piątek, 17 marca 2017

Annie Oakley - 1894r.

O cudownym dziecku winchestera - Annie Oakley - nakręcono kilka filmów, jak choćby ten z Barbarą Stanwyck z 1935r. pod tytułem „Annie Oakley”. Był też nagrodzony Oscarem musical „Rekord Annie” z 1950 z Betty Hutton i kilka innych mniej lub bardziej istotnych produkcji. Ogólnie filmów, w których pojawiały się postacie Annie, Buffalo Billa, Siedzącego Byka czy Franka Butlera nie zliczę na palcach dwóch rąk, bo to po prostu ludzie żywcem wyciągnięci z dzikiego zachodu i zainstalowani jako komercyjny gadżet w cywilizowanym świecie przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.
                Ale jest jeszcze coś, o czym nie każdy wie, czyli eksperymentalne dwudziesto-sekundowe nagranie z roku 1894, zrealizowane w studiu Thomasa Edisona przez Williama K. L. Dicksona. Film nazwano „Annie Oakley”, a tytułowa gwiazda zagrała  tam osobiście z mężem (a zarazem asystentem scenicznym) Frankiem Butlerem. To nagranie, wraz z serią czterech innych („Buffalo Dance”, „Bucking Bronco”, „Siux Ghost Dance” i „Buffalo Bill”) stworzonych przez ekipę Buffalo Billa i studio Edisona, jest uważane za pierwszy w historii western. Oczywiście westernem tego nazwać nie sposób, bo nie jest to widowisko fabularne, a krótki dokumentalny filmik związany z obyczajowością zachodu. Ale z uwagi na dużą popularność westernu w początkach kinematografii – stanowi najstarsze świadectwo potencjału artystyczno-komercyjnego jaki ten gatunek ze sobą niósł. Idąc tym tropem – omawiany filmik to nie tylko prababcia westernu, ale też całego kina sensacyjnego, które w końcu wymyślili Amerykanie i które wywodzi się właśnie z westernu.
                Wszystko jest dziełem przypadku. A może gdyby nie popularność Buffalo Billa i jego dobra znajomość z genialnym wynalazcą Thomasem Edisonem, te nagrania w ogóle by nie powstały? Być może zamiast kilku filmików o tańczących Siuxach, popisującym się Billu i strzelającej Annie, nakręcono by np. kogoś jadącego rowerem, co za sprawą efektu motyla stworzyłoby niszę filmów cyklistycznych, która to z kolei pociągnęłaby początki amerykańskiego kina w innym kierunku? No, nie... To kobieta-strzelec wyborowy, Annie Oakley - która nauczyła się posługiwać bronią już w wieku dziesięciu lat i potrafiła z kilkudziesięciu metrów przestrzelić rzucone w powietrze karty do gry – okazała się protoplastką popularnych bohaterów i wątków filmowych.
                Zapamiętajcie więc nazwisko Annie Oakley. Obejrzyjcie na anglojęzycznej Wikipedii ów studwudziestotrzyletni film (poniżej notki wklejam linka), bo te dwadzieścia sekund niemego, niewyraźnego strzeleckiego show może na zawsze zmienić wasze wyobrażenie o początkach kinematografii amerykańskiej i historii ważnego jej odłamu, czyli westernu.


P.S. Powiedzenie Godarda: „Wszystko, co potrzeba do dobrego filmu, to broń i dziewczyna” – też, jak widać, nie wzięło się znikąd ;).


https://en.wikipedia.org/wiki/Annie_Oakley_(1894_film)

wtorek, 14 marca 2017

Wyjęty Spod Prawa (The Outlaw) - 1943r.

