiących obietnice urzędników i okradani z przysługujących im przydziałów wołowiny, buntują się i dochodzą praw poprzez walkę.
        Drugi powód to prześwietna gra Henry Fondy, który przyćmił resztę aktorów, a grany przez niego pułkownik Owen Thursday to jedna z moich ulubionych ról Fondy. Prawdę mówiąc, Pan Henry zawsze najbardziej podobał mi się jako negatywny bohater. I choć oczywistych łotrów grywał rzadko, a jeśli już to w późniejszym okresie aktywności aktorskiej, to zdarzały mu się rolę, w których jego postać kipiała od negatywnych emocji jak tu.
        Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze kilka innych powodów, dla których ten film to ważny punkt westernowej historii. To piękne zdjęcia pośród Monument Valley. To polemika na temat Pułkownika George'a Custera. To unikatowy klimat. To wreszcie plejada charakterystycznych aktorów, którzy stworzyli swojego rodzaju zgraną filmową paczkę. Mam na myśli postacie starszego sierżanta O’Rourka (Ward Bond), sierżanta Mulcahy (Victor McLaglen), kpt. Yorka (John Wayne) czy strażnika (Hank Worden). Aż dziwne, że zabrakło tu słynnych „kawalerzystów” Johnsona i Careya Jr., którzy tak koncertowo zdominowali filmy Rio Grande i Drogę do San Juan, a w pewnym stopniu też Nosiła żółtą wstążkę.
        Trochę o głównych bohaterach. Kapitan Kirby York (John Wayne) – doświadczony w walkach i kontaktach z Indianami – rozumie ich roszczenia i dąży do pokojowego rozwiązania konfliktu. Podczas wojny domowej dowodził pułkiem wojsk Unii, ale po wojnie został zdegradowany do rangi kapitana. Po kilku latach na pograniczu ma nadzieję objąć dowództwo w odległej placówce o nazwie Fort Apache. Ku jego niezadowoleniu, generalicja oddaje stacjonujące tam oddziały pod komendę pułkownika Owena Thursdaya, który przybywa do fortu z córką Philadelfią (Shirley Temple). Thursday to rozgoryczony wdowiec. Podczas wojny był generałem, lecz zdegradowano go do rangi pułkownika i zesłano do Fortu Apache (Custer podobnie podczas wojny był generałem, by po wojnie dzierżyć rangę podpułkownika). Chorobliwie ambitny oficer-służbista, wyszkolony w West Point i wzorujący się na wodzach pokroju Aleksandra Wielkiego czy Napoleona, liczy na zdobycie szybkiej sławy w walce z Indianami i powrót do oficerskiej śmietanki. Mimo rad doświadczonego Yorka, bagatelizuje możliwości i zdolności Apaczów, a ich wielkiego wodza Cochise traktuje jak podrzędnego dzikusa. Niepoprawna odwaga i ślepa chęć zdobycia sławy zamiast do chwały prowadzi go do samozniszczenia, a jego wojska do klęski.
        Oglądając ten film, można dostrzec dwa rodzaje pojedynku osobowości. Jeden to bezpośredni pojedynek racji i zdolności między Kapitanem Kirby Yorkiem (John Wayne), a Pułkownikiem Owenem Thursdayem (Henry Fonda). W tym pojedynku zwycięzcą jest York, bo odziały stacjonujące w Fort Apache ostatecznie przechodzą pod jego komendę. Drugi pojedynek to ten korespondencyjno-aktorski między Johnem Waynem a Henrym Fondą o miano pierwszoplanowego aktora dramatycznego. Tutaj zwycięża w moim mniemaniu Fonda, bo jego bohater jest niesamowicie wymowny i przekonujący. To parszywiec, który na każdym kroku pokazuje wyższość. Jest kilka scen, gdzie wybornie demonstruje najgorsze cechy. Na przykład wtargnięcie do domu O’Rourków po to, by zabrać córkę i dać wykład rodzinie na temat różnic klasowo-obyczajowych dzielących wysokich oficerów i niskich. A przecież młody Michael (John Agar) jest drugim porucznikiem i podobnie jak on wychowankiem West Point. Gdy w jednej z ostatnich scen York rzuca Thursdayowi rękawicę, ten lekceważąco stwierdza, że nie pochwala pojedynków i zastanowi się, czy po powrocie walczyć czy oddać go pod sąd wojenny. Jedyną słuszną decyzją Thursdaya jest oddelegowanie podczas finałowej bitwy Kirbyego wraz z młodym Michaelem na tyły. To taki wyjątek potwierdzający regułę, przejaw wielkości i mądrości, próbujących się przebić przez skorupę złych cech.
        Chyba najcenniejszą rzeczą, jaką daje obejrzenie tego arcydzieła, jest pewna sprzeczność, której ciężar na swoje barki mógł wziąć tylko John Ford. Z jednej strony film jest patetyczny i owiany amerykańską propagandą gloryfikującą mit kawalerii. Przedstawienie kawalerzystów jako wielkiej szczęśliwej rodziny, żyjącej beztrosko pośród malowniczych krajobrazów Monument Valley, toczących od czasu do czasu potyczki z Indianami przy akompaniamencie trąbki, śpiewających tradycyjne pieśni żołnierskie lub popijających whisky. Ale to tylko pozory. Bo z drugiej strony dostajemy postać Owena Thursdaya jako metaforę George'a Custera, a filmową masakrę jako metaforę Little Bighorn – czyli inspiracja wypływająca wprost z niechlubnych kart historii amerykańskiego wojska. Tym co spaja wyżej wymienione żywioły jest poezja obrazu, dzięki której John Ford stworzył niepowtarzalne tło dla opowieści i mitów amerykańskiego pogranicza. I to zdecydowanie najmocniejsza rzecz w Forcie Apache. Dowód umiejętności i wyczucia Ojca Westernu. Co jeszcze? Gra aktorów, muzyka, piękne zdjęcia – to wszystko niewątpliwie też jest w omawianym filmie. Czy Fort Apache jest najważniejszym akcentem Trylogii Kawaleryjskiej? To nie takie proste – John Ford każdy film kręcił inaczej i to samo tyczy się wojskowego tryptyku, którego wszystkie trzy odsłony to dzieła zupełnie inne i niepowtarzalne. Dla każdego fana westernu pozycje obowiązkowe! To kopalnia westernowych diamentów.
         Polecam.



