piątek, 23 czerwca 2017

Krew za Krew (Seraphim Falls) - 2006r.

Dwudziesty pierwszy wiek to na pewno nie jest epoka westernów. Kino komercyjne stawia na inne gatunki: uniwersa superbohaterów, filmy katastroficzne, dramaty historyczne, science-fiction i fantasy. W kinie mniej komercyjnym nieprzerwanie dominuje uwypuklanie obrazu ponad fabułę i odejście od przekazu budowanego na fundamentalnych wartościach. W tej kinowej zupie trudno odnaleźć się ambitnym westernowym zamysłom, ale z drugiej strony, gdy już ktoś zabiera się za kręcenie filmu o dzikim zachodzie, próbuje to robić z pasją. Nawet jeśli ostatecznie zamysł nie wychodzi, a film okazuje się słaby, to i tak każdy fan gatunku po niego sięga, właśnie dlatego, że nie ma w czym wybierać. Tym niemniej od czasu do czasu pojawia się film, który daje solidnego kopa w tyłek i inspirację do sięgnięcia po „pióro”.
         Krew za krew (Seraphim Falls), bo o tym westernie mowa, ujrzał światło dzienne w 2006r., a reżyserem i autorem scenariusza jest David Von Ancken. Nie jest to film wybitny na miarę Zabójstwa Jesse Jamesa przez Tchórzliwego Roberta Forda Andrew Dominika z 2007r. czy Django Quentina Tarantino z 2012r., ale ze względu na świetną grę aktorów i trzymającą w napięciu, pełną akcji fabułę, stanowi jeden z najjaśniejszych punktów westernowej mapy XXI w.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu amerykańskiej wojny domowej i obejmuje rozległy teren, od pokrytych śniegiem przełęczy górskich aż po pustynne równiny. Główni bohaterowie to weterani wojny. Kapitan Gideon (rewelacyjny Pierce Brosnan) aktualnie zajmujący się zakładaniem pułapek na zwierzynę, gdzieś w Górach Skalistych. Jego tropem podążą pułkownik Carver (świetny Liam Neeson) z grupą łowców głów. Ranny Gideon cudem unika śmierci, a dzięki pomocy mieszkającej w górach Charlotte (Shannon Zeller) udaje mu się wydostać z pułapki i zbiec na równiny. Carver wytrwale podąża jego tropem. Tyle o fabule, bo film jest stosunkowo nowy i może nie każdy miał okazję go obejrzeć.
         Krew za krew to pojedynek dwóch postaci. Zdeterminowanego by przetrwać Gideona i jeszcze bardziej zdeterminowanego by go dopaść Carvera. Obu mężczyzn łączy pewne wydarzenie z przeszłości, które rozegrało się właśnie w tytułowym Seraphim Falls (polskie tłumaczenie jest tym samym nieco chybione, choć pasuje do wydarzeń). Z początku odruchowo trzymamy stronę osaczonego przez nagonkę Gideona. W miarę upływu czasu, odkrywając przedstawioną w retrospekcjach mroczną historię obu panów, łatwo się zawahać. Ostatecznie wybór właściwej strony staje się bardzo trudny. Podział na dobro i zło jest umiejętnie zakrzywiony, a widz dostaje szansę, by wybrać swojego faworyta pojedynku.
     No właśnie, pojedynku bardzo zaciętego, który kończy się w sposób zaskakujący. Czytałem zarówno pozytywne jak i negatywne opinie co do zakończenia, ale mi akurat się ono spodobało. Do gustu przypadła mi też wizualna i gatunkowa metamorfoza, jaką da się odczuć podczas oglądania tego filmu. Od surwiwalu w ośnieżonych górskich przełęczach na wzór  Człowieka w dziczy Richarda Sarafiana czy Jeremiah Johnsona Sydneya Pollacka, aż do pełnego mistycyzmu i metafizyki dramatu psychologicznego, dla którego tłem stają się pustynie Wielkiej Kotliny. Jest to niewątpliwie zabieg nietypowy i najmocniejsza strona filmu.
         Krew za krew porusza uniwersalną tematykę dramatu, który niesie ze sobą wojna. Może właśnie dlatego tak dobrze mi się go oglądało i byłem ciekawy, co wydarzyło się w filmowej przeszłości. Gideon i Carver to typ weteranów, dla których wojna nigdy się nie kończy. Ona trwa nadal i trwać będzie dopóki jeden z nich nie zginie. Jest tu mnóstwo pytań i wątpliwości moralno-etycznych. Wybory, których bohaterowie dokonują w trakcie podróży, to symbolika uwydatniana przez reżysera w celu stymulacji widza i zmuszenia go do refleksji. Zajęcia własnego, aktywnego stanowiska. Udanym zabiegiem jest pojawienie się na ekranie jakby arbitrów w postaci indiańskiego filozofa Charona (świetny Wes Studi) oraz sprzedawczyni leku Madam Luise Fair (Anjelica Huston). Ta dwójka wymusza na bohaterach dokonywanie kolejnych wyborów – bo wszystko, co zrobią i powiedzą Gideon i Carver, ukształtuje wygląd sceny kulminacyjnej. Do tego napotkani, niczym zjawy, mają oblicze religijno-mistyczne: Indianin grany przez Wesa Studi, podobnie jak mitologiczny Charon, pobiera opłatę – w tym przypadku za skorzystanie ze źródła. Z kolei imię Madam Luise Fair, kojarzy się z Lucyferem. Hmm... Czyżby nienawiść i chęć zemsty, zamiast przynieść ulgę i zagojenie starych ran, pchała bohaterów wprost do piekła?
     
