środa, 28 czerwca 2017

Dni Gniewu (I giorni dell'ira) - 1967r.

Sergio Leone, choć nie był pierwszym włoskim reżyserem kręcącym westerny, zawiesił poprzeczkę na tyle wysoko, że kolejni twórcy z Italii musieli wspinać się na wyżyny warsztatu, by sprostać oczekiwaniom rozmiłowanej w nowym-starym gatunku widowni. Film Dni geniwu (I giorni dell'ira) z 1967r. w reżyserii Tonino Valerii'ego to przykład mądrego wykorzystania dostępnych środków, motywów i doświadczeń. Twórcy starannie wyważyli każdy składnik, dzięki czemu zadowoleni z seansu powinni być zarówno miłośnicy starej klasyki jak i fani antywestrenu.
         Akcja dzieje się w miasteczku Clifton, gdzie panuje pozorny ład i porządek. Prawa pilnuje szeryf Nigel (Nino Nini), a o czystość na ulicach dba młodzieniec Scott (Guliano Gemma). Scott jest bękartem i synem kurtyzany. Mieszkańcy nie mają o nim dobrego zdania i traktują go jak popychadło. Sytuacja zmienia się, gdy do Clifton przyjeżdża tajemniczy rewolwerowiec Frank Talby (świetny Lee van Cleef). Scott po raz pierwszy w życiu spotyka osobę, która dostrzega w nim potencjał i odnosi się do niego z szacunkiem. Młodzieniec, fascynujący się pojedynkami strzeleckimi i legendami o rewolwerowcach, postanawia wykorzystać okazję i z pomocą Talbiego odmienić swoje nędzne życie.
         Tonino Valerii w Dniach gniewu nie odkrywa Ameryki, ale umiejętnie wykorzystuje motywy zarówno z klasycznych jak i rodzimych westernów. Osią filmu jest relacja uczeń-mistrz, która powstaje po spotkaniu Scotta i Talbiego. Motyw rewolwerowca uczącego rzemiosła lokalnego młokosa to nic nowego, wystarczy wymienić Gwiazdę Szeryfa Anthony Manna czy Rewolwerowców George'a Waggnera, gdzie takie wątki się pojawiły. Jednak Valerii zamienia wątek w kamień węgielny fabuły, a także rozwija go i łączy z tradycją pojedynków rewolwerowych, sztuczek, a także innowacją broni palnej. Ten profesjonalizm i nawiązanie do legendy o Docu Holliday'u oraz rozbicie nauki na lekcje i wmieszanie w to różnego rodzaju pojedynków jest najmocniejszą stroną Dni Gniewu. Z sentymentem wspominam czasy świetności chińskich martiali ze stajni Show Brothers czy Golden Harvest. Powstawały wtedy dziesiątki podobnych filmów – rozbitą na etapy i pojedynki koncepcję nauki w identyczny sposób uprawiano na wschodnioazjatyckiej ziemi. Do głowy też od razu przychodzą tarantinowskie Django i Kill Bill – gdzie relacja mistrz-uczeń ugryziona została równie ciekawie i inspirowało ją zarówno kino azjatyckie jak i właśnie spagwest.

         Druga rzecz to aktorzy. Rozsądni producenci i reżyserzy świetnie rozumieją, że to, co raz osiągnęło sukces, osiągnie go po raz drugi, trzeci czy n'ty. No właśnie, najjaśniejszym punktem omawianego spektaklu jest wg mnie Lee Van Cleef. Na przestrzeni lat pięćdziesiątych ten charakterystyczny aktor zagrał dziesiątki świetnych epizodów w westernach klasycznych i psychologicznych. W tamtych czasach brakowało jednak scenariuszy i postaci, dla których warto byłoby go obsadzać w rolach głównych na większą skalę. W latach sześćdziesiątych, w epoce filmowych łowców głów, brutalnych mścicieli i profesjonalistów, gdy Cleef miał z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej świeżość i głód pierwszoplanowych ról - osiągnął sukces właśnie we włoskich produkcjach. Sędziwy wygląd i nienaganna sylwetka predysponowały go do takich postaci, a drapieżny błysk w oczach i szyderczy uśmiech stały się znakiem rozpoznawczym. Po sukcesach występów w Za kilka dolarów więcej Leone, Colorado Sollimy czy Śmierć jeździ konno Petroniego (tutaj też był mentorem dla żądnego zemsty młokosa) stał się symbolem gatunku.

         Zupełnie inaczej zaprezentował się Guliano Gemma w roli Scotta Mary. Rolę miał trudną i zagrał nieco teatralnie, jakby jego postać była oderwana od rzeczywistości. Ale ja myślę, że o to chodziło reżyserowi – to miał być ten przebojowy gość z Pistoletu dla Ringa Tessariego, skaczący przez stoły, robiący fikołki i kręcący rewolwerem, z głupkowatą miną i cwaniackim uśmieszkiem na ustach. Bo tamta rola była po prostu świetna i zrobiła furorę – w późniejszym Powrocie Ringa, gdzie Gemma pozował na mrocznego włóczęgę na wzór Eastwooda z Garści Dolarów, wypadł już moim zdaniem słabiej. Oczywiście Scott Mary to nie jest cyniczny i egoistyczny luzak jak Ringo, nie jest też karykaturą westernowego bohatera. Reprezentuje nurt „od zera do bohatera” - który to motyw literacki i filmowy zawsze cieszył się dużą sympatią czytelników i widzów.

         Kolejnym godnym uwagi elementem filmu jest muzyka, czyli to, bez czego spaghetti westerny straciłyby lwią część popularności i blasku. Tym razem nie Ennio Morricone, a Riz Ortolani zajął się kompozycjami. Nie oszukujmy się, tutaj też czuć w melodiach morriconowski styl, ale jednak nie tak spektakularny i rzucający się w uszy jak to było w filmach Leone czy Corbucciego. W Dniach gniewu muzyka jakby stanowi symbiozę ze scenerią, plenerami i wydarzeniami. Gdy trzeba przyspieszyć, nadaje właściwe tempo, a gdy jest czas by zwolnić, subtelnie buduje napięcie przed kolejnymi zwrotami akcji. Nie wyrywa się przed kadr, ale i zapada w pamięć.

         Na koniec jeszcze kilka ciekawostek, które zauważyłem w tym filmie. Warto zwrócić uwagę w jaki sposób Talby w niektórych scenach chowa rewolwery. W przeciwieństwie do Scotta, który fascynuje się sztuczkami i robieniem obrotów, on chwyta je na wzór rewolwerowców z czasów starego kina. Najlepszym przykładem jest William S. Hart z filmów takich jak Bramy Piekła (Hell's Hinges) z 1916r. czy Szeryf z Yellow Dog (The Return of Draw Egan) z tego samego roku. Bohaterzy grani przez Harta po każdym pojedynku lekko podrzucali pistolety i łapali je wpół po czym wsadzali do kabur. To samo tyczy się kwestii rewolweru Doca Hollidaya, który Scott dostaje w prezencie od starego opiekuna Murpha (Walter Rilla). Ten colt rzekomo zawiera sztuczki trzech pokoleń rewolwerowców wraz z modyfikacjami dokonanymi przez kolejnych legendarnych szeryfów i bohaterów (zmodyfikowany kurek, obcięta lufa etc.). To dobry przykład riserczu historii dzikiego zachodu co w spaghetti westernach, poza kilkoma wyjątkami, stało na niezadowalającym poziomie. Do tego jeszcze pojedynek na rozpędzonych koniach z nabijaniem karabinów odprzodowych, czarnoprochowych – niespodziewane scenograficzno-obyczajowe nawiązanie do czasów sprzed wojny secesyjnej.
         Film Dni Gniewu należy do grupy wysoko cenionych przeze mnie spaghetti westernów. Nie z uwagi na scenariusz, reżyserię, aktorstwo, montaż czy muzykę, które oczywiście są na przyzwoitym poziomie. Tylko właśnie na fakt, w jak poważny i honorowy sposób twórcy potraktowali gatunek. Bez przegięć, bez niepotrzebnego lawirowania na granicy absurdu. Z ogromem serca włożonym w przygotowanie tej opowieści i wgryzieniem się w historie, legendy i wątki z amerykańskiego pogranicza. Z oryginalnymi pomysłami, ale bez rezygnowania z tego, co we włoskim westernie najlepsze, czyli strzelanin, bijatyk i saloonowej atmosfery. Gorąco polecam.




piątek, 23 czerwca 2017

Krew za Krew (Seraphim Falls) - 2006r.

