niedziela, 23 kwietnia 2017

Słońce Świeci Wysoko (The Sun Shines Bright) - 1953r.

Dzięki przytomności umysłu kolegi Mariusza z bloga Panorama Kina, regularnie przeglądającego program tv, udało się obejrzeć mało znany film Johna Forda z 1953r. pt. Słońce Świeci Wysoko (The Sun Shines Bright). Film jest remakiem innego dzieła J. Forda z 1934r. pt. Sędzia Priest (Judge Priest), który odniósł kasowy sukces i widać, że reżyser miał do tamtej produkcji wyjątkowy sentyment, skoro zdecydował się na ponowne podjęcie nieatrakcyjnego tematu, w czasach, gdy ludziom w głowach dudniły echa Trylogii Kawaleryjskiej.
         Doczytałem, że pierwszy film Forda został przez wytwórnię Twentith Century Fox okrojony o scenę linczu na czarnoskórym nastolatku, oskarżonym o gwałt. Był to jeden z najważniejszych powodów, dla których reżyser postanowił podjąć temat dwie dekady później, tym razem wraz z wytwórnią Republic Pictures. Nie wiem tylko, dlaczego zmienił tytuł w porównaniu do filmu z lat 30'tych, ale jeśli miał zamiar zdjąć odpowiedzialność za przekaz z postaci sędziego Williama Priesta (Charles Winninger), to mu się nie udało.
        No właśnie, wspomniany sędzia jest centralną postacią filmu, a zarazem epicentrum miasteczka w Kentucky, gdzie toczy się akcja. Używając nomenklatury literackiej to taka Mary Sue – postać, której nie uraczymy w rzeczywistym świecie. Reprezentuje przegraną w Wojnie Domowej frakcję rebeliantów, a mimo to wraz z grupą ziomków-oficerów utrzymują najważniejsze urzędy w mieście. Priest i jego koledzy, otoczeni purytańskimi hipokrytami, odważnie demonstrują neutralność obyczajowo-rasową, wywołując oburzenie na twarzach bardziej konserwatywnych mieszkańców. Spychani do lamusa przez potężną machinę nadchodzącej z północy cywilizacji, toczą beztroski, flegmatyczny żywot, jakby lekceważąc siłę i podstępność konkurencji do piastowanych funkcji. Mimo to, doświadczenie, mądrość i sprawiedliwy osąd sędziego Priesta, w najbardziej krytycznych momentach z życia miasta sprawdza się. Ten człowiek po prostu świetnie nadaje się do tej pracy – jednak w przełomowym momencie swej kariery, czyli w zbliżających się wyborach, nie boi się użyć fortelu.
         Głównym atutem filmu Forda jest scenografia. Potrafimy tu dostrzec gwintowane Kentucky Rifles nabijane prochem od lufy na wyposażeniu „oldschoolowych” traperów, które w rękach uzdolnionych leśnych strzelców sprawdzały się lepiej niż Winchestery nawet pod koniec dziewiętnastego wieku. Co jeszcze? Prawdziwe mundury i sztandary z czasów Wojny Secesyjnej, a także wiele, wiele innych rekwizytów i strojów. Na plus także senna południowa atmosfera, momentami zakłócana mniej lub bardziej doniosłymi wydarzeniami z życia miasteczka.
        Na minus przede wszystkim staroświeckie spojrzenie na kwestię czarnoskórych, których pokazano tu jako wiodących sielankowy żywot grajków, woźniców i pomocników żyjących za pan brat ze swymi wspaniałomyślnymi białymi chlebodawcami. O ile w latach trzydziestych i czterdziestych było to normą, o tyle w latach pięćdziesiątych trącało już nieco myszką. Choć akurat u Forda poprawność polityczna mnie nie dziwi. Także brak charyzmatycznych aktorów sprawiał wrażenie jakby niewykorzystanego potencjału, drzemiącego w tej historii. Widać też, że film zremasterowano cyfrowo i to high-definition wywoływało u mnie początkowo dziwne wrażenie sztuczności, choć po chwili się przyzwyczaiłem i nie zwracałem na to uwagi.
         Co ciekawe, ponoć John Ford pytany o swój ulubiony film najczęściej wskazywał właśnie The Sun Shines Bright, co może zaskakiwać u reżysera znanego z wielkich westernów i oscarowych dramatów społecznych. Ponadto wyczytałem też, że choć film w czasie premiery nie zachwycił, to jednak z czasem zaczął zyskiwać coraz większe uznanie krytyków i po dekadach był już uważany za arcydzieło srebrnej epoki Hollywood.  