niedziela, 10 września 2017

Niebieski Żołnierz (Soldier Blue) - 1970r.

Czejenowie napadają na konwój transportujący skrzynię z żołdem. Napaść przeżywają tylko dwie osoby – młody szeregowiec i śliczna dziewczyna. Nie mają koni, żywności, ekwipunku. Ruszają w pełną niebezpieczeństw wędrówkę do fortu, gdzie stacjonuje narzeczony dziewczyny. Gdy docierają na miejsce, okazuje się, że oddział wojska planuje najechać indiańską wioskę. Dochodzi do masakry. Koniec....
         No i jak? Wydaje się to pozbawione wyraźnego przekazu i fabularnego kunsztu, prawda? Otóż wcale nie. Niebieski Żołnierz (Soldier Blue) z 1970r. w reżyserii Ralpha Nelsona, to bezkompromisowy antywestern, który nie pozostawia suchej nitki na kawaleryjskiej propagandzie. Zaskakuje, trzyma w napięciu i rozpieszcza zgrabnym aktorstwem. Tym niemniej brakuje w nim balansu między krwiożerczą wizją stosunków Biali-Indianie z początkowej i końcowej sceny, a subtelnym poczuciem humoru i romantyzmem środkowej części. Gdyby nie to zachwianie filmowej równowagi, bez kompleksów mógłby konkurować ze zrealizowanym w tym samym roku Małym Wielkim Człowiekiem.
         Westernowi twórcy rozliczali się z historią amerykańskiej armii już w czasach kina niemego i była to niczym nie skrępowana twórczość. Poważna cenzura zawitała do Hollywood dopiero w połowie lat 30'tych i często obiektywne wzorce najłatwiej znaleźć przed stuleciem. Pierwszym mocnym filmem o tej tematyce był epicki krótki metraż pt. Masakra (The Massacre) z 1912r. Dawida W. Griffitha. Podobieństwo do Soldier Blue jest takie, że u Griffitha też mamy dwie masakry: jedną urządzoną przez kawalerię, drugą przez Indian. Jednak mistrz kina niemego nie próbował wywrzeć na widzu presji odnośnie zajęcia stanowiska po jednej lub drugiej stronie. U Nelsona mamy zdecydowanie anty-wojskową wymowę, inspirowaną doniesieniami o nieludzkich wybrykach U.S. Army w Wietnamie. Tym samym jest to wykorzystanie starego wstydliwego epizodu z historii wojen do napiętnowania nowego, dziejącego się na oczach ówczesnej opinii publicznej.
         Z kolei w epoce klasycznej wyraźnie dominowało narodowe (patriotyczne) spojrzenie na kwestie indiańskich wojen. Filmy takie jak Fort Apache Johna Forda z 1948r., gdzie bunt Indian był następstwem oszust urzędniczych, a dowódca pułku krótkowzrocznym narcyzem na podobieństwo Custera, stanowiły wyjątek potwierdzający regułę. Upadek kodeksu Haysa w latach 60'tych dał reżyserom więcej możliwości, lecz nie pełną swobodę. Owszem, zakończyła się epoka kawaleryjskiego mitu, ale nie wszyscy widzowie chcieli poznawać brutalną prawdę historyczną. Trzeba było wiele kunsztu i pomysłowości, żeby dobrze swój przekaz sprzedać, jak to zrobił wymieniony wyżej John Ford w filmie Jesień Czejenów z 1964r.
         Niełatwo miał Sam Peckinpah ze swoim Majorem Dundee, na trudności natrafił też i Nelson. Niebieski Żołnierz mimo lekkiej narracji i karykaturalnej wymowy nie trafił we właściwy sposób do widzów. Zawierał bardzo brutalne jak na tamten czas sceny, których reżyserowi nie udało się odpowiednio zrównoważyć z pozostałą częścią filmu. Sceny brutalne, ale i antyamerykańskie, bo ten film opowiada o masakrze nad Sand Creek z 1864r., w której wojska Unii (a dokładnie oddziały milicji) dokonały rzezi na wiosce Czejenów. Zginęło wtedy około sto pięćdziesiąt Indian, głównie kobiet, dzieci i starców, a przez długie dekady wydarzenie to określano ważnym zwycięstwem w wojnie z Indianami. W 1970r. film mógł budzić niechęć konserwatywnej części publiczności. Dla reszty odbiorców, w tym przeciwników wojny w Wietnamie, jego przekaz nie był w pełni dostępny z powodu trudności z cenzurą i wprowadzaniu do kin okrojonych wersji. Dziś po prawie półwieczu mamy możliwość spokojnie delektować się nie tylko kunsztem aktorskim i niezłą realizacją, ale i odwagą w przedstawieniu prawdy o tragicznych wydarzeniach z Kolorado.
