piątek, 21 lipca 2017

Żołnierska Krew (Fighting Blood) - 1911r.

Poniższa notka dotyczy zachowanych po dziś dzień filmów i pewnie wyglądałaby trochę inaczej, gdyby dało się obejrzeć wszystkie możliwe westerny z tamtego okresu. Niestety część obrazów została na zawsze utracona – szkoda.

Na przełomie pierwszej i drugiej dekady dwudziestego wieku David Wark Griffith zaliczył poważną przygodę z różnymi rodzajami westernów. Można powiedzieć, że był prekursorem filmów o dzikim zachodzie w takiej formie, jaką uprawiali jego następcy epoki kina niemego. Zapoczątkował między innymi western pionierski, czego dowodem są dwa dzieła: nakręcony podczas kalifornijskiej podróży studia Biograph film Ostatnia kropla wody (The last drop of water) z 1911r., a także epicka Masakra (The Massacre) z 1912r., która z kolei należy też do pierwszych porządnych westernów kawaleryjskich.
         Jego indiańskie obrazy jak Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) i The Mended Lute z 1909r., oraz Indiańscy bracia (The Indian Brothers) z 1911r. stanowiły silną konkurencję dla tworzącego równolegle mistrza niemego antywesternu – aktora a później reżysera - Jamesa Young Deera z wytwórni Pathe. Filmy Young Deera i jego żony Lillian St. Cyr, czyli rdzennych mieszkańców Ameryki, można rozpatrywać jako bardziej wiarygodne (Indian zwykle grali tam prawdziwi Indianie). Ponadto ich obrazy podejmowały tematykę podziałów rasowych i przedstawiały typowo indiański punkt widzenia. Tymczasem obrazy Griffitha, ukazujące bardziej narodowy punkt widzenia, charakteryzowały się większą dramaturgią i rozmachem, ale też odwagą w pokazywaniu niepoprawnych politycznie scen. Bohaterowie u Young Deera poruszali się zwykle na piechotę; u Griffitha obserwujemy setki statystów, dziesiątki koni, wozy i mnóstwo ambitnej scenografii. Na dodatek od Pana Davida zachowało się kilkadziesiąt filmów z tamtego okresu – Jamesa Young Deera ledwie kilkanaście minut różnych materiałów.
         Wracając do tematyki wojskowej. Oprócz wyżej wymienionej Masakry, w której D.W.G. połączył doświadczenia westernu pionierskiego z kawaleryjskim, należy wymienić trzy jego filmy z przełomowego 1911r. Bitwa (The Battle) i Swords and hearts to dramaty wojenne, koncentrujące się na wątkach z Wojny Secesyjnej. Trzeci, czyli Żołnierska krew (Fighting blood), to już typowy westerny kawaleryjski. Ten film wybrałem też na temat przewodni notki, bo choć nie jest najambitniejszym westernem omawianego okresu, to jednak bardzo charakterystycznym i moim ulubionym.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu Wojny Domowej. Pewien stary weteran (George Nichols) mieszka z liczną rodziną gdzieś na terytorium Dakoty. Nie mogąc wyzbyć się dawnych nawyków, musztruje i szkoli w sztuce wojennej gromadkę dzieci, tworząc z nich małą, domową armię. Tylko najstarszy syn (świetny Robert Harron), znudzony naukami ojca i nęcony uczuciem do dziewczyny (Florence La Badie), przejawia oznaki niesubordynacji, przez co popada w konflikt z seniorem i zostaje wygnany z domu. Tymczasem miejscowy szczep Siuksów wchodzi na ścieżkę wojenną i rusza do ataku na Białych. Osadnicy, zepchnięci w mury domu i zmuszeni do rozpaczliwej obrony, stają oko w oko ze śmiercią. Najstarszy syn przedziera się przez zastępy Indian i rusza, by sprowadzić na pomoc stacjonujący nieopodal oddział kawalerii.
Florence La Badie
         No właśnie - westerny dziejące się w północnej części Wielkich Równin były w epoce kina niemego bardzo popularne. Dlaczego? Bo Siuksowie zapisali się w historii USA najmocniejszą czcionką. Na początku dwudziestego wieku w świadomości Amerykanów ciągle dudniły echa Little Bighorn i Wounded Knee; część świadków tamtych bitew (czy też masakr lub ludobójstw – jak podnoszą potomkowie Lakotów w przypadku Wounded Knee) wciąż żyła. Tę część zachodu na miejsce fabuł upodobali sobie nie tylko Griffith i Young Deer (Poświęcenie Białego Jelenia), ale też John Ford (Trzech złych ludzi i fragmenty Żelaznego konia).
         Tak więc w Żołnierskiej krwi mamy wszystko, z czego słynęły czasy powstań Siuksów – niesławny taniec ducha; wodzów w gęstych pióropuszach; świetnie zorganizowane grupy osadników; oddziały kawalerii patrolujące pogranicze. Jest ta podręcznikowa militaryzacja uniwersum, którą pamiętamy z późniejszych arcydzieł Forda. Ale to nie wszystko – są też mocne niespodzianki. Na przykład w Masakrze Griffitha znajdziemy naturalistyczne przebitki martwych indiańskich dzieci i kobiet rozrzuconych po polu bitwy – sceny, których nie uraczymy nawet w Poszukiwaczach czy Jesieni Czejenów; dopiero w czasach Małego Wielkiego Człowieka, czyli głębokiej rewizji.
         Fighting blood to film gdzie atuty zdecydowanie dominują nad wadami. Jedyne do czego mogę się przyczepić to słabość obrazu. Ten stusześcioletni western nie zachował się w idealnej jakości i momentami brakuje ostrości. Cała reszta to majstersztyk, począwszy od fabuły, poprzez grę zarówno dorosłych jak i najmłodszych (kilkuletnich) aktorów, aż po przyciągające wzrok zabiegi kinematrograficzne, którymi Griffith zadziwiał w każdym kolejnym swoim filmie. W ramach ciekawostki dodam, że D.W.G w innym westernie z 1911r. pt. Telegrafiskta z Lonedale (The Lonedale Operator), w kulminacyjnym momencie filmu prowadził akcję jednocześnie w trzech różnych lokalizacjach, albo np. robił mocne zbliżenie na suwmiarkę – która służyła bohaterce za atrapę pistoletu. Novum.

         W drugiej połowie lat 40'tych John Ford wywindował western żołnierski do rangi mistrzostwa. Na kanwie sukcesów Trylogii kawaleryjskiej powstały podobne obrazy, a swoich sił w wojskowych westernach próbowali Delmar Daves (Złamana strzała z 1950r.), John Sturges (Ucieczka z Fortu Bravo z 1953r.), Charles Marquis Warren (Little Big Horn z 1951r, Grot strzały z 1953r.), George Sherman (Komancze z 1956r.) i wielu innych. Tym niemniej geneza omawianego podgatunku sięga początków kina, a jego pierwszym mistrzem był nie kto inny jak David Wark Griffith. Polecam, a poniżej wklejam linka do filmu:




sobota, 15 lipca 2017

Rzeka Bez Powrotu (River of no Return) - 1954r.

Rzeka bez powrotu (River of no return) to western cieszący się dużą rozpoznawalnością, chętnie komentowany i emitowany przez tv. Ja osobiście lubię ten film, choć z dzisiejszej perspektywy dostrzegam kilka mankamentów. Z jednej strony błyskotliwa gra Marilyn Monroe, która wystąpiła w nietypowej dla siebie roli i zagrała świetnie, z drugiej nieco apatyczny Robert Mitchum - jakby zszedł nieco poniżej swojego optymalnego poziomu. Z jednej strony ciekawa historia pełna życiowych przekazów i podręcznikowego podziału na dobro i zło, z drugiej kilka naiwnych scen. Z jednej strony piękne kolorowe zdjęcia w malowniczych plenerach, z drugiej Indianie pokazani w sposób dziecinny. Istna sinusoida odczuć. Tym niemniej para Mitchum-Monroe w tym filmie wytworzyła między sobą chemię; do tego wciągająca historia i łatwe do polubienia postaci, na każdym kroku sypiące garściami symbolicznych dialogów – to wystarczający powód, żeby pokusić się o seans – nawet kilkakrotnie.
         Film ujrzał światło dzienne w roku 1954, a jego reżyserem jest Otto Preminger, czyli twórca w ogóle nie kojarzony z westernami. To z jednej strony zagrało na plus, bo udało się nakręcić całkiem oryginalny film o dzikim zachodzie. Z drugiej jednak strony brak doświadczeń westernowych i austriacki rodowód sprawiły, że w tym filmie brakuje trochę zrozumienia typowo amerykańskiej problematyki jak choćby kwestii Indian. Tym niemniej Rzeka bez powrotu na każdym kroku emanuje klasyką: od surowej, magicznej atmosfery kalifornijskiej gorączki złota, poprzez piękną muzykę – zarówno wątek przewodni jak i piosenki śpiewane przez Marilyn to duży atut filmu - aż po kopalnię fundamentalnych przekazów w dialogach i scenach ukazujących człowieka na tle pięknej, lecz niebezpiecznej natury.
         Głównym bohaterem jest Matt Calder (Robert Mitchum) – farmer, który dopiero co wyszedł z więzienia i stara się odnaleźć dziesięcioletniego synka Marka (Tommy Retting). Syn przebywa w obozowisku ogarniętych gorączką złota górników gdzieś w Kalifornii. Malec, choć nieco samotny i zagubiony, radzi sobie całkiem nieźle. Zaprzyjaźnia się z uroczą piosenkarką Key Weston, która traktuje go jak młodszego brata. Gdy Matt odnajduje syna, zabiera go na nowo zakupioną farmę. Wyjaśnia, że najważniejsza dla mężczyzny jest ziemia, którą może uprawiać, wybudować dom i założyć rodzinę. Matt jest bohaterem pozytywnym, choć o pechowej przeszłości. W młodości nie zdołał ustrzec się brzemiennych w skutkach błędów, co zaowocowało długoletnią rozłąką z rodziną. Surowe wychowanie i twarde zasady początkowo przysparzają mu więcej wrogów niż przyjaciół, ale ostatecznie udowadnia swą wartość, ratując Key i Marka przed Indianami, a następnie prowadząc ich do miasta pełną niebezpieczeństw doliną rzeki.
         Z kolei Key Weston (świetna Marilyn Monroe) to kobieta młoda, piękna i utalentowana, ale naiwna i ślepo zakochana w narzeczonym Harrym (niezły Rory Calhoun). Jej wybranek jest szulerem i naciągaczem bez zasad, szukającym łatwego zysku i roztaczającym wizję wspaniałego, beztroskiego życia przed łatwowierną dziewczyną. Tym samym jest on moralno-obyczajowym przeciwieństwem skromnego, prostolinijnego Matta. Dobroć i naiwność Key przesłania jej prawdę o Harrym, nawet gdy ten kradnie Mattowi konia i karabin, zostawiając całą trójkę na pastwę Indian. Dopiero wspólna podróż przez dzicz i walka o życie sprawiają, że dziewczyna zaczyna dostrzegać zalety uczciwego i pracowitego Matta. Ostatecznie między parką z dwóch różnych światów rodzi się uczucie.
         Sama fabuła jest dość prosta. Ot trójka outsiderów, pozostawiona na pastwę losu na terytorium wrogich Indian, zmuszona do ucieczki doliną niebezpiecznej rzeki. Ten sprawdzony schemat rekompensuje szereg innych atrybutów. Przede wszystkim Marilyn, która sama w sobie przyciąga wzrok jak magnes, a na dodatek w Rzece bez powrotu zagrała naprawdę dobrze, wykorzystując potencjał muzyczno-wokalny i upiększając historię kilkoma piosenkami. Jeśli chodzi o Roberta Mitchum, to on też nie zagrał źle, wręcz przeciwnie – jego bohater był wiarygodny w tym co mówił i jak się zachowywał. Z tym że odniosłem wrażenie, jakoby Mitchum robił za maszynę do generowania przypowieści, dobrych rad i przekazywania zasad moralnych. Tym samym na tle mniej „kukiełkowatych”, bardziej przebojowych postaci, Matt Calder wypada blado. Nie dominuje na ekranie jak to było w przypadku Jimma Garry’ego w Krwawym Księżycu z 1948r. wplątanego w sam środek wojny między ranczerami. Także w naszpikowanym gwiazdami El Dorado z 1966r. jego postać borykającego się z alkoholem szeryfa zdawała się być mniej schematyczna, mimo podobieństw do Dude'a z Rio Bravo. Bardziej też podobał mi się w drugoplanowej roli Dicka Summersa – starzejącego się trapera z filmu Zachodni szlak Andrew V. McLaglena z 1967r.
       
 Z drugiej strony ten cały przekaz pełen fundamentalnych wartości, zasad moralnych i rad jak to człowiek powinien stawiać czoła trudom życia na pograniczu jest czymś pożądanym w westernach. Relacja ojciec/syn przedstawiona w filmie to w pewnym sensie odwzorowanie tego, o czym myśli każdy mężczyzna – by jak najlepiej przelać najlepsze wartości na potomstwo. I faktycznie – każda czynność i słowo Matta Caldera to źródło takich właśnie inspiracji, przypowieści o naturze i zasadach, którymi mężczyzna powinien się w życiu kierować. Z uwagi na klarowny przekaz, a także jasny podział na dobro i zło – jest to dobry film do oglądania w gronie familijnym. Dodatkowym atutem są zdjęcia i filmowana przyroda. Dzieło kręcono w kanadyjskiej części Gór Skalistych, nad rzeką Maligne, które to rejony są niezwykle malownicze.
         Jeżeli chodzi o minusy, to oprócz dosyć łatwej do przewidzenia fabuły i schematycznego Matta Caldera dołożę jeszcze Indian. Aż wierzyć się nie chce, że jeszcze w latach pięćdziesiątych powstało tyle filmów, gdzie rdzennych mieszkańców Ameryki sprowadzało się do roli dzikusów nastawionych tylko na skalpowanie. A na dodatek robiło się z nich wojowników nie znających żadnych zasad walki, strategii, krótkowzrocznych i nieskutecznych. W Rzece bez powrotu w kwestii Indian cofnięto się o kilka dekad i na pewno bliżej im do Żelaznego konia niż Fortu Apache – niestety to razi. Jest jeszcze kilka innych mało wiarygodnych scen, jak ta, gdzie Matt walczy na śmierć i życie z jednym z kłusowników, a jego kolega przygląda się temu ze spokojem zamiast mu pomóc. We dwóch bez problemu wyeliminowaliby nieuzbrojonego wroga, zagarnęliby jego rzeczy, a na końcu dobraliby się do Marilyn… tzn. do Key Weston.

         Podsumowując – film ma swój urok i potrafi oczarować klimatem i malowniczą przyrodą. Jest to pozycja, po którą spokojnie mogą sięgnąć nie tylko fani westernu, ale i zwykli zjadacze chleba. Mi Rzeka bez powrotu się podobała, oglądałem ją już wielokrotnie i za każdym razem czerpałem wiele przyjemności. A wam? Podobała się czy nie? Piszcie w komentarzach, co o tym filmie myślicie.


sobota, 8 lipca 2017

Droga do San Juan (Wagon Master) - 1950r.

Trudno ułożyć ranking najlepszych westernów Johna Forda z okresu 1939r. do 1964r, bo wszystkie te filmy oferują wyrównany, wysoki poziom. Tematy potrafią być różne, od wielkich wydarzeń z historii zachodu, poprzez romantyczne opowieści o kawalerii i wojnach z Indianami, po dramaty psychologiczne podejmujące rewizję gatunku. Każdy western Pana Johna, bez względu na okres, w którym powstał, czy temat jaki podejmuje, gwarantuje wizualną ucztę, świetny warsztat i przyzwoicie opowiedzianą historię. Do tego unikatową atmosferę, za którą co prawda nie każdy przepada, ale ja akurat bardzo. Ostatnio miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy kolorową wersję filmu Droga do San Juan (Wagon Master) z 1950r. i okazała się ona pozytywnym zaskoczeniem.
         Główni bohaterowie to dwaj młodzi kowboje: Travis (Ben Johnson) i Sandy (Harry Carey Jr.) – handlarze końmi. Dobrze znający frontier młodzieńcy zostają wynajęci na przewodników przez grupę mormonów pod wodzą Eldera Wiggsa (świetny Ward Bond). W drodze do doliny San Juan przygarniają trupę artystów, którym zepsuł się wóz i zabrakło wody. Wśród nich jest młoda i bezpruderyjna Denver (świetna Joanne Dru) – ona i Travis od razu wpadają sobie w oko. W trakcie podróży do taboru przyłącza się także banda Cleggów – rzezimieszków uciekających przed obławą. Zróżnicowana społecznie i obyczajowo karawana rusza w pełną niebezpieczeństw i trudności podróż do ziemi obiecanej.
         W stosunku do filmów Johna Forda często pada określenie „poezja obrazu” i kolorowa wersja Drogi do San Juan jest tego najlepszym przykładem. Epickie zdjęcia kręcone na pograniczu Arizony, Utah i Colorado to największy atut filmu. Znów pojawia się Monument Valley, ale jakby odkryta na nowo – kadrowana w sposób indywidualny, jakiego wcześniej i później nie było. Do tego reżyser odrobił zadanie domowe i zebrał do kupy doświadczenia własne i starszych kolegów po fachu. Temat podróży wozów osadniczych Ford podejmował już w 1926r. w filmie Trzech Złych Ludzi, który opowiadał o gorączce złota Gór Czarnych. Już tam czerpał garściami ze słynnej Karawany Jamesa Cruze'a. W spektakularny sposób z kolei rozwinął to i wykorzystał Raoul Walsh w Drodze Olbrzymów z 1930r. To właśnie z powyższych filmów John Ford wyciągnął to co najlepsze, czyli malownicze ujęcia i sceny kręcone z rozmachem, momentami trzymające w napięciu. Zgrabnie pominął technikalia i nadmiar obyczajowości, koncentrując się na bohaterach i ich perypetiach. Dzięki temu Droga do San Juan, czyli western z założenia pionierski, nie daje się dopasować do żadnego schematu i pozostaje klasyczną, ale dosyć oryginalną przygodówką. Ja, fan talentu Jacka Forda, bardzo ten film lubię, a na kadrowane w kolorze plenery wręcz nie mogłem się napatrzeć. Czarno-biała wersja, którą widziałem kilka lat wcześniej, nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia.
         Zabrakło tu aktorów o wielkiej charyzmie jak John Wayne czy Henry Fonda, ale wydaje się, że cała reszta ekipy z  Trylogii Kawaleryjskiej po prostu „nie schodziła z planu” między 1948r a 1950r i płynnie przeskakiwała wraz z Fordem z filmu na film. Harry Carey Jr., i Ben Johnson zaprezentowali się w wojskowym tryptyku z dobrej strony. W Drodze do San Juan reżyser obsadził ich w głównych rolach. Obaj aktorzy nieźle wpasowali się w klimat, ale niestety nie udało im się wykreować zapadających w pamięć postaci. Ich gra odstaje w porównaniu z Joanne Dru i Wardem Bondem. Dru w roli Denver wypadła bardzo wiarygodnie, bo ona po prostu była w swoim żywiole. Podobnie jak Olivia Dandridge z Nosiła Żółtą Wstążkę tak i Denver z wdziękiem odpiera ataki zalotników, dając się im we znaki. Jeśli chodzi o Warda Bonda, to bez wątpienia jeden z ulubionych aktorów Forda. Najwcześniejszy western, w którym Jack go obsadził, to z tego co pamiętam Bębny nad Mohawk z 1939r, gdzie wystąpił w drugoplanowej roli Adama Hartmana – rubasznego sąsiada z doliny. A w ogóle pierwszy poważny western, gdzie się pojawił, to wymieniona wyżej pionierska Droga Olbrzymów. Świetny był w Poszukiwaczach, w roli pastora Claytona, a także w wielu innych filmach, ale pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie Wagon Master to jego najlepsza westernowa rola spośród „Fordów”.
         Kto jeszcze zwraca na siebie uwagę? Ano cała zgraja znajomych twarzy z Trylogii – oprócz wyżej wymienionych Bena Johnsona, Harry Carrey'a Jr., Joanne Dru i Warda Bonda także Hank Worden, Francis Ford, Mickey Simpson i Movita, a w tle głosy zespołu Sons of the Pionieers śpiewających piosenki. Muzyką zajął się Richard Hageman - co jeszcze bardziej potęguje skojarzenia z Dyliżansem i Trylogią Kawaleryjską.
         Nie rozumiem, dlaczego ten western jest tak niedoceniany. Odnoszę wrażenie, że odbiorcy traktują zbyt serio niektóre elementy sztuki filmowej. Romantyczna lekka atmosfera, tańce, zabawy, bratanie się z Indianami, jeździeckie sztuczki, podchody z bandytami, romanse, a wszystko w bajecznych plenerach najpiękniejszych rejonów Gór Skalistych. Oni wszyscy tam nawet zbytnio nie musieli grać, po prostu wybrali się na dobrą imprezę w gronie paczki znajomych. Ben Johnson ponoć sam kręcił te wszystkie podskoki i upadki z konia. Klimaty z filmów Forda na przełomie lat 40'tych i 50'tych, to trochę jak nasz polski Rejs i inne podobne filmy – gdzie aktorzy i reżyserzy bawili się w kino. Jedno jest pewne – dziś, w dobie śmiertelnie poważnej krytyki i jeszcze bardziej śmiertelnie poważnej optymalizacji kosztów, nikt nie byłby w stanie już czegoś takie nagrać.

         Całe szczęście, że John Ford nakręcił tak wiele świetnych filmów i że niektóre z nich są dostępne w dwóch wersjach, bo dzięki temu można ciągle odkrywać nowe oblicza ojca westernów. Wiem, że są kolorowe wersje Fortu Apache i Rio Grande, których jeszcze nie widziałem. Jeśli okaże się, że są też kolorowe wersje Miasta Bezprawia i Dyliżansu, to dajcie mi proszę znać, a ja zorganizuję kampanię na rzecz ponownego wyświetlania ich w polskich kinach ;). Film oczywiście polecam.


wtorek, 4 lipca 2017

Niebezpieczni Kompani (The Deadly Companions) - 1961r.

Filmy Sama Peckinpaha to dziś obiekty kultu. Wyobraźnię rozpalają: antyromantyczna wizja Billy Kida granego przez Krisa Kristoffersona w Patt Garrett i Billy Kid; rzeźnia urządzona w Meksyku przez Pike’a Bishopa i spółkę z Dzikiej Bandy czy „toksyczny romans” Unionistów i Konfederatów z Majora Dundee. Westerny Krwawego Sama, podobnie jak innych twórców tamtego okresu, otwarły się na elementy pomijane w poprzednich dekadach takie jak przemoc, krew i nagość. Wdzieranie się cywilizacji, a tym samym zmierzch symboli zachodu, ukazywano naturalistycznie i pesymistycznie. Przekształcenia gospodarczo-społeczne prowadziły często do śmierci głównych bohaterów, którzy nie chcieli zaakceptować zmian i dostosować się do nowego ładu. Zamiast „pięknych” dyliżansów kursowały „brzydkie” automobile, a zamiast honorowych pojedynków na rewolwery strzelało się wrogom w plecy i to z karabinu maszynowego. W końcówkach filmów umierały nie tylko legendy jak Billy Kid, ale i cisi bohaterowie old westu, których perypetie podnosiły morale widowni w złotej epoce Hollywood. Ale nie zawsze było tak ostro i bezkompromisowo. Warto cofnąć się w czasie i rozpocząć przygodę z Peckinpahem od jego debiutu na wielkim ekranie czyli filmu Niebezpieczni kompani (The Deadly Companions) z 1961r., bo ten reżyser debiutował jeszcze w epoce klasycznej.
                Film jest adaptacją powieści Alberta Fleishmana pt. The Deadly Companions i opowiada o trzech bandytach: Jankesie (Brian Keith), Billym (Steve Cochran) i Turku (Chill Wills) planujących napad na bank w miasteczku Hila City (lub Gila City). Dziwnym trafem zostają oni uprzedzeni przez inną grupę zbirów. Na ulicy wywiązuje się strzelanina, podczas której ginie chłopiec o imieniu Mead – syn tancerki Kit Tilden (Maureen O'Hara). Załamana kobieta, mająca dosyć ciągłego wytykania palcem przez „porządnych” obywateli, postanawia wywieźć ciało chłopca do odległego miasteczka Siringo, gdzie rzekomo pochowano jego ojca. Niestety Siringo aktualnie znajduje się na terytorium kontrolowanym przez Apaczów i nikt z Hila City nie chce pomóc w transporcie ciała. Kit mimo wszystko decyduje się jechać, a jej niechcianymi kompanami zostają Jankes, Billy i Turk. Po drodze okazuje się, że nie tylko Apacze stanowią zagrożenie dla podróżnych...
                Największym atutem Niebezpiecznych kompanów są relacje między głównymi bohaterami i napięcie towarzyszące fabule. Ten film jest etapem pośrednim między westernem psychologicznym i antywesternem. Powidoki klasycznej atmosfery lat 50'tych mieszają się tu z wizją podłego świata i upadku dzikiego zachodu końca lat 60'tych, tworząc bardzo oryginalny i niesłusznie niedoceniany obraz. Klasycznej atmosfery? Tak, bo sposób kręcenia i montażu, fabuła oraz przedstawione czasy nawiązują do dzieł klasycznych. Podłego świata? Jak najbardziej, bo tu nie ma bohaterów reprezentujących czyste dobro – wszyscy są albo ludźmi złymi albo tchórzami, w najlepszym razie pechowcami. Już na początku dowiadujemy się, że między trójką głównych bohaterów nie ma grama przyjaźni, a jedyne co ich łączy to chciwość, szaleństwo lub żąda zemsty. Gdy w samym środku tykającej bomby o trzech zapalnikach pojawia się piękna kobieta, można być pewnym, że wcześniej czy później dojdzie do niekontrolowanego wybuchu. O dziwo ten przewidywalny schemat w miarę trwania filmu ewoluuje i ostatecznie pozostawia wrażenie sytości. I myślę, że w tym właśnie tkwi największa zasługa Sama Peckinpaha – jednego z mistrzów opowiadania westernowych historii.
                Co do doboru aktorów i ich gry mam mieszane uczucia, choć postaci są bardzo ciekawe. Lubię Maureen O'Harę i podobała mi się jako Kit, mimo że w kilku scenach zabrakło jej wiarygodności (szczególnie, gdy zginął Mead). Tym niemniej fajnie, że tym razem ta piękna aktorka nie prała kawaleryjskich gaci w wodach Rio Grande, tylko zagrała ważną postać - pokrzywdzoną przez życie „twardzielkę”. Pamiętam, że zdarzało jej się grywać uparte, konkretne dziewczyny jak choćby w Rudzielcu z Wyoming z 1953r, ale aż tak zdeterminowanej postaci w jej wykonaniu nie pamiętam. Z trójki mężczyzn najlepiej zaprezentował się moim zdaniem Steve Cochran w roli przebojowego Billy'ego, który szybko strzela i jeszcze szybciej się zakochuje. Świetną kreację stworzył też Chill Wills – postać nawiedzonego renegata, któremu marzy się założenie własnej republiki gdzieś na granicy USA i Meksyku lub dowodzenie armią indiańskich żołnierzy-niewolników. Nawet muzyka momentami ustawia się w szeregu przed Turkiem, schodząc z ogólnej nuty w kamasze When Johnny comes marching home, jakby podkreślając wagę jego szaleństwa. To pierwsza, ale nie ostatnia nawiedzona postać w filmach Krwawego Sama. Najmniej mnie przekonał Brian Kieth – aktor, który współpracował wcześniej z Peckinpahem przy realizacji serialu, a tym samym zdawałoby się, że potencjalnie najpewniejszy punkt tej produkcji. Jednak niektóre sceny z jego udziałem leżały, szczególnie te romantyczne. O wiele lepiej wychodziło mu torpedowanie zapędów swoich nieokrzesanych podkomendnych. No ale może to dlatego, że miał specyficzną rolę – byłego oficera wojsk Unii szukającego zemsty, a także odkupienia po przypadkowym zabójstwie chłopca.

Co by nie mówić wszystkie postaci w tym filmie są dziwne i jakby przeklęte. Co z tego, że Kit ma w sobie honor i odwagę by spoliczkować bandziora podczas nabożeństwa, skoro za chwile ginie jej ukochany synek, dla którego tak bardzo chciała się nawrócić? Co z tego, że Jankes pokonuje demony przeszłości i się zakochuje, skoro ma blizny po skalpowaniu i niesprawne prawe ramię? Co z tego, że Mead jest przedsiębiorczym chłopcem i świetnie gra na harmonijce, skoro trafia go zabłąkana kula i umiera? Co z tego, że w mieście jest pastor, skoro wierni zbierają się na nabożeństwach w saloonie, a barman z mętną miną musi zasłaniać rubensowskie akty na ścianach przybytku. W tym filmie nawet Apacze to straceńcy i pijaki. Włóczą się po pustyni uprowadzonym dyliżansem i odurzają się wodą ognistą w poszukiwaniu rozróby. Pierwszy lepszy biały żołdak potrafi zakraść się do ich obozu nocą i wykraść konie. Wszyscy pozostali mieszkańcy pogranicza to tchórze bojący się choć na chwilę wychylić ze swych bezpiecznych przystani.
                Krwawy Sam już w debiucie wyraźnie dał do zrozumienia, że idzie w przeciwnym kierunku niż starsi koledzy po fachu. Podejrzewam, że gdyby miał pełną kontrolę nad scenariuszem i montażem (który uważał za najważniejszy w filmowej sztuce), krytycy okrzyknęliby pierwszym antywesternem nie Strzały o zmierzchu a właśnie Niebezpiecznych kompanów. Tymczasem w formie i treści temu filmowi bliżej do westernów psychologicznych, szczególnie tych od duetu Budd Boetticher i Randolph Scott. Na myśl od razu przychodzi nakręcony rok wcześniej western Porwana przez Komanczów, gdzie grupa skonfliktowanych łowców nagród pod wodzą ex-oficera podobnie jak tu eskortuje kobietę przez terytorium Indian. Udział Randolpha Scotta w kolejnym westernie Peckinpaha daje do myślenia i potwierdza hipotezę o inspiracjach tego reżysera.

                Kawałek ciekawego westernu – polecam.


środa, 28 czerwca 2017

Dni Gniewu (I giorni dell'ira) - 1967r.

Sergio Leone, choć nie był pierwszym włoskim reżyserem kręcącym westerny, zawiesił poprzeczkę na tyle wysoko, że kolejni twórcy z Italii musieli wspinać się na wyżyny warsztatu, by sprostać oczekiwaniom rozmiłowanej w nowym-starym gatunku widowni. Film Dni geniwu (I giorni dell'ira) z 1967r. w reżyserii Tonino Valerii'ego to przykład mądrego wykorzystania dostępnych środków, motywów i doświadczeń. Twórcy starannie wyważyli każdy składnik, dzięki czemu zadowoleni z seansu powinni być zarówno miłośnicy starej klasyki jak i fani antywestrenu.
         Akcja dzieje się w miasteczku Clifton, gdzie panuje pozorny ład i porządek. Prawa pilnuje szeryf Nigel (Nino Nini), a o czystość na ulicach dba młodzieniec Scott (Guliano Gemma). Scott jest bękartem i synem kurtyzany. Mieszkańcy nie mają o nim dobrego zdania i traktują go jak popychadło. Sytuacja zmienia się, gdy do Clifton przyjeżdża tajemniczy rewolwerowiec Frank Talby (świetny Lee van Cleef). Scott po raz pierwszy w życiu spotyka osobę, która dostrzega w nim potencjał i odnosi się do niego z szacunkiem. Młodzieniec, fascynujący się pojedynkami strzeleckimi i legendami o rewolwerowcach, postanawia wykorzystać okazję i z pomocą Talbiego odmienić swoje nędzne życie.
         Tonino Valerii w Dniach gniewu nie odkrywa Ameryki, ale umiejętnie wykorzystuje motywy zarówno z klasycznych jak i rodzimych westernów. Osią filmu jest relacja uczeń-mistrz, która powstaje po spotkaniu Scotta i Talbiego. Motyw rewolwerowca uczącego rzemiosła lokalnego młokosa to nic nowego, wystarczy wymienić Gwiazdę Szeryfa Anthony Manna czy Rewolwerowców George'a Waggnera, gdzie takie wątki się pojawiły. Jednak Valerii zamienia wątek w kamień węgielny fabuły, a także rozwija go i łączy z tradycją pojedynków rewolwerowych, sztuczek, a także innowacją broni palnej. Ten profesjonalizm i nawiązanie do legendy o Docu Holliday'u oraz rozbicie nauki na lekcje i wmieszanie w to różnego rodzaju pojedynków jest najmocniejszą stroną Dni Gniewu. Z sentymentem wspominam czasy świetności chińskich martiali ze stajni Show Brothers czy Golden Harvest. Powstawały wtedy dziesiątki podobnych filmów – rozbitą na etapy i pojedynki koncepcję nauki w identyczny sposób uprawiano na wschodnioazjatyckiej ziemi. Do głowy też od razu przychodzą tarantinowskie Django i Kill Bill – gdzie relacja mistrz-uczeń ugryziona została równie ciekawie i inspirowało ją zarówno kino azjatyckie jak i właśnie spagwest.

         Druga rzecz to aktorzy. Rozsądni producenci i reżyserzy świetnie rozumieją, że to, co raz osiągnęło sukces, osiągnie go po raz drugi, trzeci czy n'ty. No właśnie, najjaśniejszym punktem omawianego spektaklu jest wg mnie Lee Van Cleef. Na przestrzeni lat pięćdziesiątych ten charakterystyczny aktor zagrał dziesiątki świetnych epizodów w westernach klasycznych i psychologicznych. W tamtych czasach brakowało jednak scenariuszy i postaci, dla których warto byłoby go obsadzać w rolach głównych na większą skalę. W latach sześćdziesiątych, w epoce filmowych łowców głów, brutalnych mścicieli i profesjonalistów, gdy Cleef miał z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej świeżość i głód pierwszoplanowych ról - osiągnął sukces właśnie we włoskich produkcjach. Sędziwy wygląd i nienaganna sylwetka predysponowały go do takich postaci, a drapieżny błysk w oczach i szyderczy uśmiech stały się znakiem rozpoznawczym. Po sukcesach występów w Za kilka dolarów więcej Leone, Colorado Sollimy czy Śmierć jeździ konno Petroniego (tutaj też był mentorem dla żądnego zemsty młokosa) stał się symbolem gatunku.