   Mocną stroną filmu są też dialogi. Minimalistyczne, ale zawierające garść symboliki. Np. ojciec Charlotte mówi: „Tutaj człowiek bez konia to trup” - w dalszej części filmu kwestia posiadania konia odegra symboliczną rolę. Czy np. kwestia Charona: „Zapłać za wodę życia albo zapłacisz za nią życiem”.
         W tym westernie zaskoczył mnie Pierce Brosnan. O ile o Liamie Neesonie już w 2006r. miałem wyrobione zdanie, że to bardzo uniwersalny aktor, umiejętnie wcielający się w role zarówno ludzi światłych (np. Oscar Schindler z Listy Schindlera Spielberga) jak i nieokrzesańców (np. Charles Churchill z Buntu na Bounty Rogera Donaldsona), o tyle Brosnan kojarzył mi się do tamtego czasu z rolami cynicznych dżentelmenów w stylu Remingtona Stelle'a albo Jamesa Bonda. Tutaj zagrał rewelacyjnie, a jego postać: Gideon – nieco zdziczały kapitan wojsk Unii – wskoczył do grona moich ulubionych filmowych postaci. Oczywiście Neeson dotrzymywał mu kroku.

         Lubię takie filmy. Ni stąd ni zowąd pojawiające się na ekranie. Zrobione przez mało znanego reżysera, który wymyślił sobie westernowy debiut, dając ostro w kość bohaterom od początku aż do ostatniej sceny. Do tego przy okazji nawiązując do istotnych w historii USA wydarzeń takich jak wojna domowa, wędrówka do ziemi obiecanej czy budowa kolei. Ze świetną scenografią, pełnym zwrotów akcji scenariuszem i wyborną grą aktorów. To amerykański antywestern z krwi i kości, bijący na głowę wiele lepiej promowanych filmów z tamtego okresu. Gorąco polecam...



sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View:




piątek, 9 czerwca 2017

Wyjęty Spod Prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) - 1976r.

Niedawno Clint Eastwood obchodził urodziny, więc pomyślałem, że to dobry moment na lifting którejś z notek o filmach z jego udziałem. Mi osobiście pan Clint jako reżyser zaimponował jeszcze bardziej niż jako aktor, bo o ile sposób w jaki grał był z reguły podobny, o tyle każdy wyreżyserowany przez niego western jest zupełnie inny i to jest piękne. W każdym z tych filmów jest mnóstwo świetnej polemiki zarówno z klasykami, z rewizjonistami, ze spaghetti jak i z samym sobą. Ostatecznie padło na drugi western w jego reżyserskiej karierze, gdzie tej polemiki jest chyba najwięcej.
Wyjęty spod prawa Josey Wales (The outlaw Josey Wales) ujrzał światło dzienne w 1976r i okazał się sporym sukcesem. Sam reżyser wielokrotnie mówił o nim w wywiadach: „to jeden z najlepszych filmów w moim dorobku reżyserskim”. Sukcesu tej produkcji można upatrywać w wielu czynnikach, a przede wszystkim w niebanalnej fabule, mającej swój pierwowzór w niskonakładowej książce The rebel outlaw: Josey Wales, którą na filmowy scenariusz zamienił Philip Kaufman znany z późniejszego scenariusza do Indiany Jonesa - Poszukiwacze zaginionej arki Stevena Spielberga. Dodatkowo nominacja do Oscara za najlepszą muzykę oryginalną dla Jerry Fieldinga oraz przychylność krytyki, bo jest to ponoć ten z hollywoodzkich filmów, o którym powstało najmniej chłodnych a najwięcej ciepłych recenzji.
                 Wyjęty spod prawa Josey Wales to satyra westernu. Najbardziej przerysowany spośród eastwoodowskich obrazów o dzikim zachodzie. Jest przewrotny, ale to nie oznacza, że nie ma w nim westernowej i filmowej esencji. Wręcz przeciwnie – bogate doświadczenie Eastwood spiął tu w jedną całość, zrobioną z rozmachem na wzór epickich filmów Johna Forda, Raoula Walsha, Howarda Hawksa czy Henry Hathawaya, opowiadających przejmujące i ciekawe historie o ludziach tułających się w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. Z kolei scenerią dla tej wędrówki, podobnie jak w Dobrym, Złym i Brzydkim Sergio Leone i Majorze Dundee Sama Peckinpaha, jest chaos wywołany dopiero co zakończoną Wojną Secesyjną. Poniżej postaram się wypunktować najważniejsze cechy eastwoodowskiego buntu:
Głównym protagonistą jest Josey Wales (wyborny Clint Eastwood) – farmer z Missouri, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę i spalili dom. Po tym wydarzeniu dołączył do bandy Bushwhackersów, czyli partyzantów pod wodzą Krwawego Billa Andersona (postać historyczna grana przez Johna Russella), a celem jego życia stało się zabijanie znienawidzonych Unionistów. Po kapitulacji Południa Josey Wales jako jedyny rebeliant nie składa broni. Staje się wyjętym spod prawa bandytą, którego ściga oddział Niebieskich Koszul. I to właśnie żołnierze Unii przedstawieni są w świetle negatywnym. Począwszy od zwykłych szeregowców, aż po Terrilla (Bil McKinney) – dowódcę oddziału, który zabił rodzinę Joseya. W klasycznych westernach niebieski kolor munduru był zwykle atrybutem protagonisty. Oczywiście zdarzało się, że pozytywnymi bohaterami robiono konfederatów jak np. Eathan Edwards w Poszukiwaczach Forda czy Travis Tyree w Rio Grande tego samego reżysera, ale to były raczej narzędzia służące pewnym fabularnym zabiegom.

Warto tutaj dodać, że film podejmuje piekielnie ciekawą tematykę wojny partyzanckiej na pograniczu stanów Kansas i Missouri, gdzie mieszanie się sympatii Południa i Północy było najmocniejsze na terenie całych USA, a walka o wpływy najbardziej zdradziecka i wymyślna. Świetnym przykładem jest przewoźnik na promie, który aby przeżyć nauczył się dwulicowości. Śpiewa Josey’owi Dixie, ale gdy nadjeżdżają żołnierze Unii od razu zmienia nutę na The Battle Hymn of the Republic. Umiejętność wynajdywania takich dosadnych szczegółów poszerza horyzont wiedzy o działaniach wojennych poza znanymi z epickich obrazów bitwami na terenie Wirginii czy Pensylwanii.
Mamy tu nawiązanie do samotnego jeźdźca z Trylogii Dolara. Nie pierwsze, bo Eastwood poruszał ten wątek już w Mścicielu i nie ostatnie, bo poruszy go jeszcze w Niesamowitym Jeźdźcu (choć tam bardziej jako polemika z Shane’em Georgea Stevensa). Pewien krytyk filmowy napisał kiedyś, że Wyjęty spod prawa Josey Wales to biografia Bezimiennego z filmów Leone. Dzięki temu wiemy kim on był wcześniej i co robił. Z tym że akurat tutaj samotny „bezimienny” jeździec ma imię i nie jest do końca taki samotny. Nawet lepiej – przyciąga jak magnes podobnych do siebie wyrzutków społecznych. Dla mnie jest on po prostu karykaturą leonowskiego jeźdźca. Owszem, jest twardzielem, jest zabijaką, ale w wielu scenach potrafi śmieszyć lub nawet wzruszać. Jak choćby w momentach opluwania trupów i zwierząt. Albo w scenie, gdy w nocy ma zamiar przespać się z Indianką Mały Księżyc (Geraldine Keams), niestety uprzedza go staruszek Samotny Wattie (rewelacyjny Chief Dan George).

