Pokazywanie postów oznaczonych etykietą john wayne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą john wayne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2018

John Ford - ranking westernów.




Ok, czas na Johna Forda, czyli kolejnego po Raoulu Walshu reżysera okresu klasycznego, którego ranking westernów pojawia się na blogu. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki ranking w 2018 roku. Tym razem zadanie okazało się o tyle trudne, że Ford jest od zawsze moim ulubionym reżyserem i potrzebowałem sporo czasu, żeby zebrać się na względny obiektywizm. Problem miałem z kolejnością - nawet w pewnym momencie zastanawiałem się, czy nie zrobić kilku filmów ex aequo (ostatecznie z tego zrezygnowałem). Nie uniknąłem przy okazji burzy w mózgu, pięknych wspomnień i nieoczekiwanych rozmyślań, tak więc z góry uprzedzam, że tekst jest w kilku miejscach emocjonalny, szczególnie w przypadku najwyższych pozycji na liście.
        John Ford jest nazywany ojcem westernów i rozpoznawalny jako twórca klasycznego kanonu filmów o dzikim zachodzie. Tego też okresu dotyczy poniższy ranking. Znalazły się tu tylko westerny dźwiękowe z okresu 1939 – 1964. Tylko te, w których Ford został wymieniony w napisach początkowych jako reżyser. Ranking pomija tym samy mnóstwo wyśmienitych pozycji z epoki niemej – przyjdzie jeszcze na nie czas. Tym niemniej należy pamiętać, że poza klasyką Ford to także jeden z najważniejszych twórców westernowych epoki kina niemego. Jeden z prekursorów westernów rewizyjnych oraz jeden z głównych inspiratorów spaghetti westernu. Dodatkowo zdobywca czterech Oscarów i wielu innych nagród. Postać absolutnie wyjątkowa, którą śmiało trzeba stawiać obok największych mistrzów gatunku, jak Anthony Mann, Howard Hawks, Sergio Leone czy Sam Peckinpah. A może nawet na czele tego szacownego gremium – kwestia gustu.
A więc:


15. Dwóch jeźdźców (Two Rode Together) - 1961r.

Western tradycyjny; Western komediowy.
Wyśmienita rola Jamesa Stewarta nie pomogła temu filmowi w ucieczce z ostatniego miejsca rankingu. Teksański szeryf (Stewart) wespół z oficerem kawalerii (Richard Widmark) wyruszają w misję uwolnienia zakładników z rąk Komanczów. Przy okazji obaj leciwi panowie przeżywają drugą młodość. Fordowi nie udało się dobrze zrównoważyć zabawnych relacji między głównymi bohaterami z przekazem wynikającym z ich działań i w ogóle z fabułą. Wyszła z tego próba nawiązania do Poszukiwaczy czyli ugryzienia problemu uprowadzanych przez Komanczów Białych osadników. Niestety scenariusz napisano tak, że historia nie porywa, a w samym filmie brakuje tego, za co zawsze uwielbiałem Forda – poetyckiej wizji frontieru i mistrzowskiej obyczajowości. Są tu oczywiście plusy i ciekawostki. Pojawił się wątek mądrego wodza – Quannah Parkera (Henry Brandon) w opozycji do młodego ambitnego szamana – Kamiennego Cielaka (Woody Strode). To najsłabsza rola Strode'a jaką znam, ale jego postać to ciekawe nawiązanie do zbuntowanych Indian pokroju Geronimo i ich filozofii w czasach, gdy większość pobratymców optowała za przejściem do rezerwatów. Brandon z kolei okazał się etatowym filmowym wodzem Indian, bo przecież w The Searchers zagrał Bliznę. Moi drodzy, umówmy się – najsłabszy w tym zestawieniu film Johna Forda to w dalszym ciągu poziom nieosiągalny dla większości przeciętnych reżyserów z tamtych czasów.


14. Trzej ojcowie chrzestni (Three Godfathers) - 1948r.

Western tradycyjny; Western mesjański.
Film dedykowany przez Forda pamięci Harry Careya Seniora, który dwukrotnie w epoce niemej (w 1917 i 1919r.) wystąpił we wcześniejszych wersjach zatytułowanych Marked Men. W międzyczasie, remakowali ten film zarówno William Wyler (1929r.) jak i nasz rodak Ryszard Bolesławski (1936r.). To symboliczna opowieść o trójce bandytów (John Wayne, Pedro Armendariz, Harry Carey Jr.), którzy po obrabowaniu banku uciekają na pustynię, ścigani przez szeryfa (Ward Bond). Spotykają umierającą ciężarną kobietę. Odbierają poród, a następnie zgadzają się zostać ojcami chrzestnymi noworodka i zaopiekować się nim. Ta przejmująca historia została przez Forda dopracowana do wizualnej perfekcji. Świetna obsada aktorska z debiutującym Harrym Careyem Jr. Zapewniła niezły poziom rozrywki. Tym niemniej mesjanizm i biblijny przekaz wymknęły się Fordowi spod kontroli i w pewnym momencie forma przytłoczyła mnie tak bardzo, że aż się zniechęciłem. Wciąż jestem zwolennikiem wersji Wylera z 1929r., gdzie ostatnia akcja rozegrała się podczas mszy w kościele. Żałuję, że Pan John przeniósł ją do saloonu, aczkolwiek jego film stawiam na drugim miejscu spośród wszystkich interpretacji. No i John Wayne wcale mi się tu podobał.


13. Konnica (Horse Soldiers) - 1959r.

Film wojenny; Western kawaleryjski.
Gdyby reżyserem nie był Ford, a głównym protagonistą Wayne, to ciężko byłoby nazwać ten film westernem; raczej filmem wojennym. Dzięki pracy obu tych panów Konnica ma zacięcie westernowe, choć nie jest to Ford z górnej półki. Fabuła jest luźno oparta na misji Unionistów z 1863r. polegającej na sabotowaniu kolejowych dostaw prących na północ Konfederatów. Głównym wątkiem jest konflikt między twardym, doświadczonym pułkownikiem (John Wayne), a preferującym pokojowe rozwiązania majorem-lekarzem (William Holden). Na drugim planie pojawia się antyromans Wayne'a i napotkanej w trakcie misji panny z Południa (Constance Towers). Film zdecydowanie dla miłośników dobrej wojskowej akcji i świetnych zdjęć autorstwa Williama Clothiera. W ramach ciekawostki można dodać, że zarówno Wayne jak i Holden zainkasowali za role rekordowe na tamten czas kwoty w wysokości 750 000 dolarów.


12. Bębny nad Mohawk (Drums Along the Mohawk) – 1939r.

Western kolonialny.
Pierwszy kolorowy film Johna Forda to niewątpliwie sukces, zarówno komercyjny jak i artystyczny. Historia młodzieńca (Henry Fonda), który wraz z nowo poślubioną żoną (Claudette Colbert) dołącza do grupy kolonistów w Dolinie Mohawk. Starający się ujarzmić młodoamerykański frontier osadnicy, stają twarzą w twarz z trudami życia na roli; napadami Indian sprzymierzonych z lojalistami. A wszystko to odbywa się w tle Rewolucji Amerykańskiej. Reżyser nie unika tematyki poświęcenia w imię idei narodowowyzwoleńczych. Ten dramat przygodowy rozgrywający się w drugiej połowie XVIIIw. spełnia swoje zadanie jak należy. Daje niezłą wizję wczesno-amerykańskiego pogranicza; nie nudzi, czego zasługą jest dobry scenariusz; a także oferuję możliwość śledzenia losów kilku wyjątkowych postaci, dzięki którym aktorzy jak Henry Fonda czy Ward Bond na długie lata zagościli w myślach widzów, a reżyser sięgał po nich później wielokrotnie. Westerny kolonialne to rzadkość w oceanie gatunku i każdy z nich jest godny uwagi – jeśli kręci go John Ford to jest na wagę złota. Jako film Bębny nad Mohawk wylądowałby zapewne wyżej, ale jako western uplasował się dopiero w trzeciej piątce.


11. Sierżant Rutledge (Sergeant Rutledge) – 1960r.

Western kawaleryjski; Dramat sądowy.
To jeden z najbardziej zagmatwanych obrazów Pana Johna. Western, nad którego przekazem i interpretacją od lat zastanawiają się najwybitniejsi biografowie reżysera. Historia toczy się na sali sądu polowego, gdzie czarnoskóry sierżant Rutledge (Woody Strode) jest oskarżony o gwałt i morderstwo na białej nastolatce. Wbrew nastrojom lokalnej społeczności, w obronie oskarżonego staje młody porucznik Cantrell (Jeffrey Hunter). Stara się dowieść niewinności podopiecznego jako jego adwokat. Trudno w pełni wyjaśnić intencje Forda, zarówno w treści jak i formie. Film zaczyna się niemal jak dreszczowiec, by przeistoczyć się w miarę upływu czasu w dramat sądowy, momentami przerywany retrospekcjami na modłę klasycznych fordowskich westernów kawaleryjskich. Z jednej strony mamy wyśmienite zdjęcia kręcone pośród Monument Valley oraz jedną z najlepszych kreacji Strode'a. Z drugiej strony nachalne próby grania antyrasizmem i nieprzekonujące zakończenie. Widać w tym westernie duży wpływ Poszukiwaczy i chęć kontynuowania podjętej tam analizy kwestii rasowych. Czasem też mam wrażenie, jakby Ford postanowił zrobić ze Strode'a czarnoskórego Johna Wayne'a. Jesteśmy w połowie artystycznej drogi między Poszukiwaczami a Jesienią Czejenów, jednak na nieco niższym poziomie. Gdzieś z tyłu głowy przebija się myśl o rewizji gatunku, by za chwilę zostać stłumioną przez klasyczne usposobienie postaci i obyczajowość. Zdecydowanie do przemyślenia.


10. Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) – 1964r.

Western kawaleryjski. Antywestern; Dramat indiański.
Dramat indiański, którego filmowy pierwowzór sięga początków dwudziestego wieku – czyli Zmierzchu Czerwonoskórych (The Red Man's View) z 1909r. w reżyserii Dawida Warka Griffitha. A że Ford u Griffitha zaczynał i inspirował się jego warsztatem, a w szczególności rozniecał płomień miłości do kawalerii i Indian, jestem przekonany, że ten film znał i pamiętał. Choć to tylko moje przekonanie nie oparte o żadne biograficzne źródła. Film opowiada o zawiedzionych polityką USA Czejenach, którzy postanawiają opuścić rezerwat i wrócić w rodzinne strony. Próbuje im w tym przeszkodzić oficer kawalerii (Richard Widmark). Film jest dwubiegunowy. Z jednej strony mamy świetne zdjęcia i poruszającą historię indiańskiej sprawy, momentami ubraną w bardzo wymowne sceny (np. głodujących, zdesperowanych Czejenów). Z drugiej strony dostajemy zupełnie niepotrzebne momenty o zabarwieniu parodyjnym, jak sceny z Earpem (James Stewart). Ford także, budując wiarygodność obrazowanych Indian, zapomniał wyłączyć guzik „kawaleria” i znów ten element przeważa, co akurat nie jest niczym złym, ale nie daje poczucia, że dla Pana Johna kwestia Indian była rzeczywiście sprawą przykrą i godną rewizji. Owszem, jesteśmy o krok dalej niż Trylogia Kawaleryjska, ale mam wrażenie, że wciąż zbyt blisko jak na rok 1964. Tym niemniej Jesień Czejenów to western głębszy i bardziej wartościowy niż podobne zamierzenie Raoula Walsha z tego samego roku pod tytułem Odległy głos trąbki. Należy docenić fakt, że mimo podeszłego wieku i szalejącej wokół kinematograficznej zawieruchy Ford był wstanie nakręcić w połowie lat 60'tych film, który mocno utkwił widzom w myślach. To ostatni western w karierze Pana Johna.


9. Rio Grande - 1950r.

Western kawaleryjski;
Twardy oficer (John Wayne) trzyma w bojowej gotowości oddział kawalerii, patrolując północne brzegi rzeki Rio Grande. Wszystko z powodu watah Apaczów zapuszczających się na terytorium USA. Oprócz problemów z Indianami, Wayne musi zmierzyć się z niezadowoleniem żony (Maureen O'Hara), która odwiedza fort, dowiedziawszy się, że ściągnięto tam ich syna. Burzliwy związek Wayna (oficera z Północy) i O'Hary (pani z Południa) jest alegorią dopiero co zakończonej Wojny Domowej. Gdzieś w tle rozgrywa się historia młodego kawalerzysty z Teksasu (Ben Johnson) oskarżonego o morderstwo. Niby do końca nie wiadomo o co chodzi, a jednak wiele istotnych wątków udaje się w tym filmie poruszyć. Wydaje mi się, że zrozumienie fenomenu Rio Grande, jest kluczem do odkrycia zamiłowań Johna Forda. Ford próbował trzykrotnie zrobić film, o jaki mu chodziło. Efektem ubocznym tych starań są Fort Apache i Nosiła Żółtą Wstążkę. Nota bene oba wcześniejsze westerny wyszły lepiej niż ostatnia część nieoficjalnego Wojskowego Tryptyku. Ale prawda jest taka, że to właśnie Rio Grande, wraz ze swym romantycznym klimatem, wspomaganym bezbarwnymi piosenkami Sons of the Pioneers i słodko-gorzką czarno-białą poezją obrazu Berta Glennona, stało się wzorcowym westernem kawaleryjskim. Oparty na tekście Jamesa Warnera Bellaha wydaje się być westernowym dziełem Forda bardziej bellahowym niż fordowskim – i choć Rio Grande nie może konkurować z pozostałymi dwoma częściami Tryptyku fabularnie, psychologicznie czy epicko, to zdecydowanie dominuje pod względem tegoż właśnie bellahowego klimatu. Tym niemniej to nie jest Jack Ford w najwyższej życiowej formie, dlatego dopiero dziewiąte miejsce.


8. Jak zdobywano dziki zachód (How the West Was Won) – 1962r.

Western tradycyjny; Western epicki.
Największe pionierskie dzieło w historii to przede wszystkim reżyserska zasługa Henry'ego Hathawaya, który jest autorem trzech segmentów: Rzeki, Równin i Bandytów. Pan Henry osiągnął w tym filmie apogeum klasycznych możliwości przedstawienia historii ujarzmiania młodej Ameryki. Ale to segment Johna Forda pt. Wojna Domowa jest najbardziej niepokojący i zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych czterech. Ford ugryzł tematykę wojny w sposób doskonały – już przy pierwszym kontakcie z frontem ukazując martwego bohatera Kapitana Linusa Rowlingsa (James Stewart). Wizualnie wyszło to wszystko nietypowo (jakby staroświecko), ale klimatycznie – mroczna czerwona poświata spływającej krwią rzeki Tennessee; pofalowany horyzont będący górami tysięcy martwych żołnierzy; a pośród tego wszystkiego zagubiony maruder (George Peppard), dla którego wyjazd na wojenkę miał być romantyczną, młodzieńczą przygodą. Nawet Ulisses Grant i William Sherman (John Wayne) z pogardą obserwują efekty swego pyrrusowego zwycięstwa, będącego jak się okazało punktem zwrotnym działań wojennych na zachodzie. Ten filmowy segment, podobnie zresztą jak nakręcony kilka miesięcy wcześniej Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (też jakby staroświecki), to mocarny renesans w dobiegającej końca karierze filmowej Forda.


7. Droga do San Juan (Wagon Master) – 1950r.

Western pionierski; Western epicki.
Western, o którym John Ford najczęściej mówił, że jest jego ulubionym. Moim zdaniem, obok Jak zdobywano dziki zachód (segmenty Hathawaya) najprzyjemniejszy dla oka klasyczny western pionierski. Dwójka młodych kowbojów (Ben Johnson i Harry Carey Jr.) pomaga karawanie Mormonów w drodze do ziemi obiecanej w dolinie San Juan. Wieść niesie, że Ford, podczas kręcenia Nosiła żółtą wstążkę tak bardzo zachwycił się mormońskimi statystami, biorącymi udział w przedsięwzięciu (z uwagi na ich pracowitość, kulturę, tańce itd.), że postanowił poświęcić im oddzielny film. Tak zrodził się jeden z najbardziej pozytywnych westernów Pana Johna – dobrze oddający ducha romantycznej filozofii ujarzmiania dzikiego zachodu. W głównych rolach obsadzono Johnsona i Careya Jr., którzy z rolami sobie poradzili, choć bez większych fajerwerków. Najjaśniejszymi gwiazdami okazali się tu Joanne Dru w roli bezpruderyjnej Denver i Ward Bond w roli mormońskiego starosty Eldera Wiggsa. To moja ulubiona rola Bonda spośród Fordów, a jego obecność na planie to pewien prywatny żart reżysera. Bond znany był z zajadłego prześladowania „lewaków” w Hollywood. W Drodze do San Juan sam gra przedstawiciela społeczności prześladowanej z powodu wiary. Taki właśnie przewrotny bywał Jack Ford. O ile fabularnie Wagon Master nie jest niczym wartym dłuższej rozprawy, o tyle klimat, a w szczególności zdjęcia Berta Glennona - to poezja obrazu w najczystszej formie. Monument Valley po raz kolejny zachwyca i jest jakby odkryta na nowo.


6. Fort Apache – 1948r.

Western kawaleryjski. Western psychologiczny.
No i zaczynają się arcydzieła westernowej kinematografii, których Ford wg mnie ma na swoim koncie sześć. O ile nr 1 potrafiłem określić bez wahania, o tyle pozycje od 2 do 6 to już był dla mnie dramat. Postanowiłem, że wielką szóstkę otworzy Fort Apache – gdyż spośród najlepszych westernów w tym zestawieniu zawiera w moim mniemaniu najwięcej przeciętnych lub niepoważnych scen i najmniej wybitnych ujęć kamery. W filmie zadebiutował John Agar, który ledwie kilka lat wcześniej poślubił partnerującą mu tu Shirley Temple. Był to dosyć toporny aktorsko początek - ale wyśmienicie zrehabilitował się za to rok później w Nosiła Żółtą Wstążkę. Fort Apache oparty jest na opowiadaniu Bellaha pt. Masakra. Nowy dowódca Owen Thursday (Henry Fonda) przyjeżdża do daleko wysuniętej na południowy zachód wojskowej placówki. Fonda gra ambitnego, ale rozgoryczonego oficera-wdowca, który postanawia zaprowadzić w forcie porządek, a następnie rozprawić się z Apaczami. Jego przeciwieństwem jest kapitan York (John Wayne) – ludzki, doświadczony w walkach z Indianami oficer, mający nadzieje na objęcie dowództwa nad pułkiem. Fort Apache jest w pewnym sensie konsekwencją żądzy „custerowskiej” opowieści, jaką rozpalił w Fordzie piekielnie udany western Raoula Walsha Umarli w butach. Po raz kolejny (po debiucie w Dyliżansie) pojawia się tu wątek miłowanego przez reżysera Siódmego Pułku Kawalerii USA i jego udziału w ujarzmianiu Wild Westu. Bardzo ważna jest kwestia Indian – był to pewien przełom, który sprawił, że coraz śmielej zaczęto kręcić dramaty indiańskie. Wystarczy przypomnieć zrealizowane dwa lata później Złamaną strzałę Delmara Davesa i Diabelską przełęcz Anthony Manna.


5. Dyliżans (Stagecoach) – 1939r.

Western tradycyjny. Western epicki.
No właśnie – Dyliżans mógłby być równie dobrze na drugim, trzecim lub czwartym miejscu. Jest poza podium z podobnego powodu, co Fort Apache: zawiera sporo scen, które - choć potrzebne i nadające filmowi tempa i odrębności – z dzisiejszej perspektywy nie bronią się aż tak dobrze jak w przypadku pozostałych westernów Forda. Innymi słowy jest to absolutne arcydzieło, ale na skalę lokalną, na dekadę lub dwie od kiedy się pojawiło. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z przełomowym momentem w historii gatunku, wyrwanego dzięki Dyliżansowi z klinicznej śmierci późnych lat 30'tych. Jest to opowieść o zróżnicowanej społecznie i obyczajowo grupie ludzi podróżujących dyliżansem wzdłuż pogranicza. Podstawą fabuły było opowiadanie Ernesta Haycoxa pt. Dyliżans do Lordsburga, inspirowane utworem francuskiego pisarza Guy'a de Maupassanta pt. Baryłeczka. To pierwszy dźwiękowy western Forda i w ogóle pierwszy nakręcony po trzynastoletniej przerwie od gatunku, a także pierwszy epicki western epoki klasycznej. Czternasty z kolei western w dorobku Wayne'a, ale przełomowy, który zrobił z niego żywą legendę kina. To pierwszy Ford w Monument Valley, świetnie sfilmowanej przez niezawodnego Berta Glennona – miejsce, w którym Pan John zainstalował się ze swymi kamerami na ćwierćwiecze. Ale Dyliżans to nie tylko archetyp – to przede wszystkim doskonale opowiedziana historia będąca studium ludzkich charakterów. Opowieść o zemście, miłości, upadku i odkupieniu – fundament filmów o dzikim zachodzie. To był też ulubiony western największej znanej mi fanki gatunku czyli mojej mamy Danuty (RIP) – ile razy jako malec go obejrzałem? Trudno powiedzieć...


4. Nosiła żółtą wstążkę (She Wore a Yellow Ribbon) – 1949r.

Western kawaleryjski; Melodramat; Western epicki.
Dla mnie to najbardziej dojrzały i najpiękniejszy w historii western kawaleryjski i jeden z najlepiej sfilmowanych westernów w ogóle. Nakręcony w technicolorze jako melodramat, w którym fabuła schodzi na drugi plan, ustępując miejsca sentymentowi dla regimentów kawalerii walczących na dzikimi zachodzie; miłości wykluwającej się nawet w najtrudniejszych okolicznościach; cudownej westernowej scenografii w spektakularny sposób sfilmowanej przez Wintona C. Hoch'a, za którą otrzymał zasłużonego Oscara. Otwarciem filmu jest flaga Siódmego Pułku Kawalerii oraz informacja, że „Custer nie żyje” - można więc powiedzieć, że tym razem Ford nawiązuje do jego legendy bezpośrednio. Główny bohater – kapitan Nathan Brittles (John Wayne), poległego nad Little Bighorn dowódcę oraz jego oficerów znał osobiście. Informacja o ich śmierci to dla jego pułku szok i zwiastun kłopotów. Dla samego Brittlesa wojskowa kariera dobiega końca i jest z tego powodu rozgoryczony. Zanim jednak odda komendę w ręce młodego ambitnego porucznika Cohilla (John Agar) – raz jeszcze będzie musiał wykazać się męstwem i doświadczeniem. Bo oto plemiona Wielkich Równin jednoczą się gotowe do ostatecznej wojny z Białymi. W tle głównej fabuły rozgrywa się rywalizacja o względy pięknej młodej damy o imieniu Olivia Dandridge (Joanne Dru). To ona jest tytułową nosicielką żółtej wstążki – symbolu uczucia do kawalerzysty. Kto jest szczęśliwym wybrankiem? Czy nieopierzony drugi porucznik z bogatej rodziny (Harry Carey Jr.)? A może wspomniany wcześniej zastępca dowódcy – arogancki i władczy Cohill? A może pannie chodzi o leciwego, lecz wciąż atrakcyjnego weterana Brittlesa? Sprawdźcie sami.


3. Miasto bezprawia (My Darling Clementine) – 1946r.

Western biograficzny; Western noir.
Bracia Earp z tego co wiem nie byli kowbojami i nie zajmowali się spędami bydła. Wyatt Earp nie pojedynkował się na rewolwery z Doc'kiem Holliday'em, a na pewno takiego pojedynku nie wygrał. Doc nie zginął w trakcie strzelaniny w O.K. Corral. Takich wypaczeń historycznych znajdzie się w filmie więcej, ale nie zmienia to faktu, że Miasto bezprawia jest po dziś dzień niedoścignionym wzorem dla wydarzeń, które rozegrały się w 1881r. w Tombstone. Historia pomija początki kariery Wyatta Earpa (Henry Fonda) związanej z Dodge City, koncentrując się na momencie, gdy przybywa do Tombstone, a następnie obejmuje posadę szeryfa. Zaprzyjaźnia się z hazardzistą i zabijaką, ex lekarzem Johnem Dockiem Hollidayem (Victore Mature), a także wdaje w konflikt z bandą pod wodzą starego Clantona (Walter Brennan). To jedyny western, do którego Ford wplótł stylistykę noir, co zaowocowało wyśmienitą, dekadencką atmosferą. Udaną modyfikacją schematu było użycie mężczyzny fatalnego – Doca. Każda scena i każde ujęcie kamery w tym filmie to wizualny majstersztyk. Atmosfera już na początku, za sprawą zabójstwa Jamesa, robi się gęsta i gęstnieje aż do słynnego historycznego rozstrzygnięcia w O.K. Corral. Kilku reżyserów zbliżyło się do poziomu Forda, nie powiem, być może tworząc nawet filmy ciekawsze, lepsze fabularnie i bardziej realistyczne. Ale do dziś nikomu nie udało się zbudować tak wysokiego napięcia, przy użyciu tak prostych środków filmowego wyrazu. Nie bez kozery Sam Peckinpah określał Miasto bezprawia jako swój ulubiony western.


2. Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (The Man Who Shot Liberty Valance) – 1962r.

Western psychologiczny; Antywestern.
Prawnik ze wschodu Ransom Stoddard (James Stewart) przybywa do miasteczka na dzikim zachodzie, gdzie zostaje pobity i okradziony przez bandę Liberty Valance'a (Lee Marvin). Udaje mu się przeżyć dzięki pomocy doświadczonego rewolwerowca Toma Doniphona (John Wayne) i młodej restauratorki Hallie (Vera Miles). Stoddard postanawia zastopować wybryki Valance'a przy użyciu prawa. Nie wszyscy uznani krytycy klasyfikowali Człowieka, który zabił Liberty Valance'a jako film udany. Np. Brian Garfield uważał go za western niczym nie zaskakujący, nakręcony w zbyt staromodnej jak na swoje czasy technologii. Przyznam, że ja sam kiedyś miałem wątpliwości, ale zdążyłem w międzyczasie poznać Pana Johna lepiej. Na tyle dobrze, że zrozumiałem, że Ford wcale nie kręcił westernów – one były zawsze odbiciem w filmowym zwierciadle jego stanu emocjonalnego. Rozgoryczenie brutalizacją gatunku; upadek wiary w westernowy mit, na którym się wychował i który tworzył; pukająca powoli do drzwi filmowa emerytura. To wszystko doprowadziło do powstania najbardziej pesymistycznego fordowskiego dzieła. Z drugiej strony bardzo nostalgicznego, bo trudno nie uronić łzy, widząc w kostnicy, tuż obok trumny z ciałem zmarłego Wayne'a, stary, zniszczony i bezużyteczny dyliżans. O tym filmie można opowiadać godzinami, ale dla mnie najistotniejsze jest to, że Ford w 1962r. postanowił powiedzieć dość! Nie będzie więcej dyliżansów, nie będzie już Johna Wayne'a – teraz będą Lee Marvin i jego dwóch wrednych kolesi (Lee Van Cleef stał się gwiazdą spagwesternu; Strother Martin stał się np. jednym z ulubieńców Peckinpaha). I kto wie, być może to właśnie ten film, a nie kolejny w rankingu sprawia, że Johna Forda uważam za najwybitniejszego reżysera westernów.


1. Poszukiwacze (The Searchers) – 1956r.

Western tradycyjny; Western epicki.
Ethan Edwards (John Wayne): rozgoryczony przegraną wojną konfederat i Martin Pawley (Jeffrey Hunter): młodzieniec, w którego żyłach płynie indiańska krew – ruszają w pięcioletnią tułaczkę po dzikim zachodzie w poszukiwaniu porwanej przez Komanczów dziewczynki. Ta podróż całkowicie odmieni ich życie i da nowe spojrzenie na surowy, niebezpieczny świat, w którym od zawsze funkcjonowali. Życiowa rola najważniejszego westernowego aktora Wayne'a plus życiowa forma najważniejszego westernowego reżysera Forda równa się arcydzieło. Proste matematyczne równanie. No właśnie - w matematyce definiuje się piękno jako zbiór danych, do którego nie chcielibyśmy nic więcej dodać ani nic więcej odjąć. Dokładnie takim filmem są Poszukiwacze – westernem, do którego nie chciałbym dodać żadnej sceny, postaci, czy dialogu. Żadnego z tych elementów nie chciałbym też usunąć. Wbrew pozorom to western nie pozbawiony błędów czy może raczej „reżyserskich słabości”, ale kto powiedział, że piękno to coś bezbłędnego? W końcu nawet Sergio Leone twierdził, że nudzą go filmy doskonałe, bo nie ma w ich przypadku o czym dyskutować, a przecież Poszukiwacze byli jednym z jego ukochanych westernów a John Ford jednym z najważniejszych wzorców reżyserskich. Jest wielu krytyków uważających arcydzieło Forda nie tylko za największy western wszech czasów, ale nawet za najwybitniejszy amerykański film w ogóle. Ja aż tak daleko nie mam zamiaru się posuwać, bo to nie moja domena. Ale bez wahania przyznam, że nigdy nie widziałem wspanialszego filmu o dzikim zachodzie i przykro mi, bo nie sądzę, żebym kiedykolwiek jeszcze zobaczył. I z tą konkluzją zostawiam was sam na sam...


niedziela, 26 sierpnia 2018

Fort Apache - 1948r.


    Stany Zjednoczone Ameryki to kraj wywalczony. Najpierw, za czasów kolonialnych, Anglicy walczyli z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami o faktorie, porty i wpływy na Morzu Karaibskim i wschodnich wybrzeżach Ameryki Północnej. Potem mieszkańcy pierwszych kolonii toczyli boje z Francją i Anglią o ziemie na północy. Dzięki tym konfliktom utworzyła się świadomość narodowa i odrębność terytorialna od Wielkiej Brytanii, której trzynaście pierwszych kolonii wypowiedziało posłuszeństwo, uzyskując niepodległość w 1783r. Młoda demokracja ekspandowała i zajmowała nowe terytoria, tocząc walki z Meksykiem o Teksas oraz z Indianami o Wielkie Równiny. W tamtych czasach niemal każdy mężczyzna posiadał broń i potrafił walczyć, a głównym kierunkiem kształcenia amerykańskiego establishmentu były szkoły oficerskie i akademie wojskowe. Wojna Secesyjna, będąca efektem różnic w wizji rozwoju młodego Państwa między zindustrializowaną, ucywilizowaną północą a post-kolonialnym, utrzymującym się z niewolniczej pracy południem, potwierdziła wojowniczy charakter Amerykanów, a jej koniec ostatecznie zamknął dyskusję na temat kierunku ekspansji. Kierunku zachodniego. I w tych właśnie okolicznościach USA wkroczyły w epokę dzikiego zachodu, i dokładnie w taki sposób postrzegał ją John Ford. Militaryzacja westernowego uniwersum u Forda nadała jego filmom z jednej strony bardzo uniwersalny i jak na tamte lata wiarygodny kształt, a z drugiej strony heroiczno-romantyczny klimat. Kwintesencją tego typu filmografii jest Trylogia Kawaleryjska, a zachowując chronologię, omawianie jej zacznę od filmu Fort Apache.
        Fort Apache (czyt. Fort Apaczi), niekiedy nadgorliwie tłumaczony na polski jako Masakra Fortu Apache lub zupełnie omyłkowo i niewłaściwie jako Fort Apaczów, to film wyreżyserowany przez Johna Forda w 1948r. Podobnie jak cała Trylogia Kawaleryjska (a także wiele innych filmów tego reżysera) opowiada dzieje amerykańskich oddziałów kawalerii, które, po zakończeniu Wojny Secesyjnej, kierowano do walki z wojowniczymi plemionami Indian na terenach Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony. W filmie Fort Apache wątkiem przewodnim jest konflikt przebywających w rezerwacie Apaczów z przedstawicielem administracji USA oraz ich wyjście na wojenną ścieżkę pod dowództwem znanego z historii wodza Cochise.
        Film jest godny polecenia z dwóch powodów. Pierwszy to kwestia Indian, których wizerunek jest nadzwyczaj ciepły, porównując go z wizją Indian z filmów Forda z epoki niemej (np. Żelazny Koń), ale i w porównaniu z pozostałymi dwoma późniejszymi częściami Trylogii Kawaleryjskiej. To pierwszy western tego reżysera, w którym Indianie oraz pragnący z nimi pokoju oficer są przedstawieni jako pozytywna strona rozgrywki. Notorycznie oszukiwani przez łamiących obietnice urzędników i okradani z przysługujących im przydziałów wołowiny, buntują się i dochodzą praw poprzez walkę.
        Drugi powód to prześwietna gra Henry Fondy, który przyćmił resztę aktorów, a grany przez niego pułkownik Owen Thursday to jedna z moich ulubionych ról Fondy. Prawdę mówiąc, Pan Henry zawsze najbardziej podobał mi się jako negatywny bohater. I choć oczywistych łotrów grywał rzadko, a jeśli już to w późniejszym okresie aktywności aktorskiej, to zdarzały mu się rolę, w których jego postać kipiała od negatywnych emocji jak tu.
        Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze kilka innych powodów, dla których ten film to ważny punkt westernowej historii. To piękne zdjęcia pośród Monument Valley. To polemika na temat Pułkownika George'a Custera. To unikatowy klimat. To wreszcie plejada charakterystycznych aktorów, którzy stworzyli swojego rodzaju zgraną filmową paczkę. Mam na myśli postacie starszego sierżanta O’Rourka (Ward Bond), sierżanta Mulcahy (Victor McLaglen), kpt. Yorka (John Wayne) czy strażnika (Hank Worden). Aż dziwne, że zabrakło tu słynnych „kawalerzystów” Johnsona i Careya Jr., którzy tak koncertowo zdominowali filmy Rio Grande i Drogę do San Juan, a w pewnym stopniu też Nosiła żółtą wstążkę.
        Trochę o głównych bohaterach. Kapitan Kirby York (John Wayne) – doświadczony w walkach i kontaktach z Indianami – rozumie ich roszczenia i dąży do pokojowego rozwiązania konfliktu. Podczas wojny domowej dowodził pułkiem wojsk Unii, ale po wojnie został zdegradowany do rangi kapitana. Po kilku latach na pograniczu ma nadzieję objąć dowództwo w odległej placówce o nazwie Fort Apache. Ku jego niezadowoleniu, generalicja oddaje stacjonujące tam oddziały pod komendę pułkownika Owena Thursdaya, który przybywa do fortu z córką Philadelfią (Shirley Temple). Thursday to rozgoryczony wdowiec. Podczas wojny był generałem, lecz zdegradowano go do rangi pułkownika i zesłano do Fortu Apache (Custer podobnie podczas wojny był generałem, by po wojnie dzierżyć rangę podpułkownika). Chorobliwie ambitny oficer-służbista, wyszkolony w West Point i wzorujący się na wodzach pokroju Aleksandra Wielkiego czy Napoleona, liczy na zdobycie szybkiej sławy w walce z Indianami i powrót do oficerskiej śmietanki. Mimo rad doświadczonego Yorka, bagatelizuje możliwości i zdolności Apaczów, a ich wielkiego wodza Cochise traktuje jak podrzędnego dzikusa. Niepoprawna odwaga i ślepa chęć zdobycia sławy zamiast do chwały prowadzi go do samozniszczenia, a jego wojska do klęski.
        Oglądając ten film, można dostrzec dwa rodzaje pojedynku osobowości. Jeden to bezpośredni pojedynek racji i zdolności między Kapitanem Kirby Yorkiem (John Wayne), a Pułkownikiem Owenem Thursdayem (Henry Fonda). W tym pojedynku zwycięzcą jest York, bo odziały stacjonujące w Fort Apache ostatecznie przechodzą pod jego komendę. Drugi pojedynek to ten korespondencyjno-aktorski między Johnem Waynem a Henrym Fondą o miano pierwszoplanowego aktora dramatycznego. Tutaj zwycięża w moim mniemaniu Fonda, bo jego bohater jest niesamowicie wymowny i przekonujący. To parszywiec, który na każdym kroku pokazuje wyższość. Jest kilka scen, gdzie wybornie demonstruje najgorsze cechy. Na przykład wtargnięcie do domu O’Rourków po to, by zabrać córkę i dać wykład rodzinie na temat różnic klasowo-obyczajowych dzielących wysokich oficerów i niskich. A przecież młody Michael (John Agar) jest drugim porucznikiem i podobnie jak on wychowankiem West Point. Gdy w jednej z ostatnich scen York rzuca Thursdayowi rękawicę, ten lekceważąco stwierdza, że nie pochwala pojedynków i zastanowi się, czy po powrocie walczyć czy oddać go pod sąd wojenny. Jedyną słuszną decyzją Thursdaya jest oddelegowanie podczas finałowej bitwy Kirbyego wraz z młodym Michaelem na tyły. To taki wyjątek potwierdzający regułę, przejaw wielkości i mądrości, próbujących się przebić przez skorupę złych cech.
        Chyba najcenniejszą rzeczą, jaką daje obejrzenie tego arcydzieła, jest pewna sprzeczność, której ciężar na swoje barki mógł wziąć tylko John Ford. Z jednej strony film jest patetyczny i owiany amerykańską propagandą gloryfikującą mit kawalerii. Przedstawienie kawalerzystów jako wielkiej szczęśliwej rodziny, żyjącej beztrosko pośród malowniczych krajobrazów Monument Valley, toczących od czasu do czasu potyczki z Indianami przy akompaniamencie trąbki, śpiewających tradycyjne pieśni żołnierskie lub popijających whisky. Ale to tylko pozory. Bo z drugiej strony dostajemy postać Owena Thursdaya jako metaforę George'a Custera, a filmową masakrę jako metaforę Little Bighorn – czyli inspiracja wypływająca wprost z niechlubnych kart historii amerykańskiego wojska. Tym co spaja wyżej wymienione żywioły jest poezja obrazu, dzięki której John Ford stworzył niepowtarzalne tło dla opowieści i mitów amerykańskiego pogranicza. I to zdecydowanie najmocniejsza rzecz w Forcie Apache. Dowód umiejętności i wyczucia Ojca Westernu. Co jeszcze? Gra aktorów, muzyka, piękne zdjęcia – to wszystko niewątpliwie też jest w omawianym filmie. Czy Fort Apache jest najważniejszym akcentem Trylogii Kawaleryjskiej? To nie takie proste – John Ford każdy film kręcił inaczej i to samo tyczy się wojskowego tryptyku, którego wszystkie trzy odsłony to dzieła zupełnie inne i niepowtarzalne. Dla każdego fana westernu pozycje obowiązkowe! To kopalnia westernowych diamentów.
         Polecam.



sobota, 20 maja 2017

Ujarzmij go, Kowboju (Ride him, Cowboy) - 1932r.

Najlepsze kreacje Johna Wayne’a przypadają na trzy dekady między latami czterdziestymi a sześćdziesiątymi. Pamiętamy go z wielkich westernów Johna Forda, Henry Hathawaya czy Howarda Hawksa. Ale Pan John popularny stał się już w latach trzydziestych, gdzie na początku dekady zabłysnął pierwszą dużą rolą w 1930r. w filmie pt. Droga olbrzymów. O kolejne duże role nie było już tak łatwo, bo gatunek przeżywał kryzys, ale pod koniec dekady w 1939r. wrócił do ekstraklasy westernowej postacią Ringo Kida w Dyliżansie.
Bynajmniej w międzyczasie tych dwóch przełomowych punktów kariery John Wayne się nie obijał. Zainteresowanie jego osobą rosło, choć przyszło mu występować głownie w serialach i westernach klasy B. Co ciekawe, były to czasy i produkcje filmowe, gdzie aktor musiał dbać o dobre stosunki zawodowe nie tylko z kolegami z planu, ale też ze zwierzętami – czytaj z końmi. W latach trzydziestych Wayne współpracował z kilkoma zawodowymi westernowymi końmi i wierzcie mi – oglądając film Ujarzmij go, kowboju (Ride him, cowboy) z 1932r. w reżyserii Freda Allena, zastanawiałem się, czy główną rolę gra tam Wayne czy jego błyskotliwy rumak Duke.
A propos imienia Duke – kiedyś myślałem, że Wayne dorobił się swego najbardziej znanego pseudonimu – czyli ksywki Duke – właśnie od imienia tego białego konia. Ale nie – okazało się, że zawdzięcza go rodzinnemu psu, który też miał na imię Duke.
Wracając do filmu. Dla mnie głównym bohaterem jest tu Duke-koń. To w końcu od niego zaczyna się cała historia: chcąc chronić ranczo właścicieli przed napadem, wplątuje się w zabójczą intrygę, po której zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Ale ponieważ akcja toczy się w miejscu, gdzie prawo dominuje nad bezprawiem, koń może liczyć na uczciwy proces. W tym samym czasie do miasta przyjeżdża młody wędrowny kowboj John Drury (świetny John Wayne). Przyjezdny, zaskoczony procesem narowistego rumaka, staje w jego obronie i zobowiązuje się ujeździć Duka, by dać mu drugą szansę. Sukces kowboja przypada do gustu młodej właścicielce konia – pannie Ruth Gaunt (Ruth Hall). Z kolei mieszkańcy miasteczka, przekonani o zaradności przybysza, powierzają mu trudną misję wytropienia legendarnego bandyty Jastrzębia, którego nikt nigdy jeszcze nie widział. Wraz z J. D. na wyprawę ruszają koń Duke oraz szanowany obywatel miasteczka Henry Sims (Frank Hagney).
Nie oszukujmy się, ten western mocno się zestarzał w ciągu osiemdziesięciu pięciu lat od premiery. Widać to szczególnie w scenach akcji (pościgi, bijatyki), które wydają się oderwane od rzeczywistości. Tym niemniej Ujarzmij go, kowboju rekompensuje te braki w inny sposób – przede wszystkim ciekawą fabułą i mnóstwem zabawnych scen, w których popisuje się Duke. Kiedyś czytałem artykuł o tym, jak trudno kręci się filmy z czynnym udziałem zwierząt w fabule i tym bardziej chylę czoła przed twórcami, bo na pewno nie było łatwo.
Oprócz samego Duka jest tu sporo ciekawostek. Jak choćby napisy początkowe, podczas których kadra filmowa przedstawiana jest, stojąc w rządku, gdy kamera na nich najeżdża (łącznie z Duke’em). Ciekawostką jest też np. to, że trójka głównych bohaterów (w tym koń) ma tak samo na imię w rzeczywistości jak w filmie. Wydaje mi się, że pierwsze lata po wejściu kina udźwiękowionego – plany filmowe przeplatały fikcję z rzeczywistością, tworząc coś na kształt kameralno-teatralnych spektakli. Tyczyło się to przede wszystkich produkcji na mniejszą skalę – niezobowiązujących twórców do zachowania wymaganej powagi.

No cóż, Ujarzmij go, kowboju to kawałek historii kina i pozycja warta obejrzenia choćby z uwagi na Wayne’a i Duke’a. Trafiałem na dużo gorsze filmy produkowane dekady później, więc nie boję się użyć magicznego słowa „polecam” - oczywiście maniakom westernów ;).


czwartek, 30 marca 2017

Droga Olbrzymów (The Big Trail) - 1930r.

Pierwszy epicki western epoki kina udźwiękowionego nakręcono w 1930r. Droga olbrzymów (The big trail), bo tak go nazwano, to z jednej strony przykład klasycznej sztuki filmowej, która po prawie dziewięćdziesięciu latach wciąż robi wrażenie, a z drugiej strony przykład klapy komercyjnej, jaką film przyniósł w czasach premiery. Za reżyserię odpowiadał Raoul Walsh i to on, za namową Johna Forda, w roli głównej obsadził debiutującego Johna Wayne'a. Do tego wszystkiego dodajmy tematykę Szlaku Oregońskiego oraz szalejący w prawdziwym świecie Wielki Kryzys i możemy śmiało nazwać ten film dużą ciekawostką w historii westernu. Ale po kolei.
            Zacznijmy od Johna Wayna. To nie jest tak, że Droga olbrzymów była jego pierwszym filmem. Grywał już wcześniej, ale zwykle jako statysta lub aktor drugo/trzecio-planowy. Tym razem dostał główną rolę i spisał się naprawdę nieźle. Rola młodego trapera-przewodnika Brecka Colemana rzuca się w oczy i wyróżnia na tle kolejnych jego ról z lat trzydziestych. Sam John Ford, proponując zupełnie nieznanego aktora swemu przyjacielowi Raoulowi Walshowi, powiedział tak: „lubię wygląd tego nowego dzieciaka ze śmiesznym chodem, który zachowuje się jakby był panem świata”.  Niestety dla Wayne'a rola Brecka Colemana stała się małym przekleństwem. Dlaczego?
            No cóż, na pewno nie z jego winy. Po prostu film stał się falstartem dla westernów udźwiękowionych, choć wcale nie był pionierski. Pierwszy western z dźwiękiem, czyli W starej Arizonie (In old Arizona) nakręcono już w 1928r. i ta próba okazała się obiecująca, zgarniając Oscara i dodatkowo jeszcze cztery nominacje, i zachęcając wytwórnię Fox do dalszego inwestowania w gatunek. W ramach ciekawostki można dodać, że pierwszy udźwiękowiony western współreżyserował właśnie Raoul Walsh. Miał też odegrać główną postać w filmie, ale w wypadku samochodowym stracił oko i od tamtej pory zarzucił karierę aktorską, kontynuując tylko pracę reżysera.

            Tymczasem amerykańska infrastruktura kinowa na przełomie lat 20'tych i 30'tych dopiero próbowała dostosować się do nowej technologii dźwięku. O ile standardowe filmy łatwo dało się puszczać w kinach, o tyle do wyświetlania produkcji panoramicznych (widescreen) potrzebne były duże inwestycje. A te, choć planowane, trafiły na nagły krach giełdowy w 1929r, który zapoczątkował Wielki Kryzys. Droga olbrzymów, mimo sporego budżetu i niemałej wartości artystycznej stała się ofiarą krachu i klapą finansową (także klapą w oczach Akademii), a sam western jako gatunek nadwyrężył kredyt zaufania. W dalszych latach okupował głównie kino klasy B i seriale, wskrzeszony dla mainstreamu dopiero po dziewięciu latach przez Dyliżans J. Forda. Dokładnie tak samo potoczyły się losy Johna Wayne'a na wielkim ekranie.
            Film porusza tematykę pierwszych wypraw osadniczych na zachód od Missisipi. W historii USA epizod Szlaku Oregońskiego to sprawa fundamentalna, porównywalna do Dzikiej Drogi na wskroś Appalachów wytyczonej przez Daniela Boona lub pionierskiej wyprawy Lewisa i Clarka w górę rzeki Missouri. Ten istotny etap kolonizacji dzikiego zachodu został w Drodze olbrzymów pokazany kompleksowo i z niezłym rozmachem, choć nie była to bynajmniej pierwsza próba ugryzienia tematu. Wcześniejsze miały miejsce jeszcze za czasów kina niemego. Warto tutaj przytoczyć epicki obraz pt. Karawana (The covered wagon) z 1923r., który śmiało można nazwać pierwowzorem dla dzieła Roula Walsha, bo podobieństwa, szczególnie fabularne, widać we wielu scenach.
            Głównym przesłaniem Drogi olbrzymów jest podróż do ziemi obiecanej. Za wszelką cenę i wbrew przeciwnościom losu. Film ukazuje różnorodność ludzkich charakterów, reprezentowanych przez irlandzkich imigrantów i ich potomków (np. Gus grany przez Ela Brendela), hazardzistów (Bill Thorpe grany przez Iana Keitha), traperów (Zeke grany przez Tully Marshala), myśliwych (Red Flack grany przez Tyrona Powela) czy bandytów (Lopez grany przez Charlesa Stevensa). Obraz czasem zabawny, czasem złowrogi, a czasem wzruszający. Wszystkich łączy determinacja i niezłomność, wielokrotnie wystawiana na próbę przez potęgę natury czy wrogość miejscowych plemion. Nie brakuje w tej gromadzie wewnętrznych tarć i animozji. Postaci, choć nieco kukiełkowate, stanowią niezwykle wyrazisty przekrój ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa - ludzi prostych, niewiele znaczących w swoich mikro-światach, często uciekinierów, bandytów lub nieudaczników, ale też ludzi, którzy w oczach potomków okazali się herosami czy też właśnie tytułowymi olbrzymami. Kwintesencją tego przesłania są dwie patetyczne tyrady Brecka Colemana. Jedna na temat wielkiej, pięknej doliny rozciągającej się między wysokimi do nieba pasmami gór (chodzi tu o położoną miedzy górami Skalistymi i Sierra Nevada Wielką Kotlinę). Druga zaś o wytrwałości w dążeniu do celu, podczas sceny gdy karawana błądzi w  burzy śnieżnej. Ten purytański mesjanizm to, obok chęci zysku i eksploracji nieznanego, jedna z najbardziej charakterystycznych cech podboju dzikiego zachodu.


            Powiem tak. Zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dzisiejszej percepcji sztuki filmowej Droga olbrzymów może się wydawać mało atrakcyjna. Ale  mimo wszystko jest to dzieło epickie - zrobione z solidnym rozmachem i wzbogacające widza o kawałek wiedzy historycznej (zarówno filmowej jak i dziejowej), a ja cenię takie filmy, takich szukam najbardziej i po nałożeniu filtru artystyczno-technologicznego czerpię z nich mnóstwo przyjemności. Jest to bowiem kwintesencja amerykańskiego westernu i klasyka par excellence. Polecam.

piątek, 17 lutego 2017

Dyliżans (Stagecoach) - 1939r.