         Mi osobiście film początkowo nie przypadł do gustu i niemal uległem presji kobity, która prosiła, żebym przełączył na coś innego – nie ugiąłem się, a z czasem poddałem się magii nostalgicznego obrazu pana Forda i niemrawej, lecz symbolicznej i podszytej poczuciem humoru fabule. Gdy traficie na ten film w telewizji, to obejrzyjcie i sami powiedzcie, co myślicie ;).


sobota, 8 kwietnia 2017

Daniel Boone (Daniel Boone, Trail Blazer) - 1956r.

W bliżej nieokreślonej przyszłości mam zamiar napisać co nieco o ekranizacjach powieści Jamesa Fenimore'a Coopera, ale zanim to zrobię wypadałoby przybliżyć postać Daniela Boone'a – czyli prawdziwego amerykańskiego pioniera, którego przygody zainspirowały pisarza do wymyślenia postaci Nathaniela Bumppo, znanego lepiej pod indiańskim imieniem Sokole Oko. Zrobię to na przykładzie filmu z 1956r. pod tytułem Daniel Boone (Daniel Boone, Trail Blazer.) w reżyserii Alberta C. Gannawaya i Ismaela Rodrigueza, ale to za chwilę.
         Zanim powiem o filmie chciałbym napisać kilka słów o samym Boonie. Żeby wyobrazić sobie jak ważna jest to postać dla podboju dziekiego zachodu, należałoby się cofnąć w czasie i zastanowić, dlaczego Amerykanie rozpoczęli marsz na zachód dopiero na początku dziewiętnastego wieku, a nie dwieście lat wcześniej, czyli od razu po założeniu pierwszych kolonii i ustanowieniu pierwszych prowincji? (abstrahując od tego, że jeszcze wtedy nie byli Amerykanami tylko Brytyjczykami). Odpowiedź na to pytanie znajdziemy, analizując sytuację geopolityczną pierwszych trzynastu kolonii.
        Po tym jak Brytyjczycy stali się właścicielami wszystkich prowincji między Georgią na południu a Nową Anglią na północy ich sytuacja wyglądała następująco. Nie mogli iść na wschód, bo tam był Atlantyk. Nie mogli iść na południe, bo tam były włości hiszpańskie (dzisiejsze stany Floryda i Alabama). Nie mogli iść na północ, bo tam były tereny francuskie (Kanada). I wreszcie nie mogli iść na zachód, bo na przeszkodzie stała naturalna bariera w postaci rozciągających się równolegle do wybrzeża oceanu Apallachów. Na przygotowanej przeze mnie mapce możemy zobaczyć jak góry (na brązowo) zamykają kolonistów w wąskim skrawku Niziny Atlantyckiej. Po Wojnie Siedmioletniej oraz po ogłoszeniu deklaracji niepodległości przez USA sytuacja geopolityczna zmieniła się o tyle, że na północy, w Kanadzie, zamiast Francuzów urzędowali wrogo nastawieni do Amerykanów Anglicy. Żeby więc iść na zachód potrzebne były drogi, by dało się przejechać konno, a najlepiej wozami. Tymczasem przez Apallachy ledwo dało się przejść pieszo (potrafili to tylko Indianie, mieszkający w tych górach od zawsze). Pierwszym białym, który znalazł przejście z Wirginii do Kentucky, był właśnie Daniel Boone. Mało tego, w 1775r na czele trzydziestu drwali wyrąbał w Przełęczy Cumberland szlak, który nazwano Dziką Drogą i którym wreszcie mogły pojechać wozy osadnicze, co doprowadziło do założenia pierwszej na zachód od Apallachów amerykańskiej osady – Boonesborough. Rok później wybuchła wojna o niepodległość.
        I właśnie w tamtym okresie dzieje się akcja filmu. Boone jest już legendą pogranicza, a Boonesborough zmaga się z atakami Indian i sprzymierzonych z nimi Anglików. Film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach i obrazuje najciekawszy okres w życiorysie D. Boone'a i jego rodziny. A chyba najsłynniejszą ich przygodą była zasadzka Indian na wozy, którymi jechała córka trapera Jemima oraz dwie inne nastolatki: Betsey i Fanny Callaway. Dziewczynki zostały porwane przez Szaunisów i uprowadzone w stronę wiosek w Ohio (Indianie mieli w zwyczaju porywać kobiety i dzieci w celach adopcyjnych). Boone stanął na czele grupy pościgowej, która po dwóch dniach dopadła Indian i uwolniła dziewczynki. Ten głośny incydent zainspirował Jamesa F. Coopera do napisania Ostatniego Mohikanina, gdzie córki pionierów zastąpił córkami angielskiego pułkownika Munro, a akcję, zamiast Rewolucji, umiejscowił w czasie Wojny Siedmioletniej.
         Pewnie już trochę wyczuliście, że nie bardzo mi się chce pisać o samym filmie, co? To prawda, niektóre filmy są dla mnie tylko pretekstem do pisania o istotnych wydarzeniach z historii podboju Ameryki. Zresztą, filmy oparte na prawdziwych postaciach i wydarzeniach mają zwykle to do siebie, że te wydarzenia same w sobie są o wiele ciekawsze niż zrobione na ich podstawie ekranizacje. Tym niemniej Daniel Boone to ciekawy western, choć raczej należałoby określić go filmem przygodowym, bo były to czasy, gdy nie używano jeszcze Winchesterów tylko nabijane od lufy długie karabiny (Pennsylvania Riffle). Reżyserzy starali się wykreować romantyczną atmosferę tamtych czasów na podobieństwo J. F. Coopera lub Karola Maya. Nie spodoba się to więc fanom naturalizmu w stylu Zjawy, ale na pewno przypadnie do gustu każdemu, kto cierpi na niedobór książek i filmów umiejscowionych na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku w Ameryce Północnej.

         To nie jest jedyny film o przygodach Daniela Boone'a, bo już wcześniej nakręcono kilka, jak choćby ten z 1936r. z Georgem O'Brienem albo z 1950r. z Davidem Brucem czy późniejszy serial z lat sześćdziesiątych z Fessem Parkerem. Tym niemniej omawiany tu film z 1956r. z Brucem Bennettem w roli tytułowego trapera wydaje się odpowiedni do pierwszego kontaktu z tą barwną postacią pogranicza.

czwartek, 30 marca 2017

Droga Olbrzymów (The Big Trail) - 1930r.

Pierwszy epicki western epoki kina udźwiękowionego nakręcono w 1930r. „Droga Olbrzymów” („The Big Trail”), bo tak go nazwano, to z jednej strony przykład klasycznej sztuki filmowej, która po prawie dziewięćdziesięciu latach wciąż robi wrażenie, a z drugiej strony przykład klapy komercyjnej, jaką film przyniósł w czasach premiery. Za reżyserię odpowiadał Raoul Walsh i to on, za namową Johna Forda, w roli głównej obsadził debiutującego Johna Wayne'a. Do tego wszystkiego dodajmy tematykę Szlaku Oregońskiego oraz szalejący w prawdziwym świecie Wielki Kryzys i możemy śmiało nazwać ten film dużą ciekawostką w historii westernu. Ale po kolei.
            Zacznijmy od Johna Wayna. To nie jest tak, że „Droga Olbrzymów” była jego pierwszym filmem. Grywał już wcześniej, ale zwykle jako statysta lub aktor drugo/trzecio-planowy. Tym razem dostał główną rolę i spisał się naprawdę nieźle. Rola młodego trapera-przewodnika Brecka Colemana rzuca się w oczy i wyróżnia na tle kolejnych jego ról z lat trzydziestych. Sam John Ford, proponując zupełnie nieznanego aktora swemu przyjacielowi Raoulowi Walshowi, powiedział tak: „lubię wygląd tego nowego dzieciaka ze śmiesznym chodem, który zachowuje się jakby był panem świata”.  Niestety dla Wayne'a rola Brecka Colemana stała się małym przekleństwem. Dlaczego?
            No cóż, na pewno nie z jego winy. Po prostu film stał się falstartem dla westernów udźwiękowionych, choć wcale nie był pionierski. Pierwszy western z dźwiękiem, czyli „W Starej Arizonie” („In Old Arizona”) nakręcono już w 1928r. i ta próba okazała się obiecująca, zgarniając Oscara i dodatkowo jeszcze cztery nominacje, i zachęcając wytwórnię Fox do dalszego inwestowania w gatunek. W ramach ciekawostki można dodać, że pierwszy udźwiękowiony western współreżyserował właśnie Raoul Walsh. Miał też odegrać główną postać w filmie, ale w wypadku samochodowym stracił oko i od tamtej pory zarzucił karierę aktorską, kontynuując tylko pracę reżysera.

            Tymczasem amerykańska infrastruktura kinowa na przełomie lat 20'tych i 30'tych dopiero próbowała dostosować się do nowej technologii dźwięku. O ile standardowe filmy łatwo dało się puszczać w kinach, o tyle do wyświetlania produkcji panoramicznych (widescreen) potrzebne były duże inwestycje. A te, choć planowane, trafiły na nagły krach giełdowy w 1929r, który zapoczątkował Wielki Kryzys na całym świecie i we wszystkich gałęziach gospodarki. „Droga Olbrzymów”, mimo sporego budżetu i niemałej wartości artystycznej stała się ofiarą krachu i klapą finansową (także klapą w oczach Akademii), a sam western jako gatunek nadwyrężył kredyt zaufania. W dalszych latach okupował głównie kino klasy B i seriale, wskrzeszony dla mainstreamu dopiero po dziewięciu latach przez „Dyliżans” J. Forda. Dokładnie tak samo potoczyły się losy Johna Wayne'a na wielkim ekranie.
            Film porusza tematykę pierwszych wypraw osadniczych na zachód od Missisipi. W historii USA epizod Szlaku Oregońskiego to sprawa fundamentalna, porównywalna do Dzikiej Drogi na wskroś Appalachów wytyczonej przez Daniela Boona lub pionierskiej wyprawy Lewisa i Clarka w górę rzeki Missouri. Ten istotny etap kolonizacji dzikiego zachodu został w „Drodze Olbrzymów” pokazany kompleksowo i z niezłym rozmachem, choć nie była to bynajmniej pierwsza próba ugryzienia tematu. Wcześniejsze miały miejsce jeszcze za czasów kina niemego. Warto tutaj przytoczyć epicki obraz pt. „Karawana” („The Covered Wagon”) z 1923r., który śmiało można nazwać pierwowzorem dla dzieła Roula Walsha, bo podobieństwa, szczególnie fabularne, widać we wielu scenach.
            Głównym przesłaniem „Drogi Olbrzymów” jest podróż do ziemi obiecanej. Za wszelką cenę i wbrew przeciwnościom losu. Film ukazuje różnorodność ludzkich charakterów, reprezentowanych przez irlandzkich imigrantów i ich potomków (np. Gus grany przez Ela Brendela), hazardzistów (Bill Thorpe grany przez Iana Keitha), traperów (Zeke grany przez Tully Marshala), myśliwych (Red Flack grany przez Tyrona Powela) czy bandytów (Lopez grany przez Charlesa Stevensa). Obraz czasem zabawny, czasem złowrogi, a czasem wzruszający. Wszystkich łączy determinacja i niezłomność, wielokrotnie wystawiana na próbę przez potęgę natury czy wrogość miejscowych plemion. Nie brakuje w tej gromadzie wewnętrznych tarć i animozji. Postaci, choć nieco kukiełkowate, stanowią niezwykle wyrazisty przekrój ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa - ludzi prostych, niewiele znaczących w swoich mikro-światach, często uciekinierów, bandytów lub nieudaczników, ale też ludzi, którzy w oczach potomków okazali się herosami czy też właśnie tytułowymi olbrzymami. Kwintesencją tego przesłania są dwie patetyczne tyrady Brecka Colemana. Jedna na temat wielkiej, pięknej doliny rozciągającej się między dwoma wysokimi do nieba pasmami gór (chodzi tu o położoną miedzy górami Skalistymi i Sierra Nevada Wielką Kotlinę). Druga zaś o wytrwałości w dążeniu do celu, podczas sceny gdy karawana błądzi w  burzy śnieżnej. Ten purytański mesjanizm to, obok chęci zysku i eksploracji nieznanego, jedna z najbardziej charakterystycznych cech podboju dzikiego zachodu.


            Powiem tak. Zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dzisiejszej percepcji sztuki filmowej „Droga Olbrzymów” może się wydawać schematyczna, patetyczna, a może i naiwna. Ale  mimo wszystko jest to dzieło epickie - zrobione z solidnym rozmachem i wzbogacające widza o kawałek wiedzy historycznej (zarówno filmowej jak i dziejowej), a ja cenię takie filmy, takich szukam najbardziej i po nałożeniu filtru artystyczno-technologicznego czerpię z nich mnóstwo przyjemności. Jest to bowiem kwintesencja amerykańskiego westernu i klasyka par excellence. Polecam.

piątek, 17 marca 2017

Annie Oakley - 1894r.

O cudownym dziecku winchestera - Annie Oakley - nakręcono kilka filmów, jak choćby ten z Barbarą Stanwyck z 1935r. pod tytułem „Annie Oakley”. Był też nagrodzony Oscarem musical „Rekord Annie” z 1950 z Betty Hutton i kilka innych mniej lub bardziej istotnych produkcji. Ogólnie filmów, w których pojawiały się postacie Annie, Buffalo Billa, Siedzącego Byka czy Franka Butlera nie zliczę na palcach dwóch rąk, bo to po prostu ludzie żywcem wyciągnięci z dzikiego zachodu i zainstalowani jako komercyjny gadżet w cywilizowanym świecie przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.
                Ale jest jeszcze coś, o czym nie każdy wie, czyli eksperymentalne dwudziesto-sekundowe nagranie z roku 1894, zrealizowane w studiu Thomasa Edisona przez Williama K. L. Dicksona. Film nazwano „Annie Oakley”, a tytułowa gwiazda zagrała  tam osobiście z mężem (a zarazem asystentem scenicznym) Frankiem Butlerem. To nagranie, wraz z serią czterech innych („Buffalo Dance”, „Bucking Bronco”, „Siux Ghost Dance” i „Buffalo Bill”) stworzonych przez ekipę Buffalo Billa i studio Edisona, jest uważane za pierwszy w historii western. Oczywiście westernem tego nazwać nie sposób, bo nie jest to widowisko fabularne, a krótki dokumentalny filmik związany z obyczajowością zachodu. Ale z uwagi na dużą popularność westernu w początkach kinematografii – stanowi najstarsze świadectwo potencjału artystyczno-komercyjnego jaki ten gatunek ze sobą niósł. Idąc tym tropem – omawiany filmik to nie tylko prababcia westernu, ale też całego kina sensacyjnego, które w końcu wymyślili Amerykanie i które wywodzi się właśnie z westernu.
                Wszystko jest dziełem przypadku. A może gdyby nie popularność Buffalo Billa i jego dobra znajomość z genialnym wynalazcą Thomasem Edisonem, te nagrania w ogóle by nie powstały? Być może zamiast kilku filmików o tańczących Siuxach, popisującym się Billu i strzelającej Annie, nakręcono by np. kogoś jadącego rowerem, co za sprawą efektu motyla stworzyłoby niszę filmów cyklistycznych, która to z kolei pociągnęłaby początki amerykańskiego kina w innym kierunku? No, nie... To kobieta-strzelec wyborowy, Annie Oakley - która nauczyła się posługiwać bronią już w wieku dziesięciu lat i potrafiła z kilkudziesięciu metrów przestrzelić rzucone w powietrze karty do gry – okazała się protoplastką popularnych bohaterów i wątków filmowych.
                Zapamiętajcie więc nazwisko Annie Oakley. Obejrzyjcie na anglojęzycznej Wikipedii ów studwudziestotrzyletni film (poniżej notki wklejam linka), bo te dwadzieścia sekund niemego, niewyraźnego strzeleckiego show może na zawsze zmienić wasze wyobrażenie o początkach kinematografii amerykańskiej i historii ważnego jej odłamu, czyli westernu.


P.S. Powiedzenie Godarda: „Wszystko, co potrzeba do dobrego filmu, to broń i dziewczyna” – też, jak widać, nie wzięło się znikąd ;).


https://en.wikipedia.org/wiki/Annie_Oakley_(1894_film)

wtorek, 14 marca 2017

Wyjęty Spod Prawa (The Outlaw) - 1943r.

„Wyjęty Spod Prawa” („The Outlaw”) to western pełen kontrowersji, ale i ciekawostek. Stworzony przez Howarda Hughsa, czyli milionera, filmowca, miłośnika awiacji, ale i dziwaka, o którym M. Scorsese nakręcił świetny film biograficzny z L. DiCaprio w roli głównej. „The Outlaw” był gotowy do emisji w 1941r., jednak blokowany przez cenzurę został oddany do kin dopiero w 1943r. Reżyserem filmu wstępnie został Howard Hawks, ale go nie dokończył. Przedstawiona historia dotyczy spotkania trzech legendarnych postaci dzikiego zachodu, a mianowicie Billy Kida (Jack Buetel), Doca Hollidaya (Walter Huston) i Pata Garetta (Thomas Mitchel) – ale w moich oczach scenariusz jest zbyt dalece idącą interpretacją legend o tych rewolwerowcach, nawet biorąc po uwagę lekko komediowy charakter filmu. No ok, trochę za szybko myślę i piszę, więc zacznę jeszcze raz, od końca…
         Filmy opisujące przygody największych legend Starego Zachodu pojawiły się już na początku lat dwudziestych dwudziestego wieku. W ciągu kolejnych dwóch dekad temat Jesse Jamesa, Billy Kida czy Doca Hollidaya mocno eksploatowano, bo western w ogóle stanowił bardzo popularny gatunek, stanowiąc bodaj jedną piątą wszystkich tworzonych filmów. Myślę, że już na przełomie lat 30’tych i 40’tych trudno było o „oryginalny scenariusz”, ale w przypadku filmu „Wyjęty Spod Prawa” podjęto próbę poszukania tej oryginalności. Zobrazowano spotkanie i nawiązanie rywalizacji między Billy Kidem i Doc'iem Holliday’em, a także depczącym im po piętach Patem Garettem. I choć ten pomysł nie jest wyssany z palca, bo do kontaktów między nimi (a nawet jeszcze dodatkowo Jesse Jamesem) mogło dochodzić w czasach świetności niesławnego miasteczka Las Vegas w Nowym Meksyku (nie mylić z Las Vegas w stanie Nevada), to jednak już opisane w filmie zabójstwo Doca przez Pata Garetta to w mojej opinii spora przesada. Z jednej strony rozumiem scenarzystów, bo zarówno o Kidzie zabitym przez Garetta, jak też o Jamesie zabitym przez Roberta Forda, a także o kilku innych, pomniejszych celebrytach Old Westu krążyły plotki, jakoby nie umarli i od czasu do czasu pojawiali się tu i ówdzie. Mogło być to jakimś punktem zaczepienia przy pisaniu. No ale z drugiej strony próba tłumaczenia owych plotek zabójstwem Hollidaya zamiast Kida? No nie wiem – to chyba pomysł zbyt fantastyczny nawet dla takiego miłośnika sci-fi jak ja. Przypomnę, że Doc Holliday był uznawany za najszybszego człowieka dzikiego zachodu. Stoczył mnóstwo pojedynków rewolwerowych łącznie ze słynną strzelaniną w O.K. Corral, ale nie zginął. Umarł w łóżku na gruźlicę, a jego ostatnimi słowami przed śmiercią były: „To jest zabawne” – co interpretuje się jako zaskoczenie Doca własnym losem. Nie spodziewał się, że umrze w łóżku, skoro od czasu, gdy wykryto u niego gruźlicę, po prostu szukał śmierci od kuli. W ramach ciekawostki dodam, że lekarze dawali mu kilka miesięcy życia, a on później przeżył jeszcze piętnaście lat jako dentysta, szuler i rewolwerowiec! Sam Wyat Earp mówił o nim, że to „najbardziej śmiercionośny człowiek z rewolwerem, jakiego w życiu znał”. To po pierwsze.
         Po drugie. Film początkowo wciąga, szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że na ekranie dochodzi do spotkania trzech legendarnych postaci zachodu. Do tego kilka scen z pierwszej fazy filmu jest wyjątkowych (strzelanina na zapleczu baru; próba zabójstwa Billy’ego w stajni przez Rio) – ale im dalej w las, tym napotykamy więcej drzew – czyli scen mało wiarygodnych, a relacje między bohaterami oraz gra odtwarzających ich aktorów zaczynają trącać myszką. Mówię to oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia. Dla ówczesnych takie na wpół poważne a na wpół humorystyczne zachowanie postaci mogło uchodzić za poczciwy standard, bo rozpatrujemy o percepcji sztuki filmowej sprzed siedemdziesięciu lat. Mimo to niektóre sceny, jak choćby odstrzeliwanie kawałków uszu Billy’ego przez Doca wołają o pomstę do nieba. No cóż, nie wszystkie filmy dobrze znoszą próbę czasu, ale też wydaje mi się, że gdyby Howard Hawks wyreżyserował całość mielibyśmy film wielokrotnie lepszy. Hughes nie zdołał historii poprowadzić do końca z odpowiednim bilansem powagi i dowcipu. Napiszę wprost – to nie jest wina aktorów, że tak słabo wypadły ich postacie. W końcu to western z wątkami komediowymi (rywalizacja między Kidem a Hollidayem toczy się bardziej o konia niż o piękną kobietę). To po prostu wina kiepskiego scenariusza.
          Warto w ramach ciekawostki napisać, że film przez kilka lat blokowała cenzura, zanim został dopuszczony do emisji w kinach. Hughes też wielokrotnie musiał płacić kary związane ze swoim dziełem. Stało się tak z powodu ponętnej bohaterki o imieniu Rio McDonald, granej przez dziewiętnastoletnią wówczas debiutantkę Jane Russel. W filmie bardzo wydatnie jak na lata 40’te jest eksponowany biust tej pięknej aktorki i nawet ponoć na potrzeby „Wyjętego Spod Prawa” inżynierowie Hughesa zaprojektowali specjalny stanik, żeby dodatkowo efekt biustu wzmocnić. Cycki cyckami, ale też pozamałżeński związek Rio z Doc’iem i romans z Kidem obyczajowej chluby obrazowi Pana Howarda nie przyniosły. Co akurat zadziałało na korzyść producenta i filmu, bo jak to z przewrotnością odbiorców sztuki bywa, „The Outlaw”, gdy tylko udawało mu się trafić na ekrany kin, bił rekordy popularności.
         W ramach kolejnej ciekawostki dodam, że muzyczny wątek przewodni z westernu „Dyliżans” Johna Forda, czyli melodia tradycyjnej ballady „Trail to Mexico”, jest również wątkiem przewodnim „Wyjętego Spod Prawa”. Z jednej strony akcja obu filmów toczy się w Nowym Meksyku – czyli krainie związanej z balladą - ale myślę też, że film Forda wywarł mocne wrażenie na ówczesnych i spopularyzował tę melodię na tyle, że jeszcze wielokrotnie wykorzystywano ją jako gwarantujący posłuch akompaniament przy filmowych opowieściach o południowym zachodzie.