Przerysowanych postaci i motywów jest tu mnóstwo. Samotny Wattie jest „cywilizowanym” Indianinem, który zdradził tradycje przodków i ubiera się teraz na modłę białych ludzi. Przekornie chodzi fe fraku, bo odziano w nie jego plemię na spotkanie z prezydentem. W jednej scenie Samotny Wattie – jak to w indiańskim zwyczaju bywało - skrada się, by zaskoczyć Joseya, ale ten bez trudu go przechytrza i przykłada pistolet do skroni. Z kolei  Babcia Sarah (niezła Paula Trueman), purystka obyczajowo-rasowa, nie ma dobrego zdania o mieszkańcach obu zwaśnionych stanów – zarówno tych z Missouri jak i tych z Kansas uważa za gburów i prostaków. Na mieszkańców Teksasu, do którego zmierzają, też patrzy nieprzychylnie, uważając ich za niewychowanych. Nie przeszkadza jej to jednak zakumplować się z wyjętym spod prawa rewolwerowcem i dwójką Indian. No właśnie – wracając do Indian, a konkretnie do indiańskich kobiet – zwykle przedstawiano je jako dumne, skromne i małomówne (vide Cyraneczka z Bezkresnego Nieba Howarda Hawksa). U Eastwooda Indianka Mały Księżyc ciągle gada i jest nimfomanką. W opustoszałym teksańskim miasteczku, gdzie docierają bohaterowie, największym utrapieniem jest nie głód czy strach a brak piwa i whisky. Rety, rety – w tym filmie niemal każda scena to krzywe zwierciadło…

Film koresponduje z wielkimi dziełami klasycznymi opowiadającymi o wojnie i o wędrówce. Rzuca się w oczy szczególnie wątek wędrówki do ziemi obiecanej, jako jeden z kluczowych w historii gatunku. Jest to jednak wędrówka inna niż klasyczne. Zamiast szablonowych purytańskich rodzin osadniczych nękanych przez zbirów i Indian jak choćby w Karawanie Cruze’a, Drodze olbrzymów Walsha czy Jak zdobyto dziki zachód Hathewaya i spółki, mamy tu bandytę w towarzystwie Indian, ksenofobicznej staruszki i nierozgarniętej młodej dziewczyny (Sondra Locke) – nękanych przez Niebieskie Koszule. Tym samym płynnie przechodzimy do drugiego ważnego wątku czyli wojny. Konflikt stanowi tło, ale i pretekst do dyskusji. Tutaj dostaje się nie tylko klasycznej Trylogii Kawaleryjskiej Johna Forda, ale nawet Samowi Peckinpahowi za Majora Dundee, w którym polemika sprowadzała się zaledwie do ocieplenia wizerunku Secesjonistów. Eastwood łamie wszelkie ówczesne konwencje i posuwa się dużo dalej, robiąc protagonistą seryjnego mordercę Jankesów.
Można wymieniać jeszcze długo, ale muszę sobie zostawić trochę na kiedy indziej, więc pora kończyć… A no właśnie, w omawianym filmie nie ma klasycznej sceny kulminacyjnej z rewolwerowym pojedynkiem jak to bywało u klasyków, no i co stanowiło „niemal połowę długości filmu” w spaghetti westernach.  Są za to dwie nieklasyczne sceny kulminacyjne, każda o zupełnie innym znaczeniu. Ale żeby nie psuć nikomu zabawy z oglądania, zostawiam analizę scen kulminacyjnych wam jako zadanie domowe ;).

Jeśli jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto nie przekonał się do filmów Eastwooda, a nie oglądał Wyjętego spod prawa Josey Walesa, powinien to jak najszybciej nadrobić. Jeżeli po tym westernie nie doceni kunsztu pana Clinta, to chyba nie zrobi tego po żadnym innym jego dziele. Jest tu wszystko, czego westernowy smakosz mógłby zapragnąć, a niebanalna opowieść, dużo akcji i przewrotne poczucie humoru nie pozwalają się nudzić. Zakończę więc w tym miejscu w dwóch słowach: gorąco polecam.


sobota, 3 czerwca 2017

Przedsionek Piekła (Purgatory) - 1999r.

