Pokazywanie postów oznaczonych etykietą john ford. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą john ford. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2018

John Ford - ranking westernów.




Ok, czas na Johna Forda, czyli kolejnego po Raoulu Walshu reżysera okresu klasycznego, którego ranking westernów pojawia się na blogu. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki ranking w 2018 roku. Tym razem zadanie okazało się o tyle trudne, że Ford jest od zawsze moim ulubionym reżyserem i potrzebowałem sporo czasu, żeby zebrać się na względny obiektywizm. Problem miałem z kolejnością - nawet w pewnym momencie zastanawiałem się, czy nie zrobić kilku filmów ex aequo (ostatecznie z tego zrezygnowałem). Nie uniknąłem przy okazji burzy w mózgu, pięknych wspomnień i nieoczekiwanych rozmyślań, tak więc z góry uprzedzam, że tekst jest w kilku miejscach emocjonalny, szczególnie w przypadku najwyższych pozycji na liście.
        John Ford jest nazywany ojcem westernów i rozpoznawalny jako twórca klasycznego kanonu filmów o dzikim zachodzie. Tego też okresu dotyczy poniższy ranking. Znalazły się tu tylko westerny dźwiękowe z okresu 1939 – 1964. Tylko te, w których Ford został wymieniony w napisach początkowych jako reżyser. Ranking pomija tym samy mnóstwo wyśmienitych pozycji z epoki niemej – przyjdzie jeszcze na nie czas. Tym niemniej należy pamiętać, że poza klasyką Ford to także jeden z najważniejszych twórców westernowych epoki kina niemego. Jeden z prekursorów westernów rewizyjnych oraz jeden z głównych inspiratorów spaghetti westernu. Dodatkowo zdobywca czterech Oscarów i wielu innych nagród. Postać absolutnie wyjątkowa, którą śmiało trzeba stawiać obok największych mistrzów gatunku, jak Anthony Mann, Howard Hawks, Sergio Leone czy Sam Peckinpah. A może nawet na czele tego szacownego gremium – kwestia gustu.
A więc:


15. Dwóch jeźdźców (Two Rode Together) - 1961r.

Western tradycyjny; Western komediowy.
Wyśmienita rola Jamesa Stewarta nie pomogła temu filmowi w ucieczce z ostatniego miejsca rankingu. Teksański szeryf (Stewart) wespół z oficerem kawalerii (Richard Widmark) wyruszają w misję uwolnienia zakładników z rąk Komanczów. Przy okazji obaj leciwi panowie przeżywają drugą młodość. Fordowi nie udało się dobrze zrównoważyć zabawnych relacji między głównymi bohaterami z przekazem wynikającym z ich działań i w ogóle z fabułą. Wyszła z tego próba nawiązania do Poszukiwaczy czyli ugryzienia problemu uprowadzanych przez Komanczów Białych osadników. Niestety scenariusz napisano tak, że historia nie porywa, a w samym filmie brakuje tego, za co zawsze uwielbiałem Forda – poetyckiej wizji frontieru i mistrzowskiej obyczajowości. Są tu oczywiście plusy i ciekawostki. Pojawił się wątek mądrego wodza – Quannah Parkera (Henry Brandon) w opozycji do młodego ambitnego szamana – Kamiennego Cielaka (Woody Strode). To najsłabsza rola Strode'a jaką znam, ale jego postać to ciekawe nawiązanie do zbuntowanych Indian pokroju Geronimo i ich filozofii w czasach, gdy większość pobratymców optowała za przejściem do rezerwatów. Brandon z kolei okazał się etatowym filmowym wodzem Indian, bo przecież w The Searchers zagrał Bliznę. Moi drodzy, umówmy się – najsłabszy w tym zestawieniu film Johna Forda to w dalszym ciągu poziom nieosiągalny dla większości przeciętnych reżyserów z tamtych czasów.


14. Trzej ojcowie chrzestni (Three Godfathers) - 1948r.

Western tradycyjny; Western mesjański.
Film dedykowany przez Forda pamięci Harry Careya Seniora, który dwukrotnie w epoce niemej (w 1917 i 1919r.) wystąpił we wcześniejszych wersjach zatytułowanych Marked Men. W międzyczasie, remakowali ten film zarówno William Wyler (1929r.) jak i nasz rodak Ryszard Bolesławski (1936r.). To symboliczna opowieść o trójce bandytów (John Wayne, Pedro Armendariz, Harry Carey Jr.), którzy po obrabowaniu banku uciekają na pustynię, ścigani przez szeryfa (Ward Bond). Spotykają umierającą ciężarną kobietę. Odbierają poród, a następnie zgadzają się zostać ojcami chrzestnymi noworodka i zaopiekować się nim. Ta przejmująca historia została przez Forda dopracowana do wizualnej perfekcji. Świetna obsada aktorska z debiutującym Harrym Careyem Jr. Zapewniła niezły poziom rozrywki. Tym niemniej mesjanizm i biblijny przekaz wymknęły się Fordowi spod kontroli i w pewnym momencie forma przytłoczyła mnie tak bardzo, że aż się zniechęciłem. Wciąż jestem zwolennikiem wersji Wylera z 1929r., gdzie ostatnia akcja rozegrała się podczas mszy w kościele. Żałuję, że Pan John przeniósł ją do saloonu, aczkolwiek jego film stawiam na drugim miejscu spośród wszystkich interpretacji. No i John Wayne wcale mi się tu podobał.


13. Konnica (Horse Soldiers) - 1959r.

Film wojenny; Western kawaleryjski.
Gdyby reżyserem nie był Ford, a głównym protagonistą Wayne, to ciężko byłoby nazwać ten film westernem; raczej filmem wojennym. Dzięki pracy obu tych panów Konnica ma zacięcie westernowe, choć nie jest to Ford z górnej półki. Fabuła jest luźno oparta na misji Unionistów z 1863r. polegającej na sabotowaniu kolejowych dostaw prących na północ Konfederatów. Głównym wątkiem jest konflikt między twardym, doświadczonym pułkownikiem (John Wayne), a preferującym pokojowe rozwiązania majorem-lekarzem (William Holden). Na drugim planie pojawia się antyromans Wayne'a i napotkanej w trakcie misji panny z Południa (Constance Towers). Film zdecydowanie dla miłośników dobrej wojskowej akcji i świetnych zdjęć autorstwa Williama Clothiera. W ramach ciekawostki można dodać, że zarówno Wayne jak i Holden zainkasowali za role rekordowe na tamten czas kwoty w wysokości 750 000 dolarów.


12. Bębny nad Mohawk (Drums Along the Mohawk) – 1939r.

Western kolonialny.
Pierwszy kolorowy film Johna Forda to niewątpliwie sukces, zarówno komercyjny jak i artystyczny. Historia młodzieńca (Henry Fonda), który wraz z nowo poślubioną żoną (Claudette Colbert) dołącza do grupy kolonistów w Dolinie Mohawk. Starający się ujarzmić młodoamerykański frontier osadnicy, stają twarzą w twarz z trudami życia na roli; napadami Indian sprzymierzonych z lojalistami. A wszystko to odbywa się w tle Rewolucji Amerykańskiej. Reżyser nie unika tematyki poświęcenia w imię idei narodowowyzwoleńczych. Ten dramat przygodowy rozgrywający się w drugiej połowie XVIIIw. spełnia swoje zadanie jak należy. Daje niezłą wizję wczesno-amerykańskiego pogranicza; nie nudzi, czego zasługą jest dobry scenariusz; a także oferuję możliwość śledzenia losów kilku wyjątkowych postaci, dzięki którym aktorzy jak Henry Fonda czy Ward Bond na długie lata zagościli w myślach widzów, a reżyser sięgał po nich później wielokrotnie. Westerny kolonialne to rzadkość w oceanie gatunku i każdy z nich jest godny uwagi – jeśli kręci go John Ford to jest na wagę złota. Jako film Bębny nad Mohawk wylądowałby zapewne wyżej, ale jako western uplasował się dopiero w trzeciej piątce.


11. Sierżant Rutledge (Sergeant Rutledge) – 1960r.

Western kawaleryjski; Dramat sądowy.
To jeden z najbardziej zagmatwanych obrazów Pana Johna. Western, nad którego przekazem i interpretacją od lat zastanawiają się najwybitniejsi biografowie reżysera. Historia toczy się na sali sądu polowego, gdzie czarnoskóry sierżant Rutledge (Woody Strode) jest oskarżony o gwałt i morderstwo na białej nastolatce. Wbrew nastrojom lokalnej społeczności, w obronie oskarżonego staje młody porucznik Cantrell (Jeffrey Hunter). Stara się dowieść niewinności podopiecznego jako jego adwokat. Trudno w pełni wyjaśnić intencje Forda, zarówno w treści jak i formie. Film zaczyna się niemal jak dreszczowiec, by przeistoczyć się w miarę upływu czasu w dramat sądowy, momentami przerywany retrospekcjami na modłę klasycznych fordowskich westernów kawaleryjskich. Z jednej strony mamy wyśmienite zdjęcia kręcone pośród Monument Valley oraz jedną z najlepszych kreacji Strode'a. Z drugiej strony nachalne próby grania antyrasizmem i nieprzekonujące zakończenie. Widać w tym westernie duży wpływ Poszukiwaczy i chęć kontynuowania podjętej tam analizy kwestii rasowych. Czasem też mam wrażenie, jakby Ford postanowił zrobić ze Strode'a czarnoskórego Johna Wayne'a. Jesteśmy w połowie artystycznej drogi między Poszukiwaczami a Jesienią Czejenów, jednak na nieco niższym poziomie. Gdzieś z tyłu głowy przebija się myśl o rewizji gatunku, by za chwilę zostać stłumioną przez klasyczne usposobienie postaci i obyczajowość. Zdecydowanie do przemyślenia.


10. Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) – 1964r.

Western kawaleryjski. Antywestern; Dramat indiański.
Dramat indiański, którego filmowy pierwowzór sięga początków dwudziestego wieku – czyli Zmierzchu Czerwonoskórych (The Red Man's View) z 1909r. w reżyserii Dawida Warka Griffitha. A że Ford u Griffitha zaczynał i inspirował się jego warsztatem, a w szczególności rozniecał płomień miłości do kawalerii i Indian, jestem przekonany, że ten film znał i pamiętał. Choć to tylko moje przekonanie nie oparte o żadne biograficzne źródła. Film opowiada o zawiedzionych polityką USA Czejenach, którzy postanawiają opuścić rezerwat i wrócić w rodzinne strony. Próbuje im w tym przeszkodzić oficer kawalerii (Richard Widmark). Film jest dwubiegunowy. Z jednej strony mamy świetne zdjęcia i poruszającą historię indiańskiej sprawy, momentami ubraną w bardzo wymowne sceny (np. głodujących, zdesperowanych Czejenów). Z drugiej strony dostajemy zupełnie niepotrzebne momenty o zabarwieniu parodyjnym, jak sceny z Earpem (James Stewart). Ford także, budując wiarygodność obrazowanych Indian, zapomniał wyłączyć guzik „kawaleria” i znów ten element przeważa, co akurat nie jest niczym złym, ale nie daje poczucia, że dla Pana Johna kwestia Indian była rzeczywiście sprawą przykrą i godną rewizji. Owszem, jesteśmy o krok dalej niż Trylogia Kawaleryjska, ale mam wrażenie, że wciąż zbyt blisko jak na rok 1964. Tym niemniej Jesień Czejenów to western głębszy i bardziej wartościowy niż podobne zamierzenie Raoula Walsha z tego samego roku pod tytułem Odległy głos trąbki. Należy docenić fakt, że mimo podeszłego wieku i szalejącej wokół kinematograficznej zawieruchy Ford był wstanie nakręcić w połowie lat 60'tych film, który mocno utkwił widzom w myślach. To ostatni western w karierze Pana Johna.


9. Rio Grande - 1950r.

Western kawaleryjski;
Twardy oficer (John Wayne) trzyma w bojowej gotowości oddział kawalerii, patrolując północne brzegi rzeki Rio Grande. Wszystko z powodu watah Apaczów zapuszczających się na terytorium USA. Oprócz problemów z Indianami, Wayne musi zmierzyć się z niezadowoleniem żony (Maureen O'Hara), która odwiedza fort, dowiedziawszy się, że ściągnięto tam ich syna. Burzliwy związek Wayna (oficera z Północy) i O'Hary (pani z Południa) jest alegorią dopiero co zakończonej Wojny Domowej. Gdzieś w tle rozgrywa się historia młodego kawalerzysty z Teksasu (Ben Johnson) oskarżonego o morderstwo. Niby do końca nie wiadomo o co chodzi, a jednak wiele istotnych wątków udaje się w tym filmie poruszyć. Wydaje mi się, że zrozumienie fenomenu Rio Grande, jest kluczem do odkrycia zamiłowań Johna Forda. Ford próbował trzykrotnie zrobić film, o jaki mu chodziło. Efektem ubocznym tych starań są Fort Apache i Nosiła Żółtą Wstążkę. Nota bene oba wcześniejsze westerny wyszły lepiej niż ostatnia część nieoficjalnego Wojskowego Tryptyku. Ale prawda jest taka, że to właśnie Rio Grande, wraz ze swym romantycznym klimatem, wspomaganym bezbarwnymi piosenkami Sons of the Pioneers i słodko-gorzką czarno-białą poezją obrazu Berta Glennona, stało się wzorcowym westernem kawaleryjskim. Oparty na tekście Jamesa Warnera Bellaha wydaje się być westernowym dziełem Forda bardziej bellahowym niż fordowskim – i choć Rio Grande nie może konkurować z pozostałymi dwoma częściami Tryptyku fabularnie, psychologicznie czy epicko, to zdecydowanie dominuje pod względem tegoż właśnie bellahowego klimatu. Tym niemniej to nie jest Jack Ford w najwyższej życiowej formie, dlatego dopiero dziewiąte miejsce.


8. Jak zdobywano dziki zachód (How the West Was Won) – 1962r.

Western tradycyjny; Western epicki.
Największe pionierskie dzieło w historii to przede wszystkim reżyserska zasługa Henry'ego Hathawaya, który jest autorem trzech segmentów: Rzeki, Równin i Bandytów. Pan Henry osiągnął w tym filmie apogeum klasycznych możliwości przedstawienia historii ujarzmiania młodej Ameryki. Ale to segment Johna Forda pt. Wojna Domowa jest najbardziej niepokojący i zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych czterech. Ford ugryzł tematykę wojny w sposób doskonały – już przy pierwszym kontakcie z frontem ukazując martwego bohatera Kapitana Linusa Rowlingsa (James Stewart). Wizualnie wyszło to wszystko nietypowo (jakby staroświecko), ale klimatycznie – mroczna czerwona poświata spływającej krwią rzeki Tennessee; pofalowany horyzont będący górami tysięcy martwych żołnierzy; a pośród tego wszystkiego zagubiony maruder (George Peppard), dla którego wyjazd na wojenkę miał być romantyczną, młodzieńczą przygodą. Nawet Ulisses Grant i William Sherman (John Wayne) z pogardą obserwują efekty swego pyrrusowego zwycięstwa, będącego jak się okazało punktem zwrotnym działań wojennych na zachodzie. Ten filmowy segment, podobnie zresztą jak nakręcony kilka miesięcy wcześniej Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (też jakby staroświecki), to mocarny renesans w dobiegającej końca karierze filmowej Forda.


7. Droga do San Juan (Wagon Master) – 1950r.

Western pionierski; Western epicki.
Western, o którym John Ford najczęściej mówił, że jest jego ulubionym. Moim zdaniem, obok Jak zdobywano dziki zachód (segmenty Hathawaya) najprzyjemniejszy dla oka klasyczny western pionierski. Dwójka młodych kowbojów (Ben Johnson i Harry Carey Jr.) pomaga karawanie Mormonów w drodze do ziemi obiecanej w dolinie San Juan. Wieść niesie, że Ford, podczas kręcenia Nosiła żółtą wstążkę tak bardzo zachwycił się mormońskimi statystami, biorącymi udział w przedsięwzięciu (z uwagi na ich pracowitość, kulturę, tańce itd.), że postanowił poświęcić im oddzielny film. Tak zrodził się jeden z najbardziej pozytywnych westernów Pana Johna – dobrze oddający ducha romantycznej filozofii ujarzmiania dzikiego zachodu. W głównych rolach obsadzono Johnsona i Careya Jr., którzy z rolami sobie poradzili, choć bez większych fajerwerków. Najjaśniejszymi gwiazdami okazali się tu Joanne Dru w roli bezpruderyjnej Denver i Ward Bond w roli mormońskiego starosty Eldera Wiggsa. To moja ulubiona rola Bonda spośród Fordów, a jego obecność na planie to pewien prywatny żart reżysera. Bond znany był z zajadłego prześladowania „lewaków” w Hollywood. W Drodze do San Juan sam gra przedstawiciela społeczności prześladowanej z powodu wiary. Taki właśnie przewrotny bywał Jack Ford. O ile fabularnie Wagon Master nie jest niczym wartym dłuższej rozprawy, o tyle klimat, a w szczególności zdjęcia Berta Glennona - to poezja obrazu w najczystszej formie. Monument Valley po raz kolejny zachwyca i jest jakby odkryta na nowo.


6. Fort Apache – 1948r.

Western kawaleryjski. Western psychologiczny.
No i zaczynają się arcydzieła westernowej kinematografii, których Ford wg mnie ma na swoim koncie sześć. O ile nr 1 potrafiłem określić bez wahania, o tyle pozycje od 2 do 6 to już był dla mnie dramat. Postanowiłem, że wielką szóstkę otworzy Fort Apache – gdyż spośród najlepszych westernów w tym zestawieniu zawiera w moim mniemaniu najwięcej przeciętnych lub niepoważnych scen i najmniej wybitnych ujęć kamery. W filmie zadebiutował John Agar, który ledwie kilka lat wcześniej poślubił partnerującą mu tu Shirley Temple. Był to dosyć toporny aktorsko początek - ale wyśmienicie zrehabilitował się za to rok później w Nosiła Żółtą Wstążkę. Fort Apache oparty jest na opowiadaniu Bellaha pt. Masakra. Nowy dowódca Owen Thursday (Henry Fonda) przyjeżdża do daleko wysuniętej na południowy zachód wojskowej placówki. Fonda gra ambitnego, ale rozgoryczonego oficera-wdowca, który postanawia zaprowadzić w forcie porządek, a następnie rozprawić się z Apaczami. Jego przeciwieństwem jest kapitan York (John Wayne) – ludzki, doświadczony w walkach z Indianami oficer, mający nadzieje na objęcie dowództwa nad pułkiem. Fort Apache jest w pewnym sensie konsekwencją żądzy „custerowskiej” opowieści, jaką rozpalił w Fordzie piekielnie udany western Raoula Walsha Umarli w butach. Po raz kolejny (po debiucie w Dyliżansie) pojawia się tu wątek miłowanego przez reżysera Siódmego Pułku Kawalerii USA i jego udziału w ujarzmianiu Wild Westu. Bardzo ważna jest kwestia Indian – był to pewien przełom, który sprawił, że coraz śmielej zaczęto kręcić dramaty indiańskie. Wystarczy przypomnieć zrealizowane dwa lata później Złamaną strzałę Delmara Davesa i Diabelską przełęcz Anthony Manna.


5. Dyliżans (Stagecoach) – 1939r.

Western tradycyjny. Western epicki.
No właśnie – Dyliżans mógłby być równie dobrze na drugim, trzecim lub czwartym miejscu. Jest poza podium z podobnego powodu, co Fort Apache: zawiera sporo scen, które - choć potrzebne i nadające filmowi tempa i odrębności – z dzisiejszej perspektywy nie bronią się aż tak dobrze jak w przypadku pozostałych westernów Forda. Innymi słowy jest to absolutne arcydzieło, ale na skalę lokalną, na dekadę lub dwie od kiedy się pojawiło. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z przełomowym momentem w historii gatunku, wyrwanego dzięki Dyliżansowi z klinicznej śmierci późnych lat 30'tych. Jest to opowieść o zróżnicowanej społecznie i obyczajowo grupie ludzi podróżujących dyliżansem wzdłuż pogranicza. Podstawą fabuły było opowiadanie Ernesta Haycoxa pt. Dyliżans do Lordsburga, inspirowane utworem francuskiego pisarza Guy'a de Maupassanta pt. Baryłeczka. To pierwszy dźwiękowy western Forda i w ogóle pierwszy nakręcony po trzynastoletniej przerwie od gatunku, a także pierwszy epicki western epoki klasycznej. Czternasty z kolei western w dorobku Wayne'a, ale przełomowy, który zrobił z niego żywą legendę kina. To pierwszy Ford w Monument Valley, świetnie sfilmowanej przez niezawodnego Berta Glennona – miejsce, w którym Pan John zainstalował się ze swymi kamerami na ćwierćwiecze. Ale Dyliżans to nie tylko archetyp – to przede wszystkim doskonale opowiedziana historia będąca studium ludzkich charakterów. Opowieść o zemście, miłości, upadku i odkupieniu – fundament filmów o dzikim zachodzie. To był też ulubiony western największej znanej mi fanki gatunku czyli mojej mamy Danuty (RIP) – ile razy jako malec go obejrzałem? Trudno powiedzieć...


4. Nosiła żółtą wstążkę (She Wore a Yellow Ribbon) – 1949r.

Western kawaleryjski; Melodramat; Western epicki.
Dla mnie to najbardziej dojrzały i najpiękniejszy w historii western kawaleryjski i jeden z najlepiej sfilmowanych westernów w ogóle. Nakręcony w technicolorze jako melodramat, w którym fabuła schodzi na drugi plan, ustępując miejsca sentymentowi dla regimentów kawalerii walczących na dzikimi zachodzie; miłości wykluwającej się nawet w najtrudniejszych okolicznościach; cudownej westernowej scenografii w spektakularny sposób sfilmowanej przez Wintona C. Hoch'a, za którą otrzymał zasłużonego Oscara. Otwarciem filmu jest flaga Siódmego Pułku Kawalerii oraz informacja, że „Custer nie żyje” - można więc powiedzieć, że tym razem Ford nawiązuje do jego legendy bezpośrednio. Główny bohater – kapitan Nathan Brittles (John Wayne), poległego nad Little Bighorn dowódcę oraz jego oficerów znał osobiście. Informacja o ich śmierci to dla jego pułku szok i zwiastun kłopotów. Dla samego Brittlesa wojskowa kariera dobiega końca i jest z tego powodu rozgoryczony. Zanim jednak odda komendę w ręce młodego ambitnego porucznika Cohilla (John Agar) – raz jeszcze będzie musiał wykazać się męstwem i doświadczeniem. Bo oto plemiona Wielkich Równin jednoczą się gotowe do ostatecznej wojny z Białymi. W tle głównej fabuły rozgrywa się rywalizacja o względy pięknej młodej damy o imieniu Olivia Dandridge (Joanne Dru). To ona jest tytułową nosicielką żółtej wstążki – symbolu uczucia do kawalerzysty. Kto jest szczęśliwym wybrankiem? Czy nieopierzony drugi porucznik z bogatej rodziny (Harry Carey Jr.)? A może wspomniany wcześniej zastępca dowódcy – arogancki i władczy Cohill? A może pannie chodzi o leciwego, lecz wciąż atrakcyjnego weterana Brittlesa? Sprawdźcie sami.


3. Miasto bezprawia (My Darling Clementine) – 1946r.

Western biograficzny; Western noir.
Bracia Earp z tego co wiem nie byli kowbojami i nie zajmowali się spędami bydła. Wyatt Earp nie pojedynkował się na rewolwery z Doc'kiem Holliday'em, a na pewno takiego pojedynku nie wygrał. Doc nie zginął w trakcie strzelaniny w O.K. Corral. Takich wypaczeń historycznych znajdzie się w filmie więcej, ale nie zmienia to faktu, że Miasto bezprawia jest po dziś dzień niedoścignionym wzorem dla wydarzeń, które rozegrały się w 1881r. w Tombstone. Historia pomija początki kariery Wyatta Earpa (Henry Fonda) związanej z Dodge City, koncentrując się na momencie, gdy przybywa do Tombstone, a następnie obejmuje posadę szeryfa. Zaprzyjaźnia się z hazardzistą i zabijaką, ex lekarzem Johnem Dockiem Hollidayem (Victore Mature), a także wdaje w konflikt z bandą pod wodzą starego Clantona (Walter Brennan). To jedyny western, do którego Ford wplótł stylistykę noir, co zaowocowało wyśmienitą, dekadencką atmosferą. Udaną modyfikacją schematu było użycie mężczyzny fatalnego – Doca. Każda scena i każde ujęcie kamery w tym filmie to wizualny majstersztyk. Atmosfera już na początku, za sprawą zabójstwa Jamesa, robi się gęsta i gęstnieje aż do słynnego historycznego rozstrzygnięcia w O.K. Corral. Kilku reżyserów zbliżyło się do poziomu Forda, nie powiem, być może tworząc nawet filmy ciekawsze, lepsze fabularnie i bardziej realistyczne. Ale do dziś nikomu nie udało się zbudować tak wysokiego napięcia, przy użyciu tak prostych środków filmowego wyrazu. Nie bez kozery Sam Peckinpah określał Miasto bezprawia jako swój ulubiony western.


2. Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (The Man Who Shot Liberty Valance) – 1962r.

Western psychologiczny; Antywestern.
Prawnik ze wschodu Ransom Stoddard (James Stewart) przybywa do miasteczka na dzikim zachodzie, gdzie zostaje pobity i okradziony przez bandę Liberty Valance'a (Lee Marvin). Udaje mu się przeżyć dzięki pomocy doświadczonego rewolwerowca Toma Doniphona (John Wayne) i młodej restauratorki Hallie (Vera Miles). Stoddard postanawia zastopować wybryki Valance'a przy użyciu prawa. Nie wszyscy uznani krytycy klasyfikowali Człowieka, który zabił Liberty Valance'a jako film udany. Np. Brian Garfield uważał go za western niczym nie zaskakujący, nakręcony w zbyt staromodnej jak na swoje czasy technologii. Przyznam, że ja sam kiedyś miałem wątpliwości, ale zdążyłem w międzyczasie poznać Pana Johna lepiej. Na tyle dobrze, że zrozumiałem, że Ford wcale nie kręcił westernów – one były zawsze odbiciem w filmowym zwierciadle jego stanu emocjonalnego. Rozgoryczenie brutalizacją gatunku; upadek wiary w westernowy mit, na którym się wychował i który tworzył; pukająca powoli do drzwi filmowa emerytura. To wszystko doprowadziło do powstania najbardziej pesymistycznego fordowskiego dzieła. Z drugiej strony bardzo nostalgicznego, bo trudno nie uronić łzy, widząc w kostnicy, tuż obok trumny z ciałem zmarłego Wayne'a, stary, zniszczony i bezużyteczny dyliżans. O tym filmie można opowiadać godzinami, ale dla mnie najistotniejsze jest to, że Ford w 1962r. postanowił powiedzieć dość! Nie będzie więcej dyliżansów, nie będzie już Johna Wayne'a – teraz będą Lee Marvin i jego dwóch wrednych kolesi (Lee Van Cleef stał się gwiazdą spagwesternu; Strother Martin stał się np. jednym z ulubieńców Peckinpaha). I kto wie, być może to właśnie ten film, a nie kolejny w rankingu sprawia, że Johna Forda uważam za najwybitniejszego reżysera westernów.


1. Poszukiwacze (The Searchers) – 1956r.

Western tradycyjny; Western epicki.
Ethan Edwards (John Wayne): rozgoryczony przegraną wojną konfederat i Martin Pawley (Jeffrey Hunter): młodzieniec, w którego żyłach płynie indiańska krew – ruszają w pięcioletnią tułaczkę po dzikim zachodzie w poszukiwaniu porwanej przez Komanczów dziewczynki. Ta podróż całkowicie odmieni ich życie i da nowe spojrzenie na surowy, niebezpieczny świat, w którym od zawsze funkcjonowali. Życiowa rola najważniejszego westernowego aktora Wayne'a plus życiowa forma najważniejszego westernowego reżysera Forda równa się arcydzieło. Proste matematyczne równanie. No właśnie - w matematyce definiuje się piękno jako zbiór danych, do którego nie chcielibyśmy nic więcej dodać ani nic więcej odjąć. Dokładnie takim filmem są Poszukiwacze – westernem, do którego nie chciałbym dodać żadnej sceny, postaci, czy dialogu. Żadnego z tych elementów nie chciałbym też usunąć. Wbrew pozorom to western nie pozbawiony błędów czy może raczej „reżyserskich słabości”, ale kto powiedział, że piękno to coś bezbłędnego? W końcu nawet Sergio Leone twierdził, że nudzą go filmy doskonałe, bo nie ma w ich przypadku o czym dyskutować, a przecież Poszukiwacze byli jednym z jego ukochanych westernów a John Ford jednym z najważniejszych wzorców reżyserskich. Jest wielu krytyków uważających arcydzieło Forda nie tylko za największy western wszech czasów, ale nawet za najwybitniejszy amerykański film w ogóle. Ja aż tak daleko nie mam zamiaru się posuwać, bo to nie moja domena. Ale bez wahania przyznam, że nigdy nie widziałem wspanialszego filmu o dzikim zachodzie i przykro mi, bo nie sądzę, żebym kiedykolwiek jeszcze zobaczył. I z tą konkluzją zostawiam was sam na sam...


niedziela, 26 sierpnia 2018

Fort Apache - 1948r.


    Stany Zjednoczone Ameryki to kraj wywalczony. Najpierw, za czasów kolonialnych, Anglicy walczyli z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami o faktorie, porty i wpływy na Morzu Karaibskim i wschodnich wybrzeżach Ameryki Północnej. Potem mieszkańcy pierwszych kolonii toczyli boje z Francją i Anglią o ziemie na północy. Dzięki tym konfliktom utworzyła się świadomość narodowa i odrębność terytorialna od Wielkiej Brytanii, której trzynaście pierwszych kolonii wypowiedziało posłuszeństwo, uzyskując niepodległość w 1783r. Młoda demokracja ekspandowała i zajmowała nowe terytoria, tocząc walki z Meksykiem o Teksas oraz z Indianami o Wielkie Równiny. W tamtych czasach niemal każdy mężczyzna posiadał broń i potrafił walczyć, a głównym kierunkiem kształcenia amerykańskiego establishmentu były szkoły oficerskie i akademie wojskowe. Wojna Secesyjna, będąca efektem różnic w wizji rozwoju młodego Państwa między zindustrializowaną, ucywilizowaną północą a post-kolonialnym, utrzymującym się z niewolniczej pracy południem, potwierdziła wojowniczy charakter Amerykanów, a jej koniec ostatecznie zamknął dyskusję na temat kierunku ekspansji. Kierunku zachodniego. I w tych właśnie okolicznościach USA wkroczyły w epokę dzikiego zachodu, i dokładnie w taki sposób postrzegał ją John Ford. Militaryzacja westernowego uniwersum u Forda nadała jego filmom z jednej strony bardzo uniwersalny i jak na tamte lata wiarygodny kształt, a z drugiej strony heroiczno-romantyczny klimat. Kwintesencją tego typu filmografii jest Trylogia Kawaleryjska, a zachowując chronologię, omawianie jej zacznę od filmu Fort Apache.
        Fort Apache (czyt. Fort Apaczi), niekiedy nadgorliwie tłumaczony na polski jako Masakra Fortu Apache lub zupełnie omyłkowo i niewłaściwie jako Fort Apaczów, to film wyreżyserowany przez Johna Forda w 1948r. Podobnie jak cała Trylogia Kawaleryjska (a także wiele innych filmów tego reżysera) opowiada dzieje amerykańskich oddziałów kawalerii, które, po zakończeniu Wojny Secesyjnej, kierowano do walki z wojowniczymi plemionami Indian na terenach Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony. W filmie Fort Apache wątkiem przewodnim jest konflikt przebywających w rezerwacie Apaczów z przedstawicielem administracji USA oraz ich wyjście na wojenną ścieżkę pod dowództwem znanego z historii wodza Cochise.
        Film jest godny polecenia z dwóch powodów. Pierwszy to kwestia Indian, których wizerunek jest nadzwyczaj ciepły, porównując go z wizją Indian z filmów Forda z epoki niemej (np. Żelazny Koń), ale i w porównaniu z pozostałymi dwoma późniejszymi częściami Trylogii Kawaleryjskiej. To pierwszy western tego reżysera, w którym Indianie oraz pragnący z nimi pokoju oficer są przedstawieni jako pozytywna strona rozgrywki. Notorycznie oszukiwani przez łamiących obietnice urzędników i okradani z przysługujących im przydziałów wołowiny, buntują się i dochodzą praw poprzez walkę.
        Drugi powód to prześwietna gra Henry Fondy, który przyćmił resztę aktorów, a grany przez niego pułkownik Owen Thursday to jedna z moich ulubionych ról Fondy. Prawdę mówiąc, Pan Henry zawsze najbardziej podobał mi się jako negatywny bohater. I choć oczywistych łotrów grywał rzadko, a jeśli już to w późniejszym okresie aktywności aktorskiej, to zdarzały mu się rolę, w których jego postać kipiała od negatywnych emocji jak tu.
        Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze kilka innych powodów, dla których ten film to ważny punkt westernowej historii. To piękne zdjęcia pośród Monument Valley. To polemika na temat Pułkownika George'a Custera. To unikatowy klimat. To wreszcie plejada charakterystycznych aktorów, którzy stworzyli swojego rodzaju zgraną filmową paczkę. Mam na myśli postacie starszego sierżanta O’Rourka (Ward Bond), sierżanta Mulcahy (Victor McLaglen), kpt. Yorka (John Wayne) czy strażnika (Hank Worden). Aż dziwne, że zabrakło tu słynnych „kawalerzystów” Johnsona i Careya Jr., którzy tak koncertowo zdominowali filmy Rio Grande i Drogę do San Juan, a w pewnym stopniu też Nosiła żółtą wstążkę.
        Trochę o głównych bohaterach. Kapitan Kirby York (John Wayne) – doświadczony w walkach i kontaktach z Indianami – rozumie ich roszczenia i dąży do pokojowego rozwiązania konfliktu. Podczas wojny domowej dowodził pułkiem wojsk Unii, ale po wojnie został zdegradowany do rangi kapitana. Po kilku latach na pograniczu ma nadzieję objąć dowództwo w odległej placówce o nazwie Fort Apache. Ku jego niezadowoleniu, generalicja oddaje stacjonujące tam oddziały pod komendę pułkownika Owena Thursdaya, który przybywa do fortu z córką Philadelfią (Shirley Temple). Thursday to rozgoryczony wdowiec. Podczas wojny był generałem, lecz zdegradowano go do rangi pułkownika i zesłano do Fortu Apache (Custer podobnie podczas wojny był generałem, by po wojnie dzierżyć rangę podpułkownika). Chorobliwie ambitny oficer-służbista, wyszkolony w West Point i wzorujący się na wodzach pokroju Aleksandra Wielkiego czy Napoleona, liczy na zdobycie szybkiej sławy w walce z Indianami i powrót do oficerskiej śmietanki. Mimo rad doświadczonego Yorka, bagatelizuje możliwości i zdolności Apaczów, a ich wielkiego wodza Cochise traktuje jak podrzędnego dzikusa. Niepoprawna odwaga i ślepa chęć zdobycia sławy zamiast do chwały prowadzi go do samozniszczenia, a jego wojska do klęski.
        Oglądając ten film, można dostrzec dwa rodzaje pojedynku osobowości. Jeden to bezpośredni pojedynek racji i zdolności między Kapitanem Kirby Yorkiem (John Wayne), a Pułkownikiem Owenem Thursdayem (Henry Fonda). W tym pojedynku zwycięzcą jest York, bo odziały stacjonujące w Fort Apache ostatecznie przechodzą pod jego komendę. Drugi pojedynek to ten korespondencyjno-aktorski między Johnem Waynem a Henrym Fondą o miano pierwszoplanowego aktora dramatycznego. Tutaj zwycięża w moim mniemaniu Fonda, bo jego bohater jest niesamowicie wymowny i przekonujący. To parszywiec, który na każdym kroku pokazuje wyższość. Jest kilka scen, gdzie wybornie demonstruje najgorsze cechy. Na przykład wtargnięcie do domu O’Rourków po to, by zabrać córkę i dać wykład rodzinie na temat różnic klasowo-obyczajowych dzielących wysokich oficerów i niskich. A przecież młody Michael (John Agar) jest drugim porucznikiem i podobnie jak on wychowankiem West Point. Gdy w jednej z ostatnich scen York rzuca Thursdayowi rękawicę, ten lekceważąco stwierdza, że nie pochwala pojedynków i zastanowi się, czy po powrocie walczyć czy oddać go pod sąd wojenny. Jedyną słuszną decyzją Thursdaya jest oddelegowanie podczas finałowej bitwy Kirbyego wraz z młodym Michaelem na tyły. To taki wyjątek potwierdzający regułę, przejaw wielkości i mądrości, próbujących się przebić przez skorupę złych cech.
        Chyba najcenniejszą rzeczą, jaką daje obejrzenie tego arcydzieła, jest pewna sprzeczność, której ciężar na swoje barki mógł wziąć tylko John Ford. Z jednej strony film jest patetyczny i owiany amerykańską propagandą gloryfikującą mit kawalerii. Przedstawienie kawalerzystów jako wielkiej szczęśliwej rodziny, żyjącej beztrosko pośród malowniczych krajobrazów Monument Valley, toczących od czasu do czasu potyczki z Indianami przy akompaniamencie trąbki, śpiewających tradycyjne pieśni żołnierskie lub popijających whisky. Ale to tylko pozory. Bo z drugiej strony dostajemy postać Owena Thursdaya jako metaforę George'a Custera, a filmową masakrę jako metaforę Little Bighorn – czyli inspiracja wypływająca wprost z niechlubnych kart historii amerykańskiego wojska. Tym co spaja wyżej wymienione żywioły jest poezja obrazu, dzięki której John Ford stworzył niepowtarzalne tło dla opowieści i mitów amerykańskiego pogranicza. I to zdecydowanie najmocniejsza rzecz w Forcie Apache. Dowód umiejętności i wyczucia Ojca Westernu. Co jeszcze? Gra aktorów, muzyka, piękne zdjęcia – to wszystko niewątpliwie też jest w omawianym filmie. Czy Fort Apache jest najważniejszym akcentem Trylogii Kawaleryjskiej? To nie takie proste – John Ford każdy film kręcił inaczej i to samo tyczy się wojskowego tryptyku, którego wszystkie trzy odsłony to dzieła zupełnie inne i niepowtarzalne. Dla każdego fana westernu pozycje obowiązkowe! To kopalnia westernowych diamentów.
         Polecam.



sobota, 2 grudnia 2017

Synowie prerii (Tumbleweeds) - 1925r. i Trzech złych ludzi (3 Bad Men) - 1926r.

Poniższy artykuł jest westernową częścią zbiorowej pracy opisującej 12 filmów z epoki kina niemego opublikowanej na blogu Panorama Kina. Tytuł artykułu to Rozkosze Kina Niemego, a całość możecie przeczytać TU.


Synowie Prerii (Tumbleweeds) - 1925r.
Produkcja - William S. Hart (Reżyseria – King Baggot);

Czy to nie ciekawe, że jeden z najwspanialszych westernów kina niemego Synowie Prerii (Tumbleweeds) to zarazem ostatni film w długiej i owocnej karierze Williama Harta? Warto obejrzeć, oprócz tej z 1925r., wersję z 1939r., z dograną wzruszającą przedmową Harta, w której już jako 75'latek opowiada o swoich odczuciach związanych z kręceniem filmów.
         Nigdzie nie znalazłem tłumaczenia tytułu Tumbleweeds, więc postanowiłem to zrobić samemu. Tumbleweeds to takie krzaczki na prerii, zwane potocznie w polskim języku słowem biegacze, ale zostawiamy dosłowne tłumaczenia. Tytuł można byłoby przetłumaczyć jako Kowboje, bo właśnie słowem tumbleweeds określano panów przeganiających bydło wzdłuż frontieru. Nie oddawałby to jednak ducha filmu, a poza tym jest już taki western z J. Waynem. Tumbleweeds to mężczyźni odłączeni od rodzin, zwykle w bardzo młodym wieku, przemierzający puste pogranicze, niczym te samotne kępki trawy oderwane od korzeni i niesione przez wiatr. Tacy właśnie synowie prerii.
         Synowie Prerii są na swój sposób dziełem wyjątkowym – zrównoważonym, nowatorskim i uniwersalnym. Podejmują tematykę kowbojstwa, jako stylu życia mężczyzn pogranicza i zderzenia ich z nadchodzącą cywilizacją. To, co w pierwszych dekadach westernu najbardziej ciekawiło widzów. Główny bohater filmu, Don Carver (wyśmienity William Hart), zakochuje się w młodej dziewczynie o imieniu Molly Lassiter (niezła Barbara Bedford) i postanawia zapuścić korzenie. Nadarza się okazja, bo na terytorium Oklahomy ogłoszono wyścig po ziemie należące wcześniej do Indian Cherokee. No i właśnie, w filmie pojawia się historyczny wątek wyścigu po ziemie (tzw. land rush). Później wielokrotnie wykorzystywany w hollywoodzkich produkcjach: vide Cimarron Wesley’a Rugglesa z 1931r. (też wersja w reżyserii Anthony Manna z 1960r), Za horyzontem (Far and Away) Rona Howarda z 1992r., no i w nieco innym kontekście w Trzech złych ludziach (3 Bad Men) Johna Forda z 1926r.
         No i jeszcze kilka słów o głównych aktorach – William Hart i Lucien Littlefield zagrali niezapomniane role. Carver to typowy ramrod – doświadczony szef, twardy, o solidnym kręgosłupie moralnym i zdolnościach interpersonalnych. Z kolei Kentucky to dziecko prerii – kowboj z krwi i kości – umorusany brudem, prosty i szczery do bólu, wychodząc do ludzi nieco fajtłapowaty. Trochę przypominający kaprala Casey z Żelaznego Konia (Iron Horse) Johna Forda z 1924r. Jak to zwykle u takich gości bywa niepewnie czują się w towarzystwie kobiet. Błyskawicznie pakują się w kłopoty i dają we znaki lokalnym szwarccharakterom. Zarówno fabularnie jak i aktorsko obaj panowie perfekcyjnie się uzupełniają: bawią i wzruszają.



Trzech złych ludzi (3 Bad Men) - 1926r.
Reżyseria – John Ford;

No właśnie - na temat podwójnego artykułu z premedytacją wybrałem Tumbleweeds i 3 Bad Men, bo ten drugi film to dobry przykład podpatrywania kolegów po fachu. Jeśli ktoś jeszcze do kompletu wcześniej odświeży The Covered Wagon z 1923r. Jamesa Cruze'a, to już zupełnie będzie mógł oglądać dzieło Forda, raz za razem wyłapując sceny, motywy i cechy postaci zapożyczone z wcześniejszych westernów. W Trzech Złych Ludziach Ford opowiada o wędrówce osadników, nęconych odkrytym przez Custera złotem w Black Hills. Wiele scen, szczególnie tych z kawalkadą wozów, dorównuje rozmachem Karawanie. Reżyser odchodzi od przypinania bohaterom oczywistej symboliki. Odwraca wizerunek dobrych i złych, tych pierwszych ubierając w stroje szajki zbirów, a drugich w eleganckie garnitury i cynowe gwiazdy. Robił to już częściowo w Żelaznym Koniu. Podobne zabiegi działy się u innych, równoległych twórców. Np. w filmie z Tomem Mixem Napad na K&A ekspres (The Great K&A Train Robbery) z 1926r. zło też czaiło się za fasadą elegancji i perfum.
          Do tego znów dochodzi kwestia wyścigu po ziemię, której Ford jakby troszkę pozazdrościł Williamowi Hartowi. W Synach prerii to było coś spektakularnego, ale przede wszystkim symbolicznego. Miało fascynować i wzruszać. Patrzcie – mówił Hart – tu gdzie jeszcze dekadę temu wiatr przeganiał krzaki, a rządy sprawowali dumni Indianie, teraz zjechał cały przekrój społecznych warstw, by stoczyć „uczciwą” grę i stać się protoplastami nowej społeczności. A biedni synowie prerii albo się do tego przyzwyczają albo odejdą w zapomnienie. U Forda to jest klasyczna gorączka złota. Ludziska próbują się oszwabić wszelkimi możliwymi metodami, a gdy pada symboliczny wystrzał z armaty – ruszają na bój jak gladiatorzy. Wozy się przewracają, konie wzajemnie tratują, a dzieci wypadają z rąk matkom.
         W krótkiej notce nie sposób napisać o wszystkim. Warto jednak zwrócić uwagę na przyjemną grę aktorów, z których najlepiej wypada Tom Santschi. Jego postać to „Bull” Stanley – szef tytułowej trójki złoczyńców, która dołącza do karawany. Panowie są świadkami napaści koniokradów na jeden z wozów, gdzie ginie jego właściciel – osadnik Carlton. Ratują córkę zabitego - Lee (niezła Olive Borden). Z czasem zaczynają ją traktować jak własne dziecko, zmieniając nieco podejście do życia. Kolejnym wartym wymienienia aktorem jest George O’Brien grający młodego kowboja Dana. Ten młodzieniec świetnie sprawdził się już w fordowskim Żelaznym Koniu. W Trzech złych ludziach znów dostał szansę i zagrał świetnie. Do czasów Johna Wayne'a nikt tak dobrze nie wkomponował się w filozofię fordowskiego protagonisty. Także John F. McDonald znany z nieco infantylnej roli majstra w Żelaznym Koniu, tutaj moim zdaniem wypada dużo ciekawiej, choć z typową dla siebie pozą „poczciwego, umorusanego brudem chłopa”.




         Dwie świetne historie opowiedziane przez dwóch świetnych twórców – gorąco polecam.

sobota, 8 lipca 2017

Droga do San Juan (Wagon Master) - 1950r.

Trudno ułożyć ranking najlepszych westernów Johna Forda z okresu 1939r. do 1964r, bo wszystkie te filmy oferują wyrównany, wysoki poziom. Tematy potrafią być różne, od wielkich wydarzeń z historii zachodu, poprzez romantyczne opowieści o kawalerii i wojnach z Indianami, po dramaty psychologiczne podejmujące rewizję gatunku. Każdy western Pana Johna, bez względu na okres, w którym powstał, czy temat jaki podejmuje, gwarantuje wizualną ucztę, świetny warsztat i przyzwoicie opowiedzianą historię. Do tego unikatową atmosferę, za którą co prawda nie każdy przepada, ale ja akurat bardzo. Ostatnio miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy kolorową wersję filmu Droga do San Juan (Wagon Master) z 1950r. i okazała się ona pozytywnym zaskoczeniem.
         Główni bohaterowie to dwaj młodzi kowboje: Travis (Ben Johnson) i Sandy (Harry Carey Jr.) – handlarze końmi. Dobrze znający frontier młodzieńcy zostają wynajęci na przewodników przez grupę mormonów pod wodzą Eldera Wiggsa (świetny Ward Bond). W drodze do doliny San Juan przygarniają trupę artystów, którym zepsuł się wóz i zabrakło wody. Wśród nich jest młoda i bezpruderyjna Denver (świetna Joanne Dru) – ona i Travis od razu wpadają sobie w oko. W trakcie podróży do taboru przyłącza się także banda Cleggów – rzezimieszków uciekających przed obławą. Zróżnicowana społecznie i obyczajowo karawana rusza w pełną niebezpieczeństw podróż do ziemi obiecanej.
         W stosunku do filmów Johna Forda często pada określenie „poezja obrazu” i kolorowa wersja Drogi do San Juan jest tego najlepszym przykładem. Epickie zdjęcia kręcone na pograniczu Arizony, Utah i Colorado to największy atut filmu. Znów pojawia się Monument Valley, ale jakby odkryta na nowo – kadrowana w sposób indywidualny, jakiego wcześniej i później nie było. Do tego reżyser odrobił zadanie domowe i zebrał do kupy doświadczenia własne i starszych kolegów po fachu. Temat podróży wozów osadniczych Ford podejmował już w 1926r. w filmie Trzech Złych Ludzi, który opowiadał o gorączce złota Gór Czarnych. Już tam czerpał garściami ze słynnej Karawany Jamesa Cruze'a. W spektakularny sposób z kolei rozwinął to i wykorzystał Raoul Walsh w Drodze Olbrzymów z 1930r. To właśnie z powyższych filmów John Ford wyciągnął to co najlepsze, czyli malownicze ujęcia i sceny kręcone z rozmachem, momentami trzymające w napięciu. Zgrabnie pominął technikalia i nadmiar obyczajowości, koncentrując się na bohaterach i ich perypetiach. Dzięki temu Droga do San Juan, czyli western z założenia pionierski, nie daje się dopasować do żadnego schematu i pozostaje klasyczną, ale dosyć oryginalną przygodówką. Ja, fan talentu Jacka Forda, bardzo ten film lubię, a na kadrowane w kolorze plenery wręcz nie mogłem się napatrzeć. Czarno-biała wersja, którą widziałem kilka lat wcześniej, nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia.
         Zabrakło tu aktorów o wielkiej charyzmie jak John Wayne czy Henry Fonda, ale wydaje się, że cała reszta ekipy z  Trylogii Kawaleryjskiej po prostu „nie schodziła z planu” między 1948r a 1950r i płynnie przeskakiwała wraz z Fordem z filmu na film. Harry Carey Jr., i Ben Johnson zaprezentowali się w wojskowym tryptyku z dobrej strony. W Drodze do San Juan reżyser obsadził ich w głównych rolach. Obaj aktorzy nieźle wpasowali się w klimat, ale niestety nie udało im się wykreować zapadających w pamięć postaci. Ich gra odstaje w porównaniu z Joanne Dru i Wardem Bondem. Dru w roli Denver wypadła bardzo wiarygodnie, bo ona po prostu była w swoim żywiole. Podobnie jak Olivia Dandridge z Nosiła Żółtą Wstążkę tak i Denver z wdziękiem odpiera ataki zalotników, dając się im we znaki. Jeśli chodzi o Warda Bonda, to bez wątpienia jeden z ulubionych aktorów Forda. Najwcześniejszy western, w którym Jack go obsadził, to z tego co pamiętam Bębny nad Mohawk z 1939r, gdzie wystąpił w drugoplanowej roli Adama Hartmana – rubasznego sąsiada z doliny. A w ogóle pierwszy poważny western, gdzie się pojawił, to wymieniona wyżej pionierska Droga Olbrzymów. Świetny był w Poszukiwaczach, w roli pastora Claytona, a także w wielu innych filmach, ale pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie Wagon Master to jego najlepsza westernowa rola spośród „Fordów”.
         Kto jeszcze zwraca na siebie uwagę? Ano cała zgraja znajomych twarzy z Trylogii – oprócz wyżej wymienionych Bena Johnsona, Harry Carrey'a Jr., Joanne Dru i Warda Bonda także Hank Worden, Francis Ford, Mickey Simpson i Movita, a w tle głosy zespołu Sons of the Pionieers śpiewających piosenki. Muzyką zajął się Richard Hageman - co jeszcze bardziej potęguje skojarzenia z Dyliżansem i Trylogią Kawaleryjską.
         Nie rozumiem, dlaczego ten western jest tak niedoceniany. Odnoszę wrażenie, że odbiorcy traktują zbyt serio niektóre elementy sztuki filmowej. Romantyczna lekka atmosfera, tańce, zabawy, bratanie się z Indianami, jeździeckie sztuczki, podchody z bandytami, romanse, a wszystko w bajecznych plenerach najpiękniejszych rejonów Gór Skalistych. Oni wszyscy tam nawet zbytnio nie musieli grać, po prostu wybrali się na dobrą imprezę w gronie paczki znajomych. Ben Johnson ponoć sam kręcił te wszystkie podskoki i upadki z konia. Klimaty z filmów Forda na przełomie lat 40'tych i 50'tych, to trochę jak nasz polski Rejs i inne podobne filmy – gdzie aktorzy i reżyserzy bawili się w kino. Jedno jest pewne – dziś, w dobie śmiertelnie poważnej krytyki i jeszcze bardziej śmiertelnie poważnej optymalizacji kosztów, nikt nie byłby w stanie już czegoś takie nagrać.

         Całe szczęście, że John Ford nakręcił tak wiele świetnych filmów i że niektóre z nich są dostępne w dwóch wersjach, bo dzięki temu można ciągle odkrywać nowe oblicza ojca westernów. Wiem, że są kolorowe wersje Fortu Apache i Rio Grande, których jeszcze nie widziałem. Jeśli okaże się, że są też kolorowe wersje Miasta Bezprawia i Dyliżansu, to dajcie mi proszę znać, a ja zorganizuję kampanię na rzecz ponownego wyświetlania ich w polskich kinach ;). Film oczywiście polecam, bo to pierwsza dziesiątka najlepszych westernów Forda.


sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View:




niedziela, 23 kwietnia 2017

Słońce Świeci Jasno (The Sun Shines Bright) - 1953r.

Dzięki cynkowi od kolegi Mariusza z bloga Panorama Kina, udało się obejrzeć w telewizji mało znany film Johna Forda z 1953r. pt. Słońce Świeci Jasno (The Sun Shines Bright). Film jest remakiem innego dzieła J. Forda z 1934r. pt. Sędzia Priest (Judge Priest), który odniósł sukces, choć nie zadowolił w pełni reżysera, skoro zdecydował się on na krok w tył i ponowne podjęcie tematu, w czasach, gdy ludziom w głowach dudniły echa Trylogii Kawaleryjskiej.
         Doczytałem, że pierwszy film Forda został przez wytwórnię Twentith Century Fox okrojony o scenę linczu na czarnoskórym nastolatku, oskarżonym o gwałt. Był to jeden z najważniejszych powodów, dla których reżyser postanowił podjąć temat dwie dekady później, tym razem wraz z wytwórnią Republic Pictures. Zmienił się też tytuł w porównaniu do filmu z lat 30'tych, myślę że w celu rozszerzenia horyzontu przekazowego poza postać sędziego Williama Priesta (Charles Winninger). Pierwowzór jest też zdecydowanie krótszy i więcej czasu z akcji toczy się na sali sądowej, gdzie urzęduje główny bohater.
        No właśnie, wspomniany sędzia jest centralną postacią filmu, a zarazem epicentrum miasteczka w Kentucky, gdzie toczy się akcja. Używając nomenklatury literackiej to trochę Mary Sue – postać, której nie uraczymy w rzeczywistym świecie. Reprezentuje przegraną w Wojnie Domowej frakcję rebeliantów, a mimo to wraz z grupą ziomków-oficerów utrzymują najważniejsze urzędy w mieście. Priest i jego koledzy, otoczeni purytańskimi hipokrytami, odważnie demonstrują neutralność obyczajowo-rasową, wywołując oburzenie na twarzach bardziej konserwatywnych mieszkańców. Spychani do lamusa przez potężną machinę nadchodzącej z północy cywilizacji, toczą beztroski, flegmatyczny żywot, jakby lekceważąc siłę i podstępność konkurencji do piastowanych funkcji. Mimo to, doświadczenie, mądrość i sprawiedliwy osąd sędziego Priesta, w najbardziej krytycznych momentach z życia miasta sprawdza się. Ten człowiek po prostu świetnie nadaje się do tej pracy – a mimo to w przełomowym okresie swej kariery, czyli w zbliżających się wyborach, musi użyć fortelu.
         Można byłoby kilku innym bohaterom poświęcić po akapicie, ale zamiast tego wspomnę o melodii, która odegrała jedną z głównych ról w filmie. Jest to Dixie - hymn konfederatów. Ta piosenka pojawia się wielokrotnie, jako towarzyszka fabuły i symbol politycznych podziałów panujących w miasteczku (także w pierwowzorze). Ale wydaje mi się, że jest tu jeszcze drugie dno - przekaz mający na celu uzmysłowić widzom, że nie zawsze to, co przegrywa, jest gorsze, godne potępienia i zapomnienia. Nie, reżyser w ten sposób daje do zrozumienia, że tak jak Dixie potrafi być weselsza czy bardziej lubiana od Yankee Doodle, tak człowiek, będący niegdyś rebeliantem, może być bardziej wartościowy od nie jednego zwolennika Unii.
         Głównym atutem filmu Forda jest scenografia. Potrafimy tu dostrzec Kentucky Rifles nabijane prochem od lufy na wyposażeniu „oldschoolowych” traperów, które w rękach uzdolnionych leśnych strzelców sprawdzały się lepiej niż Winchestery nawet pod koniec dziewiętnastego wieku. To moim zdaniem ukłon w stronę burzliwej historii stanu, wydartego niegdyś przez pionierów z rąk Czirokezów i Szałnisów. Co jeszcze? Mundury i sztandary z czasów Wojny Secesyjnej, parowce, bryczki, a także wiele, wiele innych rekwizytów i strojów. Na plus także senna południowa atmosfera, momentami zakłócana mniej lub bardziej doniosłymi wydarzeniami z życia miasteczka. Mi także bardzo podobała się westernowa konwencja tego bądź co bądź dramatu obyczajowego - zachowanie , ubiór i wyposażenie mieszkańców czy schematy ich funkcjonowania (rozwiązywania konfliktów itp) niczym nie różniły się od znanych z klasycznych westernów. W filmie z 1934r. scenografia była zdecydowanie mniej westernowa, a bardziej "old-southowa". To oczywiście kwestia gustu. Warto też podkreślić dobrze poprowadzone dwa wątki. Owiane tajemnicą dzieje wychowanicy miejscowego doktora, panny Lucy Lee (Arleen Whelan) i związana z tym niechlubna przeszłość generała wojsk konfederackich, spędzającego emeryturę w omawianym miasteczku. A także wątek romantyczny między wyżej wspomnianą panną a młodym paniczem Ashby Corwinem (John Russell), którego powrót w rodzinne strony wywołuje poruszenie wśród mieszkańców. Do tego wszystkiego dołożę jeszcze małe (choć może zbyt daleko idące) porównanie z późniejszym Rio Bravo Howarda Hawksa, gdzie też losy społeczności leżały w rękach grupy outsiderów.
        Na minus przede wszystkim staroświeckie spojrzenie na kwestię czarnoskórych, których pokazano tu jako wiodących sielankowy żywot grajków, woźniców i pomocników żyjących za pan brat ze swymi wspaniałomyślnymi białymi chlebodawcami. Choć akurat u Forda poprawność polityczna mnie nie dziwi. Także brak charyzmatycznych aktorów dał wrażenie jakby niewykorzystanego potencjału, drzemiącego w tej historii. Widać też, że film zremasterowano cyfrowo i to high-definition wywoływało u mnie początkowo dziwne wrażenie sztuczności, choć po chwili się przyzwyczaiłem i nie zwracałem na to uwagi.
         Co ciekawe, ponoć John Ford pytany o swój ulubiony film najczęściej wskazywał właśnie The Sun Shines Bright, co może zaskakiwać u reżysera znanego z wielkich westernów i oscarowych dramatów społecznych. Po obejrzeniu filmu Sędzia Priest, zauważyłem, że w czołówce jest powiedziane kilka słów na temat tamtych czasów, kiedy to to reżyser był jeszcze kilkuletnim chłopcem - być może stąd sentyment. Ponadto wyczytałem też, że choć film w czasie premiery nie zachwycił, to jednak z czasem zaczął zyskiwać coraz większe uznanie krytyków i po dekadach był już uważany za arcydzieło srebrnej epoki Hollywood.

         Mi osobiście film początkowo nie przypadł do gustu i niemal uległem presji kobiety, która prosiła, żebym przełączył na coś innego – nie ugiąłem się, a z czasem poddałem się magii nostalgicznego obrazu pana Forda i niemrawej, lecz symbolicznej i podszytej poczuciem humoru fabule. Gdy traficie na ten film to sami powiedzcie, co myślicie ;).
Francis Ford i Slim Pickens - czyli różne pokolenia westernowego drugiego planu


piątek, 17 lutego 2017

Dyliżans (Stagecoach) - 1939r.

Przez dwadzieścia siedem lat zastanawiałem się dlaczego zawsze, gdy emitowano Dyliżans, moja matka rzucała wszystko i siadała przed telewizorem. Mogło wtedy nadejść tornado, trzęsienie ziemi lub tsunami, ale i tak nie oderwałoby to jej od oglądania. Dopiero gdy szanownej rodzicielki zabrakło, zacząłem to wszystko poważniej analizować. Do dziś nie zdołałem zgłębić do końca fenomenu tego wielkiego filmu, ale myślę, że w końcu jestem gotów, by o nim napisać.
           Dyliżans (Stagecoach) wyreżyserowany przez Johna Forda to western z 1939r, uważany za przełom w historii gatunku, a także przełom w samej westernowej karierze pana Johna, która od tamtego momentu nabrała pędu. Film zdobył dwa Oskary i jeszcze pięć dodatkowych nominacji; stał się też pierwszym z serii wielu wybitnych westernów Forda, trwającej aż do początku lat sześćdziesiątych, a której głównymi znakami rozpoznawczymi były plenery Monument Valley, trąbka kawaleryjska i John Wayne. Reżysera tego darzę wyjątkowym uczuciem, więc wybaczcie niecierpliwość i emocje, ale przejdę od razu do kilku istotnych z mojego punktu widzenia szczegółów:
           Film opowiada historię grupy osób podróżujących dyliżansem z Tonto do Lordsburga, czyli z miasteczka w Arizonie do miasteczka w Nowym Meksyku. Jest to trasa, która biegnie wzdłuż granicy z Meksykiem. Stop. Odwiedźmy na chwilę uniwersum. Woźnica (Andy Devine) ma żonę Meksykankę i wciąż opowiada, jak to musi harować na jej liczną rodzinę. Przy każdym z przystanków obejściem zajmują się Meksykanie lub nawet są właścicielami tych posiadłości. Mieszane indiańsko-meksykańskie lub meksykańsko-amerykańskie rodziny to nic nadzwyczajnego. Ringo w pewnym momencie informuje Dallas, że ma rancho po drugiej stronie granicy. Pod tym względem film trudno poddać jakiejkolwiek rewizji. Do mnie zwykli, prości ludzie w mieszanych związkach i na różnych szczeblach społecznych jak w fordowskim Dyliżansie, przemawiają bardziej niż panoszący się w Stanach meksykańscy gangsterzy z westernów lat 60'tych. Jak to było np. w Powrocie Ringa Duccio Tessariego, gdzie przed knajpami wisiały tablice zakazujące wstępu psom i gringos. To samo tyczy się muzyki. Czy można sobie wyobrazić, żeby coś lepiej pasowało do południowo-zachodniego pogranicza niż interpretacja ludowej pieśni Trail to Mexico użyta przez Carbonarę w Dyliżansie?
         Był to pierwszy film, który Ford nakręcił w Monument Valley i potem praktycznie już nie rozstawał się z tym miejscem. Nikt tak jak on nie filmował MV i zawsze były to nowe, świeże ujęcia, czy to w Mieście Bezprawia, czy to w Trylogii Kawaleryjskiej czy w Poszukiwaczach. Warto dodać, że ta sceneria zainspirowała mnóstwo późniejszych artystów, począwszy od Sergio Leone (Pewnego Razu na dzikim zachodzie), poprzez Roberta Zemeckisa (Powrót do przyszłości 3), Mario Van Peeblesa (Posse) aż po Gore Verbinskiego (Lone Ranger).
       Oczywiście inspiracje nie kończą się na Monument Valley. Sam film to jeden z chętniej remakowanych klasycznych westernów. W oparciu o hit Forda powstało później kilka filmów, żeby wymienić choćby Ringo Kid Gordona Douglasa z 1966r. czy Dyliżans do Lordsburga Teda Posta z 1986r. Jednak żaden z remaków nie dorównał pierwowzorowi. Sama postać Ringo Kida też odcisnęła piętno na świadomości twórców, którzy chętnie tym imieniem nazywali swoich pozytywnych bandziorów, jak np. Ringo - bohater dwóch filmów z 1965r. wspomnianego wcześniej Duccio Tessariego.
             Co jeszcze? Może to, że sam filmowy motyw dyliżansu, jako narażonego na atak środka transportu, tradycję ma długą jak historia kina. Już w pierwszych latach kinematografii takie filmy kręcono, jak choćby Western Stage Coach Hold Up z 1904r. w reżyserii Edwina S. Portera z Broncho Billym w roli głównej. Z kolei wszystkie westerny, w których użyto tego motywu, trudno pewnie byłoby zliczyć na palcach rąk i nóg, tym niemniej najsłynniejszym dyliżansem chyba na zawsze pozostanie ten z 1939r.
         Omawiany film to początek wieloletniej współpracy J. Forda z Johnem Waynem i bez wątpienia wyprowadzenie Duke'a z ośmioletniego dołka, który zaliczył po swojej pierwszej wielkiej roli w Drodze Olbrzymów Walsha. Po drugiej szansie, którą dostał w Dyliżansie, stał się niekwestionowaną westernową gwiazdą nr jeden i został nią aż do śmierci, choć John Ford wspomniał kiedyś, że do talentu aktorskiego Wayne'a przekonał się dopiero dziewięć lat później, po Rzece Czerwonej Howarda Hawksa. I znowu zajrzyjmy w kadr filmu. Pierwsza scena z Ringo – widowiskowe przeładowanie Winchestera 1892 Saddle Ring. Ten rekwizyt przyrośnie do ręki Duke'a na długie dekady. Będzie się co najwyżej zmieniał model na Yellow Boy, ew. jakaś wycieczka do modelu Winchester 1894 lub kilku innych. Jeśli chodzi o broń, to mi w pamięci najmocniej utkwiły role Wayne'a w Rio Bravo i El Dorado Howarda Hawksa, gdzie nie rewolwery, a właśnie karabin odgrywał główną rolę, nie tylko wizerunkowo, ale i fabularnie.
             Ford lubił kręcić filmy nawiązujące do wątków historycznych i sprawdzał się w tym. Wybór opowiadania Ernesta Haycox'a Stage to Lordsburg bardzo mu przypasował. Powstania indiańskie opisywane w późniejszej Trylogii Kawaleryjskiej można powiedzieć, że dzieją się równolegle do tej opowieści. Tutaj głównym motywem jest informacja, że Geronimo opuścił rezerwat i grasuje po okolicy. Niestety Indianie są w Dyliżansie przestawieni bardzo stereotypowo i to jest największy mankament filmu. Ford zdawał sobie sprawę z kiepskiego wizerunku Indian w swoich wczesnych westernach i poważną rehabilitację rozpoczął już dziewięć lat później w Forcie Apache z 1948r, no a zwieńczył w Jesieni Czejenów w 1964r. Wojny wojnami, Indianie Indianami, ale przy okazji wątku Geronimo można było też np. przedstawić wagę telegrafu (lub jego braku) i porównać ją z innym zobrazowanym w filmie sposobem komunikacji, a mianowicie z Pony Express.
         Idźmy dalej. Wątek romantyczny to nieodzowna część westernów, bo te filmy – szczególnie w wydaniu fordowskim - to melodramaty. Na pierwszy rzut oka zbliżenie między Ringo i Dallas jest typowe dla filmów tamtego okresu. Zakazana miłość między dwojgiem wyrzutków. Ale czujne oko zwietrzy, że żadna scena czy dialog nie są dobrane bez powodu. Reżyser używa bohaterów do podsuwania kolejnych symboli, a także historycznych zdarzeń i rozpalających wyobraźnię informacji. Dallas, współczująca Ringo utratę ojca i brata, mimochodem zwierza się, że jej rodzina zginęła w masakrze w Górach Supperstition. Jest to ciekawa historia zwana też masakrą rodziny Peratla lub historią zaginionej kopalni złota Lost Duchman's, właśnie na terenie Arizony. Dzięki takim szczegółom opowieść nabiera głębi, a Ford swobodnie wplata w tło legendę o najsłynniejszej zaginionej kopalni złota w historii Ameryki. Co więcej – legendy lokalnej, bo mającej miejsce dokładnie w tamtym regionie.
         Kiedyś napisałem, że można byłoby założyć bloga tylko o filmach Johna Forda. Zmieniam zdanie. Można byłoby założyć bloga o samym Dyliżansie i zapewniam, że miesiącami dałoby się wrzucać tam notki odkrywające kolejne istotne szczegóły związane z przedstawionymi w filmie wydarzeniami, otoczką historyczno-geograficzną, aktorami, muzyką itd. Ja odpuszczę sobie pisanie o symbolice poszczególnych postaci na czele z zapijaczonym Dr Boone'm (oscarowy Thomas Mitchell). Pominę rzucający się w uszy i oczy mikimausing w scenie odprowadzania doktora i Dallas przez gromadkę Ligi Sprawiedliwości i Prawa. I wreszcie przemilczę kwestie charakterystycznej dla Forda obyczajowości rozgrywającej się na drugim i trzecim planie, bo o tym będzie mowa w przypadku Poszukiwaczy.
         Od 1939r. miało premierę mnóstwo ważnych westernów najwybitniejszych twórców gatunku, które zdążyły się już mocno zestarzeć, a ja odnoszę wrażenie, że Dyliżans w ogóle się nie starzeje i wciąż ogląda się go świetnie. To jeden z najmocniej rozpalających wyobraźnię westernów, a moja matka, świadomie lub nie, była tego najlepszym dowodem.