Pokazywanie postów oznaczonych etykietą david wark griffith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą david wark griffith. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

Żołnierska Krew (Fighting Blood) - 1911r.

Poniższa notka dotyczy zachowanych po dziś dzień filmów i pewnie wyglądałaby trochę inaczej, gdyby dało się obejrzeć wszystkie możliwe westerny z tamtego okresu. Niestety część obrazów została na zawsze utracona – szkoda.

Na przełomie pierwszej i drugiej dekady dwudziestego wieku David Wark Griffith zaliczył poważną przygodę z różnymi rodzajami westernów. Można powiedzieć, że był prekursorem filmów o dzikim zachodzie w takiej formie, jaką uprawiali jego następcy epoki kina niemego. Zapoczątkował między innymi western pionierski, czego dowodem są dwa dzieła: nakręcony podczas kalifornijskiej podróży studia Biograph film Ostatnia kropla wody (The last drop of water) z 1911r., a także epicka Masakra (The Massacre) z 1912r., która z kolei należy też do pierwszych porządnych westernów kawaleryjskich.
         Jego indiańskie obrazy jak Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) i The Mended Lute z 1909r., oraz Ramona z 1910r., a także Indiańscy bracia (The Indian Brothers) z 1911r. stanowiły silną konkurencję dla tworzącego równolegle mistrza niemego antywesternu – aktora a później reżysera - Jamesa Young Deera z wytwórni Pathe. Filmy Young Deera i jego żony Lillian St. Cyr, czyli rdzennych mieszkańców Ameryki, można rozpatrywać jako bardziej wiarygodne (Indian zwykle grali tam prawdziwi Indianie). Ponadto ich obrazy podejmowały tematykę podziałów rasowych i przedstawiały typowo indiański punkt widzenia. Tymczasem obrazy Griffitha, ukazujące bardziej narodowy punkt widzenia, charakteryzowały się większą dramaturgią i rozmachem, ale też odwagą w pokazywaniu niepoprawnych politycznie scen. Bohaterowie u Young Deera poruszali się zwykle na piechotę; u Griffitha obserwujemy setki statystów, dziesiątki koni, wozy i mnóstwo ambitnej scenografii. Na dodatek od Pana Davida zachowało się kilkadziesiąt filmów z tamtego okresu – Jamesa Young Deera ledwie kilkanaście minut różnych materiałów.
         Wracając do tematyki wojskowej. Oprócz wyżej wymienionej Masakry, w której D.W.G. połączył doświadczenia westernu pionierskiego z kawaleryjskim, należy wymienić trzy jego filmy z przełomowego 1911r. Bitwa (The Battle) i Swords and hearts to dramaty wojenne, koncentrujące się na wątkach z Wojny Secesyjnej. Trzeci, czyli Żołnierska krew (Fighting blood), to już typowy westerny kawaleryjski. Ten film wybrałem też na temat przewodni notki, bo choć nie jest najambitniejszym westernem omawianego okresu, to jednak bardzo charakterystycznym i moim ulubionym.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu Wojny Domowej. Pewien stary weteran (George Nichols) mieszka z liczną rodziną gdzieś na terytorium Dakoty. Nie mogąc wyzbyć się dawnych nawyków, musztruje i szkoli w sztuce wojennej gromadkę dzieci, tworząc z nich małą, domową armię. Tylko najstarszy syn (świetny Robert Harron), znudzony naukami ojca i nęcony uczuciem do dziewczyny (Florence La Badie), przejawia oznaki niesubordynacji, przez co popada w konflikt z seniorem i zostaje wygnany z domu. Tymczasem miejscowy szczep Siuksów wchodzi na ścieżkę wojenną i rusza do ataku na Białych. Osadnicy, zepchnięci w mury domu i zmuszeni do rozpaczliwej obrony, stają oko w oko ze śmiercią. Najstarszy syn przedziera się przez zastępy Indian i rusza, by sprowadzić na pomoc stacjonujący nieopodal oddział kawalerii.
Florence La Badie
         No właśnie - westerny dziejące się w północnej części Wielkich Równin były w epoce kina niemego bardzo popularne. Dlaczego? Bo Siuksowie zapisali się w historii USA najmocniejszą czcionką. Na początku dwudziestego wieku w świadomości Amerykanów ciągle dudniły echa Little Bighorn i Wounded Knee; część świadków tamtych bitew (czy też masakr lub ludobójstw – jak podnoszą potomkowie Lakotów w przypadku Wounded Knee) wciąż żyła. Tę część zachodu na miejsce fabuł upodobali sobie nie tylko Griffith i Young Deer (Poświęcenie Białego Jelenia), ale też John Ford (Trzech złych ludzi i fragmenty Żelaznego konia).
         Tak więc w Żołnierskiej krwi mamy wszystko, z czego słynęły czasy powstań Siuksów – niesławny taniec ducha; wodzów w gęstych pióropuszach; świetnie zorganizowane grupy osadników; oddziały kawalerii patrolujące pogranicze. Jest ta podręcznikowa militaryzacja uniwersum, którą pamiętamy z późniejszych arcydzieł Forda. Ale to nie wszystko – są też mocne niespodzianki. Na przykład w Masakrze Griffitha znajdziemy naturalistyczne przebitki martwych indiańskich dzieci i kobiet rozrzuconych po polu bitwy – sceny, których nie uraczymy nawet w Poszukiwaczach czy Jesieni Czejenów; dopiero w czasach Niebieskiego Żołnierza i Małego Wielkiego Człowieka, czyli głębokiej rewizji.
         Fighting blood to film gdzie atuty zdecydowanie dominują nad wadami. Jedyne do czego mogę się przyczepić to słabość obrazu. Ten stusześcioletni western nie zachował się w idealnej jakości i momentami brakuje ostrości. Cała reszta to majstersztyk, począwszy od fabuły, poprzez grę zarówno dorosłych jak i najmłodszych (kilkuletnich) aktorów, aż po przyciągające wzrok zabiegi kinematrograficzne, którymi Griffith zadziwiał w każdym kolejnym swoim filmie. W ramach ciekawostki dodam, że D.W.G w innym westernie z 1911r. pt. Telegrafiskta z Lonedale (The Lonedale Operator), w kulminacyjnym momencie filmu prowadził akcję jednocześnie w trzech różnych lokalizacjach, albo np. robił mocne zbliżenie na suwmiarkę – która służyła bohaterce za atrapę pistoletu. Novum.

         W drugiej połowie lat 40'tych John Ford wywindował western żołnierski do rangi mistrzostwa. Na kanwie sukcesów Trylogii kawaleryjskiej powstały podobne obrazy, a swoich sił w wojskowych westernach próbowali Delmar Daves (Złamana strzała z 1950r.), John Sturges (Ucieczka z Fortu Bravo z 1953r.), Charles Marquis Warren (Little Big Horn z 1951r, Grot strzały z 1953r.), George Sherman (Komancze z 1956r.) i wielu innych. Tym niemniej geneza omawianego podgatunku sięga początków kina, a jego pierwszym mistrzem był nie kto inny jak David Wark Griffith. Polecam, a poniżej wklejam linka do filmu:




sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View: