Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 maja 2017

Rewolwerowcy (Gunfighters) - 1947r.

Jeśli można powiedzieć, że istnieje oddzielna kategoria filmów – tak zwane „westerny z Randolphem Scottem”, to Rewolwerowcy (Gunfighters) zdecydowanie się do nich zaliczają. I to wcale nie oznacza nic strasznego – wręcz przeciwnie. Tytułowy film wyreżyserował George Waggner w 1947r. i wydaje mi się, że scenariusz oparto na starszym klasyku - prawdopodobnie z lat 30'tych, który kiedyś oglądałem, ale nie pamiętam co to był za film i nigdzie nie mogę go znaleźć. Być może pląta mi się po myślach inna, czarno-biała wersja tego samego westernu. A może coś mi się przyśniło, a pan Randolph po prostu ewoluuje w moich oczach, bo prawdę mówiąc, z każdym kolejnym obejrzanym filmem, w którym grał, coraz bardziej ten aktor mi imponuje.
        Głównym bohaterem jest rewolwerowiec, Brazos Kane. Jego sława staje się tak duża, że pewnego dnia najlepszy przyjaciel wyzywa go na pojedynek. Po tym incydencie Kane podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę. Zdejmuje pas i wiesza go na kołku, a potem wyjeżdża. Dociera do miasteczka w Arizonie, gdzie staje się świadkiem morderstwa popełnionego na znajomym ranczerze. Gdy informuje o zajściu miejscowych, ci biorą go za zabójcę i niemal linczują. Kane postanawia odszukać winnych na własną rękę. Pomaga mu w tym stary ranczer Inskip (Charley Grapewin), młodzieniec o imieniu Johnny (John Miles) i córka lokalnego hodowcy bydła Jane (Dorothy Hart).
        Ot, można by powiedzieć, że to fabuła jakich wiele. Rewolwerowiec przyjeżdża do nowego miejsca, gdzie wplątuje się w konflikt interesów i staje po stronie słabszych. Przy okazji zakochuje się w pięknej dziewczynie i uczy młokosa jak radzić sobie z bronią. Niby standard, ale nie do końca. Jest w tym filmie coś jeszcze, co sprawia, że dobrze się go ogląda, dobrze się o nim rozmyśla i dobrze się o nim pisze. Wątek kryminalno-psychologiczny – poprowadzony powoli i umiejętnie. Uwikłanych jest w niego wiele osób i Brazos Kane, domyślając się kto jest mordercą, musi działać subtelnie. Utrudniają mu to: decyzja o odstawieniu w kąt broni palnej; fakt, że zaufana dziewczyna ma siostrę bliźniaczkę; oraz hermetyczne małomiasteczkowe środowisko, w którym jako rewolwerowiec i rzekomy zabójca - jest persona non grata.
        Rewolwerowcy to klasyczny western, ale moim zdaniem posiadający cechy westernu psychologicznego, choć jeszcze nie tak wyraźne. Lata czterdzieste to okres, gdy westerny powstawały jak grzyby po deszczu, ale producenci, reżyserzy i scenarzyści coraz śmielej łączyli gatunki – dodawali elementy kryminału, filmu noir, dramatu. Wikłali swoich bohaterów w coraz bardziej skomplikowane intrygi i tworzyli postaci niejednoznaczne. Okres świetności tych filmów przypadł na lata pięćdziesiąte (Anthony Mann, Samuel Fuller, Budd Boetticher), ale jego początki sięgają jeszcze kina niemego, gdzie powstały archetypy tego podgatunku.
         Czy spojrzymy w przód na Strzały o Zmierzchu, czy w tył na Western Union, Randolph Scott na przestrzeni całej swojej kariery grywał role nie do końca praworządnych bohaterów, nawróconych lub z dwuznaczną przeszłością i był w tym dobry. Mam wrażenie, że w Gunfighters klasyczny motyw ex-rewolwerowca, który przybywa do miasteczka, gdzie broni słabszych, jest tylko pretekstem do pokazania czegoś bardziej złożonego. Kane to zabijaka, ale potrafi też być dobrym człowiekiem. No właśnie, tylko czy aby na pewno dobrym, czy może wyrachowanym i skutecznym? Czy jest naiwny, wierząc, że da się uwolnić od przeszłości i zapomnieć o tym, w czym jest się najlepszym? Czy jest egoistą – gdy odjeżdża, nie wypełniwszy własnego postanowienia? Czy może to wszystko jest jego sposobem na życie? Znamienny jest cytat z początku filmu:

        „Kiedy twój najlepszy przyjaciel wyzywa cię na pojedynek, to znaczy, że już czas by odstawić broń. Ale tak właśnie było w Panhandle, w Wichita, w Dodge... żyć lub umrzeć – w zależności od tego, kto prędzej wyciągnie rewolwer...”

        Końcówka filmu, w której Brazos odjeżdża w siną dal w towarzystwie Jane pozostawia jego przyszłość w domysłach widza. Wiemy, że co jakiś czas jest zmuszony zmienić swoje miejsce na ziemi, podróżując ze wschodu na zachód. Był już w Texasie, próbował w Kansas, teraz nie wyszło w Arizonie. Czy w końcu znalazł miłość i uda mu się ustatkować, tym razem gdzieś w Kalifornii? Czy może historia zatoczy koło i nawiąże do powyższego cytatu?
        Dla mnie Brazos Kane to bardzo ciekawa postać, a sam film Rewolwerowcy to kolejny mały krok w ewolucji westernu, który to gatunek w następnej dekadzie bez reszty zapomni o ogniskowej atmosferze, podziale na czarne i białe czy piosenkach śpiewanych przez głównych bohaterów, i spłodzi całe mnóstwo arcydzieł, poprzeplatanych przez mniej wyraziste i często wytykane palcem „westerny z Randolphem Scottem”.



czwartek, 30 marca 2017

Droga Olbrzymów (The Big Trail) - 1930r.

Pierwszy epicki western epoki kina udźwiękowionego nakręcono w 1930r. Droga olbrzymów (The big trail), bo tak go nazwano, to z jednej strony przykład klasycznej sztuki filmowej, która po prawie dziewięćdziesięciu latach wciąż robi wrażenie, a z drugiej strony przykład klapy komercyjnej, jaką film przyniósł w czasach premiery. Za reżyserię odpowiadał Raoul Walsh i to on, za namową Johna Forda, w roli głównej obsadził debiutującego Johna Wayne'a. Do tego wszystkiego dodajmy tematykę Szlaku Oregońskiego oraz szalejący w prawdziwym świecie Wielki Kryzys i możemy śmiało nazwać ten film dużą ciekawostką w historii westernu. Ale po kolei.
            Zacznijmy od Johna Wayna. To nie jest tak, że Droga olbrzymów była jego pierwszym filmem. Grywał już wcześniej, ale zwykle jako statysta lub aktor drugo/trzecio-planowy. Tym razem dostał główną rolę i spisał się naprawdę nieźle. Rola młodego trapera-przewodnika Brecka Colemana rzuca się w oczy i wyróżnia na tle kolejnych jego ról z lat trzydziestych. Sam John Ford, proponując zupełnie nieznanego aktora swemu przyjacielowi Raoulowi Walshowi, powiedział tak: „lubię wygląd tego nowego dzieciaka ze śmiesznym chodem, który zachowuje się jakby był panem świata”.  Niestety dla Wayne'a rola Brecka Colemana stała się małym przekleństwem. Dlaczego?
            No cóż, na pewno nie z jego winy. Po prostu film stał się falstartem dla westernów udźwiękowionych, choć wcale nie był pionierski. Pierwszy western z dźwiękiem, czyli W starej Arizonie (In old Arizona) nakręcono już w 1928r. i ta próba okazała się obiecująca, zgarniając Oscara i dodatkowo jeszcze cztery nominacje, i zachęcając wytwórnię Fox do dalszego inwestowania w gatunek. W ramach ciekawostki można dodać, że pierwszy udźwiękowiony western współreżyserował właśnie Raoul Walsh. Miał też odegrać główną postać w filmie, ale w wypadku samochodowym stracił oko i od tamtej pory zarzucił karierę aktorską, kontynuując tylko pracę reżysera.

            Tymczasem amerykańska infrastruktura kinowa na przełomie lat 20'tych i 30'tych dopiero próbowała dostosować się do nowej technologii dźwięku. O ile standardowe filmy łatwo dało się puszczać w kinach, o tyle do wyświetlania produkcji panoramicznych (widescreen) potrzebne były duże inwestycje. A te, choć planowane, trafiły na nagły krach giełdowy w 1929r, który zapoczątkował Wielki Kryzys. Droga olbrzymów, mimo sporego budżetu i niemałej wartości artystycznej stała się ofiarą krachu i klapą finansową (także klapą w oczach Akademii), a sam western jako gatunek nadwyrężył kredyt zaufania. W dalszych latach okupował głównie kino klasy B i seriale, wskrzeszony dla mainstreamu dopiero po dziewięciu latach przez Dyliżans J. Forda. Dokładnie tak samo potoczyły się losy Johna Wayne'a na wielkim ekranie.
            Film porusza tematykę pierwszych wypraw osadniczych na zachód od Missisipi. W historii USA epizod Szlaku Oregońskiego to sprawa fundamentalna, porównywalna do Dzikiej Drogi na wskroś Appalachów wytyczonej przez Daniela Boona lub pionierskiej wyprawy Lewisa i Clarka w górę rzeki Missouri. Ten istotny etap kolonizacji dzikiego zachodu został w Drodze olbrzymów pokazany kompleksowo i z niezłym rozmachem, choć nie była to bynajmniej pierwsza próba ugryzienia tematu. Wcześniejsze miały miejsce jeszcze za czasów kina niemego. Warto tutaj przytoczyć epicki obraz pt. Karawana (The covered wagon) z 1923r., który śmiało można nazwać pierwowzorem dla dzieła Roula Walsha, bo podobieństwa, szczególnie fabularne, widać we wielu scenach.
            Głównym przesłaniem Drogi olbrzymów jest podróż do ziemi obiecanej. Za wszelką cenę i wbrew przeciwnościom losu. Film ukazuje różnorodność ludzkich charakterów, reprezentowanych przez irlandzkich imigrantów i ich potomków (np. Gus grany przez Ela Brendela), hazardzistów (Bill Thorpe grany przez Iana Keitha), traperów (Zeke grany przez Tully Marshala), myśliwych (Red Flack grany przez Tyrona Powela) czy bandytów (Lopez grany przez Charlesa Stevensa). Obraz czasem zabawny, czasem złowrogi, a czasem wzruszający. Wszystkich łączy determinacja i niezłomność, wielokrotnie wystawiana na próbę przez potęgę natury czy wrogość miejscowych plemion. Nie brakuje w tej gromadzie wewnętrznych tarć i animozji. Postaci, choć nieco kukiełkowate, stanowią niezwykle wyrazisty przekrój ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa - ludzi prostych, niewiele znaczących w swoich mikro-światach, często uciekinierów, bandytów lub nieudaczników, ale też ludzi, którzy w oczach potomków okazali się herosami czy też właśnie tytułowymi olbrzymami. Kwintesencją tego przesłania są dwie patetyczne tyrady Brecka Colemana. Jedna na temat wielkiej, pięknej doliny rozciągającej się między wysokimi do nieba pasmami gór (chodzi tu o położoną miedzy górami Skalistymi i Sierra Nevada Wielką Kotlinę). Druga zaś o wytrwałości w dążeniu do celu, podczas sceny gdy karawana błądzi w  burzy śnieżnej. Ten purytański mesjanizm to, obok chęci zysku i eksploracji nieznanego, jedna z najbardziej charakterystycznych cech podboju dzikiego zachodu.


            Powiem tak. Zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dzisiejszej percepcji sztuki filmowej Droga olbrzymów może się wydawać mało atrakcyjna. Ale  mimo wszystko jest to dzieło epickie - zrobione z solidnym rozmachem i wzbogacające widza o kawałek wiedzy historycznej (zarówno filmowej jak i dziejowej), a ja cenię takie filmy, takich szukam najbardziej i po nałożeniu filtru artystyczno-technologicznego czerpię z nich mnóstwo przyjemności. Jest to bowiem kwintesencja amerykańskiego westernu i klasyka par excellence. Polecam.

piątek, 17 marca 2017

Annie Oakley - 1894r.

O cudownym dziecku winchestera - Annie Oakley - nakręcono kilka filmów, jak choćby ten z Barbarą Stanwyck z 1935r. pod tytułem Annie Oakley. Był też nagrodzony Oscarem musical Rekord Annie z 1950 z Betty Hutton i kilka innych mniej lub bardziej istotnych produkcji. Ogólnie filmów, w których pojawiały się postacie Annie, Buffalo Billa, Siedzącego Byka czy Franka Butlera nie zliczę na palcach dwóch rąk, bo to po prostu ludzie żywcem wyciągnięci z dzikiego zachodu i zainstalowani jako komercyjny gadżet w cywilizowanym świecie przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.
                Ale jest jeszcze coś, o czym nie każdy wie, czyli eksperymentalne dwudziesto-sekundowe nagranie z roku 1894, zrealizowane w studiu Thomasa Edisona przez Williama K. L. Dicksona. Film nazwano Annie Oakley, a tytułowa gwiazda zagrała  tam osobiście z mężem (a zarazem asystentem scenicznym) Frankiem Butlerem. To nagranie, wraz z serią czterech innych (Buffalo Dance, Bucking Bronco, Siux Ghost Dance i Buffalo Bill) stworzonych przez ekipę Buffalo Billa i studio Edisona, jest uważane za pierwszy w historii western. Oczywiście westernem tego nazwać nie sposób, bo nie jest to widowisko fabularne, a krótki dokumentalny filmik związany z obyczajowością zachodu. Ale z uwagi na dużą popularność westernu w początkach kinematografii – stanowi najstarsze świadectwo potencjału artystyczno-komercyjnego jaki ten gatunek ze sobą niósł. Idąc tym tropem – omawiany filmik to nie tylko prababcia westernu, ale też całego kina sensacyjnego, które w końcu wymyślili Amerykanie i które wywodzi się właśnie z westernu.
                Wszystko jest dziełem przypadku. A może gdyby nie popularność Buffalo Billa i jego dobra znajomość z genialnym wynalazcą Thomasem Edisonem, te nagrania w ogóle by nie powstały? Być może zamiast kilku filmików o tańczących Siuxach, popisującym się Billu i strzelającej Annie, nakręcono by np. kogoś jadącego rowerem, co za sprawą efektu motyla stworzyłoby niszę filmów cyklistycznych, która to z kolei pociągnęłaby początki amerykańskiego kina w innym kierunku? No, nie... To kobieta-strzelec wyborowy, Annie Oakley - która nauczyła się posługiwać bronią już w wieku dziesięciu lat i potrafiła z kilkudziesięciu metrów przestrzelić rzucone w powietrze karty do gry – okazała się protoplastką popularnych bohaterów i wątków filmowych.
                Zapamiętajcie więc nazwisko Annie Oakley. Obejrzyjcie na anglojęzycznej Wikipedii ów studwudziestotrzyletni film (poniżej notki wklejam linka), bo te dwadzieścia sekund niemego, niewyraźnego strzeleckiego show może na zawsze zmienić wasze wyobrażenie o początkach kinematografii amerykańskiej i historii ważnego jej odłamu, czyli westernu.


P.S. Powiedzenie Godarda: „Wszystko, co potrzeba do dobrego filmu, to broń i dziewczyna” – też, jak widać, nie wzięło się znikąd ;).


https://en.wikipedia.org/wiki/Annie_Oakley_(1894_film)

wtorek, 14 marca 2017

Wyjęty Spod Prawa (The Outlaw) - 1943r.


Wyjęty Spod Prawa (The Outlaw) to western pełen kontrowersji, ale i ciekawostek. Stworzony przez Howarda Hughsa, czyli milionera, filmowca, miłośnika awiacji, ale i dziwaka, o którym M. Scorsese nakręcił świetny film biograficzny z L. DiCaprio w roli głównej. The Outlaw był gotowy do emisji w 1941r., jednak blokowany przez cenzurę został oddany do kin dopiero w 1943r. Reżyserem filmu wstępnie został Howard Hawks, ale go nie dokończył. Przedstawiona historia dotyczy spotkania trzech legendarnych postaci dzikiego zachodu, a mianowicie Billy Kida (Jack Buetel), Doca Hollidaya (Walter Huston) i Pata Garetta (Thomas Mitchel) – ale w moich oczach scenariusz jest zbyt dalece idącą interpretacją legend o tych rewolwerowcach. No ok, trochę za szybko myślę i piszę, więc zacznę jeszcze raz, od końca…
         Filmy opisujące przygody największych legend Starego Zachodu pojawiały się już w czasach kina niemego. W ciągu kolejnych dekad temat Jesse Jamesa, Billy Kida czy Doca Hollidaya mocno eksploatowano, bo western w ogóle stanowił bardzo popularny gatunek, okupując bodaj jedną piątą rynku filmowego. Myślę, że już na przełomie lat 30’tych i 40’tych trudno było o „oryginalny scenariusz”, ale w przypadku filmu Wyjęty Spod Prawa podjęto próbę poszukania tej oryginalności. Zobrazowano spotkanie i nawiązanie rywalizacji między Billy Kidem i Doc'iem Holliday’em, a także depczącym im po piętach Patem Garettem. I choć ten pomysł nie jest wyssany z palca, bo do kontaktów między nimi mogło dochodzić w czasach świetności niesławnego miasteczka Las Vegas w Nowym Meksyku (nie mylić z Las Vegas w stanie Nevada), to jednak już opisane w filmie zabójstwo Doca przez Pata Garetta to zabawna ciekawostka.
         Z jednej strony rozumiem scenarzystów, bo zarówno o Kidzie zabitym przez Garetta, jak i o kilku innych "celebrytach" Old Westu krążyły plotki, jakoby nie umarli i od czasu do czasu pojawiali się tu i ówdzie. Mogło być to jakimś punktem zaczepienia przy pisaniu. No ale z drugiej strony próba tłumaczenia owych plotek zabójstwem Hollidaya zamiast Kida? A powszechnie znanym jest fakt, jakoby Doc umarł w łóżku na gruźlicę, a jego ostatnimi słowami przed śmiercią były: „To jest zabawne” – co interpretuje się jako zaskoczenie własnym losem. Nie spodziewał się, że umrze w łóżku, skoro od czasu, gdy wykryto u niego gruźlicę, po prostu szukał śmierci od kuli. W ramach ciekawostki dodam, że lekarze dawali mu kilka miesięcy życia, a on przeżył jeszcze piętnaście lat jako dentysta, szuler i rewolwerowiec! Sam Wyat Earp mówił o nim, że to „najbardziej śmiercionośny człowiek z rewolwerem, jakiego w życiu znał” - i to mimo, że nie miał na swoim koncie wielu trupów. To po pierwsze.
         Po drugie. Film początkowo wciąga, szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że na ekranie dochodzi do spotkania trzech legendarnych postaci zachodu. Do tego kilka scen z pierwszej fazy filmu jest wyjątkowych (strzelanina na zapleczu baru; próba zabójstwa Billy’ego w stajni przez Rio) – ale im dalej w las, tym napotykamy więcej drzew – czyli scen mało wiarygodnych, a relacje między bohaterami oraz gra odtwarzających ich aktorów zaczynają trącać myszką. Mówię to oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia. Dla ówczesnych taka gra mogła uchodzić za poczciwy standard, bo rozpatrujemy o percepcji sztuki filmowej sprzed siedemdziesięciu lat. Mimo to niektóre sceny, jak choćby odstrzeliwanie kawałków uszu Billy’ego przez Doca wołają o pomstę do nieba. No cóż, nie wszystkie filmy dobrze znoszą próbę czasu, ale też wydaje mi się, że gdyby Howard Hawks wyreżyserował całość mielibyśmy film lepszy. Hughes nie zdołał historii poprowadzić do końca z odpowiednim bilansem powagi i dowcipu. Napiszę wprost – to nie jest wina aktorów, że tak słabo wypadły ich postacie. W końcu to western z wątkami komediowymi (rywalizacja między Kidem a Hollidayem toczy się bardziej o konia niż o piękną kobietę). To po prostu wina kiepskiego scenariusza.
          Warto w ramach ciekawostki napisać, że film przez kilka lat blokowała cenzura, zanim został dopuszczony do emisji w kinach. Hughes też wielokrotnie musiał płacić kary związane ze swoim dziełem. Stało się tak z powodu ponętnej bohaterki o imieniu Rio McDonald, granej przez dziewiętnastoletnią wówczas debiutantkę Jane Russel. W filmie bardzo wydatnie jak na lata 40’te jest eksponowany biust tej pięknej aktorki i nawet ponoć na potrzeby Wyjętego Spod Prawa inżynierowie Hughesa zaprojektowali specjalny stanik, żeby dodatkowo efekt biustu wzmocnić. Kontrowersje i blokowanie przez cenzurę akurat zadziałały na korzyść producenta i filmu, bo jak to z przewrotnością odbiorców sztuki bywa, The Outlaw, gdy tylko udawało mu się trafić na ekrany kin, bił rekordy popularności.
         W ramach kolejnej ciekawostki dodam, że muzyczny wątek przewodni z westernu Dyliżans Johna Forda, czyli melodia tradycyjnej ballady Trail to Mexico, jest również wątkiem przewodnim Wyjętego Spod Prawa. Z jednej strony akcja obu filmów toczy się w Nowym Meksyku – czyli krainie związanej z balladą - ale myślę też, że film Forda wywarł mocne wrażenie na ówczesnych i spopularyzował tę melodię na tyle, że jeszcze wielokrotnie wykorzystywano ją jako gwarantujący posłuch akompaniament przy filmowych opowieściach o południowym zachodzie.
         Film mimo wszystko warto obejrzeć, choćby po to, żeby wyrobić sobie o nim własną opinię. Jeśli chodzi o mnie – Howardów dwóch mnie nie przekonało, rewolwerowców trzech też nie, ale prawda jest taka, że zamiast obserwować rozgrywkę między panami, gapiłem się w dekolt J. Russel. Przynajmniej mam teraz o czym myśleć i pisać ;).


sobota, 4 marca 2017

Pojedynek w Słońcu (Duel in the Sun) - 1946r.

Pojedynek w Słońcu (Duel in the Sun) z 1946r. to o wiele więcej niż western. To jeden z monumentalnych melodramatów lat czterdziestych, czyli złotej epoki Hollywood, a zarazem adaptacja powieści Nivena Buscha o tym samym tytule. Nakręcony w technologii Technicolor za ogromną jak na ówczesne czasy sumę jedenastu milionów dolarów. Produkcją zajmował się David O. Selznick – czyli twórca Przeminęło z Wiatrem, więc nie dziwię się, że po 70 latach film nadal robi piorunujące wrażenie, szczególnie wizualne.
          Historia powstawania Pojedynku w Słońcu jest burzliwa. Wystarczy wspomnieć, że zatrudniano i zwalniano siedmiu różnych reżyserów (co u Selznicka nie było niczym niezwykłym), z których najpoważniejszą rolę odegrał King Vidor i to jemu przypisuje się największy wpływ na całokształt. Przekroczono zakładany budżet ośmiu milionów dolarów. Nakręcono prawie trzydzieści godzin scen zanim rozpoczęto montaż tego dwuipółgodzinnego dzieła! Muzyką zajął się jeden z najwybitniejszych kompozytorów westernowych czyli Dimitri Tiomkin. Film osiągnął sukces komercyjny – jednak nie osiągnął porównywalnego sukcesu artystycznego, inkasując ledwie dwie oscarowe nominacje. Stało się tak z uwagi na fakt, że Selznick, który jednocześnie był autorem scenariusza, położył zbyt duży nacisk na wątek romantyczny, chcąc uwypuklić w kadrze Jennifer Jones (później została jego żoną). Aktorka zagrała naprawdę dobrze, za co zresztą dostała nominację do Oscara, ale wyniesienie na pierwszy plan uczuciowości, czyli lawirowania między platoniczną miłością do Jesse'go a romansem z Lewtonem, sprawiło, że przygodowy z założenia film w odbiorze stał się nieco kiczowaty i nie wzbudził zachwytu Akademii na miarę Przeminęło z Wiatrem. Oczywiście zmęczone Drugą Wojną Światową i szczęśliwe z powodu jej zakończenia „ludziska” walili do kin w USA drzwiami i oknami. Nie inaczej było, gdy film puszczano w kinach polskich.
          Wielki hołd należy złożyć K. Vidorowi, bo mimo że po konflikcie z Selznickiem reżyser wycofał się z produkcji jeszcze przed zakończeniem zdjęć, to jednak jemu zawdzięczamy westernowo-historyczne zacięcie filmu. To on kładł największy nacisk na ukazanie w filmie (podobnie zresztą jak to było w powieści) zmierzchu złotej ery dzikiego zachodu, ujarzmionego dekady wcześniej przez posiadaczy ziemskich i potężnych hodowców bydła. W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy kolej – a także idące wraz z nią postęp i rozwój – zaczęły odważnie wkraczać w najdziksze i najbardziej konserwatywne rejony USA, w tym wypadku do Teksasu, musiało dojść do konfliktu starego i nowego porządku.
         I ten właśnie konflikt reprezentują dwaj synowie bogatego ranczera Senatora Jacksona McCanlesa (Lionel Barrymore). Jesse (Joseph Cotten) to wykształcony i dobrze wychowany miłośnik rozwoju i ładu, który staje po stronie budowniczych kolei i rozpoczyna pracę jako ich prawnik, doprowadzając do konfliktu z ojcem i wygnania. Z kolei Lutton (świetny Gregory Peck) to łobuzowaty kowboj, który woli poświęcać się spędom bydła, zabawom i romansom. Jego przywiązanie do ziemi i tradycji rodzinnych sprawia, że w oczach ojca jest tym „lepszym” z synów. Gdy w rozdartym obyczajowo i uczuciowo uniwersum pojawia się młoda, piękna metyska Pearl Chavez (wyborna Jennifer Jones), zawracając w głowach obu braciom, tragedia staje się nieunikniona.
           Nie będę więcej opowiadał o fabule filmu, bo to po prostu trzeba obejrzeć. Napiszę tylko, że ogląda się go dobrze – to taki trochę przedsmak przed nakręconym w kolejnej dekadzie Białym Kanionem. Sama historia jest niebanalna i jak na tamte czasy odważna pod względem obyczajowym. Ukazywanie na ekranie związków pozamałżeńskich przez cenzurę było wtedy niemile widziane i twórcy Pojedynku w Słońcu musieli się mocno napracować, żeby warstwa nakładowo-artystyczna przyćmiła taki „skandalik”. No ale w końcu Selznick miał w tym doświadczenie skoro udało się przeforsować słynne „Frankly, my dear, I don't give a damn” z Przeminęło z Wiatrem. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale wtedy nikomu nie było do śmiechu.
            W filmie warto zwrócić uwagę na role drugoplanowe, bo tutaj nie ma słabych aktorów i słabych epizodów. Mi, oprócz wyżej wymienionych, najbardziej podobała się czarnoskóra Vashti (świetna Butterfly McQueen). Drugą panią, poza Jones, nominowaną do Oscara była Lillian Gish, grająca żonę Senatora: Laurę Belle McCalnes – kobietę dobroduszną, elegancką, ale i słabą. W oczy rzuca się też Walter Huston, który wcielił się w rolę nawiedzonego „pogromcy grzechu”, pastora Jubal'a Crabbie.

           Oczywiście parą królewską Pojedynku w Słońcu są egzotycznie piękna Jennifer Jones i nieprzyzwoicie przystojny Gregory Peck – myślę, że ta dwójka okazała się największym magnesem dla widzów, bo zarówno ich gra, jak i przedstawiona w filmie historia dramatycznego romansu, powala na kolana. Polecam ten film każdemu – nie tylko fanom westernów.


wtorek, 28 lutego 2017

Napad na Western Union ("Western Union") - 1941r.

Western Union – tak w oryginale nazywa się film wyreżyserowany przez Fritza Langa w 1941r. i nie rozumiem, dlaczego nasi geniusze przetłumaczyli go jako Napad na Western Union. Napad oczywiście jest, ale sugerowanie w tytule, że to kluczowa sprawa jest moim zdaniem błędne. Dzieje się tak ponieważ Western Union przede wszystkim opowiada kawałek piekielnie ciekawej historii związanej z kolonizacją dzikiego zachodu, początkami telekomunikacji, podziałami w gospodarczo-politycznych dążeniach poszczególnych rejonów USA, a także wizji rozwoju młodego wówczas kraju.
                Koncern Western Union każdy z nas świetnie kojarzy, szczególnie jeśli dokonujemy międzynarodowych przekazów pieniężnych. No właśnie – dziś WU to kompania zajmująca się głównie finansjerą i handlem. Ale warto wiedzieć, że jej początki sięgają 1851r. Powstała jako firma telekomunikacyjna (choć podejrzewam, że w połowie dziewiętnastego wieku nikt takiego słowa jeszcze nie znał), pod nazwą „The New York and Mississippi Valley Printing Telegraph Company” – stawiając sobie za cel połączenie siecią telegraficzną wschodnich stanów z doliną rzeki Missisipi. I faktycznie, po wielu perturbacjach, rozłamach i ponownych fuzjach, a także zmianach nazwy kompanii – cel udało się zrealizować.
                 No ale to już przeszłość, bo akcja filmu dzieje się w kolejnej dekadzie, w czasach Wojny Domowej, gdzieś między Nebraską a Utah – czyli na wielkorówninnym Szlaku Oregońskim, wzdłuż którego budowano telegraf w celu skomunikowania miasta Omaha z miastem Salt Lake City. I śmiało można powiedzieć, że Western Union pod kątem historycznym zrobiono naprawdę fajnie. Mamy tu pokazany fragment dziejów słynnego koncernu, który w ciągu kilku dekad stanie się wzorem dla późniejszych amerykańskich firm telekomunikacyjnych. Mamy zobrazowane trudy gigantycznego przedsięwzięcia, jakim było wybudowanie transkontynentalnej linii telegraficznej. Mamy wreszcie cienką granicę, jaka dzieliła sukces od katastrofy. Bo w latach sześćdziesiątych Wielkie Równiny stały się wyjątkowo niebezpiecznym regionem, nie tylko z uwagi na plemiona Indian, ale też z powodu ataków konfederackich partyzantów.
              
         Ważnym bohaterem filmu jest maruder z południa Vance Show (świetny Randolph Scott), który zajmuje się napadami, kradzieżami i wszelkim innym rodzajem przestępczej działalności. Krótko mówiąc, jest łajdakiem. Pewnego razu, uciekając obławie, spotyka na swej drodze rannego telegrafistę Edwarda Creightona (Dean Jagger), któremu pomaga. To wydarzenie sprawia, że Show postanawia skończyć z przestępczością i rozpocząć karierę w Western Union. Jednak banda, do której należał, złożona głównie z konfederackich renegatów, nie kończy działalności – wręcz przeciwnie, za cel honorowy bandyci stawiają sobie doprowadzenie do upadku wizji telegraficznego połączenia wschodu z zachodem (Western Union sprzyjała Unii, a sam telegraf odegrał ważną rolę podczas działań wojennych).
                W tym filmie jest wszystko, co w dobrych westernach być powinno. Są świetne postaci, z dwuznacznym, tajemniczym Showem na czele. Grany przez Scotta kowboj i przewodnik wytycza trasy robotnikom, pertraktuje z Indianami i pilnuje porządku. Przy okazji skrywa ponurą tajemnicę – to przekleństwo przeszłości nie daje mu spokoju, a ostatecznie odegra brzemienną rolę w jego karierze i życiu. Z kolei Dyrektor Western Union - Edward Creighton to człowiek o wielkiej wizji i bogatej historii: niegdyś zaczynał jako prosty geodeta, a teraz odważnie kroczy na zachód na czele potężnej machiny rozwoju. Ta postać symbolizuje dziwiętnastowiecznych przemysłowców – często stawiających wszystko na jedną kartę, by realizować życiowe zamierzenia. Jest też Richard Blake: żółtodziób wysłany do pomocy telegrafistom przez bogatego ojca (rewelacyjny Robert Young), który początkowo niedoceniany i wyśmiewany, okazuje się dobrym jeźdźcem, zawziętym amantem, a ostatecznie też niezłym wojownikiem. Jest oczywiście piękna dziewczyna - Sue Creighton, o której względy zabiegają zarówno Show jak i Blake. Ale wśród tej gromady to zdecydowanie Vance Show kradnie show – i to moim zdaniem jedna z lepszych ról Randolpha Scotta. Dzieje się tak, ponieważ RS nie miał odpowiedniej charyzmy do samotnego gwiazdowania w filmach. W momencie, gdy grał postać nieco w cieniu, pośród zespołu równorzędnych głównych bohaterów – stawał się o wiele lepszy.
                Western Union to także pertraktacje i walki z Indianami; napady i kradzieże bydła; kilka zabawnych postaci parodiujących westernowe stereotypy (jak choćby kucharz); to rywalizacja na poziomie jednostkowych miłostek oraz walczących w wojnie frakcji; no i wreszcie to też niezła scena kulminacyjna z udziałem rewolwerów.
                Film nakręcono w 1941r. (czyli ledwie dwa lata po Dyliżansie) i to w kolorze, co w tamtych czasach było raczej wyjątkiem – przecież jeszcze w latach pięćdziesiątych kręciło się czarno-białe filmy. Biorąc powyższe pod uwagę, a także rozmach realizacyjny, jest to jedna z najciekawszych pozycji o dzikim zachodzie z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych. Na pewno godna uwagi każdego fana westernów.

Howgh!

sobota, 25 lutego 2017

Kobiety Jadą Na Zachód (Westward the Women) - 1951r.

