czwartek, 21 września 2017

Wicher (The Wind) z 1928r. - podsumowanie niemego westernu

Epoka kina niemego to okres trudny do okiełznania z kilku powodów. Po pierwsze nie było dźwięku – co dla człowieka urodzonego i wychowanego w epoce filmów udźwiękowionych stanowi sporą barierę percepcyjną. Trzeba się przestawić na zupełnie inne fale odbioru i uruchomić rzadziej używane sensory. Trzeba też uzbroić się w cierpliwość i zrozumienie czasu, bo można trafić na zaskakujący naturalizm, brutalność i ksenofobię. Np. znęcanie się nad zwierzętami jak w Milioner z rodeo (Cowboy Millionaire) z 1909r. Francisa Boggsa. Albo poniżanie Afroamerykanów (a w zasadzie pomalowanych na czarno Białych) jak w wyżej wymienionym filmie lub w Napadzie w Górach Skalistych (From Leadville to Aspen: A Hold-Up in the Rockies) z 1906r. Francisa Mariona.
         Po drugie tych filmów powstały tysiące. Fajny jest początek studiowania kina niemego, idąc chronologicznie. Pierwszy rok – cztery czy pięć westernów; drugi rok – kilka kolejnych, trzeci rok parę następnych; czwarty kilkanaście; rok 1925 – dwieście siedemdziesiąt dwa westerny! etc. Ta filmowa bomba wybuchła jak pęknięty atom, a twórcza inflacja szła z postępem geometrycznym i w pewnym momencie, mimo szczerych chęci, poległem, dalszą drogę przechodząc prowadzony za rękę przez wcześniejsze pokolenia krytyków. Jeśli komuś kiedyś uda się obejrzeć wszystkie nieme westerny, to stanie się moim największym idolem.
         Po trzecie jest coś niepokojącego w spędzaniu bitych kilku miesięcy na eksploracji taśm sprzed wieku. W epokach klasycznej i post-klasycznej nakręcono jeszcze więcej westernów i z każdym kolejnym dniem poświęconym na oglądanie kina niemego miałem poczucie zmarnowanego czasu, który mogłem wykorzystać na robienie tego samego tylko w najlepszych latach Hollywood. Ostatecznie takiego poczucia nie mam, bo czuję, że to było brakujące ogniwo mojej literacko-westernowej perspektywy i teraz wycieczki do późniejszych epok nabiorą nowego znaczenia.
         No i po czwarte jakość – mnóstwo zachowanych filmów, mimo ciekawej fabuły i zaskakujących efektów wizualnych, nie spełni oczekiwań dzisiejszego widza pod względem jakościowym. Np. tylko wariaci będą w stanie obejrzeć ponad czterdziesto-minutową Ostatnią walkę Custera (Custer's Last Fight) z 1912r. Thomasa Ince'a będącą pierwowzorem dla dziesiątek późniejszych filmów o kontrowersyjnym amerykańskim dowódcy. Albo niespełna półgodzinny Napad na bank (The Bank Robbery) z 1908r. Williama Tilghmana, w którym osobiście gra sławny bandyta All Jennings. Czy niemal godzinny Celny Strzał (Straight Shooting) z 1917r. - najstarszy zachowany western Jacka Forda. To bardzo ciekawe filmy, ale zachowały się naprawdę słabe kopie.
         Tak więc pierwszy etap romansu z niemym kinem uważam za zamknięty – muszę trochę odpocząć i zająć się innymi epokami. Będę wracał do początków jeszcze wielokrotnie i myślę, że moje opinie zdążą się w międzyczasie zestarzeć. Na razie napiszę tylko, że z tego kotła czarownic wyklarował mi się podział na trzy główne okresy:

         Okres przed-fabularny (1894 – 1914) czyli od pamiętnych nagrań ze studia Thomasa Edisona z udziałem Siouxów aż po rok 1914, kiedy to powstały pierwsze pełnometrażowe westerny, w tym najstarszy zachowany pt. Mąż Indianki (The Squaw Man) Cecila DeMille'a. Pośród najciekawszych filmów okresu przed-fabularnego znajdą się głównie westerny Davida W. Griffitha, bo to chyba najbardziej utalentowany twórca epoki kina niemego. Zapadają w pamięć indiańskie antywesterny Zmierz Czerwonoskorych (The Red Man's View) z 1909r. i Ramona z 1910r. - oba filmy z dużą dozą wrażliwości na los rdzennych mieszkańców Ameryki; osadniczo-kawaleryjskie Ostatnia kropla wody (The Last Drop of Water) z 1911r., Żołnierska krew (Fighting Blood) z 1911r., Masakra (The Massacre) z 1912r., które zadziwiają rozbudowaną scenografią, ilością statystów i zwierząt, a także pomysłowością reżyserską. Co jeszcze? Napad na ekspres (The Great Train Robbery) z 1903r. Edwina Portera – wiele się mówi o fabule i cechach tego filmu, ale rzadko zauważa się, że jest on zachowany w naprawdę niezłej jakości jak na tamte lata; przy okazji warto też obejrzeć Napad na mini-ekspres (The Little Train Robbery) z 1905r. tego samego reżysera, który to film jest prawdopodobnie pierwszą westernową parodią; Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn's Devotion) z 1910r. Jamesa Younga Deera, czyli najstarszy zachowany western nakręcony przez Indian. W ramach ciekawostki można obejrzeć filmiki z wygłupami Broncho Billa, których zachowało się sporo, choć osobiście nie rozumiem ich ówczesnej popularności.

         Okres fabularny (1914 – 1923) od wyżej wymienionego kamienia milowego aż do pierwszego epickiego obrazu o dzikim zachodzie czyli Karawany (Covered Wagon) Jamesa Cruze'a. Z tego okresu wiele nie wymienię, bo to u mnie wciąż czarna dziura i azymut kolejnej wycieczki poszukiwawczej, którą planuję za jakiś czas. Na pewno warto przeanalizować Męża Indianki (The Squaw Man) z 1914r. czyli debiut Cecila DeMille'a; Zdobywców (The Spoilers) z 1914r. Collina Campbella, czyli pierwowzór wielu późniejszych adaptacji powieści Rexa Beacha o gorączce złota na Alasce; Bramy piekła (Hell's Hinges) z 1916r. Williama Harta – jeden z najbardziej pesymistycznych westernów epoki kina niemego. Psychofanom Johna Forda polecam analizę początków jego kariery czyli Celny Strzał (Straight Shooting) i Kowboj w Nowym Jorku (Bucking Brodway) oba z 1917r.

         Złoty okres (1923 – 1928) czyli czas, gdy powstały najwybitniejsze nieme westerny: od wcześniejszego kamienia milowego do pierwszego westernu udźwiękowionego W starej Arizonie (In Old Arizona) z 1928r. Irvinga Cummingsa i Roula Walsha. Golden age to wcześniej wymieniona Karawana Cruze'a - w epicki sposób obrazująca wędrówkę osadników z Kansas do Oregonu; Żelazny koń (Iron Horse) z 1924r. zrealizowany z rozmachem, choć przesiąknięty narodową i anty-indiańską propagandą pełnometrażowy debiut Johna Forda; Trzech złych ludzi (3 Bad Men) z 1926r. tego samego reżysera – lepszy od debiutu obraz wyścigu po ziemię na terytorium Dakoty; Synowie prerii (Tumbleweeds) z 1925r. Williama Harta, czyli jeden z najwspanialszych westernów epoki niemej, opowiadający o ujarzmianiu ostatnich wolnych połaci prerii – ten film zaliczam do mojego osobistego Top3; Jeźdźcy purpurowego stepu (Raiders of the Purple Sage) z 1925r. Lynna Reynoldsa, podejmujący tematykę zemsty i bezprawia; Napad na K & A ekspres (The Great K & A Train Robbery) z 1926r. Lewisa Seilera – brawurowo zrealizowany western sensacyjny z dużą dozą poczucia humoru.

         Jednak bezwzględną koronę pośród niemych westernów zdobywa u mnie Wicher (The Wind) z 1928r. w reżyserii Victora Sjostroma. Ten pierwszy wielki western psychologiczny to nie tylko najlepszy film o dzikim zachodzie epoki kina niemego, ale w ogóle arcydzieło kinematografii. Począwszy od niezapomnianej gry Lillian Gish i Larsa Hansona, poprzez zadziwiającą realizację i efekty specjalne, aż po przeszywającą umysł wizję zachodu przedstawioną oczami cierpiącej na ankraofobię młodej dziewczyny ze wschodu. Nie ma co gadać – Wicher to pozycja obowiązkowa dla każdego kinomaniaka i trzeba go po prostu obejrzeć.
         Jest to historia młodej dziewczyny imieniem Letty (rewelacyjna Lillian Gish). Jej beztroski żywot w Wirginii zostaje przerwany śmiercią rodziców. Rodzinna tragedia zmusza niewinną, naiwną Letty do przeprowadzki do Teksasu, gdzie mieszka jej kuzyn Beverly (Edward Earle). Niestety wizja przyjęcia z otwartymi ramionami w nowej, wspaniałej krainie okazuje się mrzonką. Dominująca w małżeństwie brata żona Cora (niezła Dorothy Cumming) upatruje w przyjeździe pięknej Letty spisek mający na celu odebranie jej męża. Szybko zniechęca szwagierkę do pobytu w ich domu. Letty, rozczarowana odrzuconą propozycją małżeńską przez bogatego ranczera Roddy’ego (Montagu Love), bez środków do życia zostaje zmuszona wyjść za mąż za jednego z rubasznych sąsiadów – prostego kowboja imieniem Lige (genialny Lars Hanson). Niedopasowane małżeństwo, surowe warunki życia i nieustannie wiejący wiatr sprawiają, że młodzi ulegają przeobrażeniu. Lige poważnieje i staje się twardym człowiekiem zachodu. Z kolei cierpiąca na lęk przed wiatrem Letty powoli popada w szaleństwo...
         Warto pochylić się nad kwestią samego wiatru, który jest tu jednym z głównych bohaterów. Wieje bez przerwy. Momentami słabiej, czasem mocniej, ale nie ma chwili bez wichru i nawiewanego przez niego piachu. Jest taka pamiętna myśl Letty, która idealnie obrazuje klimat filmu, a zarazem nabrzmiewającą u bohaterki schizofrenię:

I tylko wiatr i piach, i piach, i wiatr. Dziś, jutro, na zawsze...

         Doczytałem, że aby osiągnąć ten efekt ustawiono na kalifornijskiej pustyni Mojave osiem samolotów, których śmigła wirowały w trakcie zdjęć. Tym samym ekipie pracującej nad Wichrem należą się gromkie brawa za wytrwałość i pomysłowość. W ramach ciekawostki można dodać, że w tym filmie po raz pierwszy w historii zobrazowano nadejście tornada! Jest tu też wiele innych efektów wizualnych i dźwiękowych, które wzmagają klimat przenikliwego strachu i obłędu.
         Jeśli chodzi o Lillian Gish, to ja widziałem ją przede wszystkim u Griffitha (Narodziny narodu, Nietolerancja). Pamiętam też jej występy w westernach dźwiękowych (Pojedynek w słońcu, Nie do przebaczenia). Udział w The Wind był nietypową dla niej rolą (odejście od schematu niewinnego podlotka na rzecz kreacji dramatycznej). Okazało się to to dobrą decyzją, bo Gish zagrała świetnie. Mając za narzędzia wyrazu tylko pozy i mimikę, pokazała poprzez swą bohaterkę niemoc, lęk i obłęd jakich nie powstydziłyby się postaci z filmów Hitchcocka i Polańskiego.
         Duże uznanie też dla Larsa Hansona. Co prawda jego bohater Lige to w porównaniu z Letty postać drugoplanowa. Tym niemniej metamorfoza jakiej doznaje po „małżeńskim rozczarowaniu” to aktorski majstersztyk. Jakby w tym filmie grało dwóch różnych facetów.
         I na koniec najważniejsza kwestia. Wizja dzikiego zachodu o skali iluzji, jakiej trudno doświadczyć nawet u największych westernowych artystów. W Wichrze dostajemy ponury obraz miejsca, gdzie nie da się normalnie żyć, ale wcale nie jest to zasługą bandytów, Indian, wielkich hodowców bydła, przemysłowych potentatów, kolejowych baronów, a nawet głodu, bezeceństwa czy egipskich plag. Prostota zastosowanych narzędzi przekazu daje Sjostromowi przewagę nad innymi antypoetami obrazu, bo u niego pierwiastkiem zakrzywienia jest najbardziej pospolity żywioł – wiatr. Ten surrealizm da się z łatwością pojąć i usprawiedliwić. To nie Teksas jest mroczny, wietrzny, surowy, halucynogenny i okrutny. On taki jest tylko w oczach dotkniętej lękiem przed wiatrem Letty. Czyli w oczach, którymi widzimy go wraz z nią...
         Oglądając, zastanówcie się na tym i po seansie dajcie znać, czy też tak to widzicie.

         Gorąco polecam.


niedziela, 10 września 2017

Niebieski Żołnierz (Soldier Blue) - 1970r.

Czejenowie napadają na konwój transportujący skrzynię z żołdem. Napaść przeżywają tylko dwie osoby – młody szeregowiec i śliczna dziewczyna. Nie mają koni, żywności, ekwipunku. Ruszają w pełną niebezpieczeństw wędrówkę do fortu, gdzie stacjonuje narzeczony dziewczyny. Gdy docierają na miejsce, okazuje się, że oddział wojska planuje najechać indiańską wioskę. Dochodzi do masakry. Koniec....
         No i jak? Wydaje się to pozbawione wyraźnego przekazu i fabularnego kunsztu, prawda? Otóż wcale nie. Niebieski Żołnierz (Soldier Blue) z 1970r. w reżyserii Ralpha Nelsona, to bezkompromisowy antywestern, który nie pozostawia suchej nitki na kawaleryjskiej propagandzie. Zaskakuje, trzyma w napięciu i rozpieszcza zgrabnym aktorstwem. Tym niemniej brakuje w nim balansu między krwiożerczą wizją stosunków Biali-Indianie z początkowej i końcowej sceny, a subtelnym poczuciem humoru i romantyzmem środkowej części. Gdyby nie to zachwianie filmowej równowagi, bez kompleksów mógłby konkurować ze zrealizowanym w tym samym roku Małym Wielkim Człowiekiem.
         Westernowi twórcy rozliczali się z historią amerykańskiej armii już w czasach kina niemego i była to niczym nie skrępowana twórczość. Poważna cenzura zawitała do Hollywood dopiero w połowie lat 30'tych i często obiektywne wzorce najłatwiej znaleźć przed stuleciem. Pierwszym mocnym filmem o tej tematyce był epicki krótki metraż pt. Masakra (The Massacre) z 1912r. Dawida W. Griffitha. Podobieństwo do Soldier Blue jest takie, że u Griffitha też mamy dwie masakry: jedną urządzoną przez kawalerię, drugą przez Indian. Jednak mistrz kina niemego nie próbował wywrzeć na widzu presji odnośnie zajęcia stanowiska po jednej lub drugiej stronie. U Nelsona mamy zdecydowanie anty-wojskową wymowę, inspirowaną doniesieniami o nieludzkich wybrykach U.S.Army w Wietnamie. Tym samym jest to wykorzystanie starego wstydliwego epizodu z historii wojen do napiętnowania nowego, dziejącego się na oczach ówczesnej opinii publicznej.
         Z kolei w epoce klasycznej wyraźnie dominowało narodowe (patriotyczne) spojrzenie na kwestie indiańskich wojen. Filmy takie jak Fort Apache Johna Forda z 1948r., gdzie bunt Indian był następstwem oszust urzędniczych, a dowódca pułku krótkowzrocznym narcyzem na podobieństwo Custera, stanowiły wyjątek potwierdzający regułę. Upadek kodeksu Haysa w latach 60'tych dał reżyserom więcej możliwości, lecz nie pełną swobodę. Owszem, zakończyła się epoka kawaleryjskiego mitu, ale nie wszyscy widzowie chcieli poznawać brutalną prawdę historyczną. Trzeba było wiele kunsztu i pomysłowości, żeby dobrze swój przekaz sprzedać, jak to zrobił wymieniony wyżej John Ford w filmie Jesień Czejenów z 1964r.
         Niełatwo miał Sam Peckinpah ze swoim Majorem Dundee, na trudności natrafił też i Nelson. Niebieski Żołnierz mimo lekkiej narracji i karykaturalnej wymowy nie trafił we właściwy sposób do widzów. Zawierał bardzo brutalne jak na tamten czas sceny, których reżyserowi nie udało się odpowiednio zrównoważyć z pozostałą częścią filmu. Sceny brutalne, ale i antyamerykańskie, bo ten film opowiada o masakrze nad Sand Creek z 1864r., w której wojska Unii (a dokładnie oddziały milicji) dokonały rzezi na wiosce Czejenów. Zginęło wtedy około sto pięćdziesiąt Indian, głównie kobiet, dzieci i starców, a przez długie dekady wydarzenie to określano ważnym zwycięstwem w wojnie z Indianami. W 1970r. film mógł budzić niechęć konserwatywnej części publiczności. Dla reszty odbiorców, w tym przeciwników wojny w Wietnamie, jego przekaz nie był w pełni dostępny z powodu trudności z cenzurą i wprowadzaniu do kin okrojonych wersji. Dziś po prawie półwieczu mamy możliwość spokojnie delektować się nie tylko kunsztem aktorskim i niezłą realizacją, ale i odwagą w przedstawieniu prawdy o tragicznych wydarzeniach z Kolorado.
         Fabuła zdaje się nie mieć większego znaczenia – jest pretekstem do obalania kolejnych mitów. Tym niemniej, mimo lekkiej konsystencji i przerysowanych bohaterów, film trzyma w napięciu, w czym pomaga dobrze dopasowana muzyka. Początkowa scena, gdy Indianie napadają na konwój, zabijając dwudziestu jeden żołnierzy, szybko ustępuje zabawnym perypetiom parki skazanej na swoje towarzystwo na terenie wroga. Uwaga widza zostaje uśpiona i taki jest plan reżysera. W końcówce Nelson wraca do wydarzeń z początku - wytacza najmocniejsze działa i trzeba przyznać, że to, co się dzieje na ekranie, robi wrażenie nawet dziś.
         Postać Cresty (rewelacyjna Candice Bergen) to coś, na co czeka się miesiącami, przebierając sterty zapomnianych tytułów i oglądając dziesiątki filmów. Główna bohaterka to diabelnie udane przeciwieństwo klasycznej kobiety dzikiego zachodu. Rewizja westernowej damy w pełnym wymiarze. Pyskata, prowokacyjna, uwodzicielska, bezpruderyjna. Od pierwszych scen owiana tajemniczą aurą Białej kobiety uprowadzonej przez Indian. Zestawiona w parze z żółtodziobem - szeregowym Honusem Gentem (bardzo dobry Peter Strauss), którego z łatwością owija sobie wokół palca. Klnie, beka, zawstydza, no i głośno wyraża tezę o tym, że amerykańskie wojsko bezprawnie wkracza na ziemie Indian, za co ich szczerze nienawidzi. Istny koszmar dla młodego kawalerzysty. No ale kto się czubi, ten się lubi.
         Jeśli chodzi o całokształt filmu, to podejrzewam, że każdy odbierze go po swojemu. W opiniach amerykańskich znawców jak Brian Garfield czy Phil Hardy dominuje przeświadczenie o nieudanej próbie wykorzystania krwawej brutalności w celu jej napiętnowania. Dochodzi też kwestia samych Indian, których wizerunek w tym filmie w żaden sposób nie został ocieplony w porównaniu z klasykami. Indianie nie są tymi dobrymi, ciekawymi duchowo i obyczajowo jak w Tańczącym z wilkami Costnera, Człowieku zwanym Koniem Eliota Silvestein'a czy Małym Wielkim Człowieku Penna. Nie są też dyskryminowanymi, głodującymi outsiderami jak w Hombre Martina Ritta. Walczą o swoją ziemię, mordują Białych intruzów, ale i są przez nich mordowani. Tym niemniej sporo krytyków docenia świetną reżyserię i aktorstwo, a także fakt, że choć nie jest to najlepszy film Nelsona, to jednak film, który wszyscy najlepiej zapamiętali. I ja myślę, że to jest plus, bo w końcu jest to western rewizjonistyczny mający przypominać o krzywdzie wyrządzonej Indianom.
         Krytycy mogą pisać co chcą, ale ja dawno tak dobrze się nie bawiłem, oglądając western. Były momenty, że wybuchałem śmiechem, ale były też sceny mrożące krew w żyłach. Wszystko opowiedziane w przyjemnym klasycznym stylu. Jedyne co mi się nie podobało to scena walki na noże Honusa z Indianinem ze szczepu Kiowa. Trochę to wszystko było niepoważne, a gdyby Indianie chcieli kogoś zabić, to by zabili, a nie wdawali się w dyskusje czy honorowe pojedynki. Pozytywnie zaskoczyła mnie Candice Bergen, którą kojarzyłem dotychczas z serialu Murphy Brown i z kilku innych ról, gdy była już dojrzałą kobietą. Teraz nabrałem ochoty na obejrzenie filmów z czasów jej młodości.

         Gorąco polecam ten western.


niedziela, 3 września 2017

Bezprawie (Open Range) - 2003r.

Film Bezprawie (Open Range) powstał w 2003r., oparty jest na powieści The Open Range Men z 1990r. autorstwa Lauran Paine’a i jak to bywa w przypadku westernów Kevina Costnera porusza ciekawy wątek z historii dzikiego zachodu – kwestię wolnego spędu. Jest to też film potwierdzający talent Costnera do kręcenia westernów. Talent, który udowodnił w 1990r. Tańczącym z wilkami. W przeciwieństwie do większości filmów o dzikim zachodzie oglądamy tu zielone, falujące prerie, a nie pustynię czy wyschnięty step. Jest wątek poruszający więź łączącą ciężko pracujących kowbojów; jest wątek nawiązujący do szukania swego miejsca na ziemi; jest wątek miłosny. Są emocje i świetna scena kulminacyjna z wyborną strzelaniną. A teraz po kolei:
         Jakie jest znaczenie tytułu Open Range? W Polsce przetłumaczono go jako Bezprawie, więc postaram się przybliżyć prawdziwe znaczenie. Open range to otwarta przestrzeń czy też wspólna preria – czyli tereny, na których można było prowadzić wolny spęd bydła. W latach czterdziestych dziewiętnastego wieku określano tym mianem tzw. terytoria Indian, o których niewiele jeszcze było wiadomo. Powoli, lecz coraz śmielej zapuszczali się tam poszukiwacze złota, traperzy, skauci, odkrywcy. W ślad za pionierami ruszyli farmerzy i ranczerzy, którzy kilkoma falami zasiedlili tereny ówczesnego zachodu. Po wojnie domowej, w latach sześćdziesiątych, prawie każdy zakątek kontynentu został już odkryty i przebadany. Wtedy nasiliła się też zachodnia migracja, a gospodarka i rozwój ruszyły z kopyta. Wzrosło zapotrzebowanie na żywność czyli głównie wołowinę. Powstały wielkie, międzystanowe szlaki takie jak Goodnight-Loving Trail, Western Trail czy Shawnee Trail, a także ustalono prawo wolnego spędu, które pozwalało kowbojom korzystać z ogólnodostępnych pastwisk na preriach USA.
         Szczytowy okres spędów to lata 1880 – 1885. Miliony sztuk bydła pędzono z pustynnego Teksasu na północ przez wielkie równiny w poszukiwaniu pastwisk. Wędrowano do takich miast jak Dodge, Kansas City czy Cheyenne, skąd stada jechały koleją na wschód do Chicago lub na zachód do Kalifornii. Czasem pędzono je dalej do Południowej Dakoty, Wyoming a nawet do Montany i Kanady. Część szlaków prowadziła także ze wschodu na zachód. Jednak z czasem napływ ludzi stał się tak duży, że zaczęło brakować dla wszystkich miejsca. Wolny spęd coraz mniej podobał się właścicielom okolicznych stad bydła zajmujących pastwiska i wodopoje. Ranczerzy ogradzali ziemie opatentowanym w 1874r. drutem kolczastym, ograniczając zasoby open range. To wywołało protesty farmerów, kowbojów i małych hodowców. Nasiliły się też kradzieże. Kompanie hodowlane i wielcy ranczerzy zatrudniali rewolwerowców do odstraszania nieproszonych gości. Przełomowym momentem okazały się dwie wyjątkowo srogie zimy w latach 1886-1887, które przetrzebiły stada bydła i zachwiały racją bytu zajmujących się nimi kowbojów. W latach 90’tych dziewiętnastego wieku wzmożony rozwój szlaków kolejowych i budowa przetwórni mięsnych w pobliżu dużych skupisk hodowlanych ostatecznie zakończyły epokę open range.
         I właśnie w latach zmierzchu open range dzieje się akcja filmu. Fabuła dotyczy konfliktu grupy kowbojów oraz bogatego ranczera. Głównymi bohaterami są Boss (świetny Robert Duvall), Charley (Kevin Costner), Mose (niezła rola Abrahama Benrubi) i młody Button (Diego Luna). Gdy wysłany do miasta po zapasy Mose długo nie wraca, Charley i Boss wyruszają mu na pomoc. Okazuje się, że ich kolega został dotkliwie pobity i wtrącony do aresztu przez szeryfa (James Russo). Szybko okazuje się też, że w mieście rządzi niejaki Baxter (Michael Gambon) – wpływowy ranczer – który bardzo nie lubi ludzi zajmujących się wolnym spędem. Zastraszeni mieszkańcy nie są chętni do pomocy, jednak kilkoro z nich szczerze nienawidzi Baxtera. Pośród nich jest doktor Barlow (Dean McDermott) oraz jego siostra Sue (świetna Annette Bening). Z czasem konflikt między kowbojami i Baxterem narasta. Gdy dwójka przybyłych ginie, pozostali dwaj postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i zaprowadzić w mieście nowy porządek.
          W filmie charakterystyczną rzeczą jest więź łącząca głównych bohaterów. Są wobec siebie jak rodzina – wspierają się i uczą jeden od drugiego, a czasem kłócą się i dyskutują. Costner poświęca spory skrawek taśmy filmowej by przedstawić charakterystykę tej grupy, ich perypetie, obyczajowość, sposób pracy i rejony, którymi podróżują. Najważniejszymi bohaterami są Charley i Boss, których łączy długoletnia przyjaźń i zaufanie. Dzięki wzajemnemu szacunkowi i podobnym poglądom, podejmują słuszne decyzje i potrafią unikać kłopotów. Rozsądek i kompromisowość nie jest jednak w stanie uchronić ich od konfliktu z wrogami, a ich przyjaciół od śmierci i ran. Tylko dzięki doświadczeniu, umiejętnościom strzeleckim i postępowaniu według twardych, nie zawsze szlachetnych zasad, udało im się dożyć poczciwego wieku.
         Kolejną rzeczą jest poszukiwanie swojego miejsca na ziemi i celu w życiu. Boss to kowboj starej daty, któremu powoli dają się we znaki trudy życia pod gołym niebem, bez domu i rodziny. Martwi się przyszłością dwóch młodszych pracowników, szczególnie Buttona. Rozumie, że zarówno on jak i Charley przez dekadę wspólnej pracy nie osiągnęli prawi nic; nie chce, żeby takiego losu doświadczyli młodsi. Z kolei Charley to człowiek z paskudną przeszłością. Morderca i najemnik, dla którego praca u Bossa i trzymanie się z dala od kłopotów (czytaj ludzi) to jedyny sposób na zapomnienie o mrocznej przeszłości. Costner, jako reżyser i odtwórca kluczowej roli, z jednej strony pokazuje Chaley’ego w dobrym świetle (zawiezienie koca Buttonowi, zabranie cielaka na konia, chęć kupna porcelany dla Sue), ale z drugiej strony robi to tak, aby było widać jak nienaturalne jest to u człowieka o prostej, brutalnej naturze. Światłem w tunelu może być dla niego miłość, jednak boi się tego uczucia, bo wie, że konflikt z Baxterem wyciągnie jego przeszłość na wierzch i zmusi do chwycenia za broń.
         W kilku słowach należy też oddać Costnerowi należny szacunek za polemikę z klasyczną konwencją gatunku. To nie jest zwykły dramat obyczajowy, czy przygodowy western. Falujące morza traw, kontrastujące z błękitnym niebem, przecinanym od czasu do czasu puchatymi chmurami, to pejzaż nie łatwy do odnalezienia u klasyków i niemal niemożliwy do zlokalizowania u Włochów. A przecież prerie Wielkich Równin to różnorodność, zarówno plenerów, jak i ludzkich charakterów. Co jeszcze? Deszczowa, błotnista sceneria miasteczka z wulgarną strzelaniną w scenie kulminacyjnej też nie przypomina zapylonych, błyszczących w południowym słońcu uliczek gdzie pojedynkowano się jeden na jednego.
         Oglądałem materiał o Costnerze, w którym pokazywał sceny nakręcone na potrzeby filmu, a ostatecznie nie użyte z powodu ograniczeń czasowych i chęci zdynamizowania akcji. Było tam wiele ciekawych fragmentów, w których przede wszystkim nieco lepiej poznajemy charakterologię i usposobienie bohaterów. Szkoda, że odpadły, bo w tym filmie bohaterowie i ich wnętrza są kwestią ważną. Costner stwierdził też, że sam montaż nieco ucierpiał z powodu odstawienia tych scen – mimo to film ogląda się szybko i przyjemnie, bez żadnych zgrzytów.

         Podsumowując jest to moim zdaniem jeden z lepszych westernów XXIw., warty obejrzenia. Porusza ciekawą tematykę, czyli wolny spęd bydła, a przy okazji daje sporo rozrywki. Rozkłada też na czynniki pierwsze psychikę i problemy ludzi dzikiego zachodu. Mimo pewnych podobieństw do wcześniejszych obrazów, jest w swej koncepcji oryginalny. Do tego warto nadmienić, że Costner jest stworzony do kręcenia westernów i kreowania ról westernowych (ktoś kiedyś powiedział, że to nowe wcielenie Gary'ego Coopera). W swoich filmach podchodzi świeżo do zdawałoby się wyeksploatowanych motywów. Wertuje karty historii, szuka ciekawego punktu zaczepienia i wnika w temat bardzo głęboko, przedstawiając widzowi nowe fakty. Jako reżyserowi udaje mu się znaleźć złoty środek między malowniczą i nieco naiwną klasyką z czasów Hawksa, Walsha czy Marshalla, a ponurą i brutalną koncepcją antywesternu lat 70'tych. Czy jeszcze kiedyś zobaczymy go za kamerą westernu? Kto wie. Gorąco polecam.


sobota, 19 sierpnia 2017

Młode Strzelby II (Young Guns II) - 1990r.

Pierwsza część Młodych Strzelb osiągnęła nadspodziewany sukces. Losy grupy młodych rewolwerowców na czele z Billy Kidem rozpaliły wyobraźnię pokolenia końca lat 80'tych. Studio Morgan Creek nie mogło nie pójść za ciosem, bo scenariusz części pierwszej rozpisano umiejętnie, zostawiając otwartą furtkę dla kontynuacji. Tak też się stało. Przy realizacji filmu Młode Strzelby II (Young Guns II) z 1990r. pozostawiono głównych autorów sukcesu - scenarzystę Johna Fusco i trzech najbardziej charyzmatycznych bohaterów pierwszej części, granych przez aktorów: Emilio Esteveza, Kiefera Sutherlanda i Lou Diamonda Philipsa. Wymieniono reżysera na Geoffa Murphy, Nowozelandczyka o głodzie hollywoodzkich sukcesów i predyspozycjach do łączenia kina akcji z ponadczasowym uniwersalizmem niezbędnym w mainstreamowych dziełach. Do tego kociołka dorzucono duet John Bon Jovi Alan Silverstri, czyli speca od muzyki pop i speca od filmowych partytur. To oni odpowiadają za ścieżkę dźwiękową. Na koniec wzmocniono obsadę z jednej strony wschodzącymi gwiazdami jak Christian Slater, Viggo Mortensen i William Petersen, z drugiej strony weteranem obrazów o dzikim zachodzie Jamesem Coburnem. Subtelnie zapożyczono sprawdzone motywy z dwóch kultowych westernów, by jednocześnie przewrócić do góry nogami zdawałoby się wyeksploatowaną legendę o Billy Kidzie. Czy zamierzenie się udało?
         Głowna akcja toczy się rok po oblężeniu domu Alexandra McSweena, które to wydarzenie uważa się za koniec wojny w Hrabstwie Lincoln. Regulatorzy przegrali wojnę, ale mocno zatrzęśli grupą z Santa Fe. Teraz, podobnie jak niedobitki z gangu Lawrence'a Murphy, zajmują się kradzieżą bydła, a sam Billy Kid jest bohaterem książek za pięć centów kupowanych we wschodnich miastach, gdzie nazywa się go „księciem rewolwerowców”. Bezprawie toczące Nowy Meksyk doskwiera wielkim ranczerom takim jak John Chisum. Zawiązuje się nowa koalicja przeciwników Billy Kida, która nominuje na stróża prawa jego bliskiego wspólnika, Pata Garretta. Zadaniem nowego szeryfa jest schwytanie lub zabicie słynnego bandyty. Billy, mimo gróźb urzędników, rad Garretta i próśb najbliższych przyjaciół, postanawia zostać w rodzinnych stronach i dokończyć dzieła zapoczątkowanego przez Regulatorów...
         No cóż, trudno pisać o sequelu, bo fabularnie zwykle lepsze są pierwsze części. Podobnie jest w tym dyptyku. Wydarzenia napisane przez życie i znane powszechnie – czyli wojnę Chłopców i Regulatorów zinterpretowano w pierwszej części. W dwójce autorzy skoncentrowali się na czasach z życia Billy Kida, o których wiadomo mniej. Tym samym pole do popisu dla scenarzysty i reżysera było dużo szersze. Fusco częściowo wziął za wzór Sama Peckinpaha i jego nihilistycznego Pata Garretta i Billy Kida. I znowu udało mu się wszystkich zaskoczyć. Co prawda, na wzór wielkiego poprzednika, Billy Kid też odbywa tu obłąkańczą podróż na spotkanie śmierci z rąk Pata Garretta, ale nie to jest najważniejsze. Te wydarzenia okazują się tylko podzbiorem szerszej fabuły, której głównym bohaterem jest starzec w latach trzydziestych dwudziestego wieku, podający się za Henry'ego McCarty'ego alias William H. Bonney. I to on, na wzór Jacka Crabba z Małego Wielkiego Człowieka opowiadającego o czasach Custera, rozpoczyna niewiarygodną opowieść o wydarzeniach z Nowego Meksyku. Historia ostatnich dni Billy Kida (zresztą na rok 1990 nie bezpodstawnie) zostaje podważona. Dlatego western Młode strzelby II w przeciwieństwie do pierwszej części wskakuje też do kategorii „antywesterny”.
         Film odniósł sukces komercyjny, choć i tym razem w ślad za dolarami nie poszedł większy sukces artystyczny. Młode strzelby II przede wszystkim utrzymują charakter sensacyjno-rozrywkowy i dają mocnego kopa butami młodocianych rzezimieszków. Fusco zaadaptował dzieje kolejnego bandyty tamtych czasów, czyli „Dirty” Dave’a Rudabaugha (tutaj Arkansas Dave), w którego wcielił się Christian Slater, dotrzymując kroku Estevezowi, Sutherlandowi i Philipsowi. Rudabaugh w pewnym okresie swego życia faktycznie należał do tego samego gangu co Billy Kid, choć nic mi nie wiadomo o tym, żeby aspirował do bycia hersztem (z czego zresztą w filmie zrobiono zabawną zagrywkę). Też ścigał go Garrett, też brał udział w ucieczkach z rąk linczowników itd. Tak więc splecenie jego historii z ex-Regulatorami wyszło bardzo zgrabnie. Tym bardziej, że ostatecznie udało mu się zbiec do Meksyku, gdzie po krótkiej działalności miejscowi ucięli mu głowę i wywiesili publicznie ku przestrodze dla innych bandytów. Świetnie do tego nawiązuje końcowa scena ze Slaterem, a sam Arkanso Dave to moja ulubiona postać z tego westernu.         
         Chavez y Chavez i Doc Scurloc w rzeczywistości nie zginęli w tamtym okresie, tylko dożyli starości. W filmie dodano sceny ich śmierci, żeby obraz nabrał dramaturgii. Z drugiej strony wydaje mi się, że zrobiono to z myślą o zachowaniu równowagi, którą mocno nadwyrężyła koncepcja ocalenia Billy’ego. Gdyby widź dostał western, w którym wszyscy wyjęci spod prawa „protagoniści” przeżywają – to tak jakby bez konsekwencji kalorycznych mógł się opychać pączkami z lukrem. Nikt by w to nie uwierzył. A tak – gdy pomyślimy, że długi żywot Kida został okupiony śmiercią najbliższych przyjaciół – wychodzi to całkiem wiarygodnie.
         Postać Pata Garretta jest moim zdaniem świetna. Petersen zaczerpnął zawziętość i hardość z poprzednika granego przez Coburna, ale pozostał tanim koniokradem. Czuć jego przywiązanie do ziemi, ludzi, czuć jego rodowód złodzieja bydła, nieumiejętnie ukryty pod warstwą nowego ubioru i fryzury. Wprowadzone przez twórców zmiany w usposobieniu słynnego szeryfa w pewnym sensie usprawiedliwiają scenariusz i zwrot akcji pod koniec filmu. Tym niemniej, myślę że hołdem dla coburnowskiego Garretta było obsadzenie pana Jamesa w roli Johna Chisuma. To tak jakby twórcy chcieli powiedzieć: „ok, macie tu świeżego, przebojowego Pata, ale nie zapominajcie o monumentalnym klasyku”.
         W oczy rzuca się postać Toma O’Folliarda, granego przez piętnastoletniego Balthazara Getty, którą u Krawego Sama grał trzydziestosześcioletni Rudy Wurlitzer. Dwie zupełnie inne koncepcje, prawda? Z tym że mi on bardziej przypomina Aliasa granego przez Boba Dylana. Też początkowo kręci się po okolicy, by ostatecznie przyłączyć się do bandy. Niestety ten bohater najbardziej odbiega od historycznego wzorca. O'Folliard był najlepszym przyjacielem, a zarazem rówieśnikiem Billy Kida, pochodził z Teksasu a nie z Pensylwanii, brał udział we wcześniejszych wydarzeniach wojny w Hrabstwie Lincoln i miał ok. dwudziestu dwóch lat gdy zginął (w filmie niespełna piętnaście).
         Sam Billy Kid w drugiej części już nieco bardziej przypomina kristoffersonowego bohatera. Może nie tyle z gry Esteveza, która jest oryginalna, co z kierunku, w jakim zmierza jego bohater. Nie dociera do niego co się tak naprawdę dzieje – zamiast uciekać, woli krążyć wokół Fortu Sumner – jak rozwścieczony kojot goniony przez stado dzikich psów. Chce dokończyć dzieła, choć nikt tak naprawdę już nie pamięta, o co toczy się cała zadyma. Ten nihilizm, choć nie tak duży jak u Peckinpaha, to zresztą atut omawianego filmu i samego głównego bohatera.         
         No i muzyka. Dla mnie ścisła czołówka westernowych soundtracków. Oczywiście nie sposób porównywać nowoczesnych brzmień spod batuty Alana Silverstri i strun Johna Bon Jovi z eleganckimi partyturami Dimitri Tiomkina, Elmera Bernsteina czy Maxa Steinera albo jadowitymi kompozycjami Ennio Morricone, bo to różne światy i koncepcje. Tym niemniej jest to ścieżka dźwiękowa, dla której warto wracać do tego obrazu. Nie bez kozery piosenka promująca film czyli Blaze of Glory zdobyła Złotego Globa, nominację do Oscara i Grammy, a cała ścieżka dźwiękowa i reszta piosenek trzymają podobny, wysoki poziom. Z kolei ja osobiście od dawna mam w telefonie ustawiony dzwonek z wątku przewodniego Młodych Strzelb II autorstwa Alana Silvestri i gdyby ktoś chciał też mieć taki sam, to jest to na płycie utwór nr 2 pt. Historical Fact.
         Co na minus? Trudno powiedzieć. Może trochę, podobnie jak w pierwszej części, odmłodzenie głównych bohaterów w celu skomercjalizowania filmu. Choć wiem, że to naciągany zarzut. W końcu artyści tworzą swoje dzieła, żeby docierały do jak największej liczby odbiorców i zarabiały jak najwięcej pieniędzy. A tych jest mnóstwo w rozrzutnych kieszeniach młodzieży i lubiących spełniać ich zachcianki rodziców. Momentami może za dużo poczucia humoru, bo ono nie zawsze służy surowemu wizerunkowi dzikiego zachodu. Trochę mniej akcji niż w pierwszej części, choć zastąpiono to innymi walorami. Więcej się czepiać nie będę, bo jednak jest to film przede wszystkim rozrywkowo-sensacyjny i swoją rolę spełnia.
         Na koniec jeszcze tylko mój ulubiony cytat z Billy Kida:


Zapamiętaj sobie jedno, Pat. Ludziom, których nie lubię, nie kradnę koni.”



piątek, 28 lipca 2017

Młode Strzelby (Young Guns) - 1988r.

W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku do USA napłynęła wielka fala imigrantów, głównie Irlandczyków. Ameryka błyskawicznie się rozwijała i potrzebowała nowych obywateli, ale to wcale nie znaczy, że witała ich z otwartymi ramionami. Tłoczyli się w metropoliach takich jak Nowy Jork, zasilając tamtejsze slumsy i pracując za minimalną płacę lub organizując się w gangi. Po jakimś czasie każda ulica i skwer miały swój gang, a nad każdą dzielnicą opiekę roztaczała jakaś wpływowa grupa. W czasie Wojny Secesyjnej, gdy przemysł pracował pełną parą i modna stała się walka o prawa pracownicze, ex-gangsterzy pełnili już istotne role w związkach zawodowych, a po wojnie byli już establishmentem, zajmującym się polityką i obstawiającym najważniejsze stanowiska państwowe. To głównie oni, na czele kolejnych fal przybyszów, ruszyli na podbój dzikiego zachodu w drugiej połowie XIXw. Gang - jako model organizowania się amerykańskich imigrantów - funkcjonował najpierw w slumsach, potem w masowych organizacjach społecznych, a na końcu wśród uprzywilejowanych elit sprawujących władzę na nowo zasiedlanych terytoriach takich jak Nowy Meksyk. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wojna w Hrabstwie Lincoln to nic innego jak walka dwóch dużych gangów: „Chłopców” sympatyzujących z katolickimi-irlandzkimi elitami, którym przewodzili James Dolan i Lawrence Murphy oraz „Regulatorów” związanych z nową falą protestanckich biznesmenów i ranczerów, na czele których stali John Tunstall, Alexander McSween i John Chisum.
         I mniej więcej w takich realiach spotykamy się z bohaterami dyptyku Młode Strzelby I i II (Young Guns I, II), w którym dosyć kompleksowo podjęto temat Billy Kida. Zebrano tu do kupy zarówno fakty i postaci historyczne (naciągnięte nieco na potrzeby fabuły), legendy, jak i pewne kwestie sporne dotyczące tożsamości i niektórych szczegółów z życia słynnego bandyty. Tym niemniej oba filmy to raczej przedsięwzięcia widowiskowe, mające na celu zachęcić pokolenie młodzieży przełomu lat 80'tych i 90'tych do nowego westernowego otwarcia. Co zresztą się udało, bo filmy osiągnęły sukces. W obu z nich scenariusze umiejętnie naginają prawdę, żeby wycisnąć maksimum wrażeń. Nie ma tu zbyt wiele rewizji gatunku, czy głębszych prób ugryzienia intencji bohaterów – ot czysta rozrywka, ale zrealizowana w niezłym stylu i z dbałością o odwzorowanie ówczesnych realiów.
         Pierwsza część Młodych Strzelb ukazała się 1988r., a wyreżyserował ją Christopher Cain. Fabuła jest zbliżona do innych podejmujących historię Billy Kida. Młody bandyta (świetny Emilio Estevez) przypadkowo trafia do frakcji Johna Tunstalla (Terence Stump) w okresie walki między nim a Lawrancem Murphym (Jack Palance) o duży kontrakt dla armii. Murphy, reprezentujący wpływowych skorumpowanych funkcjonariuszy hrabstwa – tzw. „układ z Santa Fe” – dąży do zniszczenia konkurenta wszelkimi możliwymi sposobami. Ambicje Tunstalla sięgają jednak wysoko, więc Murphy wysyła swych ludzi, by go zamordowali. Ponieważ nikt w Lincoln nie jest w stanie wyegzekwować prawa na potentacie, zaprzysiężeni zostają „Regulatorzy” - młodociani wychowankowie Tunstalla. Billy Kid wraz z kumplami rozpoczynają krwawą zemstę na zabójcach mentora, a następnie szaloną ucieczkę przed stryczkiem.
         Dla mnie największym plusem filmu jest Emilio Estevez w roli Billy Kida. To najbardziej przekonujący Henry McCarty a.k.a. William H. Bonney jakiego zrodziło kino. Ani Johny Mack Brown, ani Jack Buetel, ani Paul Newman, ani Geoffrey Deuel, ani Kriss Kristofferson nie wyłuskali z tej postaci tyle wiarygodnej energii. Wszyscy wyżej wymienieni aktorzy, łącznie z Estevezem, grając Billy Kida mieli w czasie premiery przynajmniej dwadzieścia sześć lat. Ale tylko Estevez wyglądał na te dziewiętnaście, które wówczas miał Billy. Na dodatek gra starszego z synów Martina Sheena dobrze wyraża genezę sławy bandyty z Nowego Meksyku – szaleńcze ADHD w połączeniu z charyzmą i odrobiną szczęścia. To zdecydowanie najlepsza rola w życiu tego aktora.
         Jak dobry nie byłby Emilio Estevez, w swoich czasach Młode Strzelby stanowiły raczej film młodzieżowy – mający na celu odwzorowanie w scenografii dzikiego zachodu ówczesnych nastolatków z ich problemami i nową falą buntu. Mamy tu tym samym highschoolowe schematy takie jak „intrygujący nowy uczeń” (Billy – Emilio Estevez), „zakochany poeta” (Doc – Kiefer Sutherland), „odmieniec” (Chavez – Lou Diamond Philips), „nieśmiały prawiczek” (Charley - Casey Siemaszko), „kapitan drużyny” (Brewer – Charlie Sheen) itd. Film naszpikowano młodymi, wschodzącymi gwiazdami hollywoodu, co uwydatniło głos nowego pokolenia. Te zabiegi w połączeniu z dużym nakładem i widowiskowością, odsunęły na drugi plan wartości artystyczne obu części Młodych Strzelb, ale sprawiły, że filmy te okazały się oglądalne i praktycznie się nie starzeją. W pewnym sensie wciąż są aktualne, a powyższe schematy można dopasować do kolejnych pokoleń.
         Mimo naginania faktów historycznych na potrzeby widowiskowości, uważam że scenarzysta John Fusco i reżyser Christopher Cain spisali się nieźle jeśli chodzi o oddanie realiów wojny w Hrabstwie Lincoln. W zgrabny sposób, za pomocą treściwych dialogów i kilku początkowych scen, widz zostaje wprowadzony w podłoże konfliktu i dobrze się w nim odnajduje. Każda kolejna scena w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do prawdziwych wydarzeń, a każda z postaci dysponuje atrybutami swojego prawdziwego odpowiednika. Największa rozbieżność jest u Johna Tunstalla, granego przez pięćdziesięcioletniego wówczas Terence'a Stampa (w rzeczywistości Tunstall zginął w wieku dwudziestu czterech lat). Reszta aktorów dobrana jest właściwie. Tym niemniej nie ma tu obiektywnego spojrzenia – Billy Kid, niczym Robin Hood, jest idolem gminu, a frakcja Regulatorów z góry ustawiona zostaje po tej „dobrej” stronie konfliktu, walcząc niejako o słuszną sprawę. Tym samym Młode Strzelby niczym pod tym względem nie zaskakują.
         Nie będę porównywał tego westernu z innymi filmami o Billym Kidzie, bo to nie ma większego sensu. Nie o to tu chodzi. Mogę napisać tylko, że mi się ta interpretacja podoba, a ponieważ w czasach premiery byłem dzieciakiem – dochodzi też pewien sentyment. Co ciekawe, sequel Młode Strzelby II podoba mi się jeszcze bardziej, bo oprócz wszystkiego o czym pisałem wyżej, doszły tam elementy polemiki z klasycznymi obrazami, a także genialna ścieżka dźwiękowa autorstwa Allana Silverstri, którą uważam za jedną z najlepszych w historii westernu. No ale o tym filmie kiedy indziej.

         A wy co myślicie o Młodych Strzelbach?


piątek, 21 lipca 2017

Żołnierska Krew (Fighting Blood) - 1911r.

Poniższa notka dotyczy zachowanych po dziś dzień filmów i pewnie wyglądałaby trochę inaczej, gdyby dało się obejrzeć wszystkie możliwe westerny z tamtego okresu. Niestety część obrazów została na zawsze utracona – szkoda.

Na przełomie pierwszej i drugiej dekady dwudziestego wieku David Wark Griffith zaliczył poważną przygodę z różnymi rodzajami westernów. Można powiedzieć, że był prekursorem filmów o dzikim zachodzie w takiej formie, jaką uprawiali jego następcy epoki kina niemego. Zapoczątkował między innymi western pionierski, czego dowodem są dwa dzieła: nakręcony podczas kalifornijskiej podróży studia Biograph film Ostatnia kropla wody (The last drop of water) z 1911r., a także epicka Masakra (The Massacre) z 1912r., która z kolei należy też do pierwszych porządnych westernów kawaleryjskich.
         Jego indiańskie obrazy jak Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) i The Mended Lute z 1909r., oraz Indiańscy bracia (The Indian Brothers) z 1911r. stanowiły silną konkurencję dla tworzącego równolegle mistrza niemego antywesternu – aktora a później reżysera - Jamesa Young Deera z wytwórni Pathe. Filmy Young Deera i jego żony Lillian St. Cyr, czyli rdzennych mieszkańców Ameryki, można rozpatrywać jako bardziej wiarygodne (Indian zwykle grali tam prawdziwi Indianie). Ponadto ich obrazy podejmowały tematykę podziałów rasowych i przedstawiały typowo indiański punkt widzenia. Tymczasem obrazy Griffitha, ukazujące bardziej narodowy punkt widzenia, charakteryzowały się większą dramaturgią i rozmachem, ale też odwagą w pokazywaniu niepoprawnych politycznie scen. Bohaterowie u Young Deera poruszali się zwykle na piechotę; u Griffitha obserwujemy setki statystów, dziesiątki koni, wozy i mnóstwo ambitnej scenografii. Na dodatek od Pana Davida zachowało się kilkadziesiąt filmów z tamtego okresu – Jamesa Young Deera ledwie kilkanaście minut różnych materiałów.
         Wracając do tematyki wojskowej. Oprócz wyżej wymienionej Masakry, w której D.W.G. połączył doświadczenia westernu pionierskiego z kawaleryjskim, należy wymienić trzy jego filmy z przełomowego 1911r. Bitwa (The Battle) i Swords and hearts to dramaty wojenne, koncentrujące się na wątkach z Wojny Secesyjnej. Trzeci, czyli Żołnierska krew (Fighting blood), to już typowy westerny kawaleryjski. Ten film wybrałem też na temat przewodni notki, bo choć nie jest najambitniejszym westernem omawianego okresu, to jednak bardzo charakterystycznym i moim ulubionym.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu Wojny Domowej. Pewien stary weteran (George Nichols) mieszka z liczną rodziną gdzieś na terytorium Dakoty. Nie mogąc wyzbyć się dawnych nawyków, musztruje i szkoli w sztuce wojennej gromadkę dzieci, tworząc z nich małą, domową armię. Tylko najstarszy syn (świetny Robert Harron), znudzony naukami ojca i nęcony uczuciem do dziewczyny (Florence La Badie), przejawia oznaki niesubordynacji, przez co popada w konflikt z seniorem i zostaje wygnany z domu. Tymczasem miejscowy szczep Siuksów wchodzi na ścieżkę wojenną i rusza do ataku na Białych. Osadnicy, zepchnięci w mury domu i zmuszeni do rozpaczliwej obrony, stają oko w oko ze śmiercią. Najstarszy syn przedziera się przez zastępy Indian i rusza, by sprowadzić na pomoc stacjonujący nieopodal oddział kawalerii.
Florence La Badie
         No właśnie - westerny dziejące się w północnej części Wielkich Równin były w epoce kina niemego bardzo popularne. Dlaczego? Bo Siuksowie zapisali się w historii USA najmocniejszą czcionką. Na początku dwudziestego wieku w świadomości Amerykanów ciągle dudniły echa Little Bighorn i Wounded Knee; część świadków tamtych bitew (czy też masakr lub ludobójstw – jak podnoszą potomkowie Lakotów w przypadku Wounded Knee) wciąż żyła. Tę część zachodu na miejsce fabuł upodobali sobie nie tylko Griffith i Young Deer (Poświęcenie Białego Jelenia), ale też John Ford (Trzech złych ludzi i fragmenty Żelaznego konia).
         Tak więc w Żołnierskiej krwi mamy wszystko, z czego słynęły czasy powstań Siuksów – niesławny taniec ducha; wodzów w gęstych pióropuszach; świetnie zorganizowane grupy osadników; oddziały kawalerii patrolujące pogranicze. Jest ta podręcznikowa militaryzacja uniwersum, którą pamiętamy z późniejszych arcydzieł Forda. Ale to nie wszystko – są też mocne niespodzianki. Na przykład w Masakrze Griffitha znajdziemy naturalistyczne przebitki martwych indiańskich dzieci i kobiet rozrzuconych po polu bitwy – sceny, których nie uraczymy nawet w Poszukiwaczach czy Jesieni Czejenów; dopiero w czasach Małego Wielkiego Człowieka, czyli głębokiej rewizji.
         Fighting blood to film gdzie atuty zdecydowanie dominują nad wadami. Jedyne do czego mogę się przyczepić to słabość obrazu. Ten stusześcioletni western nie zachował się w idealnej jakości i momentami brakuje ostrości. Cała reszta to majstersztyk, począwszy od fabuły, poprzez grę zarówno dorosłych jak i najmłodszych (kilkuletnich) aktorów, aż po przyciągające wzrok zabiegi kinematrograficzne, którymi Griffith zadziwiał w każdym kolejnym swoim filmie. W ramach ciekawostki dodam, że D.W.G w innym westernie z 1911r. pt. Telegrafiskta z Lonedale (The Lonedale Operator), w kulminacyjnym momencie filmu prowadził akcję jednocześnie w trzech różnych lokalizacjach, albo np. robił mocne zbliżenie na suwmiarkę – która służyła bohaterce za atrapę pistoletu. Novum.

         W drugiej połowie lat 40'tych John Ford wywindował western żołnierski do rangi mistrzostwa. Na kanwie sukcesów Trylogii kawaleryjskiej powstały podobne obrazy, a swoich sił w wojskowych westernach próbowali Delmar Daves (Złamana strzała z 1950r.), John Sturges (Ucieczka z Fortu Bravo z 1953r.), Charles Marquis Warren (Little Big Horn z 1951r, Grot strzały z 1953r.), George Sherman (Komancze z 1956r.) i wielu innych. Tym niemniej geneza omawianego podgatunku sięga początków kina, a jego pierwszym mistrzem był nie kto inny jak David Wark Griffith. Polecam, a poniżej wklejam linka do filmu:




sobota, 15 lipca 2017

Rzeka Bez Powrotu (River of no Return) - 1954r.