W ostatnich dekadach pojawiło się sporo filmów będących hybrydami westernu i fantastyki. Najbardziej naturalnym dla gatunku nurtem fantastyki jest Wird West czerpiący z wiktoriańskiego steampunku, co mogliśmy obserwować np. w filmach Powrót do przyszłości 3 Roberta Zemeckisa, Bardzo dziki zachód Barry Sonnenfelda czy Jonah Hex Jimmy Haywarda. Są też filmy skręcające klimatem w stronę sci-fi jak Kowboje i obcy Jona Favreau; mrocznego fantasy jak Dead in Tombston Roela Reine czy nawet horroru jak choćby Bone Tomahawk S. Craiga Zahlera. Ale są też westerny nie hybrydowe, w których elementy metafizyki stanowią ważny, symboliczny czynnik. Warto tutaj wymienić Niesamowitego jeźdźca Clinta Estwooda czy Krew za krew Davida von Anckena. Nie da się ukryć, że dziki zachód ma zarówno własną „mitologię” opartą na legendarnych bohaterach, jak i  magiczną nutę wywodzącą się z połączenia obrzędów indiańskich, przesądów białych osadników i rozmaitych interpretacji pisma świętego. I ten fantastyczny czynnik pełni ważną funkcję także w westernie Przedsionek Piekła (Purgatory) z 1999r. w reżyserii Uli Edela.
                Film jest o tyle ciekawy, że w oryginalny sposób odświeża historie o bohaterach zachodu takich jak Doc Holliday, Billy Kid, Jesse James czy Dziki Bill Hickok. Historie, umówmy się, mocno wyeksploatowane na przestrzeni ostatnich stu lat kinematografii. To trudne zadanie udało się Uli Edelowi właśnie dzięki wprowadzeniu wątku fantastycznego, o którym jednak nie powiem zbyt wiele, żeby osobom nie znającym jeszcze tego filmu nie psuć zabawy.
                Głównym bohaterem jest młody kowboj Sonny (Brad Rowe) – miłośnik tanich powieści o legendarnych bohaterach zachodu. Pewnego dnia wraz z bandą rewolwerowców napada na bank, jednak niespodziewane pojawienie się oddziału kawalerii sprawia, że plany bandytów biorą w łeb. Wywiązuje się seria strzelanin i pościg, podczas którego uciekinierzy gubią się w burzy piaskowej. Trafiają do dziwnego miasteczka o nazwie Przystań, gdzie szeryf (bardzo dobry Sam Shepard) i mieszkańcy udzielają im schronienia i pomocy. Kowboje ze zdziwieniem i zadowoleniem przyjmują do wiadomości fakt, że miejscowi nie noszą broni – nie są tym samym w stanie im realnie zagrozić. W międzyczasie Sonny dostrzega dziwne podobieństwo niektórych mieszkańców do postaci z  rodzinnych stron i dawnych czasów. Gdy coraz śmielsze i bardziej agresywne zachowanie przyjezdnych doprowadza do serii niewyjaśnionych zdarzeń, młody bohater musi wybierać, po czyjej stronie stanąć w nieuchronnym konflikcie.

                Mocną stroną filmu jest ciekawa i trzymająca w napięciu fabuła, w której dominuje atmosfera niedopowiedzenia. Od początku towarzyszy przeczucie, że w przedstawionym uniwersum coś nie gra, o czym ostatecznie przekonujemy się poprzez szereg dziwnych zdarzeń, a zarazem zwrotów akcji. Bohaterowie mają podobne poczucie, ale większość z nich je bagatelizuje. Najbystrzejszym obserwatorem okazuje się niedoceniany i wykorzystywany przez innych żółtodziób, który dzięki dobremu wychowaniu i właściwym wyborom zdobywa serce pięknej Rose (Amelia Heinle), a ostatecznie otrzymuje szansę na odkupienie win.
                Kolejną mocną stroną filmu jest udany dobór aktorów. W roli szefa bandy Blackjacka Brittona świetnie sprawdził się Eric Roberts i on mi się tu chyba najbardziej podobał. Świetny był też wspomniany wyżej Sam Shepard grający szeryfa Forresta. Nieźle wypadli grający Sonnego Brad Rowe, ale i Donnie Wahlberg w roli  zastępcy szeryfa imieniem Glen, a także Peter Stormare wcielający się w prawą rękę herszta bandy – Cavina Guthire. Dobór reszty obsady też nie budził u mnie żadnych wątpliwości, choć należy podkreślić, że pośród kadry zabrakło charyzmatycznych aktorów o szerzej rozpoznawalnych nazwiskach, co mogłoby mieć korzystny wpływ na promocję filmu i zwiększenie jego popularności.

A tak, całkiem oryginalny i nienagannie nakręcony western w swoich czasach nie przedarł się do świadomości kinomaniaków i zaginął pośród ciekawszych i lepiej promowanych propozycji filmowych. No, w każdym razie ja go zupełnie przegapiłem. Najwyższy czas tę zaległość nadrobić i sięgnąć po Przedsionek piekła. Szczególnie, że kilka lat temu udało mi się go kupić, gdy znalazł się jako nr 15 w Wielkiej Kolekcji Westernów wydanej na DVD wraz z małą książką. I pewnie stałby zapakowany w folię na półce kolejnych kilka lat, gdyby nie fakt, że jeden z obserwatorów bloga przypadkowo zapytał o scenę z tego filmu, której zupełnie nie kojarzyłem. Na szczęście inny fan westernów podpowiedział, że to właśnie z Purgatory. I teraz z dedykacją dla nich obu – polecam.