Dwudziesty pierwszy wiek to na pewno nie jest epoka westernów. Kino komercyjne stawia na inne gatunki: uniwersa superbohaterów, filmy katastroficzne, dramaty historyczne, science-fiction i fantasy. W kinie mniej komercyjnym nieprzerwanie dominuje uwypuklanie obrazu ponad fabułę i odejście od przekazu budowanego na fundamentalnych wartościach. W tej kinowej zupie trudno odnaleźć się ambitnym westernowym zamysłom, ale z drugiej strony, gdy już ktoś zabiera się za kręcenie filmu o dzikim zachodzie, próbuje to robić z pasją. Nawet jeśli ostatecznie zamysł nie wychodzi, a film okazuje się słaby, to i tak każdy fan gatunku po niego sięga, właśnie dlatego, że nie ma w czym wybierać. Tym niemniej od czasu do czasu pojawia się film, który daje solidnego kopa w tyłek i inspirację do sięgnięcia po „pióro”.
         Krew za krew (Seraphim Falls), bo o tym westernie mowa, ujrzał światło dzienne w 2006r., a reżyserem i autorem scenariusza jest David Von Ancken. Nie jest to film wybitny na miarę Zabójstwa Jesse Jamesa przez Tchórzliwego Roberta Forda Andrew Dominika z 2007r. czy Django Quentina Tarantino z 2012r., ale ze względu na świetną grę aktorów i trzymającą w napięciu, pełną akcji fabułę, stanowi jeden z najjaśniejszych punktów westernowej mapy XXI w.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu amerykańskiej wojny domowej i obejmuje rozległy teren, od pokrytych śniegiem przełęczy górskich aż po pustynne równiny. Główni bohaterowie to weterani wojny. Kapitan Gideon (rewelacyjny Pierce Brosnan) aktualnie zajmujący się zakładaniem pułapek na zwierzynę, gdzieś w Górach Skalistych. Jego tropem podążą pułkownik Carver (świetny Liam Neeson) z grupą łowców głów. Ranny Gideon cudem unika śmierci, a dzięki pomocy mieszkającej w górach Charlotte (Shannon Zeller) udaje mu się wydostać z pułapki i zbiec na równiny. Carver wytrwale podąża jego tropem. Tyle o fabule, bo film jest stosunkowo nowy i może nie każdy miał okazję go obejrzeć.
         Krew za krew to pojedynek dwóch postaci. Zdeterminowanego by przetrwać Gideona i jeszcze bardziej zdeterminowanego by go dopaść Carvera. Obu mężczyzn łączy pewne wydarzenie z przeszłości, które rozegrało się właśnie w tytułowym Seraphim Falls (polskie tłumaczenie jest tym samym nieco chybione, choć pasuje do wydarzeń). Z początku odruchowo trzymamy stronę osaczonego przez nagonkę Gideona. W miarę upływu czasu, odkrywając przedstawioną w retrospekcjach mroczną historię obu panów, łatwo się zawahać. Ostatecznie wybór właściwej strony staje się bardzo trudny. Podział na dobro i zło jest umiejętnie zakrzywiony, a widz dostaje szansę, by wybrać swojego faworyta pojedynku.
     No właśnie, pojedynku bardzo zaciętego, który kończy się w sposób zaskakujący. Czytałem zarówno pozytywne jak i negatywne opinie co do zakończenia, ale mi akurat się ono spodobało. Do gustu przypadła mi też wizualna i gatunkowa metamorfoza, jaką da się odczuć podczas oglądania tego filmu. Od surwiwalu w ośnieżonych górskich przełęczach na wzór  Człowieka w dziczy Richarda Sarafiana czy Jeremiah Johnsona Sydneya Pollacka, aż do pełnego mistycyzmu i metafizyki dramatu psychologicznego, dla którego tłem stają się pustynie Wielkiej Kotliny. Jest to niewątpliwie zabieg nietypowy i najmocniejsza strona filmu.
         Krew za krew porusza uniwersalną tematykę dramatu, który niesie ze sobą wojna. Może właśnie dlatego tak dobrze mi się go oglądało i byłem ciekawy, co wydarzyło się w filmowej przeszłości. Gideon i Carver to typ weteranów, dla których wojna nigdy się nie kończy. Ona trwa nadal i trwać będzie dopóki jeden z nich nie zginie. Jest tu mnóstwo pytań i wątpliwości moralno-etycznych. Wybory, których bohaterowie dokonują w trakcie podróży, to symbolika uwydatniana przez reżysera w celu stymulacji widza i zmuszenia go do refleksji. Zajęcia własnego, aktywnego stanowiska. Udanym zabiegiem jest pojawienie się na ekranie jakby arbitrów w postaci indiańskiego filozofa Charona (świetny Wes Studi) oraz sprzedawczyni leku Madam Luise Fair (Anjelica Huston). Ta dwójka wymusza na bohaterach dokonywanie kolejnych wyborów – bo wszystko, co zrobią i powiedzą Gideon i Carver, ukształtuje wygląd sceny kulminacyjnej. Do tego napotkani, niczym zjawy, mają oblicze religijno-mistyczne: Indianin grany przez Wesa Studi, podobnie jak mitologiczny Charon, pobiera opłatę – w tym przypadku za skorzystanie ze źródła. Z kolei imię Madam Luise Fair, kojarzy się z Lucyferem. Hmm... Czyżby nienawiść i chęć zemsty, zamiast przynieść ulgę i zagojenie starych ran, pchała bohaterów wprost do piekła?
     
   Mocną stroną filmu są też dialogi. Minimalistyczne, ale zawierające garść symboliki. Np. ojciec Charlotte mówi: „Tutaj człowiek bez konia to trup” - w dalszej części filmu kwestia posiadania konia odegra symboliczną rolę. Czy np. kwestia Charona: „Zapłać za wodę życia albo zapłacisz za nią życiem”.
         W tym westernie zaskoczył mnie Pierce Brosnan. O ile o Liamie Neesonie już w 2006r. miałem wyrobione zdanie, że to bardzo uniwersalny aktor, umiejętnie wcielający się w role zarówno ludzi światłych (np. Oscar Schindler z Listy Schindlera Spielberga) jak i nieokrzesańców (np. Charles Churchill z Buntu na Bounty Rogera Donaldsona), o tyle Brosnan kojarzył mi się do tamtego czasu z rolami cynicznych dżentelmenów w stylu Remingtona Stelle'a albo Jamesa Bonda. Tutaj zagrał rewelacyjnie, a jego postać: Gideon – nieco zdziczały kapitan wojsk Unii – wskoczył do grona moich ulubionych filmowych postaci. Oczywiście Neeson dotrzymywał mu kroku.

         Lubię takie filmy. Ni stąd ni zowąd pojawiające się na ekranie. Zrobione przez mało znanego reżysera, który wymyślił sobie westernowy debiut, dając ostro w kość bohaterom od początku aż do ostatniej sceny. Do tego przy okazji nawiązując do istotnych w historii USA wydarzeń takich jak wojna domowa, wędrówka do ziemi obiecanej czy budowa kolei. Ze świetną scenografią, pełnym zwrotów akcji scenariuszem i wyborną grą aktorów. To amerykański antywestern z krwi i kości, bijący na głowę wiele lepiej promowanych filmów z tamtego okresu. Gorąco polecam...



sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View:




piątek, 9 czerwca 2017

Wyjęty Spod Prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) - 1976r.

Niedawno Clint Eastwood obchodził urodziny, więc pomyślałem, że to dobry moment na lifting którejś z notek o filmach z jego udziałem. Mi osobiście pan Clint jako reżyser zaimponował jeszcze bardziej niż jako aktor, bo o ile sposób w jaki grał był z reguły podobny, o tyle każdy wyreżyserowany przez niego western jest zupełnie inny i to jest piękne. W każdym z tych filmów jest mnóstwo świetnej polemiki zarówno z klasykami, z rewizjonistami, ze spaghetti jak i z samym sobą. Ostatecznie padło na drugi western w jego reżyserskiej karierze, gdzie tej polemiki jest chyba najwięcej.
Wyjęty spod prawa Josey Wales (The outlaw Josey Wales) ujrzał światło dzienne w 1976r i okazał się sporym sukcesem. Sam reżyser wielokrotnie mówił o nim w wywiadach: „to jeden z najlepszych filmów w moim dorobku reżyserskim”. Sukcesu tej produkcji można upatrywać w wielu czynnikach, a przede wszystkim w niebanalnej fabule, mającej swój pierwowzór w niskonakładowej książce The rebel outlaw: Josey Wales, którą na filmowy scenariusz zamienił Philip Kaufman znany z późniejszego scenariusza do Indiany Jonesa - Poszukiwacze zaginionej arki Stevena Spielberga. Dodatkowo nominacja do Oscara za najlepszą muzykę oryginalną dla Jerry Fieldinga oraz przychylność krytyki, bo jest to ponoć ten z hollywoodzkich filmów, o którym powstało najmniej chłodnych a najwięcej ciepłych recenzji.
                 Wyjęty spod prawa Josey Wales to satyra westernu. Najbardziej przerysowany spośród eastwoodowskich obrazów o dzikim zachodzie. Jest przewrotny, ale to nie oznacza, że nie ma w nim westernowej i filmowej esencji. Wręcz przeciwnie – bogate doświadczenie Eastwood spiął tu w jedną całość, zrobioną z rozmachem na wzór epickich filmów Johna Forda, Raoula Walsha, Howarda Hawksa czy Henry Hathawaya, opowiadających przejmujące i ciekawe historie o ludziach tułających się w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. Z kolei scenerią dla tej wędrówki, podobnie jak w Dobrym, Złym i Brzydkim Sergio Leone i Majorze Dundee Sama Peckinpaha, jest chaos wywołany dopiero co zakończoną Wojną Secesyjną. Poniżej postaram się wypunktować najważniejsze cechy eastwoodowskiego buntu:
Głównym protagonistą jest Josey Wales (wyborny Clint Eastwood) – farmer z Missouri, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę i spalili dom. Po tym wydarzeniu dołączył do bandy Bushwhackersów, czyli partyzantów pod wodzą Krwawego Billa Andersona (postać historyczna grana przez Johna Russella), a celem jego życia stało się zabijanie znienawidzonych Unionistów. Po kapitulacji Południa Josey Wales jako jedyny rebeliant nie składa broni. Staje się wyjętym spod prawa bandytą, którego ściga oddział Niebieskich Koszul. I to właśnie żołnierze Unii przedstawieni są w świetle negatywnym. Począwszy od zwykłych szeregowców, aż po Terrilla (Bil McKinney) – dowódcę oddziału, który zabił rodzinę Joseya. W klasycznych westernach niebieski kolor munduru był zwykle atrybutem protagonisty. Oczywiście zdarzało się, że pozytywnymi bohaterami robiono konfederatów jak np. Eathan Edwards w Poszukiwaczach Forda czy Travis Tyree w Rio Grande tego samego reżysera, ale to były raczej narzędzia służące pewnym fabularnym zabiegom.

Warto tutaj dodać, że film podejmuje piekielnie ciekawą tematykę wojny partyzanckiej na pograniczu stanów Kansas i Missouri, gdzie mieszanie się sympatii Południa i Północy było najmocniejsze na terenie całych USA, a walka o wpływy najbardziej zdradziecka i wymyślna. Świetnym przykładem jest przewoźnik na promie, który aby przeżyć nauczył się dwulicowości. Śpiewa Josey’owi Dixie, ale gdy nadjeżdżają żołnierze Unii od razu zmienia nutę na The Battle Hymn of the Republic. Umiejętność wynajdywania takich dosadnych szczegółów poszerza horyzont wiedzy o działaniach wojennych poza znanymi z epickich obrazów bitwami na terenie Wirginii czy Pensylwanii.
Mamy tu nawiązanie do samotnego jeźdźca z Trylogii Dolara. Nie pierwsze, bo Eastwood poruszał ten wątek już w Mścicielu i nie ostatnie, bo poruszy go jeszcze w Niesamowitym Jeźdźcu (choć tam bardziej jako polemika z Shane’em Georgea Stevensa). Pewien krytyk filmowy napisał kiedyś, że Wyjęty spod prawa Josey Wales to biografia Bezimiennego z filmów Leone. Dzięki temu wiemy kim on był wcześniej i co robił. Z tym że akurat tutaj samotny „bezimienny” jeździec ma imię i nie jest do końca taki samotny. Nawet lepiej – przyciąga jak magnes podobnych do siebie wyrzutków społecznych. Dla mnie jest on po prostu karykaturą leonowskiego jeźdźca. Owszem, jest twardzielem, jest zabijaką, ale w wielu scenach potrafi śmieszyć lub nawet wzruszać. Jak choćby w momentach opluwania trupów i zwierząt. Albo w scenie, gdy w nocy ma zamiar przespać się z Indianką Mały Księżyc (Geraldine Keams), niestety uprzedza go staruszek Samotny Wattie (rewelacyjny Chief Dan George).

Przerysowanych postaci i motywów jest tu mnóstwo. Samotny Wattie jest „cywilizowanym” Indianinem, który zdradził tradycje przodków i ubiera się teraz na modłę białych ludzi. Przekornie chodzi fe fraku, bo odziano w nie jego plemię na spotkanie z prezydentem. W jednej scenie Samotny Wattie – jak to w indiańskim zwyczaju bywało - skrada się, by zaskoczyć Joseya, ale ten bez trudu go przechytrza i przykłada pistolet do skroni. Z kolei  Babcia Sarah (niezła Paula Trueman), purystka obyczajowo-rasowa, nie ma dobrego zdania o mieszkańcach obu zwaśnionych stanów – zarówno tych z Missouri jak i tych z Kansas uważa za gburów i prostaków. Na mieszkańców Teksasu, do którego zmierzają, też patrzy nieprzychylnie, uważając ich za niewychowanych. Nie przeszkadza jej to jednak zakumplować się z wyjętym spod prawa rewolwerowcem i dwójką Indian. No właśnie – wracając do Indian, a konkretnie do indiańskich kobiet – zwykle przedstawiano je jako dumne, skromne i małomówne (vide Cyraneczka z Bezkresnego Nieba Howarda Hawksa). U Eastwooda Indianka Mały Księżyc ciągle gada i jest nimfomanką. W opustoszałym teksańskim miasteczku, gdzie docierają bohaterowie, największym utrapieniem jest nie głód czy strach a brak piwa i whisky. Rety, rety – w tym filmie niemal każda scena to krzywe zwierciadło…

Film koresponduje z wielkimi dziełami klasycznymi opowiadającymi o wojnie i o wędrówce. Rzuca się w oczy szczególnie wątek wędrówki do ziemi obiecanej, jako jeden z kluczowych w historii gatunku. Jest to jednak wędrówka inna niż klasyczne. Zamiast szablonowych purytańskich rodzin osadniczych nękanych przez zbirów i Indian jak choćby w Karawanie Cruze’a, Drodze olbrzymów Walsha czy Jak zdobyto dziki zachód Hathewaya i spółki, mamy tu bandytę w towarzystwie Indian, ksenofobicznej staruszki i nierozgarniętej młodej dziewczyny (Sondra Locke) – nękanych przez Niebieskie Koszule. Tym samym płynnie przechodzimy do drugiego ważnego wątku czyli wojny. Konflikt stanowi tło, ale i pretekst do dyskusji. Tutaj dostaje się nie tylko klasycznej Trylogii Kawaleryjskiej Johna Forda, ale nawet Samowi Peckinpahowi za Majora Dundee, w którym polemika sprowadzała się zaledwie do ocieplenia wizerunku Secesjonistów. Eastwood łamie wszelkie ówczesne konwencje i posuwa się dużo dalej, robiąc protagonistą seryjnego mordercę Jankesów.
Można wymieniać jeszcze długo, ale muszę sobie zostawić trochę na kiedy indziej, więc pora kończyć… A no właśnie, w omawianym filmie nie ma klasycznej sceny kulminacyjnej z rewolwerowym pojedynkiem jak to bywało u klasyków, no i co stanowiło „niemal połowę długości filmu” w spaghetti westernach.  Są za to dwie nieklasyczne sceny kulminacyjne, każda o zupełnie innym znaczeniu. Ale żeby nie psuć nikomu zabawy z oglądania, zostawiam analizę scen kulminacyjnych wam jako zadanie domowe ;).

Jeśli jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto nie przekonał się do filmów Eastwooda, a nie oglądał Wyjętego spod prawa Josey Walesa, powinien to jak najszybciej nadrobić. Jeżeli po tym westernie nie doceni kunsztu pana Clinta, to chyba nie zrobi tego po żadnym innym jego dziele. Jest tu wszystko, czego westernowy smakosz mógłby zapragnąć, a niebanalna opowieść, dużo akcji i przewrotne poczucie humoru nie pozwalają się nudzić. Zakończę więc w tym miejscu w dwóch słowach: gorąco polecam.


sobota, 3 czerwca 2017

Przedsionek Piekła (Purgatory) - 1999r.

W ostatnich dekadach pojawiło się sporo filmów będących hybrydami westernu i fantastyki. Najbardziej naturalnym dla gatunku nurtem fantastyki jest Wird West czerpiący z wiktoriańskiego steampunku, co mogliśmy obserwować np. w filmach Powrót do przyszłości 3 Roberta Zemeckisa, Bardzo dziki zachód Barry Sonnenfelda czy Jonah Hex Jimmy Haywarda. Są też filmy skręcające klimatem w stronę sci-fi jak Kowboje i obcy Jona Favreau; mrocznego fantasy jak Dead in Tombston Roela Reine czy nawet horroru jak choćby Bone Tomahawk S. Craiga Zahlera. Ale są też westerny nie hybrydowe, w których elementy metafizyki stanowią ważny, symboliczny czynnik. Warto tutaj wymienić Niesamowitego jeźdźca Clinta Estwooda czy Krew za krew Davida von Anckena. Nie da się ukryć, że dziki zachód ma zarówno własną „mitologię” opartą na legendarnych bohaterach, jak i  magiczną nutę wywodzącą się z połączenia obrzędów indiańskich, przesądów białych osadników i rozmaitych interpretacji pisma świętego. I ten fantastyczny czynnik pełni ważną funkcję także w westernie Przedsionek Piekła (Purgatory) z 1999r. w reżyserii Uli Edela.
                Film jest o tyle ciekawy, że w oryginalny sposób odświeża historie o bohaterach zachodu takich jak Doc Holliday, Billy Kid, Jesse James czy Dziki Bill Hickok. Historie, umówmy się, mocno wyeksploatowane na przestrzeni ostatnich stu lat kinematografii. To trudne zadanie udało się Uli Edelowi właśnie dzięki wprowadzeniu wątku fantastycznego, o którym jednak nie powiem zbyt wiele, żeby osobom nie znającym jeszcze tego filmu nie psuć zabawy.
                Głównym bohaterem jest młody kowboj Sonny (Brad Rowe) – miłośnik tanich powieści o legendarnych bohaterach zachodu. Pewnego dnia wraz z bandą rewolwerowców napada na bank, jednak niespodziewane pojawienie się oddziału kawalerii sprawia, że plany bandytów biorą w łeb. Wywiązuje się seria strzelanin i pościg, podczas którego uciekinierzy gubią się w burzy piaskowej. Trafiają do dziwnego miasteczka o nazwie Przystań, gdzie szeryf (bardzo dobry Sam Shepard) i mieszkańcy udzielają im schronienia i pomocy. Kowboje ze zdziwieniem i zadowoleniem przyjmują do wiadomości fakt, że miejscowi nie noszą broni – nie są tym samym w stanie im realnie zagrozić. W międzyczasie Sonny dostrzega dziwne podobieństwo niektórych mieszkańców do postaci z  rodzinnych stron i dawnych czasów. Gdy coraz śmielsze i bardziej agresywne zachowanie przyjezdnych doprowadza do serii niewyjaśnionych zdarzeń, młody bohater musi wybierać, po czyjej stronie stanąć w nieuchronnym konflikcie.

                Mocną stroną filmu jest ciekawa i trzymająca w napięciu fabuła, w której dominuje atmosfera niedopowiedzenia. Od początku towarzyszy przeczucie, że w przedstawionym uniwersum coś nie gra, o czym ostatecznie przekonujemy się poprzez szereg dziwnych zdarzeń, a zarazem zwrotów akcji. Bohaterowie mają podobne poczucie, ale większość z nich je bagatelizuje. Najbystrzejszym obserwatorem okazuje się niedoceniany i wykorzystywany przez innych żółtodziób, który dzięki dobremu wychowaniu i właściwym wyborom zdobywa serce pięknej Rose (Amelia Heinle), a ostatecznie otrzymuje szansę na odkupienie win.
                Kolejną mocną stroną filmu jest udany dobór aktorów. W roli szefa bandy Blackjacka Brittona świetnie sprawdził się Eric Roberts i on mi się tu chyba najbardziej podobał. Świetny był też wspomniany wyżej Sam Shepard grający szeryfa Forresta. Nieźle wypadli grający Sonnego Brad Rowe, ale i Donnie Wahlberg w roli  zastępcy szeryfa imieniem Glen, a także Peter Stormare wcielający się w prawą rękę herszta bandy – Cavina Guthire. Dobór reszty obsady też nie budził u mnie żadnych wątpliwości, choć należy podkreślić, że pośród kadry zabrakło charyzmatycznych aktorów o szerzej rozpoznawalnych nazwiskach, co mogłoby mieć korzystny wpływ na promocję filmu i zwiększenie jego popularności.

A tak, całkiem oryginalny i nienagannie nakręcony western w swoich czasach nie przedarł się do świadomości kinomaniaków i zaginął pośród ciekawszych i lepiej promowanych propozycji filmowych. No, w każdym razie ja go zupełnie przegapiłem. Najwyższy czas tę zaległość nadrobić i sięgnąć po Przedsionek piekła. Szczególnie, że kilka lat temu udało mi się go kupić, gdy znalazł się jako nr 15 w Wielkiej Kolekcji Westernów wydanej na DVD wraz z małą książką. I pewnie stałby zapakowany w folię na półce kolejnych kilka lat, gdyby nie fakt, że jeden z obserwatorów bloga przypadkowo zapytał o scenę z tego filmu, której zupełnie nie kojarzyłem. Na szczęście inny fan westernów podpowiedział, że to właśnie z Purgatory. I teraz z dedykacją dla nich obu – polecam.


sobota, 27 maja 2017

Ostatni Pociąg z Gun Hill (Last Train from Gun Hill) - 1959r.

Częstym motywem w westernach jest niecierpliwe oczekiwanie na pociąg. Niekiedy przyjazd żelaznego konia zwiastuje kłopoty dla czekającego jak na przykład w W samo południe Freda Zinnemanna; innym razem zwiastuje kłopoty dla przyjezdnego jak w Pewnego razu na dzikim zachodzie Sergio Leone (choć tu mamy do czynienia zaledwie z epizodem). Może być też przypadek, gdy przyjazd pociągu jest jak najbardziej pożądany i niecierpliwie oczekiwany. Wokół tego przypadku powstały pod koniec lat 50'tych dwa świetne westerny: 15:10 do Yumy Delmara Davesa i Ostatni pociąg z Gun Hill Johna Sturgesa. Oba są bardzo popularne, a mój osobisty wybór to film Sturgesa.
            Ostatni pociąg z Gun Hill (Last train from Gun Hill) powstał w 1959r, a jego reżyserem jest John Sturges, autor wielu świetnych westernów, jak choćby wcześniejszego Pojedynek w O.K. Corral z 1957r. i późniejszego Siedmiu wspaniałych z 1960r. Dziś zestawiam film Pana Johna ze zrobionym dwa lata wcześniej 15:10 do Yumy, ponieważ myślę, że Ostatni pociąg z Gun Hill to niejako odpowiedź na film Davesa i próba wykorzystania potencjału drzemiącego w motywie oczekiwania na pociąg. Film Sturgesa wydaje mi się jeszcze bardziej realistyczny, dynamiczny i trzymający w napięciu. To istny thriller z genialnym pojedynkiem dwóch wybitnych postaci, a zarazem aktorów. Przewagę Ostatniego pociągu nad Yumą poprę dużo ciekawszym scenariuszem, napisanym na podstawie opowiadania Lesa Chrutchfielda. Dodam też, iż dobrze się stało, że oba te filmy powstały, bo my – fani westernów – mamy w czym wybierać i o czym dyskutować.
            Film opowiada losy szeryfa Matta Morgana (świetny Kirk Douglas), któremu dwaj młodzi kowboje gwałcą i mordują żonę. Szeryf, w poszukiwaniu zemsty i obowiązku wobec prawa, postanawia doprowadzić morderców przed sąd. Śledztwo opiera na dwóch dowodach. Pierwszy to zeznanie synka Peteya, który widział jak matka zraniła w twarz jednego z oprawców. Drugi to zdobione siodło z inicjałami C. B. - zostawione wraz z koniem przez bandytów. Morgan rozpoznaje inicjały należące do jego przyjaciela sprzed lat, a zarazem człowieka, który uratował mu niegdyś życie – Craiga Beldena (Wyśmienity Anthony Quinn). Belden jest właścicielem wielkiego rancza nieopodal miasteczka Gun Hill – tam też udaje się szeryf Morgan...
            Myślę, że nie przesadzę jeśli konfrontację Anthony Quinna i Kirka Douglasa w Ostatnim pociągu z Gun Hill nazwę jedną z najciekawszych w historii westernu. Jest to o tyle wydatne zdarzenie, że granych przez nich panów łączy przyjaźń z młodości i szacunek do siebie nawzajem. Obaj stają też przed najważniejszym wyborem w życiu. Wyborem niczym z tragedii antycznej, gdzie nad bohaterami od początku ciąży fatum. Każdy ruch, każda kolejna decyzja prowadzą ich do nieuchronnego nieszczęścia.

            Postać Craiga Beldena to połączenie świetnie rozpisanej roli tragicznej ze niezapomnianą grą Anthony Quinna. Jego bohater nie jest zły – po prostu musi być bezwzględny w świecie, gdzie rządzi przemoc i bezprawie. Belden to postać negatywna, bo takiego dokonuje wyboru, ale z drugiej strony na każdym kroku emanuje ludzkimi cechami: zakłopotaniem, gniewem, strachem, miłością, troskliwością. Zdaje się być przeciwieństwem opanowanego, rzadko okazującego uczucia Morgana, który przedstawiony jest jako mściciel-profesjonalista. Beldenowi dziewięć lat wcześniej umarła żona i jako rozgoryczony wdowiec nie potrafił właściwie wychować syna. Dobrze wie, że teraz aby go ochronić będzie musiał zabić Morgana – inaczej sam zginie.

            Z kolei Matt Morgan to podręcznikowy przykład westernowego szeryfa. Szlachetny, praworządny, kochający bliskich i szanujący przyjaciół. Jest tak opanowany, że potrafi pokonać ból po stracie żony i zadowolić się zemstą w postaci doprowadzenia sprawców przed sąd. I tylko geniuszowi aktorskiemu Kirka Douglasa zawdzięczamy fakt, iż Morgan jest o wiele barwniejszy i bardziej niejednoznaczny niż wynikałoby to z szablonu, o którym napisałem wyżej. Dzięki świetnej grze bohater ten nabiera równie przejmujących cech co Craig Belden. Zaczyna mieć wątpliwości. W końcu on też staje przed najtrudniejszym w życiu wyborem: ma doprowadzić na stryczek jedynego syna swego przyjaciela. I to przyjaciela, który niegdyś uratował mu życie. Przyznam się, że ilekroć oglądam Ostatni pociąg, tylekroć mam wątpliwości, któremu z głównych bohaterów sekundować – z którym się utożsamiać.
           Film urzeka rozmachem i pięknymi zdjęciami Charlesa Langa realizowanymi w Arizonie. Są takie sceny, w których akcja przenosi się na ranczo Beldena. W momentach przyjazdu i odjazdu Matta albo pracujących tam kowbojów w tle widzimy piękne pasmo górskie, a wszystko wokół jest jak ekspresyjny pejzaż malowany pędzlem genialnego malarza. Warto też wspomnieć scenę z podpaleniem hotelu, gdzie Morgan przetrzymywał Ricka i z którego wychodzi, trzymając go na muszce. Gdy idą w stronę powozu, a potem jadą na stację, w tle widzimy trawiony wielkim ogniem hotel. Czegoś takiego nie dałoby się zdublować – to po prostu trzeba było zagrać i sfilmować jak należy za pierwszym razem. Świetna jest też scena kulminacyjna z rewolwerowym pojedynkiem, którego wyniku nie zdradzę, żeby nikomu nie odbierać frajdy. Do kompletu należy dodać niezłą grę postaci drugoplanowych, jak choćby Carolyn Jones grającą Lindę – kobietę rozdartą między miłością a nienawiścią do Craiga. Albo Earla Hollimana grającego nierozgarniętego i rozpieszczonego Ricka. Bardzo fajnie wypada Brad Dexter grający prawą rękę Beldena – niejakiego Beero. Muzykę napisał Dimitri Tiomkin i jak to u niego bywa, gdzieś na drugim planie koresponduje ze swoimi wcześniejszymi kompozycjami, tworząc klimat z jednej strony unikatowy, a z drugiej strony rozpoznawalny dla ucha.

            Podsumowując, to jeden z najlepszych westernów Sturgesa, ale i jeden z najmocniejszych punktów lat 50'tych – czyli epoki westernów psychologicznych. Zapożycza tematykę i niektóre sceny z 15:10 do Yumy, ale robi to tak doskonale i subtelnie, że nie sposób mówić tu o kopi tylko o polemice na najwyższym poziomie. Chwała wytwórni Paramount, że podjęła się realizacji tego tematu i że zleciła robotę Johnowi Sturgesowi – królowi westernowej akcji. Gorąco Polecam.


sobota, 20 maja 2017

Ujarzmij go, Kowboju (Ride him, Cowboy) - 1932r.

Najlepsze kreacje Johna Wayne’a przypadają na trzy dekady między latami czterdziestymi a sześćdziesiątymi. Pamiętamy go z wielkich westernów Johna Forda, Henry Hathawaya czy Howarda Hawksa. Ale Pan John popularny stał się już w latach trzydziestych, gdzie na początku dekady zabłysnął pierwszą dużą rolą w 1930r. w filmie pt. Droga olbrzymów. O kolejne duże role nie było już tak łatwo, bo gatunek przeżywał kryzys, ale pod koniec dekady w 1939r. wrócił do ekstraklasy westernowej postacią Ringo Kida w Dyliżansie.
Bynajmniej w międzyczasie tych dwóch przełomowych punktów kariery John Wayne się nie obijał. Zainteresowanie jego osobą rosło, choć przyszło mu występować głownie w serialach i westernach klasy B. Co ciekawe, były to czasy i produkcje filmowe, gdzie aktor musiał dbać o dobre stosunki zawodowe nie tylko z kolegami z planu, ale też ze zwierzętami – czytaj z końmi. W latach trzydziestych Wayne współpracował z kilkoma zawodowymi westernowymi końmi i wierzcie mi – oglądając film Ujarzmij go, kowboju (Ride him, cowboy) z 1932r. w reżyserii Freda Allena, zastanawiałem się, czy główną rolę gra tam Wayne czy jego błyskotliwy rumak Duke.
A propos imienia Duke – kiedyś myślałem, że Wayne dorobił się swego najbardziej znanego pseudonimu – czyli ksywki Duke – właśnie od imienia tego białego konia. Ale nie – okazało się, że zawdzięcza go rodzinnemu psu, który też miał na imię Duke.
Wracając do filmu. Dla mnie głównym bohaterem jest tu Duke-koń. To w końcu od niego zaczyna się cała historia: chcąc chronić ranczo właścicieli przed napadem, wplątuje się w zabójczą intrygę, po której zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Ale ponieważ akcja toczy się w miejscu, gdzie prawo dominuje nad bezprawiem, koń może liczyć na uczciwy proces. W tym samym czasie do miasta przyjeżdża młody wędrowny kowboj John Drury (świetny John Wayne). Przyjezdny, zaskoczony procesem narowistego rumaka, staje w jego obronie i zobowiązuje się ujeździć Duka, by dać mu drugą szansę. Sukces kowboja przypada do gustu młodej właścicielce konia – pannie Ruth Gaunt (Ruth Hall). Z kolei mieszkańcy miasteczka, przekonani o zaradności przybysza, powierzają mu trudną misję wytropienia legendarnego bandyty Jastrzębia, którego nikt nigdy jeszcze nie widział. Wraz z J. D. na wyprawę ruszają koń Duke oraz szanowany obywatel miasteczka Henry Sims (Frank Hagney).
Nie oszukujmy się, ten western mocno się zestarzał w ciągu osiemdziesięciu pięciu lat od premiery. Widać to szczególnie w scenach akcji (pościgi, bijatyki), które wydają się oderwane od rzeczywistości. Tym niemniej Ujarzmij go, kowboju rekompensuje te braki w inny sposób – przede wszystkim ciekawą fabułą i mnóstwem zabawnych scen, w których popisuje się Duke. Kiedyś czytałem artykuł o tym, jak trudno kręci się filmy z czynnym udziałem zwierząt w fabule i tym bardziej chylę czoła przed twórcami, bo na pewno nie było łatwo.
Oprócz samego Duka jest tu sporo ciekawostek. Jak choćby napisy początkowe, podczas których kadra filmowa przedstawiana jest, stojąc w rządku, gdy kamera na nich najeżdża (łącznie z Duke’em). Ciekawostką jest też np. to, że trójka głównych bohaterów (w tym koń) ma tak samo na imię w rzeczywistości jak w filmie. Wydaje mi się, że pierwsze lata po wejściu kina udźwiękowionego – plany filmowe przeplatały fikcję z rzeczywistością, tworząc coś na kształt kameralno-teatralnych spektakli. Tyczyło się to przede wszystkich produkcji na mniejszą skalę – niezobowiązujących twórców do zachowania wymaganej powagi.

No cóż, Ujarzmij go, kowboju to kawałek historii kina i pozycja warta obejrzenia choćby z uwagi na Wayne’a i Duke’a. Trafiałem na dużo gorsze filmy produkowane dekady później, więc nie boję się użyć magicznego słowa „polecam” - oczywiście maniakom westernów ;).