Przez dwadzieścia siedem lat zastanawiałem się dlaczego zawsze, gdy emitowano Dyliżans, moja matka rzucała wszystko i siadała przed telewizorem. Mogło wtedy nadejść tornado, trzęsienie ziemi lub tsunami, ale i tak nie oderwałoby to jej od oglądania. Dopiero gdy szanownej rodzicielki zabrakło, zacząłem to wszystko poważniej analizować. Do dziś nie zdołałem zgłębić do końca fenomenu tego wielkiego filmu, ale myślę, że w końcu jestem gotów, by o nim napisać.
           Dyliżans (Stagecoach) wyreżyserowany przez Johna Forda to western z 1939r, uważany za przełom w historii gatunku, a także przełom w samej westernowej karierze pana Johna, która od tamtego momentu nabrała pędu. Film zdobył dwa Oskary i jeszcze pięć dodatkowych nominacji; stał się też pierwszym z serii wielu wybitnych westernów Forda, trwającej aż do początku lat sześćdziesiątych, a której głównymi znakami rozpoznawczymi były plenery Monument Valley, trąbka kawaleryjska i John Wayne. Reżysera tego darzę wyjątkowym uczuciem, więc wybaczcie niecierpliwość i emocje, ale przejdę od razu do kilku istotnych z mojego punktu widzenia szczegółów:
           Film opowiada historię grupy osób podróżujących dyliżansem z Tonto do Lordsburga, czyli z miasteczka w Arizonie do miasteczka w Nowym Meksyku. Jest to trasa, która biegnie wzdłuż granicy z Meksykiem. Stop. Odwiedźmy na chwilę uniwersum. Woźnica (Andy Devine) ma żonę Meksykankę i wciąż opowiada, jak to musi harować na jej liczną rodzinę. Przy każdym z przystanków obejściem zajmują się Meksykanie lub nawet są właścicielami tych posiadłości. Mieszane indiańsko-meksykańskie lub meksykańsko-amerykańskie rodziny to nic nadzwyczajnego. Ringo w pewnym momencie informuje Dallas, że ma rancho po drugiej stronie granicy. Pod tym względem film trudno poddać jakiejkolwiek rewizji. Do mnie zwykli, prości ludzie w mieszanych związkach i na różnych szczeblach społecznych jak w fordowskim Dyliżansie, przemawiają bardziej niż panoszący się w Stanach meksykańscy gangsterzy z westernów lat 60'tych. Jak to było np. w Powrocie Ringa Duccio Tessariego, gdzie przed knajpami wisiały tablice zakazujące wstępu psom i gringos. To samo tyczy się muzyki. Czy można sobie wyobrazić, żeby coś lepiej pasowało do południowo-zachodniego pogranicza niż interpretacja ludowej pieśni Trail to Mexico użyta przez Carbonarę w Dyliżansie?
         Był to pierwszy film, który Ford nakręcił w Monument Valley i potem praktycznie już nie rozstawał się z tym miejscem. Nikt tak jak on nie filmował MV i zawsze były to nowe, świeże ujęcia, czy to w Mieście Bezprawia, czy to w Trylogii Kawaleryjskiej czy w Poszukiwaczach. Warto dodać, że ta sceneria zainspirowała mnóstwo późniejszych artystów, począwszy od Sergio Leone (Pewnego Razu na dzikim zachodzie), poprzez Roberta Zemeckisa (Powrót do przyszłości 3), Mario Van Peeblesa (Posse) aż po Gore Verbinskiego (Lone Ranger).
       Oczywiście inspiracje nie kończą się na Monument Valley. Sam film to jeden z chętniej remakowanych klasycznych westernów. W oparciu o hit Forda powstało później kilka filmów, żeby wymienić choćby Ringo Kid Gordona Douglasa z 1966r. czy Dyliżans do Lordsburga Teda Posta z 1986r. Jednak żaden z remaków nie dorównał pierwowzorowi. Sama postać Ringo Kida też odcisnęła piętno na świadomości twórców, którzy chętnie tym imieniem nazywali swoich pozytywnych bandziorów, jak np. Ringo - bohater dwóch filmów z 1965r. wspomnianego wcześniej Duccio Tessariego.
             Co jeszcze? Może to, że sam filmowy motyw dyliżansu, jako narażonego na atak środka transportu, tradycję ma długą jak historia kina. Już w pierwszych latach kinematografii takie filmy kręcono, jak choćby Western Stage Coach Hold Up z 1904r. w reżyserii Edwina S. Portera z Broncho Billym w roli głównej. Z kolei wszystkie westerny, w których użyto tego motywu, trudno pewnie byłoby zliczyć na palcach rąk i nóg, tym niemniej najsłynniejszym dyliżansem chyba na zawsze pozostanie ten z 1939r.
         Omawiany film to początek wieloletniej współpracy J. Forda z Johnem Waynem i bez wątpienia wyprowadzenie Duke'a z ośmioletniego dołka, który zaliczył po swojej pierwszej wielkiej roli w Drodze Olbrzymów Walsha. Po drugiej szansie, którą dostał w Dyliżansie, stał się niekwestionowaną westernową gwiazdą nr jeden i został nią aż do śmierci, choć John Ford wspomniał kiedyś, że do talentu aktorskiego Wayne'a przekonał się dopiero dziewięć lat później, po Rzece Czerwonej Howarda Hawksa. I znowu zajrzyjmy w kadr filmu. Pierwsza scena z Ringo – widowiskowe przeładowanie Winchestera 1892 Saddle Ring. Ten rekwizyt przyrośnie do ręki Duke'a na długie dekady. Będzie się co najwyżej zmieniał model na Yellow Boy, ew. jakaś wycieczka do modelu Winchester 1894 lub kilku innych. Jeśli chodzi o broń, to mi w pamięci najmocniej utkwiły role Wayne'a w Rio Bravo i El Dorado Howarda Hawksa, gdzie nie rewolwery, a właśnie karabin odgrywał główną rolę, nie tylko wizerunkowo, ale i fabularnie.
             Ford lubił kręcić filmy nawiązujące do wątków historycznych i sprawdzał się w tym. Wybór opowiadania Ernesta Haycox'a Stage to Lordsburg bardzo mu przypasował. Powstania indiańskie opisywane w późniejszej Trylogii Kawaleryjskiej można powiedzieć, że dzieją się równolegle do tej opowieści. Tutaj głównym motywem jest informacja, że Geronimo opuścił rezerwat i grasuje po okolicy. Niestety Indianie są w Dyliżansie przestawieni bardzo stereotypowo i to jest największy mankament filmu. Ford zdawał sobie sprawę z kiepskiego wizerunku Indian w swoich wczesnych westernach i poważną rehabilitację rozpoczął już dziewięć lat później w Forcie Apache z 1948r, no a zwieńczył w Jesieni Czejenów w 1964r. Wojny wojnami, Indianie Indianami, ale przy okazji wątku Geronimo można było też np. przedstawić wagę telegrafu (lub jego braku) i porównać ją z innym zobrazowanym w filmie sposobem komunikacji, a mianowicie z Pony Express.
         Idźmy dalej. Wątek romantyczny to nieodzowna część westernów, bo te filmy – szczególnie w wydaniu fordowskim - to melodramaty. Na pierwszy rzut oka zbliżenie między Ringo i Dallas jest typowe dla filmów tamtego okresu. Zakazana miłość między dwojgiem wyrzutków. Ale czujne oko zwietrzy, że żadna scena czy dialog nie są dobrane bez powodu. Reżyser używa bohaterów do podsuwania kolejnych symboli, a także historycznych zdarzeń i rozpalających wyobraźnię informacji. Dallas, współczująca Ringo utratę ojca i brata, mimochodem zwierza się, że jej rodzina zginęła w masakrze w Górach Supperstition. Jest to ciekawa historia zwana też masakrą rodziny Peratla lub historią zaginionej kopalni złota Lost Duchman's, właśnie na terenie Arizony. Dzięki takim szczegółom opowieść nabiera głębi, a Ford swobodnie wplata w tło legendę o najsłynniejszej zaginionej kopalni złota w historii Ameryki. Co więcej – legendy lokalnej, bo mającej miejsce dokładnie w tamtym regionie.
         Kiedyś napisałem, że można byłoby założyć bloga tylko o filmach Johna Forda. Zmieniam zdanie. Można byłoby założyć bloga o samym Dyliżansie i zapewniam, że miesiącami dałoby się wrzucać tam notki odkrywające kolejne istotne szczegóły związane z przedstawionymi w filmie wydarzeniami, otoczką historyczno-geograficzną, aktorami, muzyką itd. Ja odpuszczę sobie pisanie o symbolice poszczególnych postaci na czele z zapijaczonym Dr Boone'm (oscarowy Thomas Mitchell). Pominę rzucający się w uszy i oczy mikimausing w scenie odprowadzania doktora i Dallas przez gromadkę Ligi Sprawiedliwości i Prawa. I wreszcie przemilczę kwestie charakterystycznej dla Forda obyczajowości rozgrywającej się na drugim i trzecim planie, bo o tym będzie mowa w przypadku Poszukiwaczy.
         Od 1939r. miało premierę mnóstwo ważnych westernów najwybitniejszych twórców gatunku, które zdążyły się już mocno zestarzeć, a ja odnoszę wrażenie, że Dyliżans w ogóle się nie starzeje i wciąż ogląda się go świetnie. To jeden z najmocniej rozpalających wyobraźnię westernów, a moja matka, świadomie lub nie, była tego najlepszym dowodem.