         Fabuła zdaje się nie mieć większego znaczenia – jest pretekstem do obalania kolejnych mitów. Tym niemniej, mimo lekkiej konsystencji i przerysowanych bohaterów, film trzyma w napięciu, w czym pomaga dobrze dopasowana muzyka. Początkowa scena, gdy Indianie napadają na konwój, zabijając dwudziestu jeden żołnierzy, szybko ustępuje zabawnym perypetiom parki skazanej na swoje towarzystwo na terenie wroga. Uwaga widza zostaje uśpiona i taki jest plan reżysera. W końcówce Nelson wraca do wydarzeń z początku - wytacza najmocniejsze działa i trzeba przyznać, że to, co się dzieje na ekranie, robi wrażenie nawet dziś.
         Postać Cresty (rewelacyjna Candice Bergen) to coś, na co czeka się miesiącami, przebierając sterty zapomnianych tytułów i oglądając dziesiątki filmów. Główna bohaterka to diabelnie udane przeciwieństwo klasycznej kobiety dzikiego zachodu. Rewizja westernowej damy w pełnym wymiarze. Pyskata, prowokacyjna, uwodzicielska, bezpruderyjna. Od pierwszych scen owiana tajemniczą aurą Białej kobiety uprowadzonej przez Indian. Zestawiona w parze z żółtodziobem - szeregowym Honusem Gentem (bardzo dobry Peter Strauss), którego z łatwością owija sobie wokół palca. Klnie, beka, zawstydza, no i głośno wyraża tezę o tym, że amerykańskie wojsko bezprawnie wkracza na ziemie Indian, za co ich szczerze nienawidzi. Istny koszmar dla młodego kawalerzysty. No ale kto się czubi, ten się lubi.
         Jeśli chodzi o całokształt filmu, to podejrzewam, że każdy odbierze go po swojemu. W opiniach amerykańskich znawców jak Brian Garfield czy Phil Hardy dominuje przeświadczenie o nieudanej próbie wykorzystania krwawej brutalności w celu jej napiętnowania. Dochodzi też kwestia samych Indian, których wizerunek w tym filmie w żaden sposób nie został ocieplony w porównaniu z klasykami. Indianie nie są tymi dobrymi, ciekawymi duchowo i obyczajowo jak w Tańczącym z wilkami Costnera, Człowieku zwanym Koniem Eliota Silvestein'a czy Małym Wielkim Człowieku Penna. Nie są też dyskryminowanymi, głodującymi outsiderami jak w Hombre Martina Ritta. Walczą o swoją ziemię, mordują Białych intruzów, ale i są przez nich mordowani. Tym niemniej sporo krytyków docenia świetną reżyserię i aktorstwo, a także fakt, że choć nie jest to najlepszy film Nelsona, to jednak film, który wszyscy najlepiej zapamiętali. I ja myślę, że to jest plus, bo w końcu jest to western rewizjonistyczny mający przypominać o krzywdzie wyrządzonej Indianom.
         Krytycy mogą pisać co chcą, ale ja dawno tak dobrze się nie bawiłem, oglądając western. Były momenty, że wybuchałem śmiechem, ale były też sceny mrożące krew w żyłach. Wszystko opowiedziane w przyjemnym klasycznym stylu. Jedyne co mi się nie podobało to scena walki na noże Honusa z Indianinem ze szczepu Kiowa. Trochę to wszystko było niepoważne, a gdyby Indianie chcieli kogoś zabić, to by zabili, a nie wdawali się w dyskusje czy honorowe pojedynki. Pozytywnie zaskoczyła mnie Candice Bergen, którą kojarzyłem dotychczas z serialu Murphy Brown i z kilku innych ról, gdy była już dojrzałą kobietą. Teraz nabrałem ochoty na obejrzenie filmów z czasów jej młodości.