„Wyjęty Spod Prawa” („The Outlaw”) to western pełen kontrowersji, ale i ciekawostek. Stworzony przez Howarda Hughsa, czyli milionera, filmowca, miłośnika awiacji, ale i dziwaka, o którym M. Scorsese nakręcił świetny film biograficzny z L. DiCaprio w roli głównej. „The Outlaw” był gotowy do emisji w 1941r., jednak blokowany przez cenzurę został oddany do kin dopiero w 1943r. Reżyserem filmu wstępnie został Howard Hawks, ale go nie dokończył. Przedstawiona historia dotyczy spotkania trzech legendarnych postaci dzikiego zachodu, a mianowicie Billy Kida (Jack Buetel), Doca Hollidaya (Walter Huston) i Pata Garetta (Thomas Mitchel) – ale w moich oczach scenariusz jest zbyt dalece idącą interpretacją legend o tych rewolwerowcach, nawet biorąc po uwagę lekko komediowy charakter filmu. No ok, trochę za szybko myślę i piszę, więc zacznę jeszcze raz, od końca…
         Filmy opisujące przygody największych legend Starego Zachodu pojawiły się już na początku lat dwudziestych dwudziestego wieku. W ciągu kolejnych dwóch dekad temat Jesse Jamesa, Billy Kida czy Doca Hollidaya mocno eksploatowano, bo western w ogóle stanowił bardzo popularny gatunek, stanowiąc bodaj jedną piątą wszystkich tworzonych filmów. Myślę, że już na przełomie lat 30’tych i 40’tych trudno było o „oryginalny scenariusz”, ale w przypadku filmu „Wyjęty Spod Prawa” podjęto próbę poszukania tej oryginalności. Zobrazowano spotkanie i nawiązanie rywalizacji między Billy Kidem i Doc'iem Holliday’em, a także depczącym im po piętach Patem Garettem. I choć ten pomysł nie jest wyssany z palca, bo do kontaktów między nimi (a nawet jeszcze dodatkowo Jesse Jamesem) mogło dochodzić w czasach świetności niesławnego miasteczka Las Vegas w Nowym Meksyku (nie mylić z Las Vegas w stanie Nevada), to jednak już opisane w filmie zabójstwo Doca przez Pata Garetta to w mojej opinii spora przesada. Z jednej strony rozumiem scenarzystów, bo zarówno o Kidzie zabitym przez Garetta, jak też o Jamesie zabitym przez Roberta Forda, a także o kilku innych, pomniejszych celebrytach Old Westu krążyły plotki, jakoby nie umarli i od czasu do czasu pojawiali się tu i ówdzie. Mogło być to jakimś punktem zaczepienia przy pisaniu. No ale z drugiej strony próba tłumaczenia owych plotek zabójstwem Hollidaya zamiast Kida? No nie wiem – to chyba pomysł zbyt fantastyczny nawet dla takiego miłośnika sci-fi jak ja. Przypomnę, że Doc Holliday był uznawany za najszybszego człowieka dzikiego zachodu. Stoczył mnóstwo pojedynków rewolwerowych łącznie ze słynną strzelaniną w O.K. Corral, ale nie zginął. Umarł w łóżku na gruźlicę, a jego ostatnimi słowami przed śmiercią były: „To jest zabawne” – co interpretuje się jako zaskoczenie Doca własnym losem. Nie spodziewał się, że umrze w łóżku, skoro od czasu, gdy wykryto u niego gruźlicę, po prostu szukał śmierci od kuli. W ramach ciekawostki dodam, że lekarze dawali mu kilka miesięcy życia, a on później przeżył jeszcze piętnaście lat jako dentysta, szuler i rewolwerowiec! Sam Wyat Earp mówił o nim, że to „najbardziej śmiercionośny człowiek z rewolwerem, jakiego w życiu znał”. To po pierwsze.
         Po drugie. Film początkowo wciąga, szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że na ekranie dochodzi do spotkania trzech legendarnych postaci zachodu. Do tego kilka scen z pierwszej fazy filmu jest wyjątkowych (strzelanina na zapleczu baru; próba zabójstwa Billy’ego w stajni przez Rio) – ale im dalej w las, tym napotykamy więcej drzew – czyli scen mało wiarygodnych, a relacje między bohaterami oraz gra odtwarzających ich aktorów zaczynają trącać myszką. Mówię to oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia. Dla ówczesnych takie na wpół poważne a na wpół humorystyczne zachowanie postaci mogło uchodzić za poczciwy standard, bo rozpatrujemy o percepcji sztuki filmowej sprzed siedemdziesięciu lat. Mimo to niektóre sceny, jak choćby odstrzeliwanie kawałków uszu Billy’ego przez Doca wołają o pomstę do nieba. No cóż, nie wszystkie filmy dobrze znoszą próbę czasu, ale też wydaje mi się, że gdyby Howard Hawks wyreżyserował całość mielibyśmy film wielokrotnie lepszy. Hughes nie zdołał historii poprowadzić do końca z odpowiednim bilansem powagi i dowcipu. Napiszę wprost – to nie jest wina aktorów, że tak słabo wypadły ich postacie. W końcu to western z wątkami komediowymi (rywalizacja między Kidem a Hollidayem toczy się bardziej o konia niż o piękną kobietę). To po prostu wina kiepskiego scenariusza.
          Warto w ramach ciekawostki napisać, że film przez kilka lat blokowała cenzura, zanim został dopuszczony do emisji w kinach. Hughes też wielokrotnie musiał płacić kary związane ze swoim dziełem. Stało się tak z powodu ponętnej bohaterki o imieniu Rio McDonald, granej przez dziewiętnastoletnią wówczas debiutantkę Jane Russel. W filmie bardzo wydatnie jak na lata 40’te jest eksponowany biust tej pięknej aktorki i nawet ponoć na potrzeby „Wyjętego Spod Prawa” inżynierowie Hughesa zaprojektowali specjalny stanik, żeby dodatkowo efekt biustu wzmocnić. Cycki cyckami, ale też pozamałżeński związek Rio z Doc’iem i romans z Kidem obyczajowej chluby obrazowi Pana Howarda nie przyniosły. Co akurat zadziałało na korzyść producenta i filmu, bo jak to z przewrotnością odbiorców sztuki bywa, „The Outlaw”, gdy tylko udawało mu się trafić na ekrany kin, bił rekordy popularności.
         W ramach kolejnej ciekawostki dodam, że muzyczny wątek przewodni z westernu „Dyliżans” Johna Forda, czyli melodia tradycyjnej ballady „Trail to Mexico”, jest również wątkiem przewodnim „Wyjętego Spod Prawa”. Z jednej strony akcja obu filmów toczy się w Nowym Meksyku – czyli krainie związanej z balladą - ale myślę też, że film Forda wywarł mocne wrażenie na ówczesnych i spopularyzował tę melodię na tyle, że jeszcze wielokrotnie wykorzystywano ją jako gwarantujący posłuch akompaniament przy filmowych opowieściach o południowym zachodzie.

         Film mimo wszystko warto obejrzeć, choćby po to, żeby wyrobić sobie o nim własną opinię. Jeśli chodzi o mnie – Howardów dwóch mnie nie przekonało, rewolwerowców trzech też nie, ale prawda jest taka, że zamiast obserwować rozgrywkę między panami, gapiłem się w dekolt J. Russel. Przynajmniej mam teraz o czym myśleć i pisać ;).

niedziela, 12 marca 2017

Ramrod - 1947r

„Ramrod” to western z 1947r wyreżyserowany przez Andre De Totha, a zarazem ekranizacja powieści Luke'a Short'a pod tym samym tytułem. Ostatnio miałem okazję obejrzeć go po raz pierwszy i bardzo się z tego cieszę, bo film okazał się wyjątkowy bod wieloma względami, ale po kolei:
         Nie wiem dokładnie, gdzie toczy się akcja filmu, ale dotyczy lokalnej wojny między hodowcami bydła. Miejscowy potentat Frank Ivey (Preston Foster) nie zgadza się, by jego konkurent Walt Shipley (Ian MacDonald) zrealizował przedsięwzięcie polegające na sprowadzeniu do doliny dużego stada owiec, a tym samym podziału pastwisk. Brutalne metody Franka i brak reakcji miejscowych doprowadzają Walta do decyzji o wycofaniu się z pomysłu i wyjazdu z miasteczka. Ranczo i stada w spadku otrzymuje jego narzeczona Connie Dickason (świetna Veronica Lake), której ojciec od lat sprzyja Frankowi i próbuje namówić córkę do wyjścia za niego za mąż. Drobna, osamotniona niewiasta, wbrew zdrowemu rozsądkowi i woli ojca, a także ku wściekłości Franka Ivey, podejmuje decyzję o kontynuowaniu wizji narzeczonego. Chcąc stać się niezależną kobietą, przejmuje ranczo i zatrudnia jako zarządcę Dave'a Nasha (świetny Joel McCrea) – ex alkoholika próbującego zacząć wszystko na nowo. Wspólnie zbierają garstkę ludzi mających na pieńku z Frankiem. Zaczyna się bezwzględna wojna o wpływy.
          Wśród opinii dotyczących Andre De Totha można znaleźć i takie, że był on wcześniejszym wcieleniem Sama Peckinpaha. I faktycznie „Ramrod” aż kipi antywesternem (no może bardziej westernem psychologicznym). Pełno tu brutalnych scen i niejednoznacznych postaci – co w westernach z lat 40'tych nie było standardem. W czasie seansu prawie każdy dostaje kulkę, a przynajmniej mocny łomot. Ginie mnóstwo bohaterów; wielu z nich jest rannych lub pobitych. Nie ma tutaj postaci całkowicie dobrych, a jeśli tacy są to giną lub wyjeżdżają z miasta już na samym początku.
         Po obu stronach konfliktu znajdziemy lepszych i gorszych, po obu stronach wyczuwamy też bezwzględną determinację. Metody stosowane przez Franka, choć bezkompromisowe i proste, nie ustępują w skuteczności i brutalności metodom podstępnej, manipulującej mężczyznami Connie. Główną damską bohaterkę trudno tym samym nazwać protagonistką. To przykład femme fatale, która dla władzy i zysku jest w sanie poświęcić ludzi i bydło, wykorzystując seksapil i uczuciowe zawiłości. Jedynymi osobami, które chcą konflikt rozwiązać zgodnie z prawem są miejscowy szeryf Jim Crew (świetny Donald Crisp) oraz Dave Nash. Gdy ten pierwszy zostaje uwikłany w intrygę Connie i zamordowany – drugi zmienia pokojowe nastawienie i chwyta za broń.
         Rzadko mi się zdarza obejrzeć western, którego wcześniej już gdzieś, kiedyś nie widziałem, a który wywrze na mnie tak ogromne wrażenie. Nie ma się tutaj w zasadzie do czego przyczepić. Historia jest ekscytująca, co zawdzięczamy umiejętnościom pisarskim autora książki czyli Luke'a Short'a. Sfilmowana w sposób wiarygodny i wciągający, z naprawdę niezłymi czarno-białymi zdjęciami. Zdecydowanie widać tu wpływ filmu noir i za taki „Ramrod” jak najbardziej może uchodzić. Reżyser nie trzyma się utartych westernowych schematów, wyprzedzając nieco swój czas i tworząc obraz psychologiczny na miarę filmów Anthony Manna. Aktorzy dają popis niezłych umiejętności z Joelem McCreą i Veroniką Lake na czele. Ale pochwalić należy całą resztę obsady. Począwszy od grającego szeryfa Donalda Crispa; poprzez Don'a DeFore wcielającego się w rolę cwanego i brutalnego Billa – kumpla Dave'a; aż po drugoplanową rolę Lloyda Bridgesa grającego niejakiego Reda – kowboja na usługach Franka Ivey.

         Filmów o spędach bydła, o hodowcach, ich problemach i konfliktach nakręcono mnóstwo. Ten popularny motyw w „Ramrodzie” jest jednak tylko zapalnikiem całej akcji. Oprócz początkowych kilku scen, gdzie mimochodem dowiadujemy się o tle wydarzeń – twórcy nawet nie próbują rozwijać wątków obyczajowych czy romantycznych jak w „Pojedynku w słońcu”; nie rozpieszczają nas malowniczymi scenami ze spędów jak w „Rzece Czerwonej”; nie wnikają w szczegóły owych interesów, ani podłoża historyczno-geograficznego nota bene jednej z najistotniejszych gałęzi gospodarki dzikiego zachodu. Tutaj jest już za późno na rozmyślenia, wprowadzenia czy lanie wody – stało się: wojna wybuchła. Teraz liczy się tylko to, kto przetrwa. Gorąco polecam.


poniedziałek, 6 marca 2017

Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn's Devotion) - 1910r.

Najstarszym zachowanym po dziś dzień westernem nakręconym przez rdzennych mieszkańców Ameryki jest „Poświęcenie Białego Jelenia” („White Fawn’s Devotion: A Play Acted by a Tribe of Red Indians in America”). Film powstał w 1910r. a wyreżyserował go James Young Deer – twórca wywodzący się z ludu Nanticoke z Delaware, choć, biorąc pod uwagę niewielką ilość źródeł, nie mam pewności co do jego rzeczywistego pochodzenia. Tytułową rolę w filmie zagrała żona reżysera – Indianka ze szczepu Winnebago z Nebraski – o imieniu Lillian St. Cyr, lepiej znana ze scenicznego pseudonimu Princess Red Wing (lub po prostu Red Wing). Ta para filmowców w latach 10’tych dwudziestego wieku była najbardziej wpływową w Hollywood dwójką rdzennych mieszkańców USA, a podjęcie przez nich współpracy z francuską wytwórnią Pathe zaowocowało serią kilkudziesięciu westernów.
         Film opowiada historię osadnika mieszkającego z indiańską żoną o imieniu Biały Jeleń i synem (albo córką – nie jest to wyjaśnione) gdzieś na dzikim zachodzie. Pewnego dnia przychodzi wiadomość z Londynu o tym, że główny bohater odziedziczył majątek. Ale szczęście spadkobiercy nie udziela się jego żonie, która obawia się wyjazdu z rodzinnych stron. Lęk przed podróżą na wschód i ewentualną utratą męża sprawia, że kobieta podejmuje decyzję o samobójstwie i wbija sobie nóż w pierś. Gdy dziecko wraca znad rzeki do domu i dostrzega ojca nad ciałem umierającej matki, niesłusznie bierze go za mordercę. Zawiadamia brata zmarłej – wodza miejscowego plemienia Indian. Rozpoczyna się pościg za rzekomym zabójcą…
         Film warto obejrzeć choćby w ramach ciekawostki. Można też pobawić się w detektywa i na podstawie szczątkowych danych wywnioskować pewne szczegóły. Np. list zaadresowany jest na 'Pine Ridge Dakota'. Najwyraźniej akcja dzieje się w południowo-zachodniej Dakocie Południowej, gdzie obecnie znajduje się wielki rezerwat Siuxów. Zastanawiające jest, dlaczego Indianie biegną pieszo, goniąc uciekającego konno zabójcę? Czyżby budżet filmu nie przewidział tylu koni? A może wśród tamtejszych Indian jazda konna nie była popularna? Każdy, kto ma w biblioteczce „Ostatnią Walkę Dakotów” Alfreda Szklarskiego, pamięta tę ciemną okładkę z jadącym konno indiańskim wodzem. No więc jak to z tymi końmi było?

         W swoich czasach „Poświęcenie Białego Jelenia” zebrało niezłe recenzje. Nie obeszło się też bez krytyki – wypominano niezbyt realistyczną scenografię, opartą na kadrach z New Jersey. Jest to oczywiście film czarno-biały i niemy. Można więc podpatrzeć jak mimika i gestykulacja zastępowały w tamtej epoce dźwięki i słowa. Można też docenić fakt, że w „Poświęceniu...” Indian grają prawdziwi Indianie, co w filmach z pierwszej połowy dwudziestego wieku nie było tak oczywiste. Jeśli ktoś nie dzierży starego kina to w ramach zachęty dodam, że jest to krótki metraż o długości jedenastu minut. No tyle chyba można poświęcić dla 107’letniej perełki opowiadającej o ciężkich relacjach białych osadników z Indianami?

sobota, 4 marca 2017

Pojedynek w Słońcu (Duel in the Sun) - 1946r.

„Pojedynek w Słońcu” („Duel in the Sun”) z 1946r. to o wiele więcej niż western. To jeden z monumentalnych melodramatów lat czterdziestych, czyli złotej ery Hollywood, a zarazem adaptacja powieści Nivena Buscha o tym samym tytule. Nakręcony w technologii Technicolor za ogromną jak na ówczesne czasy sumę jedenastu milionów dolarów. Produkcją zajmował się David O. Selznick – czyli twórca „Przeminęło z Wiatrem”, więc nie dziwię się, że po 70 latach film nadal robi piorunujące wrażenie, szczególnie wizualne.
          Historia powstawania „Pojedynku w Słońcu” jest burzliwa. Wystarczy wspomnieć, że zatrudniano i zwalniano siedmiu różnych reżyserów (co u Selznicka nie było niczym niezwykłym), z których najpoważniejszą rolę odegrał King Vidor i to jemu przypisuje się największy wpływ na całokształt. Przekroczono zakładany budżet ośmiu milionów dolarów. Nakręcono prawie trzydzieści godzin scen zanim rozpoczęto montaż tego dwuipółgodzinnego dzieła! Muzyką zajął się jeden z najwybitniejszych kompozytorów westernowych czyli Dimitri Tiomkin. Film osiągnął sukces komercyjny – jednak nie osiągnął porównywalnego sukcesu artystycznego, inkasując ledwie dwie oscarowe nominacje. Stało się tak z uwagi na fakt, że Selznick, który jednocześnie był autorem scenariusza, położył zbyt duży nacisk na wątek romantyczny, chcąc uwypuklić w kadrze Jennifer Jones (później została jego żoną). Aktorka zagrała naprawdę dobrze, za co zresztą dostała nominację do Oscara, ale wyniesienie na pierwszy plan uczuciowości, czyli lawirowania między platoniczną miłością do Jesse'go a romansem z Lewtonem, sprawiło, że przygodowy z założenia film w odbiorze stał się nico kiczowaty i nie wzbudził zachwytu Akademii na miarę „Przeminęło z Wiatrem”. Oczywiście zmęczone Drugą Wojną Światową i szczęśliwe z powodu jej zakończenia „ludziska” walili do kin w USA drzwiami i oknami. Nie inaczej było, gdy film puszczano w kinach polskich.
          Wielki hołd należy złożyć K. Vidorowi, bo mimo że po konflikcie z Selznickiem reżyser wycofał się z produkcji jeszcze przed zakończeniem zdjęć, to jednak jemu zawdzięczamy westernowo-historyczne zacięcie filmu. To on kładł największy nacisk na ukazanie w filmie (podobnie zresztą jak to było w powieści) zmierzchu złotej ery dzikiego zachodu, ujarzmionego dekady wcześniej przez posiadaczy ziemskich i potężnych hodowców bydła. W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy kolej – a także idące wraz z nią postęp i rozwój – zaczęła odważnie wkraczać w najdziksze i najbardziej konserwatywne rejony USA, w tym wypadku do Teksasu, musiało dojść do konfliktu starego i nowego porządku.
         I ten właśnie konflikt reprezentują dwaj synowie bogatego ranczera Senatora Jacksona McCanlesa (Lionel Barrymore). Jesse (Joseph Cotten) to wykształcony i dobrze wychowany miłośnik rozwoju i ładu, który staje po stronie budowniczych kolei i rozpoczyna pracę jako ich prawnik, doprowadzając do konfliktu z ojcem i wygnania. Z kolei Lutton (świetny Gregory Peck) to łobuzowaty kowboj, który woli poświęcać się spędom bydła, zabawom i romansom. Jego przywiązanie do ziemi i tradycji rodzinnych sprawia, że w oczach ojca jest tym „lepszym” z synów. Gdy w rozdartym obyczajowo i uczuciowo uniwersum pojawia się młoda, piękna metyska Pearl Chavez (wyborna Jennifer Jones), zawracając w głowach obu braciom, tragedia staje się nieunikniona.
           Nie będę więcej opowiadał o fabule filmu, bo to po prostu trzeba obejrzeć. Napiszę tylko, że ogląda się go dobrze – to taki trochę przedsmak przed nakręconym w kolejnej dekadzie „Białym Kanionem”. Sama historia jest niebanalna i jak na tamte czasy odważna pod względem obyczajowym. O ile w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych producenci traktowali kodeks Haysa z przymrużeniem oka, to jednak w latach trzydziestych i czterdziestych to naprawdę nie były żarty. Ukazywanie na ekranie związków pozamałżeńskich dla cenzury było niedopuszczalne i twórcy „Pojedynku w Słońcu” musieli się mocno napracować, żeby warstwa nakładowo-artystyczna przyćmiła taki „skandalik”. No ale w końcu Selznick miał w tym doświadczenie skoro udało się przeforsować słynne „Frankly, my dear, I don't give a damn” z „Przeminęło z Wiatrem”. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale wtedy nikomu nie było do śmiechu.
            W filmie warto zwrócić uwagę na role drugoplanowe, bo tutaj nie ma słabych aktorów i słabych epizodów. Mi, oprócz wyżej wymienionych, najbardziej podobała się czarnoskóra Vashti (świetna Butterfly McQueen). Drugą panią, poza Jones, nominowaną do Oscara była Lillian Gish, grająca żonę Senatora: Laurę Belle McCalnes – kobietę dobroduszną, elegancką, ale i słabą. W oczy rzuca się też Walter Huston, który wcielił się w rolę nawiedzonego „pogromcy grzechu”, pastora Jubal'a Crabbie.

           Oczywiście parą królewską „Pojedynku w Słońcu” są egzotycznie piękna Jennifer Jones i nieprzyzwoicie przystojny Gregory Peck – myślę, że ta dwójka okazała się największym magnesem dla widzów, bo zarówno ich gra, jak i przedstawiona w filmie historia dramatycznego romansu, powala na kolana. Polecam ten film każdemu – nie tylko fanom westernów.


wtorek, 28 lutego 2017

Napad na Western Union ("Western Union") - 1941r.

„Western Union” – tak w oryginale nazywa się film wyreżyserowany przez Fritza Langa w 1941r. i nie rozumiem, dlaczego nasi geniusze przetłumaczyli go jako „Napad na Western Union”. Napad oczywiście jest, ale sugerowanie w tytule, że to kluczowa sprawa jest moim zdaniem błędne. Dzieje się tak ponieważ „Western Union” przede wszystkim opowiada kawałek piekielnie ciekawej historii związanej z kolonizacją dzikiego zachodu, początkami telekomunikacji, podziałami w gospodarczo-politycznych dążeniach poszczególnych rejonów USA, a także wizji rozwoju młodego wówczas kraju.
                Koncern Western Union każdy z nas świetnie kojarzy, szczególnie jeśli dokonujemy międzynarodowych przekazów pieniężnych. No właśnie – dziś WU to kompania zajmująca się głównie finansjerą i handlem. Ale warto wiedzieć, że jej początki sięgają 1851r. Powstała jako firma telekomunikacyjna (choć podejrzewam, że w połowie dziewiętnastego wieku nikt takiego słowa jeszcze nie znał), pod nazwą „The New York and Mississippi Valley Printing Telegraph Company” – stawiając sobie za cel połączenie siecią telegraficzną wschodnich stanów z doliną rzeki Missisipi. I faktycznie, po wielu perturbacjach, rozłamach i ponownych fuzjach, a także zmianach nazwy kompanii – cel udało się zrealizować.
                 No ale to już przeszłość, bo akcja filmu dzieje się w kolejnej dekadzie, w czasach Wojny Domowej, gdzieś między Nebraską a Utah – czyli na wielko-równinnym Szlaku Oregońskim, wzdłuż którego budowano telegraf w celu skomunikowania miasta Omaha z miastem Salt Lake City. I śmiało można powiedzieć, że „Western Union” pod kątem historycznym zrobiono naprawdę fajnie. Mamy tu pokazany fragment dziejów słynnego koncernu, który w ciągu kilku dekad stanie się wzorem dla późniejszych amerykańskich firm telekomunikacyjnych. Mamy zobrazowane trudy gigantycznego przedsięwzięcia, jakim było wybudowanie transkontynentalnej linii telegraficznej. Mamy wreszcie cienką granicę, jaka dzieliła sukces od katastrofy. Bo w latach sześćdziesiątych Wielkie Równiny stały się wyjątkowo niebezpiecznym regionem, nie tylko z uwagi na plemiona Indian, ale też z powodu ataków konfederackich partyzantów (o niuansach związanych z działaniami wojennymi na terenie Kansas i Missouri pisałem już w przypadku „Josey Walesa” na starym blogu).
              
         Ważnym bohaterem filmu jest maruder z południa Vance Show (świetny Randolph Scott), który zajmuje się napadami, kradzieżami i wszelkim innym rodzajem przestępczej działalności. Krótko mówiąc, jest łajdakiem. Pewnego razu, uciekając obławie, spotyka na swej drodze rannego telegrafistę Edwarda Creightona (Dean Jagger), któremu pomaga. To wydarzenie sprawia, że Show postanawia skończyć z przestępczością i rozpocząć karierę w Western Union. Jednak banda, do której należał, złożona głównie z konfederackich renegatów, nie kończy działalności – wręcz przeciwnie, za cel honorowy bandyci stawiają sobie doprowadzenie do upadku wizji telegraficznego połączenia wschodu z zachodem (Western Union sprzyjała Unii, a sam telegraf odegrał ważną rolę podczas działań wojennych).
                W tym filmie jest wszystko, co w dobrych westernach być powinno. Są świetne postaci, z dwuznacznym, tajemniczym Showem na czele. Grany przez Scotta kowboj i przewodnik wytycza trasy robotnikom, pertraktuje z Indianami i pilnuje porządku. Przy okazji skrywa ponurą tajemnicę – to przekleństwo przeszłości nie daje mu spokoju, a ostatecznie odegra brzemienną rolę w jego karierze i życiu. Z kolei Dyrektor Western Union - Edward Creighton to człowiek o wielkiej wizji i bogatej historii: niegdyś zaczynał jako prosty geodeta, a teraz odważnie kroczy na zachód na czele potężnej machiny rozwoju. Ta postać symbolizuje dziwiętnastowiecznych przemysłowców – często stawiających wszystko na jedną kartę, by realizować życiowe zamierzenia. Jest też Richard Blake: żółtodziób wysłany do pomocy telegrafistom przez bogatego ojca (rewelacyjny Robert Young), który początkowo niedoceniany i wyśmiewany, okazuje się dobrym jeźdźcem, zawziętym amantem, a ostatecznie też niezłym wojownikiem. Jest oczywiście piękna dziewczyna - Sue Creighton, o której względy zabiegają zarówno Show jak i Blake. Ale wśród tej gromady to zdecydowanie Vance Show kradnie show – i to moim zdaniem jedna z lepszych ról Randolpha Scotta. Dzieje się tak, ponieważ RS nie miał odpowiedniej charyzmy do samotnego gwiazdowania w filmach. W momencie, gdy grał postać nieco w cieniu, pośród zespołu równorzędnych głównych bohaterów – stawał się o wiele lepszy.
                „Western Union” to także pertraktacje i walki z Indianami; napady i kradzieże bydła; kilka zabawnych postaci parodiujących westernowe stereotypy (jak choćby kucharz); to rywalizacja na poziomie jednostkowych miłostek oraz walczących w wojnie frakcji; no i wreszcie to też niezła scena kulminacyjna z udziałem rewolwerów.
                Film nakręcono w 1941r. (czyli ledwie dwa lata po „Dyliżansie”) i to w kolorze, co w tamtych czasach było raczej wyjątkiem – przecież jeszcze w latach pięćdziesiątych kręciło się czarno-białe filmy. Biorąc powyższe pod uwagę, a także rozmach realizacyjny, jest to jedna z najciekawszych pozycji o dzikim zachodzie z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych. Na pewno godna uwagi każdego fana westernów.

Howgh!

sobota, 25 lutego 2017

Kobiety Jadą Na Zachód (Westward the Women) - 1951r.