Rzeka bez powrotu (River of no return) to western cieszący się dużą rozpoznawalnością, chętnie komentowany i emitowany przez tv. Ja osobiście lubię ten film, choć z dzisiejszej perspektywy dostrzegam kilka mankamentów. Z jednej strony błyskotliwa gra Marilyn Monroe, która wystąpiła w nietypowej dla siebie roli i zagrała świetnie, z drugiej nieco apatyczny Robert Mitchum - jakby zszedł nieco poniżej swojego optymalnego poziomu. Z jednej strony ciekawa historia pełna życiowych przekazów i podręcznikowego podziału na dobro i zło, z drugiej kilka naiwnych scen. Z jednej strony piękne kolorowe zdjęcia w malowniczych plenerach, z drugiej Indianie pokazani w sposób dziecinny. Istna sinusoida odczuć. Tym niemniej para Mitchum-Monroe w tym filmie wytworzyła między sobą chemię; do tego wciągająca historia i łatwe do polubienia postaci, na każdym kroku sypiące garściami symbolicznych dialogów – to wystarczający powód, żeby pokusić się o seans – nawet kilkakrotnie.
         Film ujrzał światło dzienne w roku 1954, a jego reżyserem jest Otto Preminger, czyli twórca w ogóle nie kojarzony z westernami. To z jednej strony zagrało na plus, bo udało się nakręcić całkiem oryginalny film o dzikim zachodzie. Z drugiej jednak strony brak doświadczeń westernowych i austriacki rodowód sprawiły, że w tym filmie brakuje trochę zrozumienia typowo amerykańskiej problematyki jak choćby kwestii Indian. Tym niemniej Rzeka bez powrotu na każdym kroku emanuje klasyką: od surowej, magicznej atmosfery kalifornijskiej gorączki złota, poprzez piękną muzykę – zarówno wątek przewodni jak i piosenki śpiewane przez Marilyn to duży atut filmu - aż po kopalnię fundamentalnych przekazów w dialogach i scenach ukazujących człowieka na tle pięknej, lecz niebezpiecznej natury.
         Głównym bohaterem jest Matt Calder (Robert Mitchum) – farmer, który dopiero co wyszedł z więzienia i stara się odnaleźć dziesięcioletniego synka Marka (Tommy Retting). Syn przebywa w obozowisku ogarniętych gorączką złota górników gdzieś w Kalifornii. Malec, choć nieco samotny i zagubiony, radzi sobie całkiem nieźle. Zaprzyjaźnia się z uroczą piosenkarką Key Weston, która traktuje go jak młodszego brata. Gdy Matt odnajduje syna, zabiera go na nowo zakupioną farmę. Wyjaśnia, że najważniejsza dla mężczyzny jest ziemia, którą może uprawiać, wybudować dom i założyć rodzinę. Matt jest bohaterem pozytywnym, choć o pechowej przeszłości. W młodości nie zdołał ustrzec się brzemiennych w skutkach błędów, co zaowocowało długoletnią rozłąką z rodziną. Surowe wychowanie i twarde zasady początkowo przysparzają mu więcej wrogów niż przyjaciół, ale ostatecznie udowadnia swą wartość, ratując Key i Marka przed Indianami, a następnie prowadząc ich do miasta pełną niebezpieczeństw doliną rzeki.
         Z kolei Key Weston (świetna Marilyn Monroe) to kobieta młoda, piękna i utalentowana, ale naiwna i ślepo zakochana w narzeczonym Harrym (niezły Rory Calhoun). Jej wybranek jest szulerem i naciągaczem bez zasad, szukającym łatwego zysku i roztaczającym wizję wspaniałego, beztroskiego życia przed łatwowierną dziewczyną. Tym samym jest on moralno-obyczajowym przeciwieństwem skromnego, prostolinijnego Matta. Dobroć i naiwność Key przesłania jej prawdę o Harrym, nawet gdy ten kradnie Mattowi konia i karabin, zostawiając całą trójkę na pastwę Indian. Dopiero wspólna podróż przez dzicz i walka o życie sprawiają, że dziewczyna zaczyna dostrzegać zalety uczciwego i pracowitego Matta. Ostatecznie między parką z dwóch różnych światów rodzi się uczucie.
         Sama fabuła jest dość prosta. Ot trójka outsiderów, pozostawiona na pastwę losu na terytorium wrogich Indian, zmuszona do ucieczki doliną niebezpiecznej rzeki. Ten sprawdzony schemat rekompensuje szereg innych atrybutów. Przede wszystkim Marilyn, która sama w sobie przyciąga wzrok jak magnes, a na dodatek w Rzece bez powrotu zagrała naprawdę dobrze, wykorzystując potencjał muzyczno-wokalny i upiększając historię kilkoma piosenkami. Jeśli chodzi o Roberta Mitchum, to on też nie zagrał źle, wręcz przeciwnie – jego bohater był wiarygodny w tym co mówił i jak się zachowywał. Z tym że odniosłem wrażenie, jakoby Mitchum robił za maszynę do generowania przypowieści, dobrych rad i przekazywania zasad moralnych. Tym samym na tle mniej „kukiełkowatych”, bardziej przebojowych postaci, Matt Calder wypada blado. Nie dominuje na ekranie jak to było w przypadku Jimma Garry’ego w Krwawym Księżycu z 1948r. wplątanego w sam środek wojny między ranczerami. Także w naszpikowanym gwiazdami El Dorado z 1966r. jego postać borykającego się z alkoholem szeryfa zdawała się być mniej schematyczna, mimo podobieństw do Dude'a z Rio Bravo. Bardziej też podobał mi się w drugoplanowej roli Dicka Summersa – starzejącego się trapera z filmu Zachodni szlak Andrew V. McLaglena z 1967r.
       
 Z drugiej strony ten cały przekaz pełen fundamentalnych wartości, zasad moralnych i rad jak to człowiek powinien stawiać czoła trudom życia na pograniczu jest czymś pożądanym w westernach. Relacja ojciec/syn przedstawiona w filmie to w pewnym sensie odwzorowanie tego, o czym myśli każdy mężczyzna – by jak najlepiej przelać najlepsze wartości na potomstwo. I faktycznie – każda czynność i słowo Matta Caldera to źródło takich właśnie inspiracji, przypowieści o naturze i zasadach, którymi mężczyzna powinien się w życiu kierować. Z uwagi na klarowny przekaz, a także jasny podział na dobro i zło – jest to dobry film do oglądania w gronie familijnym. Dodatkowym atutem są zdjęcia i filmowana przyroda. Dzieło kręcono w kanadyjskiej części Gór Skalistych, nad rzeką Maligne, które to rejony są niezwykle malownicze.
         Jeżeli chodzi o minusy, to oprócz dosyć łatwej do przewidzenia fabuły i schematycznego Matta Caldera dołożę jeszcze Indian. Aż wierzyć się nie chce, że jeszcze w latach pięćdziesiątych powstało tyle filmów, gdzie rdzennych mieszkańców Ameryki sprowadzało się do roli dzikusów nastawionych tylko na skalpowanie. A na dodatek robiło się z nich wojowników nie znających żadnych zasad walki, strategii, krótkowzrocznych i nieskutecznych. W Rzece bez powrotu w kwestii Indian cofnięto się o kilka dekad i na pewno bliżej im do Żelaznego konia niż Fortu Apache – niestety to razi. Jest jeszcze kilka innych mało wiarygodnych scen, jak ta, gdzie Matt walczy na śmierć i życie z jednym z kłusowników, a jego kolega przygląda się temu ze spokojem zamiast mu pomóc. We dwóch bez problemu wyeliminowaliby nieuzbrojonego wroga, zagarnęliby jego rzeczy, a na końcu dobraliby się do Marilyn… tzn. do Key Weston.

         Podsumowując – film ma swój urok i potrafi oczarować klimatem i malowniczą przyrodą. Jest to pozycja, po którą spokojnie mogą sięgnąć nie tylko fani westernu, ale i zwykli zjadacze chleba. Mi Rzeka bez powrotu się podobała, oglądałem ją już wielokrotnie i za każdym razem czerpałem wiele przyjemności. A wam? Podobała się czy nie? Piszcie w komentarzach, co o tym filmie myślicie.