         Gorąco polecam ten western.


piątek, 21 lipca 2017

Żołnierska Krew (Fighting Blood) - 1911r.

Poniższa notka dotyczy zachowanych po dziś dzień filmów i pewnie wyglądałaby trochę inaczej, gdyby dało się obejrzeć wszystkie możliwe westerny z tamtego okresu. Niestety część obrazów została na zawsze utracona – szkoda.

Na przełomie pierwszej i drugiej dekady dwudziestego wieku David Wark Griffith zaliczył poważną przygodę z różnymi rodzajami westernów. Można powiedzieć, że był prekursorem filmów o dzikim zachodzie w takiej formie, jaką uprawiali jego następcy epoki kina niemego. Zapoczątkował między innymi western pionierski, czego dowodem są dwa dzieła: nakręcony podczas kalifornijskiej podróży studia Biograph film Ostatnia kropla wody (The last drop of water) z 1911r., a także epicka Masakra (The Massacre) z 1912r., która z kolei należy też do pierwszych porządnych westernów kawaleryjskich.
         Jego indiańskie obrazy jak Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) i The Mended Lute z 1909r., oraz Ramona z 1910r., a także Indiańscy bracia (The Indian Brothers) z 1911r. stanowiły silną konkurencję dla tworzącego równolegle mistrza niemego antywesternu – aktora a później reżysera - Jamesa Young Deera z wytwórni Pathe. Filmy Young Deera i jego żony Lillian St. Cyr, czyli rdzennych mieszkańców Ameryki, można rozpatrywać jako bardziej wiarygodne (Indian zwykle grali tam prawdziwi Indianie). Ponadto ich obrazy podejmowały tematykę podziałów rasowych i przedstawiały typowo indiański punkt widzenia. Tymczasem obrazy Griffitha, ukazujące bardziej narodowy punkt widzenia, charakteryzowały się większą dramaturgią i rozmachem, ale też odwagą w pokazywaniu niepoprawnych politycznie scen. Bohaterowie u Young Deera poruszali się zwykle na piechotę; u Griffitha obserwujemy setki statystów, dziesiątki koni, wozy i mnóstwo ambitnej scenografii. Na dodatek od Pana Davida zachowało się kilkadziesiąt filmów z tamtego okresu – Jamesa Young Deera ledwie kilkanaście minut różnych materiałów.
         Wracając do tematyki wojskowej. Oprócz wyżej wymienionej Masakry, w której D.W.G. połączył doświadczenia westernu pionierskiego z kawaleryjskim, należy wymienić trzy jego filmy z przełomowego 1911r. Bitwa (The Battle) i Swords and hearts to dramaty wojenne, koncentrujące się na wątkach z Wojny Secesyjnej. Trzeci, czyli Żołnierska krew (Fighting blood), to już typowy westerny kawaleryjski. Ten film wybrałem też na temat przewodni notki, bo choć nie jest najambitniejszym westernem omawianego okresu, to jednak bardzo charakterystycznym i moim ulubionym.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu Wojny Domowej. Pewien stary weteran (George Nichols) mieszka z liczną rodziną gdzieś na terytorium Dakoty. Nie mogąc wyzbyć się dawnych nawyków, musztruje i szkoli w sztuce wojennej gromadkę dzieci, tworząc z nich małą, domową armię. Tylko najstarszy syn (świetny Robert Harron), znudzony naukami ojca i nęcony uczuciem do dziewczyny (Florence La Badie), przejawia oznaki niesubordynacji, przez co popada w konflikt z seniorem i zostaje wygnany z domu. Tymczasem miejscowy szczep Siuksów wchodzi na ścieżkę wojenną i rusza do ataku na Białych. Osadnicy, zepchnięci w mury domu i zmuszeni do rozpaczliwej obrony, stają oko w oko ze śmiercią. Najstarszy syn przedziera się przez zastępy Indian i rusza, by sprowadzić na pomoc stacjonujący nieopodal oddział kawalerii.
Florence La Badie
         No właśnie - westerny dziejące się w północnej części Wielkich Równin były w epoce kina niemego bardzo popularne. Dlaczego? Bo Siuksowie zapisali się w historii USA najmocniejszą czcionką. Na początku dwudziestego wieku w świadomości Amerykanów ciągle dudniły echa Little Bighorn i Wounded Knee; część świadków tamtych bitew (czy też masakr lub ludobójstw – jak podnoszą potomkowie Lakotów w przypadku Wounded Knee) wciąż żyła. Tę część zachodu na miejsce fabuł upodobali sobie nie tylko Griffith i Young Deer (Poświęcenie Białego Jelenia), ale też John Ford (Trzech złych ludzi i fragmenty Żelaznego konia).
         Tak więc w Żołnierskiej krwi mamy wszystko, z czego słynęły czasy powstań Siuksów – niesławny taniec ducha; wodzów w gęstych pióropuszach; świetnie zorganizowane grupy osadników; oddziały kawalerii patrolujące pogranicze. Jest ta podręcznikowa militaryzacja uniwersum, którą pamiętamy z późniejszych arcydzieł Forda. Ale to nie wszystko – są też mocne niespodzianki. Na przykład w Masakrze Griffitha znajdziemy naturalistyczne przebitki martwych indiańskich dzieci i kobiet rozrzuconych po polu bitwy – sceny, których nie uraczymy nawet w Poszukiwaczach czy Jesieni Czejenów; dopiero w czasach Niebieskiego Żołnierza i Małego Wielkiego Człowieka, czyli głębokiej rewizji.
         Fighting blood to film gdzie atuty zdecydowanie dominują nad wadami. Jedyne do czego mogę się przyczepić to słabość obrazu. Ten stusześcioletni western nie zachował się w idealnej jakości i momentami brakuje ostrości. Cała reszta to majstersztyk, począwszy od fabuły, poprzez grę zarówno dorosłych jak i najmłodszych (kilkuletnich) aktorów, aż po przyciągające wzrok zabiegi kinematrograficzne, którymi Griffith zadziwiał w każdym kolejnym swoim filmie. W ramach ciekawostki dodam, że D.W.G w innym westernie z 1911r. pt. Telegrafiskta z Lonedale (The Lonedale Operator), w kulminacyjnym momencie filmu prowadził akcję jednocześnie w trzech różnych lokalizacjach, albo np. robił mocne zbliżenie na suwmiarkę – która służyła bohaterce za atrapę pistoletu. Novum.

         W drugiej połowie lat 40'tych John Ford wywindował western żołnierski do rangi mistrzostwa. Na kanwie sukcesów Trylogii kawaleryjskiej powstały podobne obrazy, a swoich sił w wojskowych westernach próbowali Delmar Daves (Złamana strzała z 1950r.), John Sturges (Ucieczka z Fortu Bravo z 1953r.), Charles Marquis Warren (Little Big Horn z 1951r, Grot strzały z 1953r.), George Sherman (Komancze z 1956r.) i wielu innych. Tym niemniej geneza omawianego podgatunku sięga początków kina, a jego pierwszym mistrzem był nie kto inny jak David Wark Griffith. Polecam, a poniżej wklejam linka do filmu: