Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerny Nowoczesne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerny Nowoczesne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 grudnia 2018

Dolina Przemocy (In a Valley of Violence) - 2016r.


Raz na jakiś czas odświeżam sobie subskrypcję Netflixa i „młócę” go ile wlezie przez wykupiony miesiąc, starając się nadrobić wszelkie filmowe braki. Właśnie tam ostatnio trafiłem na western Dolina przemocy (In a Valley of Violence) Ti Westa z 2016r. i co ciekawe bardzo pozytywnie mnie ten film zaskoczył. Dodam, że moja żona uwielbia horrory, a ja mimochodem z nią je oglądam i byłem zdziwiony, widząc w napisach początkowych filmu o dzikim zachodzie nazwisko reżysera, którego kojarzyłem właśnie z tym mroczniejszym gatunkiem. A że wiele dziwnych debiutów westernowych okazywało się całkiem niezłych, i tym razem z ciekawością zagłębiłem się w seans – opłaciło się.
Reżyser, zresztą bardzo słusznie, poszedł w najprostszy możliwy schemat. Jeździec znikąd Paul o niejasnej przeszłości (w tej roli Ethan Hawke) przybywa do wyludnionego miasteczka Denton pod rządami szeryfa Clyda (John Travolta) i bandy rzezimieszków. Przybysz raz dwa popada w konflikt z zakapiorami, co prowadzi do tragicznych zdarzeń i kończy się serią strzelanin. Ot, chyba najbardziej oklepany motyw w historii westernu. A jednak Ti West postanowił zagrać z konwencją w kotka i myszkę, i oprócz kawałka brutalnej sensacji zafundował widzom porcję wyśmienitego antywesternu.
W sumie już od napisów początkowych wiedziałem, że to nie będzie zwykła opowieść o dzikim zachodzie, bo reżyser wystylizował czołówkę trochę na modłę Sollimy czy Corbucciego i trudno było oprzeć się wrażeniu, że wie na czym polega różnica między klasyką, a rewizją gatunku, zarówno tą jadowitą w stylu spaghetti jak i mroczną w stylu Eastwooda. Do tego kompozycje muzyczne, zresztą bardzo dobre, też od razu nasuwały skojarzenia ze spaghetti westernami. Na tym podobieństwa do włoskiej kuchni się kończą, ale to jeszcze nie finisz kulinarnych niespodzianek…
UWAGA SPOILER!
…bo najważniejszą rzeczą, którą reżyser wrzucił na ruszt, był w tym filmie motyw zemsty – czyli chyba najczęstszy schemat westernowych fabuł. Z tą różnicą, że w Dolinie przemocy po raz pierwszy (jeśli było inaczej to mnie poprawcie) główny protagonista postanawia wymordować bandę złoczyńców za to, że mu zabili psa (suczkę Abby).
KONIEC SPOILERA!
         Oprócz fajnej muzyki na plus zdecydowanie malownicze zdjęcia. Do tego pomysł, o którym wspomniałem w akapicie wyżej, a także kilku całkiem nieźle rozpisanych bohaterów. Jeśli chodzi o grę aktorską to najbardziej podobał mi się debiutujący w westernowych klimatach John Travolta. Co do samych postaci to najlepszy był zdecydowanie Paul grany przez Hawke’a, choć Pan Ethan jakoś specjalnie się tu nie napocił. Mimo wszystko jego kreacja jak i sam film wypadły dużo lepiej niż nakręcony w tym samym roku remake Siedmiu wspaniałych, którego po prostu nie dało się oglądać.
UWAGA TROCHĘ-SPOJLER!
         Postać głównego protagonisty od samego początku została umiejętnie przykryta kotarą mrocznej przeszłości, której skrawki reżyser odsłonił w dalszej części filmu. Skrawki dosłownie – bo dostaliśmy serię nocnych przebitek z czasów służby wojskowej. I to wg mnie jest najlepsza scena filmu – przedstawiono zaledwie migawki, ale możemy z nich czytać jak z otwartej księgi. Niebieski mundur kawalerzysty i martwi Czerwonoskórzy od razu dają do zrozumienia, że Paul zajmował się pacyfikacją indiańskich wiosek. Początkowo sądziłem, że mogła być to Masakra nad Sand Creek dokonana przez milicję stanu Colorado, ale biorąc pod uwagę słowa wypowiedziane przez szeryfa odnośnie karabinu Springfield (zapewne Springfield model 1873, który rządził w czasach wojen z Indianami), musiało to być już przynajmniej dekadę po wojnie domowej. Na co wskazywałoby wyludnione miasteczko Denton, mające za sobą świetność z czasów wydobycia srebra. Tak więc Paul należał do któregoś z pułków oczyszczających po Wojnie Secesyjnej nowo zasiedlane ziemie z Indian. Po pamiętnej nocy postanowił rzucić ten haniebny fach i uciec do Meksyku. No i proszę - pośród tej prostej fabuły dostajemy tomy treści do przemyślenia. W opisanej wyżej scenie do rangi symbolu urasta szczekanie indiańskiego pieska, którego Paul przygarnia i traktuje jak członka rodziny. Zastępuje mu on bliskich, ale jest też czymś w rodzaju długu przeklętego. I nagle uświadamiamy sobie, że ten karykaturalny z pozoru pomysł na film nabiera zupełnie innego znaczenia. Gdzieś wtedy przypomniała mi się Krew za krew, w której retrospekcje z czasów wojny całkowicie odmieniły postrzeganie przedstawionej fabuły, a kilkoma scenami i postaciami debiutujący reżyser wysmażył kawał krwistego steka. Tutaj stek jest trochę bardziej wysmażony, ale też smaczny.
KONIEC TROCHĘ-SPOJLERA!
Poza Paulem, o którym można by pisać godzinami, jest kilka innych symbolicznych postaci. Zły szeryf-Travolta jest w pewnym sensie karykaturą złego szeryfa z czasów rewizji. Jest kaleką i tak naprawdę wszystko chce rozwiązywać polubownie. W sumie to chyba najbardziej pozytywna postać w tym filmie. Bo nawet pozornie dobroduszna Mary Ann okazuje się zdolna do wszystkiego i całkiem bezpruderyjna. Ona i jej siostra to zdecydowanie antywizerunek kobiet zachodu. Bohater o ksywce Baryła (Tubby) - nawiązujący do często pojawiających się w westernach krępych lecz niezbyt rozgarniętych pomagierów antagonistów – w pewnym momencie filmu wygłasza manifest związany ze swoim pseudonimem i rolą jaką pełni w całym tym zamieszaniu. Przyznam, że to jedna z najzabawniejszych scen filmu.
Bardzo szanuję scenarzystów, którzy potrafią zrobić coś z niczego (tutaj scenariusz jest dziełem samego reżysera). Na pierwszy rzut oka w przedstawionym uniwersum nie ma nic ciekawego, a w historii nic nowego. I mało kto cokolwiek oprócz akcji w tym filmie widzi. Dla przykładu proponuję poczytać sobie recenzje „ekspertów” z Rotten Tommatoes, z których część nie ma bladego pojęcia, na czym polega istota amerykańskiego westernu. A wystarczy tylko dobrze przyglądać się szczegółom, wyraźnie wsłuchiwać w dialogi, których jest tutaj sporo, żeby dowiedzieć się wszystkiego o miasteczku, jego historii, urzędujących tam rezydentach, głównym bohaterze, historii okolicy. Psia krew, dostajemy tak naprawdę burzliwe dzieje południowego zachodu w pigułce.
Jedyne czego zabrakło, żebym film zaliczył do naprawdę dobrych, to odrobina bardziej profesjonalnej scenografii, więcej rozmachu przy ozdabianiu i dekorowaniu miasta, domów, ubieraniu bohaterów. Trochę to momentami pachniało kinem klasy B, ale tylko momentami. Można byłoby też do tego dołożyć nieco więcej wiary w jakość własnych ról przez aktorki. Obie główne kobiece role wypadły nieco sztucznie, choć bardziej tyczy się to panny Ellen (Karen Gillian), bo młodsza z sióstr czyli Mary Ann (Taissa Farmiga) udała się trochę lepiej.
Dolina przemocy to nie jest western, o którym filmowi krytycy będą się rozpisywać, ale dla mnie, skromnego badacza gatunku – jest to coś co obejrzałem z dużą satysfakcją, bo od napisów początkowych do ostatniej sceny otwierały się w mojej pamięci szufladki z tytułami innych, wcześniejszych, większych, starszych, ważniejszych opowieści o dzikim zachodzie. Polecam.



sobota, 14 października 2017

Deadwood (Serial), lata 2004 - 2006

Szukając w filmach o dzikim zachodzie drobiazgowej obyczajowości, niezłej scenografii, postaci i wydarzeń historycznych, warto skierować się w stronę serialu Deadwood. To realistyczna wizja gorączki złota Gór Czarnych, a zarazem perypetii setek pionierów, którzy w pierwszej połowie lat 70'tych XIXw., ruszyli na terytorium dzisiejszej Dakoty Południowej w poszukiwaniu szczęścia. Założyli owiane złą sławą miasteczko, gdzie nie obowiązywało prawo USA i do którego zjechało wiele ówczesnych sław dzikiego zachodu, jak Dziki Bill Hickok, Seth Bullock czy Calamity Jane. Serial składa się z trzech sezonów nakręconych w latach 2004 – 2006, a każdy sezon z dwunastu odcinków, co w sumie daje solidną porcję ponad trzydziestu godzin oglądania.
         Twórcą serialu jest David Milch, a autorem pilotowego odcinka Walter Hill, czyli reżyser, dla którego western to chleb powszedni. Na swoim koncie miał wtedy takie tytuły jak Straceńcy (Long Riders) z 1980, Geronimo z 1993r., czy oparty na fabule leonowskiego Za garść dolarów, film gangsterski Ostatni Sprawiedliwy (Last Man Standing) z 1996r. Ponieważ pilot wypalił – serial wyprodukowano z pełną parą. Oprócz Hilla za reżyserię odcinków odpowiada szeroka grupa reżyserów, spośród których najczęściej pojawia się nazwisko Eda Bianchi.
         Mamy tu do czynienia z szerokim wachlarzem ludzkich charakterów i pełnym przekrojem warstw społecznych, biorących udział w ujarzmianiu zachodu. Tym niemniej główny nacisk położono na mechanizmy powstawania nowomiasteczkowego społeczeństwa. Kształtowania się establishmentu, na który składały się zarówno dobrze sytuowane osoby ze wschodu, potentaci górnictwa jak i poszukiwacze przygód czy zwykli kryminaliści. Z drugiej strony nie dostajemy w serialu zbyt wielu scen sensacyjnych jak strzelaniny, pościgi czy napady. Więcej tu szemranych interesów i podrzynań gardeł, no i jak to w codziennym życiu bywa, bardziej emocjonujące wypadki zdarzają się rzadko – raz na kilka odcinków.
          Dobór obsady wydaje się trafiony w dziesiątkę. Spośród aktorów w oczy najbardziej rzuca się Ian Mcshane grający Alla Swearengena – właściciela burdelu Gem Theater, który to przybytek, niczym ratusz, stanowi punkt centralny miasta, a zarazem miejsce podejmowania najważniejszych decyzji dotyczących życia mieszkańców. All Swearengen przypomina postać opisywaną na kartach historii – jest charyzmatycznym brutalem obdarzonym ponadprzeciętną przenikliwością. Jest to typ człowieka, który na swoje barki bierze zarówno zawieranie skomplikowanych politycznych sojuszów, jak i ścieranie z podłogi plam krwi po zadźganych nożem nieszczęśnikach. Postać z krwi i kości i jeden z najlepiej rozpisanych bohaterów serialowych jakich miałem okazję oglądać.
         Swearengen to nie jedyna postać historyczna. W pierwszym sezonie pojawia się Dziki Bill Hickok (w którego wcielił się Keith Carradine), a wraz z nim Calamity Jane (świetnie zagrana przez Robin Weigert). Perypetie tej dwójki zupełnie nie przypominają obrazu wykreowanego przez klasyczne westerny. Szczególnie nadużywającej alkoholu Jane poświecono w serialu sporo miejsca, a Weigert gra we wszystkich trzech sezonach i w zasadzie pojawia się w każdym odcinku. Znaną postacią prawdziwego Deadwood jest też szeryf Seth Bullock – w tej roli wystąpił Timothy Oliphant (Hitman, serial Justified). To też bardzo ważna dla Deadwood postać i sądzę, że początkowo scenarzyści planowali poświęcić mu więcej stron w zeszycie, ale w naturalny sposób ten przywilej odebrał mu All, kradnąc show. W trzecim sezonie pojawiają się nawet bracia Wyatt i Virgil Earp – co faktycznie miało miejsce w prawdziwym Deadwood, choć z tego co czytałem Bullock umiejętnie zniechęcił słynnego szeryfa do pozostania w Black Hills i ten szybko wrócił do Dodge City. Także i w tym przypadku realizm, z jakim twórcy podeszli do kreowania postaci, da się we znaki osobom przyzwyczajonym do Wyatta Earpa spod znaku Henry Fondy, Kevina Costnera a nawet Kurta Russela. Poza tym pojawia się cała plejada pobocznych postaci, reprezentujących typowe dla westernowych realiów zawody i charaktery.
         Nakręcono trzy sezony Deadwood i wszystkie są dosyć równe. Trzeci sezon, choć bardzo ciekawy fabularnie, cechuje pewne wyczerpanie pierwotnej koncepcji, a tym samym stagnacja – być może to było powodem zakończenia serii na trzecim sezonie. Kolejną przeszkodą stał się niesławny strajk scenarzystów Hollywood, który na kilka lat sparaliżował serialowe produkcje. Dodatkowo w Deadwood koncentracja na perypetiach wąskiej grupy bohaterów, umiejscowionych w zasadzie w jednym miejscu (w kilku lokalizacjach, takich jak Saloon Swearengena, miejscowy Hotel, Sklep z narzędziami szeryfa, itp.) sprawiła, że zastępczy scenarzyści nie byli w stanie wyciągną z tego niczego więcej. Może gdyby serial nieco bardziej globalnie i terytorialnie podchodził do gorączki złota i sporu o Góry Czarne, gdyby oferował więcej plenerowej rozgrywki, więcej typowo westernowej akcji, więcej Indian (jak to było w pierwszym sezonie, gdzie mieliśmy walkę Bullocka z Indianinem w górach; napad na szwedzką rodzinę; czy morderstwo na złotonośnej działce) – łatwiej dałoby się zrobić z niego wielosezonowego tasiemca. Potencjał na pewno był.

         Nie mam zamiaru rozpisywać się o poszczególnych wątkach i postaciach, więc w tym miejscu po prostu powiem pass i dodam, że gorąco polecam sprawdzić serial osobiście, bo warto.

.


sobota, 19 sierpnia 2017

Młode Strzelby II (Young Guns II) - 1990r.

Pierwsza część Młodych Strzelb osiągnęła nadspodziewany sukces. Losy grupy młodych rewolwerowców na czele z Billy Kidem rozpaliły wyobraźnię pokolenia końca lat 80'tych. Studio Morgan Creek nie mogło nie pójść za ciosem, bo scenariusz części pierwszej rozpisano umiejętnie, zostawiając otwartą furtkę dla kontynuacji. Tak też się stało. Przy realizacji filmu Młode Strzelby II (Young Guns II) z 1990r. pozostawiono głównych autorów sukcesu - scenarzystę Johna Fusco i trzech najbardziej charyzmatycznych bohaterów pierwszej części, granych przez aktorów: Emilio Esteveza, Kiefera Sutherlanda i Lou Diamonda Philipsa. Wymieniono reżysera na Geoffa Murphy, Nowozelandczyka o głodzie hollywoodzkich sukcesów i predyspozycjach do łączenia kina akcji z ponadczasowym uniwersalizmem niezbędnym w mainstreamowych dziełach. Do tego kociołka dorzucono duet John Bon Jovi Alan Silverstri, czyli speca od muzyki pop i speca od filmowych partytur. To oni odpowiadają za ścieżkę dźwiękową. Na koniec wzmocniono obsadę z jednej strony wschodzącymi gwiazdami jak Christian Slater, Viggo Mortensen i William Petersen, z drugiej strony weteranem obrazów o dzikim zachodzie Jamesem Coburnem. Subtelnie zapożyczono sprawdzone motywy z dwóch kultowych westernów, by jednocześnie przewrócić do góry nogami zdawałoby się wyeksploatowaną legendę o Billy Kidzie. Czy zamierzenie się udało?
         Głowna akcja toczy się rok po oblężeniu domu Alexandra McSweena, które to wydarzenie uważa się za koniec wojny w Hrabstwie Lincoln. Regulatorzy przegrali wojnę, ale mocno zatrzęśli grupą z Santa Fe. Teraz, podobnie jak niedobitki z gangu Lawrence'a Murphy, zajmują się kradzieżą bydła, a sam Billy Kid jest bohaterem książek za pięć centów kupowanych we wschodnich miastach, gdzie nazywa się go „księciem rewolwerowców”. Bezprawie toczące Nowy Meksyk doskwiera wielkim ranczerom takim jak John Chisum. Zawiązuje się nowa koalicja przeciwników Billy Kida, która nominuje na stróża prawa jego bliskiego wspólnika, Pata Garretta. Zadaniem nowego szeryfa jest schwytanie lub zabicie słynnego bandyty. Billy, mimo gróźb urzędników, rad Garretta i próśb najbliższych przyjaciół, postanawia zostać w rodzinnych stronach i dokończyć dzieła zapoczątkowanego przez Regulatorów...
         No cóż, trudno pisać o sequelu, bo fabularnie zwykle lepsze są pierwsze części. Podobnie jest w tym dyptyku. Wydarzenia napisane przez życie i znane powszechnie – czyli wojnę Chłopców i Regulatorów zinterpretowano w pierwszej części. W dwójce autorzy skoncentrowali się na czasach z życia Billy Kida, o których wiadomo mniej. Tym samym pole do popisu dla scenarzysty i reżysera było dużo szersze. Fusco częściowo wziął za wzór Sama Peckinpaha i jego nihilistycznego Pata Garretta i Billy Kida. I znowu udało mu się wszystkich zaskoczyć. Co prawda, na wzór wielkiego poprzednika, Billy Kid też odbywa tu obłąkańczą podróż na spotkanie śmierci z rąk Pata Garretta, ale nie to jest najważniejsze. Te wydarzenia okazują się tylko podzbiorem szerszej fabuły, której głównym bohaterem jest starzec w latach trzydziestych dwudziestego wieku, podający się za Henry'ego McCarty'ego alias William H. Bonney. I to on, na wzór Jacka Crabba z Małego Wielkiego Człowieka opowiadającego o czasach Custera, rozpoczyna niewiarygodną opowieść o wydarzeniach z Nowego Meksyku. Historia ostatnich dni Billy Kida (zresztą na rok 1990 nie bezpodstawnie) zostaje podważona. Dlatego western Młode strzelby II w przeciwieństwie do pierwszej części wskakuje też do kategorii „antywesterny”.
         Film odniósł sukces komercyjny, choć i tym razem w ślad za dolarami nie poszedł większy sukces artystyczny. Młode strzelby II przede wszystkim utrzymują charakter sensacyjno-rozrywkowy i dają mocnego kopa butami młodocianych rzezimieszków. Fusco zaadaptował dzieje kolejnego bandyty tamtych czasów, czyli „Dirty” Dave’a Rudabaugha (tutaj Arkansas Dave), w którego wcielił się Christian Slater, dotrzymując kroku Estevezowi, Sutherlandowi i Philipsowi. Rudabaugh w pewnym okresie swego życia faktycznie należał do tego samego gangu co Billy Kid, choć nic mi nie wiadomo o tym, żeby aspirował do bycia hersztem (z czego zresztą w filmie zrobiono zabawną zagrywkę). Też ścigał go Garrett, też brał udział w ucieczkach z rąk linczowników itd. Tak więc splecenie jego historii z ex-Regulatorami wyszło bardzo zgrabnie. Tym bardziej, że ostatecznie udało mu się zbiec do Meksyku, gdzie po krótkiej działalności miejscowi ucięli mu głowę i wywiesili publicznie ku przestrodze dla innych bandytów. Świetnie do tego nawiązuje końcowa scena ze Slaterem, a sam Arkanso Dave to moja ulubiona postać z tego westernu.         
