wtorek, 4 lipca 2017

Niebezpieczni Kompani (The Deadly Companions) - 1961r.

Filmy Sama Peckinpaha to dziś obiekty kultu. Wyobraźnię rozpalają: antyromantyczna wizja Billy Kida granego przez Krisa Kristoffersona w Patt Garrett i Billy Kid; rzeźnia urządzona w Meksyku przez Pike’a Bishopa i spółkę z Dzikiej Bandy czy „toksyczny romans” Unionistów i Konfederatów z Majora Dundee. Westerny Krwawego Sama, podobnie jak innych twórców tamtego okresu, otwarły się na elementy pomijane w poprzednich dekadach takie jak przemoc, krew i nagość. Wdzieranie się cywilizacji, a tym samym zmierzch symboli zachodu, ukazywano naturalistycznie i pesymistycznie. Przekształcenia gospodarczo-społeczne prowadziły często do śmierci głównych bohaterów, którzy nie chcieli zaakceptować zmian i dostosować się do nowego ładu. Zamiast „pięknych” dyliżansów kursowały „brzydkie” automobile, a zamiast honorowych pojedynków na rewolwery strzelało się wrogom w plecy i to z karabinu maszynowego. W końcówkach filmów umierały nie tylko legendy jak Billy Kid, ale i cisi bohaterowie old westu, których perypetie podnosiły morale widowni w złotej epoce Hollywood. Ale nie zawsze było tak ostro i bezkompromisowo. Warto cofnąć się w czasie i rozpocząć przygodę z Peckinpahem od jego debiutu na wielkim ekranie czyli filmu Niebezpieczni kompani (The Deadly Companions) z 1961r., bo ten reżyser debiutował jeszcze w epoce klasycznej.
                Film jest adaptacją powieści Alberta Fleishmana pt. The Deadly Companions i opowiada o trzech bandytach: Jankesie (Brian Keith), Billym (Steve Cochran) i Turku (Chill Wills) planujących napad na bank w miasteczku Hila City (lub Gila City). Dziwnym trafem zostają oni uprzedzeni przez inną grupę zbirów. Na ulicy wywiązuje się strzelanina, podczas której ginie chłopiec o imieniu Mead – syn tancerki Kit Tilden (Maureen O'Hara). Załamana kobieta, mająca dosyć ciągłego wytykania palcem przez „porządnych” obywateli, postanawia wywieźć ciało chłopca do odległego miasteczka Siringo, gdzie rzekomo pochowano jego ojca. Niestety Siringo aktualnie znajduje się na terytorium kontrolowanym przez Apaczów i nikt z Hila City nie chce pomóc w transporcie ciała. Kit mimo wszystko decyduje się jechać, a jej niechcianymi kompanami zostają Jankes, Billy i Turk. Po drodze okazuje się, że nie tylko Apacze stanowią zagrożenie dla podróżnych...
                Największym atutem Niebezpiecznych kompanów są relacje między głównymi bohaterami i napięcie towarzyszące fabule. Ten film jest etapem pośrednim między westernem psychologicznym i antywesternem. Powidoki klasycznej atmosfery lat 50'tych mieszają się tu z wizją podłego świata i upadku dzikiego zachodu końca lat 60'tych, tworząc bardzo oryginalny i niesłusznie niedoceniany obraz. Klasycznej atmosfery? Tak, bo sposób kręcenia i montażu, fabuła oraz przedstawione czasy nawiązują do dzieł klasycznych. Podłego świata? Jak najbardziej, bo tu nie ma bohaterów reprezentujących czyste dobro – wszyscy są albo ludźmi złymi albo tchórzami, w najlepszym razie pechowcami. Już na początku dowiadujemy się, że między trójką głównych bohaterów nie ma grama przyjaźni, a jedyne co ich łączy to chciwość, szaleństwo lub żąda zemsty. Gdy w samym środku tykającej bomby o trzech zapalnikach pojawia się piękna kobieta, można być pewnym, że wcześniej czy później dojdzie do niekontrolowanego wybuchu. O dziwo ten przewidywalny schemat w miarę trwania filmu ewoluuje i ostatecznie pozostawia wrażenie sytości. I myślę, że w tym właśnie tkwi największa zasługa Sama Peckinpaha – jednego z mistrzów opowiadania westernowych historii.
                Co do doboru aktorów i ich gry mam mieszane uczucia, choć postaci są bardzo ciekawe. Lubię Maureen O'Harę i podobała mi się jako Kit, mimo że w kilku scenach zabrakło jej wiarygodności (szczególnie, gdy zginął Mead). Tym niemniej fajnie, że tym razem ta piękna aktorka nie prała kawaleryjskich gaci w wodach Rio Grande, tylko zagrała ważną postać - pokrzywdzoną przez życie „twardzielkę”. Pamiętam, że zdarzało jej się grywać uparte, konkretne dziewczyny jak choćby w Rudzielcu z Wyoming z 1953r, ale aż tak zdeterminowanej postaci w jej wykonaniu nie pamiętam. Z trójki mężczyzn najlepiej zaprezentował się moim zdaniem Steve Cochran w roli przebojowego Billy'ego, który szybko strzela i jeszcze szybciej się zakochuje. Świetną kreację stworzył też Chill Wills – postać nawiedzonego renegata, któremu marzy się założenie własnej republiki gdzieś na granicy USA i Meksyku lub dowodzenie armią indiańskich żołnierzy-niewolników. Nawet muzyka momentami ustawia się w szeregu przed Turkiem, schodząc z ogólnej nuty w kamasze When Johnny comes marching home, jakby podkreślając wagę jego szaleństwa. To pierwsza, ale nie ostatnia nawiedzona postać w filmach Krwawego Sama. Najmniej mnie przekonał Brian Kieth – aktor, który współpracował wcześniej z Peckinpahem przy realizacji serialu, a tym samym zdawałoby się, że potencjalnie najpewniejszy punkt tej produkcji. Jednak niektóre sceny z jego udziałem leżały, szczególnie te romantyczne. O wiele lepiej wychodziło mu torpedowanie zapędów swoich nieokrzesanych podkomendnych. No ale może to dlatego, że miał specyficzną rolę – byłego oficera wojsk Unii szukającego zemsty, a także odkupienia po przypadkowym zabójstwie chłopca.

Co by nie mówić wszystkie postaci w tym filmie są dziwne i jakby przeklęte. Co z tego, że Kit ma w sobie honor i odwagę by spoliczkować bandziora podczas nabożeństwa, skoro za chwile ginie jej ukochany synek, dla którego tak bardzo chciała się nawrócić? Co z tego, że Jankes pokonuje demony przeszłości i się zakochuje, skoro ma blizny po skalpowaniu i niesprawne prawe ramię? Co z tego, że Mead jest przedsiębiorczym chłopcem i świetnie gra na harmonijce, skoro trafia go zabłąkana kula i umiera? Co z tego, że w mieście jest pastor, skoro wierni zbierają się na nabożeństwach w saloonie, a barman z mętną miną musi zasłaniać rubensowskie akty na ścianach przybytku. W tym filmie nawet Apacze to straceńcy i pijaki. Włóczą się po pustyni uprowadzonym dyliżansem i odurzają się wodą ognistą w poszukiwaniu rozróby. Pierwszy lepszy biały żołdak potrafi zakraść się do ich obozu nocą i wykraść konie. Wszyscy pozostali mieszkańcy pogranicza to tchórze bojący się choć na chwilę wychylić ze swych bezpiecznych przystani.
                Krwawy Sam już w debiucie wyraźnie dał do zrozumienia, że idzie w przeciwnym kierunku niż starsi koledzy po fachu. Podejrzewam, że gdyby miał pełną kontrolę nad scenariuszem i montażem (który uważał za najważniejszy w filmowej sztuce), krytycy okrzyknęliby pierwszym antywesternem nie Strzały o zmierzchu a właśnie Niebezpiecznych kompanów. Tymczasem w formie i treści temu filmowi bliżej do westernów psychologicznych, szczególnie tych od duetu Budd Boetticher i Randolph Scott. Na myśl od razu przychodzi nakręcony rok wcześniej western Porwana przez Komanczów, gdzie grupa skonfliktowanych łowców nagród pod wodzą ex-oficera podobnie jak tu eskortuje kobietę przez terytorium Indian. Udział Randolpha Scotta w kolejnym westernie Peckinpaha daje do myślenia i potwierdza hipotezę o inspiracjach tego reżysera.

                Kawałek ciekawego westernu – polecam.


7 komentarze:

Simply pisze...

To był film typowo producencki, reżyser nie miał tu praktycznie nic do powiedzenia. Producentem był niejaki Charles FitzSimons , brat Maureen O'Hary , która niedawno zagrała w hitowej komedii familijnej u boku ...Briana Keitha. No i braciak postanowił iść za ciosem i zrobić coś jeszcze z tą parą. Keith zgodził się zagrać, ale tylko pod warunkiem, że reżyserował będzie Peckinpah ( z którym robili wysoko oceniany serial ,, The Westerner'') - tym sposobem załatwiając mu kinowy debiut. Scenariusz Keith podsumował następująco : ,, Słabizna. Takie coś John Ford wziąłby na warsztat tylko w sytuacji, gdyby obiecano mu za to wolną rękę przy co najmniej trzech kolejnych autorskich projektach''.
No i pierwsze, za co Samuel się zabrał, to przerabianie skryptu. Tylko że FitzSimons wcześniej współtworzył ten scenariusz przez trzy lata(! ) i uważał go za mistrzostwo. Zabronił Peckinpahowi wszelkich poprawek. Zdjęcia trwały trzy tygodnie, producent był non stop obecny na planie, wpierdalał się do realizacji każdej dosłownie sceny , zabronił Peckinpahowi w ogóle reżyserowania samej Maureen O'Hary (!!) , a po skończeniu zdjęć wykopał go na aut; montaż przejęło studio. Opisałeś to jako dzieło co najmniej intrygujące. Jak dla mnie ten film jest idealnie bezstylowy i bezpłciowy , w ogóle mnie ta historia nie porwała. Nie mniej po premierze ,, Deadly Companions'' dostało trochę pozytywnych recenzji. Efektem tego Samuel otrzymał wkrótce kolejny skrypt B klasowego westernu, tym razem od młodego, ogarniętego producenta ,, from major studio''.

Andrzej Baku Baku pisze...

Tak, zwróciłem uwagę na to, że Peckinpah nie miał kontroli nad scenariuszem i montażem. I znam historię powstawania tego filmu, a także opinie starych krytyków, powtarzane w nieskończoność przez wszystkich niczym przez papugi. Ja mam na ten temat swoje zdanie. Patrzę przede wszystkim na obraz, a nie na to jakim pędzlem był malowany. Mi się ten western podoba i dostrzegam w nim dużo ciekawostek i kwestii godnych podkreślenia.
Tym niemniej w porównaniu z innymi westernami Krwawego Sama "Niebezpieczni kompani" plasują się na odległym miejscu.

Simply pisze...

Właśnie recenzje na gorąco były na ogół dobre , Peckinpah tak się z tego cieszył , że nawet wysyłał recenzentom osobiste podziękowania. Na imdb film ma notę 6,1 czyli dość wysoką. Opinie użytkowników są mieszane, ale z przewagą pozytywnych. Tak, że wcale taki oryginalny w tych swoich zachwytach nie jesteś :D

Andrzej Baku Baku pisze...

W jakich "zachwytach"? Czy ja się zachwycam tym filmem? Napisałem, że to "kawałek ciekawego westernu" - właśnie z uwagi na to, że przeplata pewien sentymentalny klimat klasyki z nadchodzącym wielkimi krokami krachem fundamentalnych dla gatunku wartości. To nie jest blog, gdzie daje się filmom noty i cenzury (co mnie obchodzi ranking na imdb?), tylko miejsce, gdzie próbuje się wyciągnąć z westernów to co najlepsze i najciekawsze. Nawet jeśli są to słabsze filmy lub wielokrotnie opisywane, bo zawsze można znaleźć inny punkt widzenia lub szczegół warty omówienia.

Simply pisze...

No bo piszesz o jakichś papugach, enigmatycznych starych krytykach , co to miało być? To sprawdziłem szybko, jak ten film jest postrzegany . Miałem Ci całe recenzje przekleić?

Mariusz pisze...

Dopiero w zeszłym roku obejrzałem ten film i prawie w ogóle o nim zapomniałem. Pamiętam, że oglądało się bez znudzenia, jak wiele innych tego gatunku i w tamtych latach mógł się podobać, ale znając resztę dokonań Peckinpaha szybko zapomina się o jego debiucie. Bo niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Andrzej Baku Baku pisze...

No tak, ten blask pozostałych dokonań Peckinpaha sprawia, że Niebezpieczni Kompani są gdzieś w cieniu.

Prześlij komentarz