Dziś kolejny po Zdarzeniu w Ox-Bow film Williama A. Wellmana czyli Kobiety jadą na zachód (Westward the Women). Film dzieje się w 1851r. i opowiada historię bogatego ranczera, który dorobił się własnej doliny w Kalifornii, gdzie zbudował miasteczko i założył dochodowe pastwiska i farmy. Jedynym, czego brakowało jemu i jego ludziom, by stać się protoplastami mini-cywilizacji na zachodzie, okazały się kobiety, a dokładnie żony. Zlecił więc swemu najlepszemu przewodnikowi, niejakiemu Buckowi Wyattowi (niezły Robert Taylor) misję dostarczenia do doliny setki porządnych kobiet z Chicago.
         I tutaj się zatrzymajmy na chwilę i zastanówmy. Scenariusz, choć pomysłowy, na pierwszy rzut oka wydaje się szalony i niedorzeczny. Po co prowadzić sto czterdzieści kobiet przez kilka tysięcy kilometrów dzikich krain, narażając wszystkich na śmierć (statystycznie ok 20% ludzi ginęło podczas wędrówki na zachód)? Nie ma ich gdzieś bliżej? Nie lepiej poczekać aż same przyjadą? Nie lepiej pozwolić panom szukać pań na własną rękę? Wszystkie te wątpliwości są zrozumiałe, ale spróbujmy teraz wznieść się na kilkaset kilometrów i spojrzeć na tamten skrawek czasoprzestrzeni bardziej globalnie.
           Mamy rok 1851 czyli trzy lata po wybuchu gorączki złota. I choć Kalifornia zawiodła większość pielgrzymów, bo okazało się, że złota jest tam jak na lekarstwo, to jednak wydarzenie to w nowych barwach ukazało światu piękną krainę, odkrytą przez hiszpańskich konkwistadorów ponad trzysta lat wcześniej. Rok po znalezieniu pierwszych samorodków o odkryciu złota obwieścił sam Kongres USA, zachęcając w ten sposób do wędrówki na zachód nie tylko mieszkańców wschodnich stanów, ale i ludzi z całego świata. W ciąg kilkunastu miesięcy ok. 100 000 poszukiwaczy złota znalazło się w Kalifornii, a San Francisco z trzystu-osobowej wioski stało się miastem o liczbie mieszkańców wynoszącej ponad 30 000. Pielgrzymowali głównie mężczyźni, bo wędrówka była daleka, niebezpieczna i nie gwarantowała zarobku. W razie sukcesu, kolejnym etapem działań mogło być ściągnięcie rodziny lub po prostu założenie jej. Nieliczni znaleźli złoto, ale też wielu udało się zarobić na czym innym. Choćby na sprzedaży niezbędnych do wydobycia gadżetów, czy też na dostawie żywności – czytaj spędzie bydła. No i faktycznie w takich właśnie okolicznościach stawia nas w swym filmie Wellman.
         Idźmy dalej. Skoro mamy już tę setkę facetów, którym udało się osiągnąć sukces i założyć intratny biznes w jednej z kalifornijskich dolin – mogli faktycznie zechcieć pomyśleć o ożenku. Jakie mieli opcje? Pierwsza – ruszyć do San Francisco lub innej mieściny związanej z gorączką złota w poszukiwaniu kandydatek. Ale nie oszukujmy się – kobiety z SF to w większości były prostytutki, zarabiające na szukających złota napaleńcach, ew. kabaretowe artystki lub córki bogaczy, szukające ożenku w wyższych sferach. W grę wchodziły też Indianki i Meksykanki, ale jeśli panowie chcieli ślubu z białymi, czystymi moralnie paniami o purytańskim wychowaniu, musieli kombinować inaczej. Można było wybrać się do któregoś ze wschodnich miast na własną rękę, tylko pamiętajmy o sytuacji geopolitycznej. Kanał Panamski powstał dopiero w latach dwudziestych dwudziestego wieku, więc jedyną wówczas drogę morską prowadzącą ze wschodu na zachód stanowiła trasa wokół niesławnego przylądka Horn. Kursowały nią najszybsze żaglowce w historii – czyli klipry. Ale to była podróż bardzo długa (min. 7 miesięcy) i kosztowna. Na pewno nie dla prostego kowboja. Taką podróż można było ew. skrócić do przesmyku panamskiego, gdzie jednak podróżnych czekała wędrówka przez niebezpieczne tereny porośnięte dżunglą. Zostawała więc ostatnia opcja – ściągnięcie kobiet Szlakiem Oregońskim, z jednego z miast Midwestu. W tym wypadku z największego miasta tej krainy czyli z Chicago.
             Sam film jest niezły, zrobiony z rozmachem i zawierający to, co lubię najbardziej – czyli kawałek zobrazowanej historii kolonizacji dzikiego zachodu. Lwia część fabuły to podróż karawany wozów, począwszy od Indepencence, wzdłuż rzek Platte i Sweetwater, przez Przełęcz Południową w Górach Skalistych, aż po szlak Kalifornijski. Pojawia się tu wiele nawiązań do epickich klasyków, takich jak Droga Olbrzymów z 1930r. czy Karawana z 1923r. No i przede wszystkim jest tu wszystko, co takim wyprawom towarzyszyło: ataki Indian, susze, niebezpieczne burze, wypadki, kłótnie, przeprawy górskie itd.
         Główną konkluzją filmu jest przewrotność uczuć. Przewodnik i dowódca wyprawy, Buck Wyatt, pilnuje obyczajowego porządku i stanowczo zakazuje mężczyznom kontaktów z kobietami. Trudy podróży i okoliczności, w jakich postawieni zostają pionierzy, sprawiają ostatecznie, że Buck sam zakochuje się w pięknej i odważnej Francuzce Danone, o której początkowo nie miał dobrego zdania (prawdopodobnie pracowała wcześniej jako prostytutka). Brzemienny jest też fakt, że główny organizator wyprawy, ranczer i biznesmen Roy Whitman (grany przez Johna McIntaire'a) ginie podczas podróży. Jego idea jednak nie umiera – kobiety ostatecznie docierają do Kalifornii.

           Kobiety jadą na zachód to na pewno nie jest film dla poszukiwaczy wątków psychologicznych lub moralizatorskich, pojedynków rewolwerowych czy wojen z Indianami. To western pionierski, gdzie trudy drogi na zachód i życia tam nigdy nie zagłuszą melodii granej przez rodzącą się między ludźmi miłość. Zarówno do siebie nawzajem, jak i do wielkiej, pięknej krainy, która sto lat później stanie się szóstą gospodarką świata. Ot , typowe dla amerykańskich filmów ryzyko, przygoda i patos. Na pewno warte polecenia miłośnikom dzikiego zachodu.

niedziela, 19 lutego 2017

Zdarzenie w Ox-Bow (The Ox-Bow Incident) - 1943 r.