         Chavez y Chavez i Doc Scurloc w rzeczywistości nie zginęli w tamtym okresie, tylko dożyli starości. W filmie dodano sceny ich śmierci, żeby obraz nabrał dramaturgii. Z drugiej strony wydaje mi się, że zrobiono to z myślą o zachowaniu równowagi, którą mocno nadwyrężyła koncepcja ocalenia Billy’ego. Gdyby widź dostał western, w którym wszyscy wyjęci spod prawa „protagoniści” przeżywają – to tak jakby bez konsekwencji kalorycznych mógł się opychać pączkami z lukrem. Nikt by w to nie uwierzył. A tak – gdy pomyślimy, że długi żywot Kida został okupiony śmiercią najbliższych przyjaciół – wychodzi to całkiem wiarygodnie.
         Postać Pata Garretta jest moim zdaniem świetna. Petersen zaczerpnął zawziętość i hardość z poprzednika granego przez Coburna, ale pozostał tanim koniokradem. Czuć jego przywiązanie do ziemi, ludzi, czuć jego rodowód złodzieja bydła, nieumiejętnie ukryty pod warstwą nowego ubioru i fryzury. Wprowadzone przez twórców zmiany w usposobieniu słynnego szeryfa w pewnym sensie usprawiedliwiają scenariusz i zwrot akcji pod koniec filmu. Tym niemniej, myślę że hołdem dla coburnowskiego Garretta było obsadzenie pana Jamesa w roli Johna Chisuma. To tak jakby twórcy chcieli powiedzieć: „ok, macie tu świeżego, przebojowego Pata, ale nie zapominajcie o monumentalnym klasyku”.
         W oczy rzuca się postać Toma O’Folliarda, granego przez piętnastoletniego Balthazara Getty, którą u Krawego Sama grał trzydziestosześcioletni Rudy Wurlitzer. Dwie zupełnie inne koncepcje, prawda? Z tym że mi on bardziej przypomina Aliasa granego przez Boba Dylana. Też początkowo kręci się po okolicy, by ostatecznie przyłączyć się do bandy. Niestety ten bohater najbardziej odbiega od historycznego wzorca. O'Folliard był najlepszym przyjacielem, a zarazem rówieśnikiem Billy Kida, pochodził z Teksasu a nie z Pensylwanii, brał udział we wcześniejszych wydarzeniach wojny w Hrabstwie Lincoln i miał ok. dwudziestu dwóch lat gdy zginął (w filmie niespełna piętnaście).
         Sam Billy Kid w drugiej części już nieco bardziej przypomina kristoffersonowego bohatera. Może nie tyle z gry Esteveza, która jest oryginalna, co z kierunku, w jakim zmierza jego bohater. Nie dociera do niego co się tak naprawdę dzieje – zamiast uciekać, woli krążyć wokół Fortu Sumner – jak rozwścieczony kojot goniony przez stado dzikich psów. Chce dokończyć dzieła, choć nikt tak naprawdę już nie pamięta, o co toczy się cała zadyma. Ten nihilizm, choć nie tak duży jak u Peckinpaha, to zresztą atut omawianego filmu i samego głównego bohatera.         
         No i muzyka. Dla mnie ścisła czołówka westernowych soundtracków. Oczywiście nie sposób porównywać nowoczesnych brzmień spod batuty Alana Silverstri i strun Johna Bon Jovi z eleganckimi partyturami Dimitri Tiomkina, Elmera Bernsteina czy Maxa Steinera albo jadowitymi kompozycjami Ennio Morricone, bo to różne światy i koncepcje. Tym niemniej jest to ścieżka dźwiękowa, dla której warto wracać do tego obrazu. Nie bez kozery piosenka promująca film czyli Blaze of Glory zdobyła Złotego Globa, nominację do Oscara i Grammy, a cała ścieżka dźwiękowa i reszta piosenek trzymają podobny, wysoki poziom. Z kolei ja osobiście od dawna mam w telefonie ustawiony dzwonek z wątku przewodniego Młodych Strzelb II autorstwa Alana Silvestri i gdyby ktoś chciał też mieć taki sam, to jest to na płycie utwór nr 2 pt. Historical Fact.
         Co na minus? Trudno powiedzieć. Może trochę, podobnie jak w pierwszej części, odmłodzenie głównych bohaterów w celu skomercjalizowania filmu. Choć wiem, że to naciągany zarzut. W końcu artyści tworzą swoje dzieła, żeby docierały do jak największej liczby odbiorców i zarabiały jak najwięcej pieniędzy. A tych jest mnóstwo w rozrzutnych kieszeniach młodzieży i lubiących spełniać ich zachcianki rodziców. Momentami może za dużo poczucia humoru, bo ono nie zawsze służy surowemu wizerunkowi dzikiego zachodu. Trochę mniej akcji niż w pierwszej części, choć zastąpiono to innymi walorami. Więcej się czepiać nie będę, bo jednak jest to film przede wszystkim rozrywkowo-sensacyjny i swoją rolę spełnia.
         Na koniec jeszcze tylko mój ulubiony cytat z Billy Kida:


Zapamiętaj sobie jedno, Pat. Ludziom, których nie lubię, nie kradnę koni.”



piątek, 28 lipca 2017

Młode Strzelby (Young Guns) - 1988r.

W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku do USA napłynęła wielka fala imigrantów, głównie Irlandczyków. Ameryka błyskawicznie się rozwijała i potrzebowała nowych obywateli, ale to wcale nie znaczy, że witała ich z otwartymi ramionami. Tłoczyli się w metropoliach takich jak Nowy Jork, zasilając tamtejsze slumsy i pracując za minimalną płacę lub organizując się w gangi. Po jakimś czasie każda ulica i skwer miały swój gang, a nad każdą dzielnicą opiekę roztaczała jakaś wpływowa grupa. W czasie Wojny Secesyjnej, gdy przemysł pracował pełną parą i modna stała się walka o prawa pracownicze, ex-gangsterzy pełnili już istotne role w związkach zawodowych, a po wojnie byli już establishmentem, zajmującym się polityką i obstawiającym najważniejsze stanowiska państwowe. To głównie oni, na czele kolejnych fal przybyszów, ruszyli na podbój dzikiego zachodu w drugiej połowie XIXw. Gang - jako model organizowania się amerykańskich imigrantów - funkcjonował najpierw w slumsach, potem w masowych organizacjach społecznych, a na końcu wśród uprzywilejowanych elit sprawujących władzę na nowo zasiedlanych terytoriach takich jak Nowy Meksyk. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wojna w Hrabstwie Lincoln to nic innego jak walka dwóch dużych gangów: „Chłopców” sympatyzujących z katolickimi-irlandzkimi elitami, którym przewodzili James Dolan i Lawrence Murphy oraz „Regulatorów” związanych z nową falą protestanckich biznesmenów i ranczerów, na czele których stali John Tunstall, Alexander McSween i John Chisum.
         I mniej więcej w takich realiach spotykamy się z bohaterami dyptyku Młode Strzelby I i II (Young Guns I, II), w którym dosyć kompleksowo podjęto temat Billy Kida. Zebrano tu do kupy zarówno fakty i postaci historyczne (naciągnięte nieco na potrzeby fabuły), legendy, jak i pewne kwestie sporne dotyczące tożsamości i niektórych szczegółów z życia słynnego bandyty. Tym niemniej oba filmy to raczej przedsięwzięcia widowiskowe, mające na celu zachęcić pokolenie młodzieży przełomu lat 80'tych i 90'tych do nowego westernowego otwarcia. Co zresztą się udało, bo filmy osiągnęły sukces. W obu z nich scenariusze umiejętnie naginają prawdę, żeby wycisnąć maksimum wrażeń. Nie ma tu zbyt wiele rewizji gatunku, czy głębszych prób ugryzienia intencji bohaterów – ot czysta rozrywka, ale zrealizowana w niezłym stylu i z dbałością o odwzorowanie ówczesnych realiów.
         Pierwsza część Młodych Strzelb ukazała się 1988r., a wyreżyserował ją Christopher Cain. Fabuła jest zbliżona do innych podejmujących historię Billy Kida. Młody bandyta (świetny Emilio Estevez) przypadkowo trafia do frakcji Johna Tunstalla (Terence Stump) w okresie walki między nim a Lawrancem Murphym (Jack Palance) o duży kontrakt dla armii. Murphy, reprezentujący wpływowych skorumpowanych funkcjonariuszy hrabstwa – tzw. „układ z Santa Fe” – dąży do zniszczenia konkurenta wszelkimi możliwymi sposobami. Ambicje Tunstalla sięgają jednak wysoko, więc Murphy wysyła swych ludzi, by go zamordowali. Ponieważ nikt w Lincoln nie jest w stanie wyegzekwować prawa na potentacie, zaprzysiężeni zostają „Regulatorzy” - młodociani wychowankowie Tunstalla. Billy Kid wraz z kumplami rozpoczynają krwawą zemstę na zabójcach mentora, a następnie szaloną ucieczkę przed stryczkiem.
         Dla mnie największym plusem filmu jest Emilio Estevez w roli Billy Kida. To najbardziej przekonujący Henry McCarty a.k.a. William H. Bonney jakiego zrodziło kino. Ani Johny Mack Brown, ani Jack Buetel, ani Paul Newman, ani Geoffrey Deuel, ani Kriss Kristofferson nie wyłuskali z tej postaci tyle wiarygodnej energii. Wszyscy wyżej wymienieni aktorzy, łącznie z Estevezem, grając Billy Kida mieli w czasie premiery przynajmniej dwadzieścia sześć lat. Ale tylko Estevez wyglądał na te dziewiętnaście, które wówczas miał Billy. Na dodatek gra starszego z synów Martina Sheena dobrze wyraża genezę sławy bandyty z Nowego Meksyku – szaleńcze ADHD w połączeniu z charyzmą i odrobiną szczęścia. To zdecydowanie najlepsza rola w życiu tego aktora.
         Jak dobry nie byłby Emilio Estevez, w swoich czasach Młode Strzelby stanowiły raczej film młodzieżowy – mający na celu odwzorowanie w scenografii dzikiego zachodu ówczesnych nastolatków z ich problemami i nową falą buntu. Mamy tu tym samym highschoolowe schematy takie jak „intrygujący nowy uczeń” (Billy – Emilio Estevez), „zakochany poeta” (Doc – Kiefer Sutherland), „odmieniec” (Chavez – Lou Diamond Philips), „nieśmiały prawiczek” (Charley - Casey Siemaszko), „kapitan drużyny” (Brewer – Charlie Sheen) itd. Film naszpikowano młodymi, wschodzącymi gwiazdami hollywoodu, co uwydatniło głos nowego pokolenia. Te zabiegi w połączeniu z dużym nakładem i widowiskowością, odsunęły na drugi plan wartości artystyczne obu części Młodych Strzelb, ale sprawiły, że filmy te okazały się oglądalne i praktycznie się nie starzeją. W pewnym sensie wciąż są aktualne, a powyższe schematy można dopasować do kolejnych pokoleń.
         Mimo naginania faktów historycznych na potrzeby widowiskowości, uważam że scenarzysta John Fusco i reżyser Christopher Cain spisali się nieźle jeśli chodzi o oddanie realiów wojny w Hrabstwie Lincoln. W zgrabny sposób, za pomocą treściwych dialogów i kilku początkowych scen, widz zostaje wprowadzony w podłoże konfliktu i dobrze się w nim odnajduje. Każda kolejna scena w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do prawdziwych wydarzeń, a każda z postaci dysponuje atrybutami swojego prawdziwego odpowiednika. Największa rozbieżność jest u Johna Tunstalla, granego przez pięćdziesięcioletniego wówczas Terence'a Stampa (w rzeczywistości Tunstall zginął w wieku dwudziestu czterech lat). Reszta aktorów dobrana jest właściwie. Tym niemniej nie ma tu obiektywnego spojrzenia – Billy Kid, niczym Robin Hood, jest idolem gminu, a frakcja Regulatorów z góry ustawiona zostaje po tej „dobrej” stronie konfliktu, walcząc niejako o słuszną sprawę. Tym samym Młode Strzelby niczym pod tym względem nie zaskakują.
         Nie będę porównywał tego westernu z innymi filmami o Billym Kidzie, bo to nie ma większego sensu. Nie o to tu chodzi. Mogę napisać tylko, że mi się ta interpretacja podoba, a ponieważ w czasach premiery byłem dzieciakiem – dochodzi też pewien sentyment. Co ciekawe, sequel Młode Strzelby II podoba mi się jeszcze bardziej, bo oprócz wszystkiego o czym pisałem wyżej, doszły tam elementy polemiki z klasycznymi obrazami, a także genialna ścieżka dźwiękowa autorstwa Allana Silverstri, którą uważam za jedną z najlepszych w historii westernu. No ale o tym filmie kiedy indziej.