         Film mimo wszystko warto obejrzeć, choćby po to, żeby wyrobić sobie o nim własną opinię. Jeśli chodzi o mnie – Howardów dwóch mnie nie przekonało, rewolwerowców trzech też nie, ale prawda jest taka, że zamiast obserwować rozgrywkę między panami, gapiłem się w dekolt J. Russel. Przynajmniej mam teraz o czym myśleć i pisać ;).

niedziela, 12 marca 2017

Ramrod - 1947r

„Ramrod” to western z 1947r wyreżyserowany przez Andre De Totha, a zarazem ekranizacja powieści Luke'a Short'a pod tym samym tytułem. Ostatnio miałem okazję obejrzeć go po raz pierwszy i bardzo się z tego cieszę, bo film okazał się wyjątkowy bod wieloma względami, ale po kolei:
         Nie wiem dokładnie, gdzie toczy się akcja filmu, ale dotyczy lokalnej wojny między hodowcami bydła. Miejscowy potentat Frank Ivey (Preston Foster) nie zgadza się, by jego konkurent Walt Shipley (Ian MacDonald) zrealizował przedsięwzięcie polegające na sprowadzeniu do doliny dużego stada owiec, a tym samym podziału pastwisk. Brutalne metody Franka i brak reakcji miejscowych doprowadzają Walta do decyzji o wycofaniu się z pomysłu i wyjazdu z miasteczka. Ranczo i stada w spadku otrzymuje jego narzeczona Connie Dickason (świetna Veronica Lake), której ojciec od lat sprzyja Frankowi i próbuje namówić córkę do wyjścia za niego za mąż. Drobna, osamotniona niewiasta, wbrew zdrowemu rozsądkowi i woli ojca, a także ku wściekłości Franka Ivey, podejmuje decyzję o kontynuowaniu wizji narzeczonego. Chcąc stać się niezależną kobietą, przejmuje ranczo i zatrudnia jako zarządcę Dave'a Nasha (świetny Joel McCrea) – ex alkoholika próbującego zacząć wszystko na nowo. Wspólnie zbierają garstkę ludzi mających na pieńku z Frankiem. Zaczyna się bezwzględna wojna o wpływy.
          Wśród opinii dotyczących Andre De Totha można znaleźć i takie, że był on wcześniejszym wcieleniem Sama Peckinpaha. I faktycznie „Ramrod” aż kipi antywesternem (no może bardziej westernem psychologicznym). Pełno tu brutalnych scen i niejednoznacznych postaci – co w westernach z lat 40'tych nie było standardem. W czasie seansu prawie każdy dostaje kulkę, a przynajmniej mocny łomot. Ginie mnóstwo bohaterów; wielu z nich jest rannych lub pobitych. Nie ma tutaj postaci całkowicie dobrych, a jeśli tacy są to giną lub wyjeżdżają z miasta już na samym początku.
         Po obu stronach konfliktu znajdziemy lepszych i gorszych, po obu stronach wyczuwamy też bezwzględną determinację. Metody stosowane przez Franka, choć bezkompromisowe i proste, nie ustępują w skuteczności i brutalności metodom podstępnej, manipulującej mężczyznami Connie. Główną damską bohaterkę trudno tym samym nazwać protagonistką. To przykład femme fatale, która dla władzy i zysku jest w sanie poświęcić ludzi i bydło, wykorzystując seksapil i uczuciowe zawiłości. Jedynymi osobami, które chcą konflikt rozwiązać zgodnie z prawem są miejscowy szeryf Jim Crew (świetny Donald Crisp) oraz Dave Nash. Gdy ten pierwszy zostaje uwikłany w intrygę Connie i zamordowany – drugi zmienia pokojowe nastawienie i chwyta za broń.
         Rzadko mi się zdarza obejrzeć western, którego wcześniej już gdzieś, kiedyś nie widziałem, a który wywrze na mnie tak ogromne wrażenie. Nie ma się tutaj w zasadzie do czego przyczepić. Historia jest ekscytująca, co zawdzięczamy umiejętnościom pisarskim autora książki czyli Luke'a Short'a. Sfilmowana w sposób wiarygodny i wciągający, z naprawdę niezłymi czarno-białymi zdjęciami. Zdecydowanie widać tu wpływ filmu noir i za taki „Ramrod” jak najbardziej może uchodzić. Reżyser nie trzyma się utartych westernowych schematów, wyprzedzając nieco swój czas i tworząc obraz psychologiczny na miarę filmów Anthony Manna. Aktorzy dają popis niezłych umiejętności z Joelem McCreą i Veroniką Lake na czele. Ale pochwalić należy całą resztę obsady. Począwszy od grającego szeryfa Donalda Crispa; poprzez Don'a DeFore wcielającego się w rolę cwanego i brutalnego Billa – kumpla Dave'a; aż po drugoplanową rolę Lloyda Bridgesa grającego niejakiego Reda – kowboja na usługach Franka Ivey.

