Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spaghetti western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spaghetti western. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2018

Django (Django: Unchained) - 2012r.

(Artykuł archiwalny z 2013r.)


W pewnym momencie Tarantino zaczął przypominać Spielberga. Już dawno wyrwał się z tej swojej gangsterskiej, grindhouse'owej niszy i zaczął robić filmy mainstreamowe, oscarowe, pozostając mimo wszystko niezależnym w przekazie. Bardzo lubię filmy, w których jakaś, pokrzywdzona przez dzieje mniejszość chwyta za broń (zarówno tą dosłowną, palną, jak i prawną czy gospodarczą) i na przekór tego, co się czyta w podręcznikach, robi koło pióra swoim oprawcom. U Spielberga to wszystko było o wiele poważniejsze, dramatyczne; u Tarantino jest przerysowane, ubrane w szyderczy płaszcz, jednak i tu i tu, równie przejmujące. Obaj twórcy, gdy już robią film o Czarnych niewolnikach, to mamy gwarancję, że znajdą się tam sceny mrożące krew w żyłach, ilustrujące najgorszą prawdę o tym, co ludzie mogą robić innym ludziom. Gdy robią film o Żydach – zapewne nie zabraknie w nim holokaustu, bez względu na to, czy dokona się on ręką nazistów, czy samych Izraelitów. Robienie filmów, w których porusza się tak delikatną tematykę, często objętą tabu, to ogromna odpowiedzialność i wielkie wyzwanie dla reżysera. Tarantino radzi sobie z tym świetnie, ba, potrafi wyrwać za to najważniejsze w świecie filmowym nagrody.
            Django (Django Unchained) to film z 2012r., który jest kolejnym po Bękartach Wojny artystycznym i komercyjnym sukcesem Tarantino. Od Bękartów Wojny jest moim zdaniem ciut lepszy, mimo iż mniej przewrotny, co w twórczości pana Quentina jest zwykle na plus. Django to piekielnie udany antywestern, który polemizuje nie tylko z konwencją klasyczną, ale i ze spaghetti westernem, a nawet z samymi antywesternami. Nazwał bym go quentinsternem ;) Tak czy siak, Tarantino dokonał rzeczy godnej podziwu. Zrobił oryginalny western, w którym od pierwszej do ostatniej sceny mamy do czynienia z autorskimi pomysłami, jak bez udziału cyfrowych efektów specjalnych pokazać inaczej coś, co pokazano w ciągu ostatnich stu lat na wszelkie możliwe sposoby. Brawo.
            Głównymi bohaterami są ekscentryczny łowca nagród Dr. Shultz (rewelacyjny Christoph Waltz) oraz jego podopieczny, niewolnik, którego wyzwolił – Django (Jamie Fox). Jest to więc nawiązanie do popularnego filmu Sergio Corbucciego pod tym samym tytułem, ale nie jest to remake.
            Podczas boomu na Django, czyli po jego premierze, naczytałem się wielu recenzji, nie chciało mi się tym samym wtedy o filmie pisać. Skoro emocje opadły, czas na kilka dodatkowych przemyśleń ode mnie. Wybaczcie, że ta notka jest taka poszarpana merytorycznie.
            Bardzo podoba mi się pomysł z niemieckim dentystą jako łowcą nagród. Niby to takie nietypowe, przerysowane – Niemiec na Dzikim Zachodzie, ale takich przypadków wbrew pozorom było sporo. W ogóle nie wiem, czy wiecie, ale historia Niemców w USA jest ciekawa. Swoje zrobiła reformacja, która podzieliła Niemcy na zwolenników katolicyzmu i luteranizmu – w późniejszych wiekach z powodów religijnych i ekonomicznych wielu Niemców zdecydowało się na podróż do Nowego Świata. Ale najciekawszą kwestią jest chyba udział Niemców w Wojnie o Niepodległość. Między XVI a XIX w. istniało takie niemieckie państwo o nazwie Hesja-Kessel. W XVIII wieku liczyło trzysta tysięcy mieszkańców, z czego czterdzieści tysięcy stanowili – uwaga - zawodowi żołnierze! Landgrafowie Hesji wypożyczali za pieniądze swoich wojaków na wiele europejskich frontów; ale też i za ocean. Ponad połowa brytyjskiej armii walczącej z amerykańskimi koloniami (bodaj 16 z 30 tysięcy żołnierzy) to byli Hesi, wcale nie Anglicy! Po wojnie lwia część Hesów nie wróciła do domu, tylko osiadła w Stanach, stając się jedną z większych grup narodowościowych tworzących wolne USA. Przetarli tym samym szlaki dla dalszych migracji i wycieczek za ocean dla swych rodaków, których największa fala zalała Amerykę w połowie XIX w. czyli właśnie w epoce dzikiego zachodu. Tak więc historia z czarną Broomhildą i jej właścicielką, która nauczyła ją niemieckiego to raczej nic niezwykłego.
            Inna kwestia dotyczy „Mandingo Fighting”. Bardzo podoba mi się pomysł czarnych gladiatorów, jednak nie jestem do końca pewien, czy coś takiego faktycznie istniało. Poszperałem trochę na ten temat w necie i dotarłem do opracowania profesor Edny Greene Medford z University of Maryland, specjalistki od historii amerykańskiego niewolnictwa i Wojny Secesyjnej. Pani profesor pisze, że nie ma żadnych źródeł opisujących coś takiego jak „Walki Mandingo”. Jest możliwe, że jakieś walki niewolników organizowano, ale po pierwsze nie nazwało się to „Mandingo Fighting”, a po drugie trudno wyobrazić sobie, aby odbywały się one na śmierć i życie. Powód jest bardzo prozaiczny – ekonomia. W połowie XIXw., czyli w epoce walki z handlem i przerzutem ludzkiego towaru z Afryki do Indii Zachodnich, niewolnicy byli towarem drogim. Trudno wyobrazić sobie, aby plantatorzy chcieli łożyć na wyżywienie i wyszkolenie wojowników, by stracić ich w pierwszej walce. No, ale kto wie, w przypadku takich znudzonych życiem potentatów jak Candy, nie jest to wykluczone. Jako ciekawostkę dodam, że Tarantino musiał się już wcześniej interesować Mandingo. W Jackie Brown jest taki koleś Winston (grany przez Tommy „Tiny” Listera), o którym Samuel L. Jackson mówi: „Who's that Mandingo-looking nigger you got up there on that picture with you?” (czyli „Kim jest ten wyglądający jak Mandingo czarnuch, który stoi obok ciebie na zdęciu?”).
            Tarantino świetnie pokazał zależności między Białymi i Czarnymi. Podoba mi się ten odcień szary, który stanowiły jednostki nieprzeciętne. Już abstrahuję od czarnoskórego łowcy głów, którym był Django, ale np. uprzywilejowani wojownicy Mandingo; wpływowe, ekskluzywne kurtyzany; czarni dozorcy niewolników, którymi gardzili także czarni; majordomus Stephen (świetny Samuel L. Jackson), który miał tak dużą władzę w Candyland, że nawet Calvin (rewelacyjny Di Caprio) go słuchał i pozwalał mu na bardzo wiele. Ładne dziewczyny lub te posiadające niezwykłe umiejętności (jak znajomość niemieckiego Broomhildy) nie pracowały w polu, tylko w rezydencji. To wszystko zostało pokazane bardzo zgrabnie i mimo pewnych naciągnięć (vide „Mandingo Fighters”) widać wyśmienity risercz.

           Nie zabrakło też scen i wątków humorystycznych. Większość dialogów Waltza, to (podobnie jak w Bękartach Wojny) wyśmienite, dowcipne kwestie, z typową dla niego kurtuazją i przekąsem. Rozbawiła mnie rólka Franco Nero i jego wymiana zdań z Jamie Foxem (Django-pierwowzór i Django-rozkuty). W ten sposób, niejako bezpośrednio, Tarantino oddał hołd jednemu z najpopularniejszych Spaghetti Westernów i jednemu z najbardziej inspirujących Westernów w ogóle.
            Ścieżka dźwiękowa jest świetnym miksem włoskiego Westernu z nowoczesnymi rytmami. Quentin ma dar dobierania pozornie niepasujących do siebie utworów w taki sposób, że pasują. W filmie możemy usłyszeć zarówno oryginalne nuty z filmowego pierwowzoru, jak choćby Django czy La Corsa Luisa Bacalova, poprzez kilka utworów z innych westernów, jak skomponowane przez Ennio Morricone The Braying Mule z filmu Two Mules for Sister Sara, kończąc na rapowym 100 Black Coffins w wykonaniu Ricka Rossa, świetnie oddającym klimat czarnoskórej społeczności.
            Chyba nie ma sensu pisać więcej o filmie, o którym napisano już wszystko?



niedziela, 11 lutego 2018

3 x Django czyli kilka słów o westernowych genach

 .

Gdyby odstawić na bok formę i wziąć na warsztat treść – czyli to, w jakich realiach dany film się rozgrywa i o czym opowiada, ilość gatunków, odmian i kategorii westernów można ograniczyć do minimum. Szczególnie, że im dalej brniemy w nowoczesność, tym bardziej pomysłowo do koncepcji westernu podchodzą twórcy. Im dalej brniemy w kontrkulturę tym bardziej mielimy dokonania starych mistrzów niczym jedna wielka maszynka do artystycznego mięsa. Bez względu na to, czy komuś się to podoba czy nie – taki stan rzeczy musimy zaakceptować, bo w takim świecie żyjemy. Wypada pamiętać, że szeroko rozumianym westernem jest każdy film, który kojarzy się z dzikim zachodem i nawiązuje do tego unikatowego klimatu. Ale w węższym znaczeniu…
        No właśnie, w tym tekście chciałbym wspomnieć o trzech filmach będących w formie spaghetti westernami. Django Sergio Corbucciego z 1966r., Sukiyaki Western Django Takashi Miike z 2007r. i Django Unchained Quentina Tarantino z 2012r. O samych filmach nie będę się rozpisywał, bo traktuję je tylko jako pretekst. Ten pan-kulturowy tryptyk to świetne narzędzie do przedstawienia mojej filozofii. Ale nie tylko. Dzięki tym trzem filmom widać jaki wpływ na postmodernistów miał (i ciągle ma) western jako gatunek. Widać też jakie piętno na filmowej kulturze odcisnęła włoska stylistyka, stając się najbardziej rozpoznawalnym przykładem nieamerykańskich historii rozgrywanych na dzikim zachodzie – ostatecznie wkradając się w łaski pierwotnych twórców gatunku. Mało tego, gdyby dobrze poszperać w książkach i starych fotografiach, okazuje się, że każdy kontynent miał swój własny, specyficzny frontier, na którym rozgrywały się historię podobne do amerykańskich. A westernowa, zagraniczna fanzona chętnie do tego nawiązuje. Co to wszystko znaczy?
        Moim zdaniem miłość do westernów i fascynacja nimi sprawia, że kolejne pokolenia reżyserów i producentów rozpieszczają nas nowymi pomysłami na filmy kowbojskie. Zakochani w westernach widzowie czekają niecierpliwie na nowe odsłony. To uczucie jednak nie pomaga nam trzeźwo definiować westernu jako gatunku. Każdy robi to na swój sposób – za najwłaściwsze kryterium przyjmując ulubioną cechę. A wraz z biegiem lat, pojawiają się coraz trudniejsze do okiełznania przykłady i hybrydy westernowe. Krytycy, dziennikarze i blogerzy prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych przedrostków dla słowa western. Wszystko po to, żeby dało się kolejną egzotyczną wariację podpiąć pod ten gatunek. Ja nie jestem ani bardzo konserwatywny, ani bardzo liberalny. Reprezentuję umiarkowany konserwatyzm, nawiązanie do korzeni westernu, a zarazem opowiadam się za implozją nazw i podziałów. Dlatego jest mi bardzo na rękę sprowadzić je do trzech głównych kategorii, które omówię na przykładzie trzech różnych filmów o tytule Django:

         Zaczynamy od podstawowego gatunku filmowego, który reprezentuje Django Unchained. Ten film wbrew obiegowej opinii tylko w niewielkim zakresie jest spaghetti westernem. Nawet jeśli sam Quentin Tarantino twierdzi inaczej, to ja się z nim niechętnie zgadzam. To jest po prostu Western – choć nowoczesny i stylizowany na spaghetti. Nazwanie Django Unchained spaghetti westernem, to tak jak nazwanie Kill Billa chińskim martialem. Bo też tematyką i stylistyką przypomina martiale, a akcja częściowo dzieje się na dalekim wschodzie. To samo tyczy się Nienawistnej Ósemki (The Hateful Eight) z 2015r.
        Amerykański western jako gatunek wciąż ewoluuje, i ciągle zmienia stylistykę i przekaz. Najpierw był Westernem Niemym jak w przypadku Napadu na ekspres Portera. Na początku dwudziestego wieku pionierzy kinematografii przypieczętowali obecność filmów o dzikim zachodzie, i tylko potrzeba było czasu i innowacji technologicznych, żeby powstały największe arcydzieła gatunku. Stało się to kilka dekad później, gdy narodził się Western Klasyczny reprezentowany choćby przez Rzekę Czerwoną Hawksa. Właśnie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych western osiągnął apogeum zarówno fabularne jak i artystyczne, stając się monumentem kinematografii i pozostawiając po sobie największe tytuły. Następnie nadszedł kryzys i upadek starego Hollywood, a gatunek wyewoluował w Western Rewizjonistyczny co możemy obserwować na przykładzie zarówno wczesnej rewizji jak Strzały o zmierzchu Peckinpaha, jak i późnej - vide Tańczący z wilkami Costnera. Te nowe pokolenia amerykańskich reżyserów, konkurując z twórcami europejskimi i starymi klasykami, mniej więcej od początku lat 60'tych rozpoczęły proces redefinicji gatunku – chcąc odświeżyć go, odmitologizować i dostosować do percepcji kolejnych generacji. Był to proces długi i niejednostajny, ale w końcu filmy o dzikim zachodzie stały się Westernami Nowoczesnymi, łączącymi wcześniejsze dokonania w jeden wielki kocioł czarownic. Dziś Western to bardzo szeroki wachlarz stylistyczny, w którym mieszczą się zarówno realistyczna, traperska Zjawa Inarritu, jak i przerysowane, stylizowane na spaghetti obrazy Tarantino. Jednak wszystkie wyżej wymienione filmy mają ważny wspólny mianownik, bez którego trudno byłoby je nazwać Westernami Właściwymi. Są nakręcone przez Amerykanów, a ich akcja dzieje się na amerykańskim pograniczu. Warto w tym miejscu podkreślić pewien paradoks. Wyśmiewane w latach 60'tych w Stanach Zjednoczonych spaghetti westerny, w swym apogeum zrodziły kilka arcydzieł kinematografii, a dziś mają znaczący wpływ na hollywoodzkich twórców, czego przykładem są wyżej wymienione obrazy Pana Quentina.
        Drugim najważniejszym gatunkiem jest Western Nieamerykański, który reprezentuje film Django Sergio Corbucciego. Dziś Westernami Spaghetti określa się filmy posiadające pewne formalne cechy, mające swe korzenie w twórczości klasyków włoskiego westernu jak Leone czy Corbucci. Ale ja na swoje potrzeby rozszerzam nieco to pojęcie, zachowując jednak świadomość różnic w stylistyce. Dlaczego? Dla ułatwienia. Początkowo terminem spaghetti nazywano filmy włoskie, ale wielu badaczy rozszerzało ten termin też do westernów hiszpańskich, brytyjskich, francuskich, niemieckich, a nawet z innych krajów Europy. W pewnym momencie western spaghetti stał się na tyle popularnym i wpływowym zjawiskiem, że wyszedł poza swoje pierwotne podwórko i stał się symbolem globalnym. Nadużywano tej nazwy, ale i próbowano wielu innych nazw, które tylko utrudniały definicję westernowej treści. Koncepcja uniwersalnego „Westernu Nieamerykańskiego” mnie przekonuje na tyle mocno, że do tej kategorii jestem skory zaliczyć nie tylko spaghetti western, ale wszystkie nieamerykańskie westerny, których akcja dzieje się na amerykańskim pograniczu. Bez względu na przekaz, walory wizualno-dźwiękowe i rok produkcji.
        Tutaj należy pamiętać przede wszystkim o dwóch nacjach. Idąc chronologicznie - o Niemcach, którzy dzięki fenomenowi Karola Maya i jego spuściźnie jako jedni z pierwszych nieamerykanów kręcili westerny na większą skalę i to jeszcze przed wojną: Fortuna Franka Hansena z 1917r., Król Kalifornii z 1936r. No a w latach sześćdziesiątych nastąpił westernowy boom, którego owocem był szereg ekranizacji Maya. Po dziś dzień (nawet chyba bardziej odczuwalnie niż Włosi) Niemcy szczycą się swoimi westernowymi tradycjami i od czasu do czasu wypuszczają jakiś western, np. Złoto z 2013r.
        Drugą nacją są oczywiście Włosi, których zamiłowanie do westernów, energia i wielki artyzm przypieczętowały spaghetti western jako oddzielny gatunek, nadając mu szereg rozpoznawalnych cech. Choć nie od razu stały się one jadowitymi operami, w których główne skrzypce grali cyniczni antybohaterowie. Początkowo bardziej przypominały amerykańskie B-westerny. Dopiero za sprawą twórczości takich reżyserów jak Sergio Leone, Sergio Sollima, Sergio Corbucci, Duccio Tessari narodził się właściwy spaghetti western.
        Westerny, których akcja rozgrywała się na amerykańskim pograniczu, produkowały też inne kraje europy zachodniej. Jako przykład można podać hiszpańską Dziką ziemię z 1962r. francuską kooperację Strzelby dla San Sebastian z 1968r. Ale takie westerny kręcono też w bloku wschodnim. Te ostatnie, z uwagi na różnice w formie i przekazie, nazywano dla odmiany easternami. Są to np. czechosłowacki Lemoniadowy Joe z 1964r., czy radziecki Jeździec Bez głowy z 1972r. Jednak mimo znaczących różnic w formie, wszystkie powyższe filmy mają ważny wspólny mianownik – nieamerykański rodowód i akcję dziejąca się na dzikim zachodzie. Czy to będzie włoskie Twarzą w twarz Sollimy, czy niemieckie Winnetou, złoto Apaczów Reinla, czy meksykańskie Giwery i Flaki Cardona Jr.
        I to tyle jeśli chodzi o westerny właściwe, czyli filmy dziejące się na dzikim zachodzie. Cała reszta to filmy naśladujące western. Raz z lepszym raz z gorszym skutkiem. Można je nazywać wielorako, w sumie jak kto chce. Można je też po prostu nazywać westernami jak wszystkie inne, ale nie ma to większego znaczenia. Chodzi o to, żeby mieć świadomość na czym polega różnica i nie zapominać czym jest western właściwy i skąd się wywodzi. Wielu krytyków, przypinając filmom łatki gatunkowe, kieruje się przede wszystkim stylistyką filmowo-artystyczną. No i jest w tym sporo racji, bo japoński Sukiyaki Western Django z 2007r. bardziej przypomina włoski western niż np. niemiecki czy amerykański. Owszem, ale tylko w formie. W swoich rozważaniach zapominamy o tak ważnych kryteriach jak historia, geografia i obyczajowość, które to kwestie są nieodłączną domeną gatunku. Dla mnie najważniejszą. W związku z powyższym wyżej wymieniony film – Sukiyaki Western Django westernem właściwym nie jest. Jest japońskim filmem akcji stylizowanym na spaghetti western. Dlaczego? Dlatego, że akcja nie dzieje się na amerykańskim pograniczu.
        Podobnie westernami nie będą nasze rodzime filmy Prawo i pięść Hoffmana i Wilcze Echa Ścibora-Rylskiego, których akcja dzieje się na ziemiach odzyskanych. Nie będzie nim stylizowany na spaghetti western, koreański Dobry, zły i zakręcony, którego akcja dzieje się w Mandżurii. Nie będzie nim też niemiecka Mroczna Dolina z 2014r., bo fabuła toczy się w Austrii. Nie będą to także filmy rozgrywające się na pozaziemskim frontierze jak Odległy ląd Hyamsa i Księżyc Zero Dwa Bakera. Westernami nie będą też dramaty o współczesnej fabule, jak To nie jest kraj dla starych ludzi Coenów, Dajcie mi głowę Alfredo Garcii Peckinpaha czy Czarny dzień w Black Rock Sturgesa, bo dzieją się w czasach, gdy już nie było pogranicza. Dla ułatwienia określa się je mianem contemporary westernów. Idąc tym tropem, filmy dziejące się w czasach zanim jeszcze powstało USA, jak Będbny nad Mohawk Forda czy Ostatni Mohikanin Manna to też nie są westerny tylko filmy przygodowe, dla ułatwienia nazywane westernami kolonialnymi.
        Westernami właściwymi nie są też australijskie westerny, bo nie dzieją się na dzikim zachodzie. Ale wg mnie pod kątem treści należałoby je potraktować na równi z właściwymi westernami nieamerykańskimi. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze australijski frontier kulturowo, religijnie i obyczajowo prawie nie różnił się od amerykańskiego. To też była brytyjska kolonia. Też zasiedlali ją anglosascy emigranci; też mówili po angielsku; też wyznawali podobne religie; nosili podobną broń; zamiast Indian mieli Aborygenów; preferowali podobną zabudowę; dysponowali podobnymi plenerami. Po drugie i najważniejsze Australijczycy byli pionierami westernowej kinematografii równolegle do Amerykanów. Ich filmowcy kręcili już w pierwszych latach kina na co najlepszym przykładem jest film The Story of Kelly Gang z 1906r. Charlesa Taita, który uważany jest za znaczący przełom kinematografii. Ten western to zarazem pierwszy w historii kina film fabularny (feature film) – czyli film o cechach (odpowiednia długość, konstrukcja fabularna, itp), które z niewielkimi zmianami definiują filmy po dziś dzień. Tak więc myślę, że można mówić o oddzielnej kategorii Australijskich Westernów. Będą to np. niemy Napad z bronią w ręku (Robbery Under Arms) z 1907r. Charlesa MacMahona albo Australijska opowieść (Ban Hall, the Notorious Bushranger) Gastona Marvale'a, ale i nowoczesna Propozycja (The Proposition) z 2005r. Johna Hillcoata.
        Podsumowując powyższe rozważania i biorąc pod uwagę te proste trzy kryteria, teraz już bez trudu każdy film można szybko i sprawnie zweryfikować pod kątem Treści Westernowej. Wystarczy zastanowić się, czy dzieje się na dzikim zachodzie czy poza nim. Gdy już ustalimy, że akcja toczy się na amerykańskim pograniczu i będziemy pewni, że to western właściwy – należy zastanowić się, czy nakręcili go Amerykanie czy nie. Jeśli tak – western, jeśli nie – western nieamerykański. Mamy XXI w. i dziesiątki przeróżnych podgatunków filmu kowbojskiego, tylko komu chciałoby się je wszystkie pamiętać.

        Jednak mimo tych prostych zasad zawsze znajdą się pozycje trudne do zdefiniowania i mam w związku z tym konkursową zagadkę. Znacie takie dwa filmy: Westworld z 1973r. Michaela Crichtona i Kowboje i Obcy z 2011r. Jona Favreu? Oba pod względem techniczno-stylistycznym to hybrydy westernu i fantastyki. Ale gdybyśmy zapomnieli o fantastyce i spojrzeli na powyższe kryteria, to któremu z nich bliżej do właściwego westernu i dlaczego? Co istotnego różni te dwa filmy? Czekam na propozycje...

środa, 28 czerwca 2017

Dni Gniewu (I giorni dell'ira) - 1967r.

Sergio Leone, choć nie był pierwszym włoskim reżyserem kręcącym westerny, zawiesił poprzeczkę na tyle wysoko, że kolejni twórcy z Italii musieli wspinać się na wyżyny warsztatu, by sprostać oczekiwaniom rozmiłowanej w nowym-starym gatunku widowni. Film Dni geniwu (I giorni dell'ira) z 1967r. w reżyserii Tonino Valerii'ego to przykład mądrego wykorzystania dostępnych środków, motywów i doświadczeń. Twórcy starannie wyważyli każdy składnik, dzięki czemu zadowoleni z seansu powinni być zarówno miłośnicy starej klasyki jak i fani antywestrenu.
         Akcja dzieje się w miasteczku Clifton, gdzie panuje pozorny ład i porządek. Prawa pilnuje szeryf Nigel (Nino Nini), a o czystość na ulicach dba młodzieniec Scott (Guliano Gemma). Scott jest bękartem i synem kurtyzany. Mieszkańcy nie mają o nim dobrego zdania i traktują go jak popychadło. Sytuacja zmienia się, gdy do Clifton przyjeżdża tajemniczy rewolwerowiec Frank Talby (świetny Lee van Cleef). Scott po raz pierwszy w życiu spotyka osobę, która dostrzega w nim potencjał i odnosi się do niego z szacunkiem. Młodzieniec, fascynujący się pojedynkami strzeleckimi i legendami o rewolwerowcach, postanawia wykorzystać okazję i z pomocą Talbiego odmienić swoje nędzne życie.
         Tonino Valerii w Dniach gniewu nie odkrywa Ameryki, ale umiejętnie wykorzystuje motywy zarówno z klasycznych jak i rodzimych westernów. Osią filmu jest relacja uczeń-mistrz, która powstaje po spotkaniu Scotta i Talbiego. Motyw rewolwerowca uczącego rzemiosła lokalnego młokosa to nic nowego, wystarczy wymienić Gwiazdę Szeryfa Anthony Manna czy Rewolwerowców George'a Waggnera, gdzie takie wątki się pojawiły. Jednak Valerii zamienia wątek w kamień węgielny fabuły, a także rozwija go i łączy z tradycją pojedynków rewolwerowych, sztuczek, a także innowacją broni palnej. Ten profesjonalizm i nawiązanie do legendy o Docu Holliday'u oraz rozbicie nauki na lekcje i wmieszanie w to różnego rodzaju pojedynków jest najmocniejszą stroną Dni Gniewu. Z sentymentem wspominam czasy świetności chińskich martiali ze stajni Show Brothers czy Golden Harvest. Powstawały wtedy dziesiątki podobnych filmów – rozbitą na etapy i pojedynki koncepcję nauki w identyczny sposób uprawiano na wschodnioazjatyckiej ziemi. Do głowy też od razu przychodzą tarantinowskie Django i Kill Bill – gdzie relacja mistrz-uczeń ugryziona została równie ciekawie i inspirowało ją zarówno kino azjatyckie jak i właśnie spagwest.

         Druga rzecz to aktorzy. Rozsądni producenci i reżyserzy świetnie rozumieją, że to, co raz osiągnęło sukces, osiągnie go po raz drugi, trzeci czy n'ty. No właśnie, najjaśniejszym punktem omawianego spektaklu jest wg mnie Lee Van Cleef. Na przestrzeni lat pięćdziesiątych ten charakterystyczny aktor zagrał dziesiątki świetnych epizodów w westernach klasycznych i psychologicznych. W tamtych czasach brakowało jednak scenariuszy i postaci, dla których warto byłoby go obsadzać w rolach głównych na większą skalę. W latach sześćdziesiątych, w epoce filmowych łowców głów, brutalnych mścicieli i profesjonalistów, gdy Cleef miał z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej świeżość i głód pierwszoplanowych ról - osiągnął sukces właśnie we włoskich produkcjach. Sędziwy wygląd i nienaganna sylwetka predysponowały go do takich postaci, a drapieżny błysk w oczach i szyderczy uśmiech stały się znakiem rozpoznawczym. Po sukcesach występów w Za kilka dolarów więcej Leone, Colorado Sollimy czy Śmierć jeździ konno Petroniego (tutaj też był mentorem dla żądnego zemsty młokosa) stał się symbolem gatunku.

         Zupełnie inaczej zaprezentował się Guliano Gemma w roli Scotta Mary. Rolę miał trudną i zagrał nieco teatralnie, jakby jego postać była oderwana od rzeczywistości. Ale ja myślę, że o to chodziło reżyserowi – to miał być ten przebojowy gość z Pistoletu dla Ringa Tessariego, skaczący przez stoły, robiący fikołki i kręcący rewolwerem, z głupkowatą miną i cwaniackim uśmieszkiem na ustach. Bo tamta rola była po prostu świetna i zrobiła furorę – w późniejszym Powrocie Ringa, gdzie Gemma pozował na mrocznego włóczęgę na wzór Eastwooda z Garści Dolarów, wypadł już moim zdaniem słabiej. Oczywiście Scott Mary to nie jest cyniczny i egoistyczny luzak jak Ringo, nie jest też karykaturą westernowego bohatera. Reprezentuje nurt „od zera do bohatera” - który to motyw literacki i filmowy zawsze cieszył się dużą sympatią czytelników i widzów.

         Kolejnym godnym uwagi elementem filmu jest muzyka, czyli to, bez czego spaghetti westerny straciłyby lwią część popularności i blasku. Tym razem nie Ennio Morricone, a Riz Ortolani zajął się kompozycjami. Nie oszukujmy się, tutaj też czuć w melodiach morriconowski styl, ale jednak nie tak spektakularny i rzucający się w uszy jak to było w filmach Leone czy Corbucciego. W Dniach gniewu muzyka jakby stanowi symbiozę ze scenerią, plenerami i wydarzeniami. Gdy trzeba przyspieszyć, nadaje właściwe tempo, a gdy jest czas by zwolnić, subtelnie buduje napięcie przed kolejnymi zwrotami akcji. Nie wyrywa się przed kadr, ale i zapada w pamięć.

         Na koniec jeszcze kilka ciekawostek, które zauważyłem w tym filmie. Warto zwrócić uwagę w jaki sposób Talby w niektórych scenach chowa rewolwery. W przeciwieństwie do Scotta, który fascynuje się sztuczkami i robieniem obrotów, on chwyta je na wzór rewolwerowców z czasów starego kina. Najlepszym przykładem jest William S. Hart z filmów takich jak Bramy Piekła (Hell's Hinges) z 1916r. czy Szeryf z Yellow Dog (The Return of Draw Egan) z tego samego roku. Bohaterzy grani przez Harta po każdym pojedynku lekko podrzucali pistolety i łapali je wpół po czym wsadzali do kabur. To samo tyczy się kwestii rewolweru Doca Hollidaya, który Scott dostaje w prezencie od starego opiekuna Murpha (Walter Rilla). Ten colt rzekomo zawiera sztuczki trzech pokoleń rewolwerowców wraz z modyfikacjami dokonanymi przez kolejnych legendarnych szeryfów i bohaterów (zmodyfikowany kurek, obcięta lufa etc.). To dobry przykład riserczu historii dzikiego zachodu co w spaghetti westernach, poza kilkoma wyjątkami, stało na niezadowalającym poziomie. Do tego jeszcze pojedynek na rozpędzonych koniach z nabijaniem karabinów odprzodowych, czarnoprochowych – niespodziewane scenograficzno-obyczajowe nawiązanie do czasów sprzed wojny secesyjnej.
         Film Dni Gniewu należy do grupy wysoko cenionych przeze mnie spaghetti westernów. Nie z uwagi na scenariusz, reżyserię, aktorstwo, montaż czy muzykę, które oczywiście są na przyzwoitym poziomie. Tylko właśnie na fakt, w jak poważny i honorowy sposób twórcy potraktowali gatunek. Bez przegięć, bez niepotrzebnego lawirowania na granicy absurdu. Z ogromem serca włożonym w przygotowanie tej opowieści i wgryzieniem się w historie, legendy i wątki z amerykańskiego pogranicza. Z oryginalnymi pomysłami, ale bez rezygnowania z tego, co we włoskim westernie najlepsze, czyli strzelanin, bijatyk i saloonowej atmosfery. Gorąco polecam.