Dziś kolejny po „Zdarzeniu w Ox-Bow” film Williama A. Wellmana czyli „Kobiety jadą na zachód” („Westward the Women”). Film dzieje się w 1851r. i opowiada historię bogatego ranczera, który dorobił się własnej doliny w Kalifornii, gdzie zbudował miasteczko i założył dochodowe pastwiska i farmy. Jedynym, czego brakowało jemu i jego ludziom, by stać się protoplastami mini-cywilizacji na zachodzie, okazały się kobiety, a dokładnie żony. Zlecił więc swemu najlepszemu przewodnikowi, niejakiemu Buckowi Wyattowi (niezły Robert Taylor) misję dostarczenia do doliny setki porządnych kobiet z Chicago.
         I tutaj się zatrzymajmy na chwilę i zastanówmy. Scenariusz, choć pomysłowy, na pierwszy rzut oka wydaje się szalony i niedorzeczny. Po co prowadzić sto czterdzieści kobiet przez kilka tysięcy kilometrów dzikich krain, narażając wszystkich na śmierć (statystycznie ok 20% ludzi ginęło podczas wędrówki na zachód)? Nie ma ich gdzieś bliżej? Nie lepiej poczekać aż same przyjadą? Nie lepiej pozwolić panom szukać pań na własną rękę? Wszystkie te wątpliwości są zrozumiałe, ale spróbujmy teraz wznieść się na kilkaset kilometrów i spojrzeć na tamten skrawek czasoprzestrzeni bardziej globalnie.
           Mamy rok 1851 czyli trzy lata po wybuchu gorączki złota. I choć Kalifornia zawiodła większość pielgrzymów, bo okazało się, że złota jest tam jak na lekarstwo, to jednak wydarzenie to w nowych barwach ukazało światu piękną krainę, odkrytą przez hiszpańskich konkwistadorów ponad trzysta lat wcześniej. Rok po znalezieniu pierwszych samorodków o odkryciu złota obwieścił sam Kongres USA, zachęcając w ten sposób do wędrówki na zachód nie tylko mieszkańców wschodnich stanów, ale i ludzi z całego świata. W ciąg kilkunastu miesięcy ok. 100 000 poszukiwaczy złota znalazło się w Kalifornii, a San Francisco z trzystu-osobowej wioski stało się miastem o liczbie mieszkańców wynoszącej ponad 30 000. Pielgrzymowali głównie mężczyźni, bo wędrówka była daleka, niebezpieczna i nie gwarantowała zarobku. W razie sukcesu, kolejnym etapem działań mogło być ściągnięcie rodziny lub po prostu założenie jej. Nieliczni znaleźli złoto, ale też wielu udało się zarobić na czym innym. Choćby na sprzedaży niezbędnych do wydobycia gadżetów, czy też na dostawie żywności – czytaj spędzie bydła. No i faktycznie w takich właśnie okolicznościach stawia nas w swym filmie Wellman.
         Idźmy dalej. Skoro mamy już tę setkę facetów, którym udało się osiągnąć sukces i założyć intratny biznes w jednej z kalifornijskich dolin – mogli faktycznie zechcieć pomyśleć o ożenku. Jakie mieli opcje? Pierwsza – ruszyć do San Francisco lub innej mieściny związanej z gorączką złota w poszukiwaniu kandydatek. Ale nie oszukujmy się – kobiety z SF to w większości były prostytutki, zarabiające na szukających złota napaleńcach. Co jeszcze? Można było wybrać się do któregoś ze wschodnich miast na własną rękę, tylko pamiętajmy o sytuacji geopolitycznej. Kanał Panamski powstał dopiero w latach dwudziestych dwudziestego wieku, więc jedyną wówczas drogę morską prowadzącą ze wschodu na zachód stanowiła trasa wokół niesławnego przylądka Horn. Kursowały nią najszybsze żaglowce w historii – czyli klipry. Ale to była podróż bardzo długa i kosztowna. Na pewno nie dla prostego kowboja. Taką podróż można było ew. skrócić do przesmyku panamskiego, gdzie jednak podróżnych czekała wędrówka przez niebezpieczne tereny porośnięte dżunglą. Zostawała więc ostatnia opcja – ściągnięcie kobiet Szlakiem Oregońskim, z jednego z miast Midwestu. W tym wypadku z największego miasta tej krainy, a zarazem trzeciego największego skupiska ludzi w USA czyli z Chicago.
             Sam film jest niezły, zrobiony z rozmachem i zawierający to, co lubię najbardziej – czyli kawałek zobrazowanej historii kolonizacji dzikiego zachodu. Lwia część fabuły to podróż karawany wozów, począwszy od Indepencence, wzdłuż rzek Platte i Sweetwater, przez Przełęcz Południową w Górach Skalistych, aż po szlak Kalifornijski. Jest tu też wszystko, co takim wyprawom towarzyszyło: ataki Indian, susze, niebezpieczne burze, wypadki, kłótnie, przeprawy górskie itd.
         Główną konkluzją filmu jest przewrotność uczuć. Przewodnik i dowódca wyprawy, Buck Wyatt, pilnuje obyczajowego porządku i stanowczo zakazuje mężczyznom kontaktów z kobietami. Trudy podróży i okoliczności, w jakich postawieni zostają pionierzy, sprawiają ostatecznie, że Buck sam zakochuje się w pięknej i odważnej Francuzce Danone, o której początkowo nie miał dobrego zdania (prawdopodobnie pracowała wcześniej jako prostytutka). Brzemienny jest też fakt, że główny organizator wyprawy, ranczer i biznesmen Roy Whitman (grany przez Johna McIntaire'a) ginie podczas podróży. Jego idea jednak nie umiera – kobiety ostatecznie docierają do Kalifornii.

           „Kobiety jadą na zachód” to na pewno nie jest film dla poszukiwaczy wątków psychologicznych lub moralizatorskich, pojedynków rewolwerowych czy wojen z Indianami. To western pionierski, gdzie trudy drogi na zachód i życia tam nigdy nie zagłuszą melodii granej przez rodzącą się między ludźmi miłość. Zarówno do siebie nawzajem, jak i do wielkiej, pięknej krainy, która sto lat później stanie się szóstą gospodarką świata. Ot , typowe dla amerykańskich filmów ryzyko, przygoda i patos. Na pewno warte polecenia miłośnikom dzikiego zachodu.