Eksperymentowanie
w głównonurtowej sztuce filmowej ma to do siebie, że daje efekty tylko wespół z
dobrym warsztatem. Musi to być połączenie doświadczenia ze świeżym podejściem.
Operowanie sprawdzonymi schematami do pary z odważną polemiką. Kilka takich westernów
powstało w okresie przejściowym, a ich największym plusem jest to, że ciężko je
zaszufladkować, zaliczyć do jakiegoś konkretnego nurtu. Właśnie taki jest film Butch Cassidy i Sundance Kid – ani western
klasyczny, ani antywestern. Łączy w sobie elementy obu nurtów z domieszką filmowej
retrospektywy i nawiązuje do starego kina. Ja określiłbym go mianem klasycznego
antywesternu. Dlaczego Klasycznego? Bo jest zrobiony z rozmachem i wspaniałym
warsztatem, a plenery nawiązują do najlepszych ujęć w filmach o dzikim zachodzie;
do miejsc gdzie, pośród skalistych przełęczy, gangi wyjętych spod prawa
bandytów stanowiły prawo i dyktowały warunki. Dlaczego antywesternu? Bo
romantyczny okres dzikiego zachodu właśnie się kończy, nadchodzi technologia,
cywilizacja i stanowcze prawo, a reżyser zabiera widza w ostatnią podróż dwójki
legendarnych bandytów. Do tego podział na dobro i zło jest odwrócono do góry
nogami.
Film ujrzał
światło dzienne w 1969r., a jego twórcą jest George Roy Hill. Reżyser, którego
trudno skojarzyć stricte z westernami, ale na pewno reżyser kojarzony ze
świetnymi filmami, realizowanymi z rozmachem i fantazją (np. za Żądło dostał w 1974r. Oscara). Buch Cassidy i Sundance Kid to jeden z
tych filmów, gdzie ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Wszystko – reżyseria,
scenariusz, gra aktorów, zdjęcia i muzyka są świetne i sprawiają, że film
ogląda się bardzo przyjemnie. To jeden z moich ulubionych filmów lat
sześćdziesiątych, ale jako western wcale mi się aż tak bardzo nie podoba. Może
to dziwne, co piszę, ale wydaje mi się, że właśnie o to reżyserowi chodziło.
Obraz jest
skonstruowany jako oparta na prawdziwych wydarzeniach, nostalgiczna opowieść o
dwójce legendarnych bandytów, dla których napady to coś więcej niż profesja i możliwość
zarobienia pieniędzy. Dla nich to pewnego rodzaju manifest, ekspresja i sens
życia, którą traktują jak sztukę, bawiąc się i czerpiąc frajdę niczym mali
chłopcy. Butch Cassidy (Paul Newman) i Sundance Kidd (Robert Redford) są
liderami tzw. Gangu z przełęczy (Hole in
the Wall Gang) napadającego na pociągi i rabującego banki. Po kolejnym
napadzie na ekspres, wpadają w zastawioną przez właściciela kolei pułapkę, a
tropem sławnych bandytów rusza grupa zawodowych łowców z szeryfem Joe Lefors’em
i indiańskim tropicielem Lordem Baltimor’em na czele. Ku zdumieniu
uciekinierów, ścigający są niezwykle skuteczni i zdeterminowani, i tylko dzięki
szczęściu głównym bohaterom udaje się uciec. Po tym wydarzeniu podejmują
decyzję o wyjeździe do Boliwii, która zdaniem Butcha przypomni im czasy
świetności.
Film jest
tragikomedią, dramatem opowiedzianym w zabawny sposób. Główni bohaterowie
dostarczają mnóstwo dobrej zabawy dzięki przebojowości, przewrotnemu poczuciu
humoru i filozoficznemu podejściu do uprawianej przez siebie profesji. Butch i Sundance tak bardzo dominują na
ekranie, że w sumie nie ma sensu omawiać innych postaci, bo to i tak niewiele
da. Może jedynie Etta Place (Katharine Ross) wnosi cokolwiek do filmu,
towarzysząc tytułowej dwójce w ich ostatniej krucjacie. Jest to więc teatr
dwóch aktorów i na siłę właśnie to mógłby określić jedynym minusem, jaki dostrzegłem
po wielokrotnym obejrzeniu filmu. Z drugiej strony trzeba przyznać, że Redford
i Newman grają fantastycznie i choćby dla samych nich warto poświęcić te
niecałe dwie godziny oglądania. Każdy,
kto pamięta Żądło, wie jak wykwintną
rozrywkę potrafi dostarczyć ten duet aktorski, a film Buth Cassidy i Sundance Kid to potwierdza.
No ale właśnie
– chciałbym jeszcze wrócić do myśli z pierwszego akapitu. Ten western nie tylko
jest trudny do zaszufladkowania, ale w ogóle jest nietypowy, bo reżyser kładzie
znaczny nacisk na kwestie biograficzne, dostosowując je nieco do swoich
potrzeb. W ramach ciekawostki można dodać, że swego czasu Cassidy dowodził
(bodajże w Utah) gangiem znanym jako Dzika Banda (Wild Bunch), który napadał na
pociągi. Być może ten wątek z biografii bandyty był pewną inspiracją dla Sama
Peckinpaha, który nakręcił western pod takim tytułem.
Podsumowując dodam, że każdy bez obawy może po film
sięgnąć. Atutem jest nagrodzona Oscarem muzyka Burta Bacharacha oraz nagrodzona
również Oscarem piosenka Raindrops Keep
Fallin on My Head. Jeśli to jeszcze
was nie przekonuje to dodam, że to nie jedyne Oscary. Kolejne dwie statuetki
film dostał za zdjęcia (naprawdę wspaniałe) oraz za scenariusz. W filmie jest
jeszcze coś, na co chciałem zwrócić uwagę.
Czarno-białe wstawki w stylu kina niemego, którego osobiście jestem
wielbicielem i badaczem. Te właśnie nostalgiczne wtrącenia są moim zdaniem
pewnym ukrytym przekazem. Sądzę, że reżyser chciał zwrócić uwagę na aspekt
historiotwórczy kina. Na poszukiwanie pośród pożółkłych kart tematów, które
filmowcy odgrzebują i wyczytane tam historie kreują na nowo, przedstawiając
widzom nowe wymiary prawdy w nieco teatralny (filmowy) sposób. Hill pyta więc
widzów, co jest ważniejsze w sztuce filmowej: treść czy forma? Który z tych
żywiołów jest istotniejszy dla opowieści o dzikim zachodzie? Ja to samo pytanie
zadaję wam, a przy tym obraz pana Georga GORĄCO POLECAM!