Zdarzenie w Ox-Bow (The Ox-Bow Incident) rozgrywa się w 1885r w Montanie. Górzystym, dzikim stanie, w którym po dziś dzień polowania celebruje się bardziej niż święta. Montana bywała areną przeróżnych westernowych fabuł, bo początki eksploracji dzikiego zachodu związane są ze spływami rzeką Missouri, która w swym górnym biegu przepływa właśnie przez ten stan. Nawiązuje do tego choćby późniejsze Bezkresne Niebo Howarda Hawksa z 1952r. To także w Montanie w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku odkryto złoto, a John Bozman wytyczył trasę, która połączyła Szlak Oregoński ze złotonośnymi terenami, co doprowadziło do wielu konfliktów z miejscowymi plemionami. Po wojnach z Indianami Montana stanęła otworem dla osadników. Pędzono bydło z Teksasu jak w filmie Dwaj z Teksasu Raoula Walsha, a nawet owce, o czym opowiada Montana Raya Enrighta. Ludzie związani z hodowlą i spędem bydła z czasem zaprowadzili tam szereg surowych praw, których łamanie często wiązało się ze stryczkiem. I właśnie w takich ranczersko-kowbojskich realiach rozgrywa się akcja filmu Zdarzenie w Ox-Bow.
         Film wyreżyserował William A. Wellman w 1943 r. i jest to jeden z ciekawszych klasyków tamtego okresu. Nie doceniony w czasach premiery, nieczęsto emitowany w telewizji, ale z uwagi na dramaturgię i trzymającą w napięciu akcję od początku do końca, a także świetną grę aktorską (na czele z Henrym Fondą w roli Gila Cartera) uważany przeze mnie za pozycję obowiązkową dla każdego fana dzikiego zachodu. To nie tylko film o kowbojach, ale i dramat psychologiczny podejmujący tematykę moralności w miejscach i okolicznościach, gdzie zdrowy rozsądek i cierpliwość są wystawiane na ciężką próbę. Można powiedzieć, że to po części western noir, zapożyczający klimat i pewne elementy z czarno-białych, pesymistycznych filmów lat 40'tych.
         Zdarzenie w Ox-Bow w przekazie przypomina mi film z lat pięćdziesiątych pt. Dwunastu gniewnych ludzi, w którym też grał Henry Fonda i który też był raczej kameralny. Porusza podobną tematykę o zawiłej naturze ludzkich instynktów i osądów. Tym razem mamy do czynienia z informacją o zabójstwie farmera i kradzieży jego bydła. Grupa rozwścieczonych mieszkańców, zrażonych opieszałością miejscowego aparatu sprawiedliwości, wyrusza w pościg celem zlinczowania morderców. Gdy już udaje się ich dopaść, nieznajomi twierdzą, że są niewinni. Początkowo nikt nie ma wątpliwości, że złapano morderców, a tylko jeden ze „stróżów prawa” chce doprowadzić oskarżonych przed sąd. Z biegiem czasu w linczownikach zaczynają narastać wątpliwości i grupa dzieli się na dwa przeciwstawne obozy. Nic jednak nie jest w stanie uchronić wszystkich obecnych przed tragicznymi skutkami bezmyślności, fałszywej dumy i chęci zemsty. Symbolem i zbiorem prawd na temat ludzkiej natury i wyższości prawa nad bezprawiem staje się list do żony napisany przez Donalda Martina (świetny Dana Andrews) – szefa trójki oskarżonych.
         Film Wellmana to obraz bardzo dojrzały i z pewnością wpisujący się w katalog nietypowych klasycznych westernów, które stały się wzorem dla późniejszych twórców westernów psychologicznych i antywesternów, takich jak Mann, Boeticher, Fuller czy Peckinpah. Cześć scen i ogólny przekaz to zaprzeczenie wartości promowanych przez główny nurt westernowy lat trzydziestych i czterdziestych, czyli pionierskiego patosu i patriotycznej propagandy. Wellman chwyta widza za gardło niczym szubieniczna lina i pozostawia w dyskomforcie jeszcze na długie godziny po napisach końcowych. Reżyser tym samym udowadnia swoją uniwersalność i odwagę twórczą, a sam film jest niejako "przebłyskiem jutra" czyli obszarem, w który western na pewien czas zabłąka się w przyszłości.
         To także film, w którym nie brak ciekawostek. Warto zwrócić uwagę na młodego Anthony Quinna odgrywającego rolę Juana Martineza, meksykańskiego członka pojmanej trójki. Kolejną rolą drugoplanową, na którą warto zwrócić uwagę jest stary Alva Hardwicke, grany przez Francisa Forda - brata słynnego reżysera Johna.  W tle filmu możemy usłyszeć piękną melodię wywodzącą się z tradycyjnej amerykańskiej piosenki pt. Red River Valley, której tytułem już dwa lata wcześniej nazwano western w reżyserii Josepha Kane'a. Początkowa i końcowa scena Zdarzenia w Ox-Bow to przyjazd do i wyjazd z miasteczka dwójki podróżnych, którzy – choć nie odgrywają większej roli w samych wydarzeniach - niejako stają się "ławą przysięgłych" rozegranego dramatu. Interesujący jest moment, gdy główny bohater dowiaduje się, że jego była dziewczyna została wygnana z miasteczka przez „porządne obywatelki” - mamy więc tu podobną obyczajową sytuację jak w przypadku panny Dallas z Dyliżansu. Najwidoczniej takie praktyki na dzikim zachodzie były normą. Warto też przyjrzeć się końcowym napisom, po których pojawia się komunikat o tym, że piętnaście tysięcy kin sprzedaje znaczki i obligacje wojenne, zachęcając oglądających do ich kupowania, a tym samym wsparcia walczących dzielnie na Pacyfiku amerykańskich chłopców. No w końcu był to 1943r. - środek Drugiej Wojny Światowej.

          Pozycja obowiązkowa.