         A wy co myślicie o Młodych Strzelbach?


sobota, 11 lutego 2017

Zjawa (The Revenant) - 2015r.

Najciekawszym momentem świąt okazał się esemes od kolegi, który napisał mniej więcej tak: „Cześć. Oglądam Zjawę. Spoko film. Klimaty Ostatniego Mohikanina”. Po przeczytaniu tego esemesa powiedziałem: „O nie!”. To ja, fan westernów, ciągle nie obejrzałem Zjawy, a mój kumpel, interesujący się nimi dużo mniej, już tak? I do tego jest to klimat Ostatniego Mohikanina, którego uwielbiam? Film od dłuższego czasu znajdował się u mnie w domu na półce z kolekcją westernów DVD, a że miałem wolne – zacząłem oglądać.
          Zjawa (The Revenant) to film z 2015r., wyreżyserowany przez Alejandro Gonzaleza Inarritu, który w ostatnich latach osiągnął spore sukcesy filmowe (Oscarami oprócz Zjawy nagrodzono także inny jego film Birdman z 2014r.). Tym bardziej zasiadłem do seansu z zapałem i dreszczem emocji. Gdy skończyłem oglądać, początkowo chciałem napisać koledze od esemesa, że się mylił, a zbyt wiele podobieństw do filmu Michaela Manna nie ma. Potem jednak zreflektowałem, uznając, że porównanie Ostatniego Mohikanina i Zjawy to świetny pretekst, żeby napisać notkę o różnicach między okresami w historii podboju USA. No i oczywiście o samym filmie też.
         No więc Ostatni Mohikanin to opowieść, która dzieje się na terenie prowincji Nowy Jork w czasie Wojny Siedmioletniej rozgrywanej między Francją a Wielką Brytanią o dominację w Ameryce Północnej. Z westernowego punktu widzenia to w pewnym sensie pierwszy etap podboju. Nie było wtedy jeszcze Stanów Zjednoczonych, choć wygrana Brytyjczyków z Francuzami scementowała Trzynaście Koloni i wytworzyła w nich poczucie odrębności i przynależności terytorialno-obyczajowej.
         Mijały kolejny dziesięciolecia. Wojna o niepodległość USA, a następnie Wojna Brytyjsko-Amerykańska o Kanadę dokończyły dzieła konsolidacji nowego narodu, co z kolei umożliwiło eksplorację terenów między pasmem Apallachów a rzeką Missisipi. Do tego, na początku XIXw. Napoleon Bonaparte sprzedał Amerykanom Francuską Luizjanę – czyli ogromne terytorium rozciągające się w dorzeczu rzek Missisipi i Missouri, potocznie zwane Wielkimi Równinami. Ten moment śmiało można uznać początkiem podboju klasycznego dzikiego zachodu, bo na drodze Amerykanów do zagarnięcia nowych ziem stali już tylko Indianie.
         I właśnie w tych realiach toczy się akcja Zjawy. Wielkie Równiny, które jeszcze sto lat wcześniej były prawie niezamieszkane, wtedy już znajdowały się w rękach kilkunastu potężnych plemion indiańskich wypartych ze wschodu przez białych. Mieli oni do dyspozycji dzikie konie, których dwieście lat wcześniej w Ameryce w ogóle nie było. Teraz po prerii beztrosko hasało kilkumilionowe stado mustangów - rasy, która przypadkowo powstała jako potomna sprowadzonych z Europy koni używanych przez hiszpańskich konkwistadorów.
        Najszybszym i najbezpieczniejszym sposobem eksploracji nowych terenów były spływy rzekami. W ten sposób przemieszczała się pierwsza amerykańska wyprawa do wybrzeży Pacyfiku, zwana Ekspedycją Lewisa i Clarka. Za nią ruszyły kolejne wyprawy w górę Missouri, finansowane przez koncerny zajmujące się pozyskiwaniem zwierzęcych futer. Wyprawy te miały ogromne trudności z poruszaniem się poza korytami rzek i to moim zdaniem świetnie w Zjawie przedstawiono. Zresztą podobnie jak w pierwowzorze Zjawy czyli filmie Człowiek w dziczy Richarda C. Sarafiana z 1971r., gdzie na początku mamy pamiętną scenę "przenoski" (czyli czynności transportowania lądem barki w miejscach, gdzie rzeka była nieżeglowna). Krótko mówiąc, bez barki biali byli tam trupami. No chyba że mieli w swoich szeregach legendarnego trapera i przewodnika takiego jak Leonardo DiCaprio... o przepraszam, takiego jak Hugh Glass.