         Filmów o spędach bydła, o hodowcach, ich problemach i konfliktach nakręcono mnóstwo. Ten popularny motyw w „Ramrodzie” jest jednak tylko zapalnikiem całej akcji. Oprócz początkowych kilku scen, gdzie mimochodem dowiadujemy się o tle wydarzeń – twórcy nawet nie próbują rozwijać wątków obyczajowych czy romantycznych jak w „Pojedynku w słońcu”; nie rozpieszczają nas malowniczymi scenami ze spędów jak w „Rzece Czerwonej”; nie wnikają w szczegóły owych interesów, ani podłoża historyczno-geograficznego nota bene jednej z najistotniejszych gałęzi gospodarki dzikiego zachodu. Tutaj jest już za późno na rozmyślenia, wprowadzenia czy lanie wody – stało się: wojna wybuchła. Teraz liczy się tylko to, kto przetrwa. Gorąco polecam.


poniedziałek, 6 marca 2017

Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn's Devotion) - 1910r.

Najstarszym zachowanym po dziś dzień westernem nakręconym przez rdzennych mieszkańców Ameryki jest „Poświęcenie Białego Jelenia” („White Fawn’s Devotion: A Play Acted by a Tribe of Red Indians in America”). Film powstał w 1910r. a wyreżyserował go James Young Deer – twórca wywodzący się z ludu Nanticoke z Delaware, choć, biorąc pod uwagę niewielką ilość źródeł, nie mam pewności co do jego rzeczywistego pochodzenia. Tytułową rolę w filmie zagrała żona reżysera – Indianka ze szczepu Winnebago z Nebraski – o imieniu Lillian St. Cyr, lepiej znana ze scenicznego pseudonimu Princess Red Wing (lub po prostu Red Wing). Ta para filmowców w latach 10’tych dwudziestego wieku była najbardziej wpływową w Hollywood dwójką rdzennych mieszkańców USA, a podjęcie przez nich współpracy z francuską wytwórnią Pathe zaowocowało serią kilkudziesięciu westernów.
         Film opowiada historię osadnika mieszkającego z indiańską żoną o imieniu Biały Jeleń i synem (albo córką – nie jest to wyjaśnione) gdzieś na dzikim zachodzie. Pewnego dnia przychodzi wiadomość z Londynu o tym, że główny bohater odziedziczył majątek. Ale szczęście spadkobiercy nie udziela się jego żonie, która obawia się wyjazdu z rodzinnych stron. Lęk przed podróżą na wschód i ewentualną utratą męża sprawia, że kobieta podejmuje decyzję o samobójstwie i wbija sobie nóż w pierś. Gdy dziecko wraca znad rzeki do domu i dostrzega ojca nad ciałem umierającej matki, niesłusznie bierze go za mordercę. Zawiadamia brata zmarłej – wodza miejscowego plemienia Indian. Rozpoczyna się pościg za rzekomym zabójcą…
         Film warto obejrzeć choćby w ramach ciekawostki. Można też pobawić się w detektywa i na podstawie szczątkowych danych wywnioskować pewne szczegóły. Np. list zaadresowany jest na 'Pine Ridge Dakota'. Najwyraźniej akcja dzieje się w południowo-zachodniej Dakocie Południowej, gdzie obecnie znajduje się wielki rezerwat Siuxów. Zastanawiające jest, dlaczego Indianie biegną pieszo, goniąc uciekającego konno zabójcę? Czyżby budżet filmu nie przewidział tylu koni? A może wśród tamtejszych Indian jazda konna nie była popularna? Każdy, kto ma w biblioteczce „Ostatnią Walkę Dakotów” Alfreda Szklarskiego, pamięta tę ciemną okładkę z jadącym konno indiańskim wodzem. No więc jak to z tymi końmi było?

         W swoich czasach „Poświęcenie Białego Jelenia” zebrało niezłe recenzje. Nie obeszło się też bez krytyki – wypominano niezbyt realistyczną scenografię, opartą na kadrach z New Jersey. Jest to oczywiście film czarno-biały i niemy. Można więc podpatrzeć jak mimika i gestykulacja zastępowały w tamtej epoce dźwięki i słowa. Można też docenić fakt, że w „Poświęceniu...” Indian grają prawdziwi Indianie, co w filmach z pierwszej połowy dwudziestego wieku nie było tak oczywiste. Jeśli ktoś nie dzierży starego kina to w ramach zachęty dodam, że jest to krótki metraż o długości jedenastu minut. No tyle chyba można poświęcić dla 107’letniej perełki opowiadającej o ciężkich relacjach białych osadników z Indianami?