środa, 28 czerwca 2017

Dni Gniewu (I giorni dell'ira) - 1967r.

Sergio Leone, choć nie był pierwszym włoskim reżyserem kręcącym westerny, zawiesił poprzeczkę na tyle wysoko, że kolejni twórcy z Italii musieli wspinać się na wyżyny warsztatu, by sprostać oczekiwaniom rozmiłowanej w nowym-starym gatunku widowni. Film Dni geniwu (I giorni dell'ira) z 1967r. w reżyserii Tonino Valerii'ego to przykład mądrego wykorzystania dostępnych środków, motywów i doświadczeń. Twórcy starannie wyważyli każdy składnik, dzięki czemu zadowoleni z seansu powinni być zarówno miłośnicy starej klasyki jak i fani antywestrenu.
         Akcja dzieje się w miasteczku Clifton, gdzie panuje pozorny ład i porządek. Prawa pilnuje szeryf Nigel (Nino Nini), a o czystość na ulicach dba młodzieniec Scott (Guliano Gemma). Scott jest bękartem i synem kurtyzany. Mieszkańcy nie mają o nim dobrego zdania i traktują go jak popychadło. Sytuacja zmienia się, gdy do Clifton przyjeżdża tajemniczy rewolwerowiec Frank Talby (świetny Lee van Cleef). Scott po raz pierwszy w życiu spotyka osobę, która dostrzega w nim potencjał i odnosi się do niego z szacunkiem. Młodzieniec, fascynujący się pojedynkami strzeleckimi i legendami o rewolwerowcach, postanawia wykorzystać okazję i z pomocą Talbiego odmienić swoje nędzne życie.
         Tonino Valerii w Dniach gniewu nie odkrywa Ameryki, ale umiejętnie wykorzystuje motywy zarówno z klasycznych jak i rodzimych westernów. Osią filmu jest relacja uczeń-mistrz, która powstaje po spotkaniu Scotta i Talbiego. Motyw rewolwerowca uczącego rzemiosła lokalnego młokosa to nic nowego, wystarczy wymienić Gwiazdę Szeryfa Anthony Manna czy Rewolwerowców George'a Waggnera, gdzie takie wątki się pojawiły. Jednak Valerii zamienia wątek w kamień węgielny fabuły, a także rozwija go i łączy z tradycją pojedynków rewolwerowych, sztuczek, a także innowacją broni palnej. Ten profesjonalizm i nawiązanie do legendy o Docu Holliday'u oraz rozbicie nauki na lekcje i wmieszanie w to różnego rodzaju pojedynków jest najmocniejszą stroną Dni Gniewu. Z sentymentem wspominam czasy świetności chińskich martiali ze stajni Show Brothers czy Golden Harvest. Powstawały wtedy dziesiątki podobnych filmów – rozbitą na etapy i pojedynki koncepcję nauki w identyczny sposób uprawiano na wschodnioazjatyckiej ziemi. Do głowy też od razu przychodzą tarantinowskie Django i Kill Bill – gdzie relacja mistrz-uczeń ugryziona została równie ciekawie i inspirowało ją zarówno kino azjatyckie jak i właśnie spagwest.

         Druga rzecz to aktorzy. Rozsądni producenci i reżyserzy świetnie rozumieją, że to, co raz osiągnęło sukces, osiągnie go po raz drugi, trzeci czy n'ty. No właśnie, najjaśniejszym punktem omawianego spektaklu jest wg mnie Lee Van Cleef. Na przestrzeni lat pięćdziesiątych ten charakterystyczny aktor zagrał dziesiątki świetnych epizodów w westernach klasycznych i psychologicznych. W tamtych czasach brakowało jednak scenariuszy i postaci, dla których warto byłoby go obsadzać w rolach głównych na większą skalę. W latach sześćdziesiątych, w epoce filmowych łowców głów, brutalnych mścicieli i profesjonalistów, gdy Cleef miał z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej świeżość i głód pierwszoplanowych ról - osiągnął sukces właśnie we włoskich produkcjach. Sędziwy wygląd i nienaganna sylwetka predysponowały go do takich postaci, a drapieżny błysk w oczach i szyderczy uśmiech stały się znakiem rozpoznawczym. Po sukcesach występów w Za kilka dolarów więcej Leone, Colorado Sollimy czy Śmierć jeździ konno Petroniego (tutaj też był mentorem dla żądnego zemsty młokosa) stał się symbolem gatunku.

         Zupełnie inaczej zaprezentował się Guliano Gemma w roli Scotta Mary. Rolę miał trudną i zagrał nieco teatralnie, jakby jego postać była oderwana od rzeczywistości. Ale ja myślę, że o to chodziło reżyserowi – to miał być ten przebojowy gość z Pistoletu dla Ringa Tessariego, skaczący przez stoły, robiący fikołki i kręcący rewolwerem, z głupkowatą miną i cwaniackim uśmieszkiem na ustach. Bo tamta rola była po prostu świetna i zrobiła furorę – w późniejszym Powrocie Ringa, gdzie Gemma pozował na mrocznego włóczęgę na wzór Eastwooda z Garści Dolarów, wypadł już moim zdaniem słabiej. Oczywiście Scott Mary to nie jest cyniczny i egoistyczny luzak jak Ringo, nie jest też karykaturą westernowego bohatera. Reprezentuje nurt „od zera do bohatera” - który to motyw literacki i filmowy zawsze cieszył się dużą sympatią czytelników i widzów.

         Kolejnym godnym uwagi elementem filmu jest muzyka, czyli to, bez czego spaghetti westerny straciłyby lwią część popularności i blasku. Tym razem nie Ennio Morricone, a Riz Ortolani zajął się kompozycjami. Nie oszukujmy się, tutaj też czuć w melodiach morriconowski styl, ale jednak nie tak spektakularny i rzucający się w uszy jak to było w filmach Leone czy Corbucciego. W Dniach gniewu muzyka jakby stanowi symbiozę ze scenerią, plenerami i wydarzeniami. Gdy trzeba przyspieszyć, nadaje właściwe tempo, a gdy jest czas by zwolnić, subtelnie buduje napięcie przed kolejnymi zwrotami akcji. Nie wyrywa się przed kadr, ale i zapada w pamięć.

         Na koniec jeszcze kilka ciekawostek, które zauważyłem w tym filmie. Warto zwrócić uwagę w jaki sposób Talby w niektórych scenach chowa rewolwery. W przeciwieństwie do Scotta, który fascynuje się sztuczkami i robieniem obrotów, on chwyta je na wzór rewolwerowców z czasów starego kina. Najlepszym przykładem jest Blaze Tracy grany przez Williama S. Harta w świetnym filmie Bramy Piekła z 1916r. Tamten bohater po każdym pojedynku lekko podrzucał pistolety i łapał je wpół po czym wsadzał do kabur. To samo tyczy się kwestii rewolweru Doca Hollidaya, który Scott dostaje w prezencie od starego opiekuna Murpha (Walter Rilla). Ten colt rzekomo zawiera sztuczki trzech pokoleń rewolwerowców wraz z modyfikacjami dokonanymi przez kolejnych legendarnych szeryfów i bohaterów (zmodyfikowany kurek, obcięta lufa etc.). To dobry przykład riserczu historii dzikiego zachodu co w spaghetti westernach, poza kilkoma wyjątkami, stało na niezadowalającym poziomie. Do tego jeszcze pojedynek na rozpędzonych koniach z nabijaniem karabinów odprzodowych, czarnoprochowych – niespodziewane scenograficzno-obyczajowe nawiązanie do czasów sprzed wojny secesyjnej.
         Film Dni Gniewu należy do grupy wysoko cenionych przeze mnie spaghetti westernów. Nie z uwagi na scenariusz, reżyserię, aktorstwo, montaż czy muzykę, które oczywiście są na przyzwoitym poziomie. Tylko właśnie na fakt, w jak poważny i honorowy sposób twórcy potraktowali gatunek. Bez przegięć, bez niepotrzebnego lawirowania na granicy absurdu. Z ogromem serca włożonym w przygotowanie tej opowieści i wgryzieniem się w historie, legendy i wątki z amerykańskiego pogranicza. Z oryginalnymi pomysłami, ale bez rezygnowania z tego, co we włoskim westernie najlepsze, czyli strzelanin, bijatyk i saloonowej atmosfery. Gorąco polecam.




2 komentarze:

Simply pisze...

Jak pamiętam ten colt nie miał obciętej lufy ( klasyczny single action, lufa 4,5 - 5 cali ) , tylko spiłowaną muszkę. Chodziło o zniwelowanie ostrych krawędzi, utrudniających szybkie dobycie z kabury.

Andrzej Baku Baku pisze...

Możliwe, że tak było, choć wydaje mi się, że sama lufa tez była lekko przycięta, żeby skrócić czas unoszenia colta podczas wyciągania z kabury. Ale sprawdzę to, dzięki.

Prześlij komentarz