         Przygoda Glassa z 1823r. to rzeczywiście historia niewiarygodna i nie dziwię się, że napisano o tym książki i nakręcono filmy. Fabuła Zjawy, oparta na powieści Michaela Punke pt. The Revenant: A Novel of Revenge, koncentruje się na „zmartwychwstaniu” słynnego trapera i tułaczce przez Dakotę w poszukiwaniu zemsty. Fabuła jest prostolinijna i bardzo zwarta - momentami przepleciona wymownymi w przekazie migawkami z przeszłości Glassa - by nadać tej postaci nieco więcej głębi. Ten zabieg przypomina trochę western Krew za krew Davida von Anckena z 2007r., gdzie też wartką, surwiwalową fabułę dopełniały drastyczne flashbacki z przeszłości. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest widowiskowość i dynamika filmu. Minusem fakt, że o przedstawionych postaciach dowiadujemy się niewiele. Szkoda, że to nie traperska epopeja wykorzystująca przypadek Glassa jako jeden z wielu wątków. Większość nieamerykańskich widzów (a pewnie i mnóstwo Amerykanów) pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, kim był James "Jim" Bridger (niezły Will Poulter), a być może jest to postać nawet ważniejsza niż Hugh Glass. No ale to już takie moje prywatne pobożne życzenia - nie mające nic wspólnego z oceną wartości artystycznej filmu.
        Ponieważ jest już kilka lat po premierze - a ja nie zajmuję się anonsowaniem filmów do oglądania tylko ich analizą, dodam, że wynik sceny kulminacyjnej nie jest zgodny z rzeczywistością (film aspiruje do opartego na faktach). W rzeczywistości było tak, że Glass darował życie obu oprawcom. Bridgerowi, bo był jeszcze młody i głupi, a Fidzgeraldowi (świetny Tom Hardy), bo ten z kolei odbywał czynną służbę w armii USA i zabójstwo mogło nieść za sobą dalece idące konsekwencje prawne.
        Nie ma co narzekać, bo drobne minusy w żadnym wypadku nie zakrywają plusów. Piękne, klimatyczne zdjęcia, momentami wręcz kontemplacyjne. Rewelacyjna scenografia - oddanie detali wyglądu i zachowania ludzi pogranicza; sprzętu i broni; strategii działania; stosunków między poszczególnymi bohaterami i poszczególnymi nacjami. Odrobina metafizyki i lawirowania na granicy życia i śmierci - nieodłącznego elementu świata Indian i żyjących wśród nich białych. Kilka świetnych postaci, na czele z Glassem i na wpół szalonym wodzem Indian poszukującym córki (genialny Duane Howard). Świetna gra DiCaprio (nie rozumiem narzekań i stękań hejterów - on po prostu był wyborny) i Hardy'ego, odtwarzających prawdziwych w rozumieniu historycznym traperów z pogranicza. Warto też podkreślić podejście producentów i reżysera do kwestii Indian - bardzo wiarygodne i oparte o tubylczych aktorów i doradców. Szczególnie zaangażowanie przy realizacji filmu plemienia Arikarów robi wrażenie, bo w przeciwieństwie do Siuxów, Paunisów czy Wron jest to raczej zapomniane plemię, a w końcu jego protoplaści zamieszkiwali brzegi Missouri w okresie ekspedycji Lewisa i Clarka. Właśnie dzięki temu Zjawa jako pierwsza od czasów Tańczącego z wilkami uzyskała indiańskie aklamacje. Czy to wszystko to jeszcze mało, aby film okrzyknąć arcydziełem? Sam nie wiem. Na pewno nie za mało, żeby pod koniec seansu bić gromkie brawa.
        Podsumowując, napiszę tak: Zjawa to z jednej strony świetny film przygodowy dziejący się w czasach eksploracji dorzecza Missouri, z wartką i trzymającą w napięciu fabułą. Z drugiej zaś strony (tej westernowej) to film, który pozostawia pewien niedosyt związany z postaciami Glassa, Bridgera i Fidzgeralda, i ich arcyciekawymi życiorysami, o których widz dowiaduje się niewiele. Ale ponieważ filmów opisujących tamte czasy jest mało, mimo westernowego niedosytu ja osobiście Zjawę gorąco polecam. Polecam też trochę poczytać o realiach, w których dzieje się akcja, bo to po prostu rzecz fascynująca.


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Reaktywacja bloga o westernach


Witam wszystkich fanów westernów.

        Blog westerny.blog.pl, zgodnie z zapowiedziami, będzie reaktywowany już na Bloggerze pod adresem westernowy.blogspot.com. Stanie się tak, gdyż z Blog.pl nie jestem w stanie dłużej współpracować - regularnie, co jakiś czas, traciłem część danych lub szablon i czas powiedzieć dosyć. Od pewnego czasu w ogóle nie publikowałem (to zresztą pewnie wszyscy zauważyli ;)), co częściowo było spowodowane brakiem czasu lub lenistwem, a częściowo właśnie problemami z blogiem.
         Skończyliśmy już procedurę odtwarzania grafiki szablonu (na czym bardzo mi zależało). .Chcieliśmy też przetransferować wszystkie notki z komentarzami, ale niestety jest z tym problem. Czy to się uda? Zobaczymy. Jeśli nie - to będę raz jeszcze publikował stare notki - odświeżone i uzupełnione o nowe przemyślenia.
        Westerny to nie jest branża, w której pojawia się zbyt wiele nowości, ale od ostatnich wpisów upłynęło na tyle dużo wody w rzece Kolorado, że jest z czego wybierać i na pewno już w pierwszym kwartale 2017r. pojawią się nowe notki, a na pewno część zremasterowanych klasyków ;).

        Cierpliwości i do zobaczenia :)