         Zupełnie inaczej zaprezentował się Guliano Gemma w roli Scotta Mary. Rolę miał trudną i zagrał nieco teatralnie, jakby jego postać była oderwana od rzeczywistości. Ale ja myślę, że o to chodziło reżyserowi – to miał być ten przebojowy gość z Pistoletu dla Ringa Tessariego, skaczący przez stoły, robiący fikołki i kręcący rewolwerem, z głupkowatą miną i cwaniackim uśmieszkiem na ustach. Bo tamta rola była po prostu świetna i zrobiła furorę – w późniejszym Powrocie Ringa, gdzie Gemma pozował na mrocznego włóczęgę na wzór Eastwooda z Garści Dolarów, wypadł już moim zdaniem słabiej. Oczywiście Scott Mary to nie jest cyniczny i egoistyczny luzak jak Ringo, nie jest też karykaturą westernowego bohatera. Reprezentuje nurt „od zera do bohatera” - który to motyw literacki i filmowy zawsze cieszył się dużą sympatią czytelników i widzów.

         Kolejnym godnym uwagi elementem filmu jest muzyka, czyli to, bez czego spaghetti westerny straciłyby lwią część popularności i blasku. Tym razem nie Ennio Morricone, a Riz Ortolani zajął się kompozycjami. Nie oszukujmy się, tutaj też czuć w melodiach morriconowski styl, ale jednak nie tak spektakularny i rzucający się w uszy jak to było w filmach Leone czy Corbucciego. W Dniach gniewu muzyka jakby stanowi symbiozę ze scenerią, plenerami i wydarzeniami. Gdy trzeba przyspieszyć, nadaje właściwe tempo, a gdy jest czas by zwolnić, subtelnie buduje napięcie przed kolejnymi zwrotami akcji. Nie wyrywa się przed kadr, ale i zapada w pamięć.

         Na koniec jeszcze kilka ciekawostek, które zauważyłem w tym filmie. Warto zwrócić uwagę w jaki sposób Talby w niektórych scenach chowa rewolwery. W przeciwieństwie do Scotta, który fascynuje się sztuczkami i robieniem obrotów, on chwyta je na wzór rewolwerowców z czasów starego kina. Najlepszym przykładem jest Blaze Tracy grany przez Williama S. Harta w świetnym filmie Bramy Piekła z 1916r. Tamten bohater po każdym pojedynku lekko podrzucał pistolety i łapał je wpół po czym wsadzał do kabur. To samo tyczy się kwestii rewolweru Doca Hollidaya, który Scott dostaje w prezencie od starego opiekuna Murpha (Walter Rilla). Ten colt rzekomo zawiera sztuczki trzech pokoleń rewolwerowców wraz z modyfikacjami dokonanymi przez kolejnych legendarnych szeryfów i bohaterów (zmodyfikowany kurek, obcięta lufa etc.). To dobry przykład riserczu historii dzikiego zachodu co w spaghetti westernach, poza kilkoma wyjątkami, stało na niezadowalającym poziomie. Do tego jeszcze pojedynek na rozpędzonych koniach z nabijaniem karabinów odprzodowych, czarnoprochowych – niespodziewane scenograficzno-obyczajowe nawiązanie do czasów sprzed wojny secesyjnej.
         Film Dni Gniewu należy do grupy wysoko cenionych przeze mnie spaghetti westernów. Nie z uwagi na scenariusz, reżyserię, aktorstwo, montaż czy muzykę, które oczywiście są na przyzwoitym poziomie. Tylko właśnie na fakt, w jak poważny i honorowy sposób twórcy potraktowali gatunek. Bez przegięć, bez niepotrzebnego lawirowania na granicy absurdu. Z ogromem serca włożonym w przygotowanie tej opowieści i wgryzieniem się w historie, legendy i wątki z amerykańskiego pogranicza. Z oryginalnymi pomysłami, ale bez rezygnowania z tego, co we włoskim westernie najlepsze, czyli strzelanin, bijatyk i saloonowej atmosfery. Gorąco polecam.




piątek, 23 czerwca 2017

Krew za Krew (Seraphim Falls) - 2006r.

Dwudziesty pierwszy wiek to na pewno nie jest epoka westernów. Kino komercyjne stawia na inne gatunki: uniwersa superbohaterów, filmy katastroficzne, dramaty historyczne, science-fiction i fantasy. W kinie mniej komercyjnym nieprzerwanie dominuje uwypuklanie obrazu ponad fabułę i odejście od przekazu budowanego na fundamentalnych wartościach. W tej kinowej zupie trudno odnaleźć się ambitnym westernowym zamysłom, ale z drugiej strony, gdy już ktoś zabiera się za kręcenie filmu o dzikim zachodzie, próbuje to robić z pasją. Nawet jeśli ostatecznie zamysł nie wychodzi, a film okazuje się słaby, to i tak każdy fan gatunku po niego sięga, właśnie dlatego, że nie ma w czym wybierać. Tym niemniej od czasu do czasu pojawia się film, który daje solidnego kopa w tyłek i inspirację do sięgnięcia po „pióro”.
         Krew za krew (Seraphim Falls), bo o tym westernie mowa, ujrzał światło dzienne w 2006r., a reżyserem i autorem scenariusza jest David Von Ancken. Nie jest to film wybitny na miarę Zabójstwa Jesse Jamesa przez Tchórzliwego Roberta Forda Andrew Dominika z 2007r. czy Django Quentina Tarantino z 2012r., ale ze względu na świetną grę aktorów i trzymającą w napięciu, pełną akcji fabułę, stanowi jeden z najjaśniejszych punktów westernowej mapy XXI w.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu amerykańskiej wojny domowej i obejmuje rozległy teren, od pokrytych śniegiem przełęczy górskich aż po pustynne równiny. Główni bohaterowie to weterani wojny. Kapitan Gideon (rewelacyjny Pierce Brosnan) aktualnie zajmujący się zakładaniem pułapek na zwierzynę, gdzieś w Górach Skalistych. Jego tropem podążą pułkownik Carver (świetny Liam Neeson) z grupą łowców głów. Ranny Gideon cudem unika śmierci, a dzięki pomocy mieszkającej w górach Charlotte (Shannon Zeller) udaje mu się wydostać z pułapki i zbiec na równiny. Carver wytrwale podąża jego tropem. Tyle o fabule, bo film jest stosunkowo nowy i może nie każdy miał okazję go obejrzeć.
         Krew za krew to pojedynek dwóch postaci. Zdeterminowanego by przetrwać Gideona i jeszcze bardziej zdeterminowanego by go dopaść Carvera. Obu mężczyzn łączy pewne wydarzenie z przeszłości, które rozegrało się właśnie w tytułowym Seraphim Falls (polskie tłumaczenie jest tym samym nieco chybione, choć pasuje do wydarzeń). Z początku odruchowo trzymamy stronę osaczonego przez nagonkę Gideona. W miarę upływu czasu, odkrywając przedstawioną w retrospekcjach mroczną historię obu panów, łatwo się zawahać. Ostatecznie wybór właściwej strony staje się bardzo trudny. Podział na dobro i zło jest umiejętnie zakrzywiony, a widz dostaje szansę, by wybrać swojego faworyta pojedynku.
     No właśnie, pojedynku bardzo zaciętego, który kończy się w sposób zaskakujący. Czytałem zarówno pozytywne jak i negatywne opinie co do zakończenia, ale mi akurat się ono spodobało. Do gustu przypadła mi też wizualna i gatunkowa metamorfoza, jaką da się odczuć podczas oglądania tego filmu. Od surwiwalu w ośnieżonych górskich przełęczach na wzór  Człowieka w dziczy Richarda Sarafiana czy Jeremiah Johnsona Sydneya Pollacka, aż do pełnego mistycyzmu i metafizyki dramatu psychologicznego, dla którego tłem stają się pustynie Wielkiej Kotliny. Jest to niewątpliwie zabieg nietypowy i najmocniejsza strona filmu.
         Krew za krew porusza uniwersalną tematykę dramatu, który niesie ze sobą wojna. Może właśnie dlatego tak dobrze mi się go oglądało i byłem ciekawy, co wydarzyło się w filmowej przeszłości. Gideon i Carver to typ weteranów, dla których wojna nigdy się nie kończy. Ona trwa nadal i trwać będzie dopóki jeden z nich nie zginie. Jest tu mnóstwo pytań i wątpliwości moralno-etycznych. Wybory, których bohaterowie dokonują w trakcie podróży, to symbolika uwydatniana przez reżysera w celu stymulacji widza i zmuszenia go do refleksji. Zajęcia własnego, aktywnego stanowiska. Udanym zabiegiem jest pojawienie się na ekranie jakby arbitrów w postaci indiańskiego filozofa Charona (świetny Wes Studi) oraz sprzedawczyni leku Madam Luise Fair (Anjelica Huston). Ta dwójka wymusza na bohaterach dokonywanie kolejnych wyborów – bo wszystko, co zrobią i powiedzą Gideon i Carver, ukształtuje wygląd sceny kulminacyjnej. Do tego napotkani, niczym zjawy, mają oblicze religijno-mistyczne: Indianin grany przez Wesa Studi, podobnie jak mitologiczny Charon, pobiera opłatę – w tym przypadku za skorzystanie ze źródła. Z kolei imię Madam Luise Fair, kojarzy się z Lucyferem. Hmm... Czyżby nienawiść i chęć zemsty, zamiast przynieść ulgę i zagojenie starych ran, pchała bohaterów wprost do piekła?
     
   Mocną stroną filmu są też dialogi. Minimalistyczne, ale zawierające garść symboliki. Np. ojciec Charlotte mówi: „Tutaj człowiek bez konia to trup” - w dalszej części filmu kwestia posiadania konia odegra symboliczną rolę. Czy np. kwestia Charona: „Zapłać za wodę życia albo zapłacisz za nią życiem”.
         W tym westernie zaskoczył mnie Pierce Brosnan. O ile o Liamie Neesonie już w 2006r. miałem wyrobione zdanie, że to bardzo uniwersalny aktor, umiejętnie wcielający się w role zarówno ludzi światłych (np. Oscar Schindler z Listy Schindlera Spielberga) jak i nieokrzesańców (np. Charles Churchill z Buntu na Bounty Rogera Donaldsona), o tyle Brosnan kojarzył mi się do tamtego czasu z rolami cynicznych dżentelmenów w stylu Remingtona Stelle'a albo Jamesa Bonda. Tutaj zagrał rewelacyjnie, a jego postać: Gideon – nieco zdziczały kapitan wojsk Unii – wskoczył do grona moich ulubionych filmowych postaci. Oczywiście Neeson dotrzymywał mu kroku.

         Lubię takie filmy. Ni stąd ni zowąd pojawiające się na ekranie. Zrobione przez mało znanego reżysera, który wymyślił sobie westernowy debiut, dając ostro w kość bohaterom od początku aż do ostatniej sceny. Do tego przy okazji nawiązując do istotnych w historii USA wydarzeń takich jak wojna domowa, wędrówka do ziemi obiecanej czy budowa kolei. Ze świetną scenografią, pełnym zwrotów akcji scenariuszem i wyborną grą aktorów. To amerykański antywestern z krwi i kości, bijący na głowę wiele lepiej promowanych filmów z tamtego okresu. Gorąco polecam...



sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View: