sobota, 27 maja 2017

Ostatni Pociąg z Gun Hill (Last Train from Gun Hill) - 1959r.

Częstym motywem w westernach jest niecierpliwe oczekiwanie na pociąg. Niekiedy przyjazd żelaznego konia zwiastuje kłopoty dla czekającego jak na przykład w W samo południe Freda Zinnemanna; innym razem zwiastuje kłopoty dla przyjezdnego jak w Pewnego razu na dzikim zachodzie Sergio Leone (choć tu mamy do czynienia zaledwie z epizodem). Może być też przypadek, gdy przyjazd pociągu jest jak najbardziej pożądany i niecierpliwie oczekiwany. Wokół tego przypadku powstały pod koniec lat 50'tych dwa świetne westerny: 15:10 do Yumy Delmara Davesa i Ostatni pociąg z Gun Hill Johna Sturgesa. Oba są świetne i bardzo popularne, a mój osobisty wybór to film Sturgesa.
            Ostatni pociąg z Gun Hill (Last train from Gun Hill) powstał w 1959r, a jego reżyserem jest John Sturges, autor wielu świetnych westernów, jak choćby wcześniejszego Pojedynek w O.K. Corral z 1957r. i późniejszego Siedmiu wspaniałych z 1960r. Dziś zestawiam film Pana Johna ze zrobionym dwa lata wcześniej 15:10 do Yumy, ponieważ myślę, że Ostatni pociąg z Gun Hill to niejako odpowiedź na film Davesa i próba wykorzystania potencjału drzemiącego w motywie oczekiwania na pociąg. Film Sturgesa wydaje mi się jeszcze bardziej realistyczny, dynamiczny i trzymający w napięciu. To istny thriller z genialnym pojedynkiem dwóch wybitnych postaci, a zarazem aktorów. Przewagę Ostatniego pociągu nad Yumą poprę dużo ciekawszym scenariuszem, napisanym na podstawie opowiadania Lesa Chrutchfielda. Dodam też, iż dobrze się stało, że oba te filmy powstały, bo my – fani westernów – mamy w czym wybierać i o czym dyskutować.
            Film opowiada losy szeryfa Matta Morgana (świetny Kirk Douglas), któremu dwaj młodzi kowboje gwałcą i mordują żonę. Szeryf, w poszukiwaniu zemsty i obowiązku wobec prawa, postanawia doprowadzić morderców przed sąd. Śledztwo opiera na dwóch dowodach. Pierwszy to zeznanie synka Peteya, który widział jak matka zraniła w twarz jednego z oprawców. Drugi to zdobione siodło z inicjałami C. B. - zostawione wraz z koniem przez bandytów. Morgan rozpoznaje inicjały należące do jego przyjaciela sprzed lat, a zarazem człowieka, który uratował mu niegdyś życie – Craiga Beldena (Wyśmienity Anthony Quinn). Belden jest właścicielem wielkiego rancza nieopodal miasteczka Gun Hill – tam też udaje się szeryf Morgan...
            Myślę, że nie przesadzę jeśli konfrontację Anthony Quinna i Kirka Douglasa w Ostatnim pociągu z Gun Hill nazwę jedną z najciekawszych w historii westernu. Jest to o tyle wydatne zdarzenie, że granych przez nich panów łączy przyjaźń z młodości i szacunek do siebie nawzajem. Obaj stają też przed najważniejszym wyborem w życiu. Wyborem niczym z tragedii antycznej, gdzie nad bohaterami od początku ciąży fatum. Każdy ruch, każda kolejna decyzja prowadzą ich do nieuchronnego nieszczęścia.

            Postać Craiga Beldena to połączenie świetnie rozpisanej roli tragicznej ze niezapomnianą grą Anthony Quinna. Jego bohater nie jest zły – po prostu musi być bezwzględny w świecie, gdzie rządzi przemoc i bezprawie. Belden to postać negatywna, bo takiego dokonuje wyboru, ale z drugiej strony na każdym kroku emanuje ludzkimi cechami: zakłopotaniem, gniewem, strachem, miłością, troskliwością. Zdaje się być przeciwieństwem opanowanego, rzadko okazującego uczucia Morgana, który przedstawiony jest jako mściciel-profesjonalista. Beldenowi dziewięć lat wcześniej umarła żona i jako rozgoryczony wdowiec nie potrafił właściwie wychować syna. Dobrze wie, że teraz aby go ochronić będzie musiał zabić Morgana – inaczej sam zginie.

            Z kolei Matt Morgan to podręcznikowy przykład westernowego szeryfa. Szlachetny, praworządny, kochający bliskich i szanujący przyjaciół. Jest tak opanowany, że potrafi pokonać ból po stracie żony i zadowolić się zemstą w postaci doprowadzenia sprawców przed sąd. I tylko geniuszowi aktorskiemu Kirka Douglasa zawdzięczamy fakt, iż Morgan jest o wiele barwniejszy i bardziej niejednoznaczny niż wynikałoby to z szablonu, o którym napisałem wyżej. Dzięki świetnej grze bohater ten nabiera równie przejmujących cech co Craig Belden. Zaczyna mieć wątpliwości. W końcu on też staje przed najtrudniejszym w życiu wyborem: ma doprowadzić na stryczek jedynego syna swego przyjaciela. I to przyjaciela, który niegdyś uratował mu życie. Przyznam się, że ilekroć oglądam Ostatni pociąg, tylekroć mam wątpliwości, któremu z głównych bohaterów sekundować – z którym się utożsamiać.
           Film urzeka rozmachem i pięknymi zdjęciami Charlesa Langa realizowanymi w Arizonie. Są takie sceny, w których akcja przenosi się na ranczo Beldena. W momentach przyjazdu i odjazdu Matta albo pracujących tam kowbojów w tle widzimy piękne pasmo górskie, a wszystko wokół jest jak ekspresyjny pejzaż malowany pędzlem genialnego malarza. Warto też wspomnieć scenę z podpaleniem hotelu, gdzie Morgan przetrzymywał Ricka i z którego wychodzi, trzymając go na muszce. Gdy idą w stronę powozu, a potem jadą na stację, w tle widzimy trawiony wielkim ogniem hotel. Czegoś takiego nie dałoby się zdublować – to po prostu trzeba było zagrać i sfilmować jak należy za pierwszym razem. Świetna jest też scena kulminacyjna z rewolwerowym pojedynkiem, którego wyniku nie zdradzę, żeby nikomu nie odbierać frajdy. Do kompletu należy dodać niezłą grę postaci drugoplanowych, jak choćby Carolyn Jones grającą Lindę – kobietę rozdartą między miłością a nienawiścią do Craiga. Albo Earla Hollimana grającego nierozgarniętego i rozpieszczonego Ricka. Bardzo fajnie wypada Brad Dexter grający prawą rękę Beldena – niejakiego Beero. Muzykę napisał Dimitri Tiomkin i jak to u niego bywa, gdzieś na drugim planie koresponduje ze swoimi wcześniejszymi kompozycjami, tworząc klimat z jednej strony unikatowy, a z drugiej strony rozpoznawalny dla ucha.

            Podsumowując, to jeden z najlepszych westernów Sturgesa, ale i jeden z najmocniejszych punktów lat 50'tych – czyli epoki westernów psychologicznych. Zapożycza tematykę i niektóre sceny z 15:10 do Yumy, ale robi to tak doskonale i subtelnie, że nie sposób mówić tu o kopi tylko o polemice na najwyższym poziomie. Chwała wytwórni Paramount, że podjęła się realizacji tego tematu i że zleciła robotę Johnowi Sturgesowi – królowi westernowej akcji. Gorąco Polecam.


sobota, 20 maja 2017

Ujarzmij go, Kowboju (Ride him, Cowboy) - 1932r.

Najlepsze kreacje Johna Wayne’a przypadają na trzy dekady między latami czterdziestymi a sześćdziesiątymi. Pamiętamy go z wielkich westernów Johna Forda, Henry Hathawaya czy Howarda Hawksa. Ale Pan John popularny stał się już w latach trzydziestych, gdzie na początku dekady zabłysnął pierwszą dużą rolą w 1930r. w filmie pt. Droga olbrzymów. O kolejne duże role nie było już tak łatwo, bo gatunek przeżywał kryzys, ale pod koniec dekady w 1939r. wrócił do ekstraklasy westernowej postacią Ringo Kida w Dyliżansie.
Bynajmniej w międzyczasie tych dwóch przełomowych punktów kariery John Wayne się nie obijał. Zainteresowanie jego osobą rosło, choć przyszło mu występować głownie w serialach i westernach klasy B. Co ciekawe, były to czasy i produkcje filmowe, gdzie aktor musiał dbać o dobre stosunki zawodowe nie tylko z kolegami z planu, ale też ze zwierzętami – czytaj z końmi. W latach trzydziestych Wayne współpracował z kilkoma zawodowymi westernowymi końmi i wierzcie mi – oglądając film Ujarzmij go, kowboju (Ride him, cowboy) z 1932r. w reżyserii Freda Allena, zastanawiałem się, czy główną rolę gra tam Wayne czy jego błyskotliwy rumak Duke.
A propos imienia Duke – kiedyś myślałem, że Wayne dorobił się swego najbardziej znanego pseudonimu – czyli ksywki Duke – właśnie od imienia tego białego konia. Ale nie – okazało się, że zawdzięcza go rodzinnemu psu, który też miał na imię Duke.
Wracając do filmu. Dla mnie głównym bohaterem jest tu Duke-koń. To w końcu od niego zaczyna się cała historia: chcąc chronić ranczo właścicieli przed napadem, wplątuje się w zabójczą intrygę, po której zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Ale ponieważ akcja toczy się w miejscu, gdzie prawo dominuje nad bezprawiem, koń może liczyć na uczciwy proces. W tym samym czasie do miasta przyjeżdża młody wędrowny kowboj John Drury (świetny John Wayne). Przyjezdny, zaskoczony procesem narowistego rumaka, staje w jego obronie i zobowiązuje się ujeździć Duka, by dać mu drugą szansę. Sukces kowboja przypada do gustu młodej właścicielce konia – pannie Ruth Gaunt (Ruth Hall). Z kolei mieszkańcy miasteczka, przekonani o zaradności przybysza, powierzają mu trudną misję wytropienia legendarnego bandyty Jastrzębia, którego nikt nigdy jeszcze nie widział. Wraz z J. D. na wyprawę ruszają koń Duke oraz szanowany obywatel miasteczka Henry Sims (Frank Hagney).
Nie oszukujmy się, ten western mocno się zestarzał w ciągu osiemdziesięciu pięciu lat od premiery. Widać to szczególnie w scenach akcji (pościgi, bijatyki), które wydają się oderwane od rzeczywistości. Tym niemniej Ujarzmij go, kowboju rekompensuje te braki w inny sposób – przede wszystkim ciekawą fabułą i mnóstwem zabawnych scen, w których popisuje się Duke. Kiedyś czytałem artykuł o tym, jak trudno kręci się filmy z czynnym udziałem zwierząt w fabule i tym bardziej chylę czoła przed twórcami, bo na pewno nie było łatwo.
Oprócz samego Duka jest tu sporo ciekawostek. Jak choćby napisy początkowe, podczas których kadra filmowa przedstawiana jest, stojąc w rządku, gdy kamera na nich najeżdża (łącznie z Duke’em). Ciekawostką jest też np. to, że trójka głównych bohaterów (w tym koń) ma tak samo na imię w rzeczywistości jak w filmie. Wydaje mi się, że pierwsze lata po wejściu kina udźwiękowionego – plany filmowe przeplatały fikcję z rzeczywistością, tworząc coś na kształt kameralno-teatralnych spektakli. Tyczyło się to przede wszystkich produkcji na mniejszą skalę – niezobowiązujących twórców do zachowania wymaganej powagi.

No cóż, Ujarzmij go, kowboju to kawałek historii kina i pozycja warta obejrzenia choćby z uwagi na Wayne’a i Duke’a. Trafiałem na dużo gorsze filmy produkowane dekady później, więc nie boję się użyć magicznego słowa „polecam” - oczywiście maniakom westernów ;).


sobota, 13 maja 2017

Wysokie Drzewa (The Big Trees) - 1952r.

Lubię westerny, których fabuła oparta jest o jakieś konkretne, ciekawe wydarzenie związane z historią dzikiego zachodu. Nie potrafię przejść obok takich ciekawostek obojętnie i zwykle w mniejszym lub większym stopniu riserczuję temat. W epoce klasycznej takich filmów powstało chyba najwięcej – to też chętnie wrzucam je na ruszt, by kompleksowo poznać i zrozumieć gatunek oraz jego ukorzenienie w historii USA. Co bym jednak nie robił i ile bym filmów nie obejrzał, zawsze znajdzie się jakiś kolejny, którego jeszcze nie widziałem, a który totalnie zaskoczy mnie tematyką i genezą. Nie inaczej było w przypadku filmu pt. Wysokie drzewa (The big trees) z 1952r. w reżyserii Felixa Feista, który podejmuje tematykę amerykańskiego „lex szyszko”.
        Zanim napiszę o samym filmie, chciałbym podzielić się pewną refleksją. Dochodzę do wniosku, że moda na remaki zaczęła się dużo wcześniej niż dotychczas przypuszczałem, bo coraz częściej na początku lat pięćdziesiątych lub nawet w latach czterdziestych trafiam na przeróbki starszych klasyków. Niedawno pisałem o filmie Słońce świeci jasno Johna Forda z 1953r., który okazał się remakiem filmu Sędzia Priest tego samego reżysera z 1934r. W przypadku Wysokich drzew też mamy do czynienia z remakiem. Pierwowzorem filmu była Dolina gigantów (Valley of the giants) z 1938r. w reżyserii Wiliama Keighleia. Tego filmu niestety nie widziałem i żałuję, bo miałbym lepsze porównanie. Tym niemniej udało mi się co nieco o nim poczytać i utwierdziłem się w przekonaniu, że temat kalifornijskich sekwoi nie został wyssany z palca, tylko faktycznie na przełomie wieków kwestia drzew stanowiła istotny problem. Na tyle duży, że Dolina gigantów z 1938r. okazała się remakiem (czy też nową adaptacją) jeszcze starszego dramatu z epoki kina niemego, z 1927r. pt. Valley of the giants, w reżyserii Charlesa Brabina. I uwaga, uwaga! Ostatni film jest z kolei remakiem jeszcze starszego filmu z 1919r. pt. The valley of the giants w reżyserii Jamesa Cruze’a. Wow, potrójny remake już na początku lat pięćdziesiątych. Mamy dwudziesty pierwszy wiek – czy to znaczy, że idąc rocznikami w przód, po drodze natknę się jeszcze na kilka kolejnych adaptacji tego tematu?
        No ale dosyć o korzeniach filmu – zajmijmy się korzeniami drzew. Głównym bohaterem jest Jim Fallon (bardzo przekonujący Kirk Douglas) – tartaczny baron z Wisconsin, znany z przekrętów i dążenia do zysku za wszelką cenę. Gdy w życie wchodzi senacki dekret o powrocie zalesionych terenów do skarbu państwa i odsprzedaży działek zainteresowanym kupcom, Jim zbiera ekipę drwali i wyjeżdża do kalifornijskiego Redwood celem nabycia praw do największych drzew świata – sekwoi. Na drodze do realizacji planu staje mu komuna kwakrów, których nie stać na wykupienie ziemi, a dla których wielkie drzewa stanowią świątynię i dom. Na domiar złego o pozyskanie wartościowych terenów ubiega się też grupa miejscowych przedsiębiorców.
        Film zrealizowano z przyzwoitym rozmachem, a aktorzy stanęli na wysokości zadania. Co do scenariusza, to nie ma tu jakiś wielkich fajerwerków, ale też nie oczekiwałem nie wiadomo czego. Historia jest poprowadzona zgrabnie. Klimat lawiruje między rozważaniami nad konfrontacją człowieka i natury, a widowiskowymi scenami akcji. Wysokie drzewa łączą elementy westernu, filmu przygodowego, dramatu i romansu – czyli cech charakterystycznych dla gatunku. Najważniejszą konkluzją tej historii jest sumienie głównego bohatera, który za sprawą uczucia, kontaktu z potęgą przyrody i wiary, a także w związku z udziałem w wyniszczającej wojnie o pieniądz, przechodzi metamorfozę. Pomagają mu w tym dobroduszny poszukiwać złota Yukon (bardzo dobry Edgar Buchanan), salonowa dziewczyna Daisy (Patrice Wymore) i młoda kwakierka Alicia Chadwick (Eve Miller). I jak to bywa podczas westernowych wojenek, nie wszystkim bohaterom udaje się dożyć końca filmu, ale niestety - takie koszty ponoszono, gdy nadciągająca ze wschodu cywilizacja z buciorami właziła w „złotonośne” tereny dzikiego zachodu.

        Nie będę się przy okazji tego filmu specjalnie rozpisywał i podejmował głębszej analizy poszczególnych elementów, bo i żadne to arcydzieło. Może kiedyś wrócę do tematu, gdy już uda mi się obejrzeć pierwowzory, o których pisałem w drugim akapicie. Podsumowując: ciekawy temat wycinki najwyższych drzew świata. Temat zdecydowanie inny niż w typowych filmach o dzikim zachodzie i całkiem nieźle ugryziony. Zrealizowany w przygodowo-westernowej konwencji, a do tego wszystkiego Kirk Douglas w roli głównej – czyli w dwóch słowach: warte obejrzenia.


sobota, 6 maja 2017

Tańczący z Wilkami (Dances with Wolves) - 1990r.

Jest pewien dziesięcioletni okres na przełomie lat 80'tych i 90'tych, kiedy western przeżywał renesans. Nakręcono wtedy wiele dobrych filmów, cechujących się świeżością i sporym budżetem, dobrym aktorstwem i reżyserią. Wśród pozycji z tamtego okresu są filmy akcji, jak choćby Młode Strzelby Christophera Caina czy Tombstone Georgea Cosmatosa, w niezobowiązujący sposób rewitalizujące legendy starego zachodu. Są też wśród nich antywesterny, wyraźnie polemizujące z klasyczną wizją gatunku, jak choćby Wyatt Earp Kevina Costnera i Lawrence'a Kasdana czy Niesamowity Jeździec i Bez Przebaczenia Clinta Eastwooda. Ale najważniejszym westernem tamtego okresu jest wg mnie Tańczący z Wilkami, którego nie boję się określić mianem arcydzieła.
        Tańczący z Wilkami (Dances with Wolves) powstał w 1990r., a jego reżyserem jest wspomniany już wcześniej Kevin Costner. Każdy pewnie zna na wylot ten obsypany wieloma nagrodami (m. in. siedem Oscarów) film, więc postaram się nie powielać powszechnych opinii a skoncentruję się na kilku najistotniejszych z mojego punktu widzenia przemyśleniach i spostrzeżeniach.
        Przewrotny jest fakt, że Costnera skazywano na porażkę, gdy własnym nakładem sił zabierał się za realizację scenariusza autorstwa Michaela Blake'a (na podstawie którego powstała też powieść o tym samym tytule). Ale nie było w tym złośliwości tylko analiza rynku. W latach osiemdziesiątych westerny postrzegano raczej jako ciekawostki i flashbacki minionego okresu. W oczach producentów był to gatunek, na którym, owszem, można było zarobić, ale i łatwo utopić pieniądze (wystarczy wspomnieć klęskę finansową filmu Wrota Niebios Michaela Cimino). Costner miał jednak odważny pomysł i solidną wizję jego realizacji, czym zainteresował grupę wpływowych ludzi, co ostatecznie pozwoliło mu zrealizować film. I myślę, że ani sam reżyser ani nikt inny nie spodziewał się, że Tańczący z Wilkami odniesie taki sukces, zarówno artystyczny jak i finansowy. Dlaczego tak się stało?
        Ten film ma w sobie wszystko, co uwielbiają widzowie. Ma coś z epickiego melodramatu; coś z filmu kostiumowo-historycznego; coś z filmu wojennego; coś z klasycznego westernu. Jest w nim poczucie humoru, jest wątek miłosny, jest też sporo walki i dramaturgii. Jest wyborna gra aktorów, są piękna muzyka (Oscar dla Johna Barry'ego) i dźwięk. Są bardzo dobre zdjęcia i świetny montaż. Samo to wystarczyłoby, żeby film odniósł sukces, ale w Tańczącym z Wilkami jest coś jeszcze - rzadko spotykana świeżość, przewrotność i antyamerykanizm, który od czasu do czasu działa jak katharsis na przyzwyczajoną do patetycznych obrazów publiczność.
        Po pierwsze, Costner oparł się na patencie, na którego użycie odważyło się ledwie kilku twórców (jakiś czas temu zrobił to James Cameron w Avatarze). Mianowicie pokazał swoich ziomków - naród Amerykański - jako bezwzględnych najeźdźców, głupich, tchórzliwych, niezrównoważonych, żadnych jedynie zysku, ziemi i śmierci. Skonfrontował ich ze szlachetnymi, odważnymi, obdarzonymi poczuciem humoru i szczerością Indianami z plemienia Siuksów. W sumie za wyjątkiem porucznika Johna Dunbara (rewelacyjny Kevin Costner) oraz kobiety o imieniu Uniesiona Pięść (bardzo dobra Mary McDonnell) każdy biały człowiek w filmie to postać negatywna i naszpikowana wadami. Nawet sam Dunbar początkowo jest taki. Zrezygnowany wojną i życiem oficer, nie potrafiący znaleźć miejsca na ziemi. Gdy podczas bitwy zostaje ranny w stopę i grozi mu amputacja, porywa się na własne życie i dwukrotnie przejeżdża naprzeciw stanowisk rebeliantów. Na szczęście nie dosięga go żadna konfederacka kula, a dzięki jego odwadze wojska Unii wygrywają bitwę. STOP! Spójrzmy na pole bitwy - żołnierze obu stron to tchórze, bojący się podjąć walkę; kryjący się za barykadami. Oficerowie to wariaci, a generałowie to odległe punkty gdzieś na horyzoncie, obserwujący z bezpiecznej odległości pole bitwy (u Indian nie ma lęku czy schizofrenii, a wszyscy walczą ramię w ramię). Następnie akcja przenosi się do Fortu Hays, gdzie Dunbar spotyka majora Fambrougha (świetny epizod Mury Chaykina) - kompletnego psychopatę - który po wysłaniu go z misją do Fortu Sedgwik, strzela sobie w łeb, wcześniej informując, że "właśnie się zlał w gacie i nikt na to nie może nic poradzić (wyborna kwestia). W drodze do Fortu Sedgwik towarzyszy Dunbarowi niejaki Timmons (Robert Pastorelli), który okazuje się niewychowanym prostakiem i tchórzem. Kolejnymi białymi są dopiero żołnierze oddziału przeznaczonego do oczyszczania okolicy z Indian. Zgraja agresywnych głupców pod wodzą krótkowzrocznych oficerów, którzy widząc indiański strój Dunbara, strzelają nawet nie pytając, kim jest. Podcierają sobie tyłki stronami z dziennika, gdzie w artystyczny sposób opisywał dzieje misji i kontakty z inną nacją. Zabijają także niemych przyjaciół Johna: konia Cisco i kojota Dwie Skarpety.
       
        Po drugie, sama postać porucznika Dunbara to postać człowieka, który jest w takim stanie psychicznym, że uratować może go tylko ucieczka od rzeczywistości. Ucieka na zachód, do Fortu Sedgwik, szukając czegoś ważnego, nowego, co nada sens bezwartościowemu życiu. Dunbar znajduje tam spokój; piękną, urzekającą naturę; dzielnych i mądrych Indian, którzy okazują się biegunowo inni niż się spodziewał. Znajduje wśród nich także miłość. Ale jest to tylko cząstka tego, czego szukał. Odnajduje tam też samego sobie i okazuje się, że to nie porucznik John Dunbar tylko Tańczący z Wilkami jest jego prawdziwym imieniem. To właśnie taki jego awatar z pogranicza...
        Od czasów pierwszych westernów tworzonych przez Indian (filmy Jamesa Young Deera i Princes Red Wing) musiało minąć osiemdziesiąt lat żeby biały reżyser ugryzł ich sprawę w sposób, na jaki czekali. Ponoć współcześnie żyjący Siuksowie nadali Kevinowi Costnerowi tytuł honorowego członka ich plemienia. Duża w tym też zasługa świetnych ról, które w Tańczącym z Wilkami zagrali prawdziwi Indianie. Warto tu wymienić postać Kopiącego Ptaka, granego przez nominowanego do Oscara Grahama Greena, czy walecznego Paunisa, w którego wcielił się charakterystyczny Wes Studi.
        Powiadają, że wybitnemu aktorowi trudno stać się wybitnym reżyserem (podobnie jak wybitny piłkarz rzadko staje się wybitnym trenerem). Coś w tym jest, bo w końcu aby dobrze realizować się jako aktor, trzeba spędzać większość czasu na planie, odgrywając rolę, a nie obserwując pracę kamery i reżysera. I choć Costner wybitnym reżyserem może nie jest, to jednak niewielu twórcom udało się stworzyć tak wielki obraz jakim niewątpliwie jest Tańczący z Wilkami. Po tym tekście chyba nie muszę dodatkowo nikogo zachęcać do sięgnięcia po ten film, bo to wyśmienity sposób na spędzenie trzech godzin. Gorąco polecam.


czwartek, 4 maja 2017

Rewolwerowcy (Gunfighters) - 1947r.

Jeśli można powiedzieć, że istnieje oddzielna kategoria filmów – tak zwane „westerny z Randolphem Scottem”, to Rewolwerowcy (Gunfighters) zdecydowanie się do nich zalicza. I to wcale nie oznacza nic strasznego – wręcz przeciwnie. Tytułowy film wyreżyserował George Waggner w 1947r. i jestem niemal pewien, że scenariusz oparto na starszym, dużo słabszym klasyku - prawdopodobnie z lat 30'tych, który kiedyś oglądałem, ale nie pamiętam co to był za film i nigdzie nie mogę go znaleźć. Być może pląta mi się po myślach inna, czarno-biała wersja tego samego westernu. A może coś mi się przyśniło, a pan Randolph po prostu ewoluuje w moich oczach, bo prawdę mówiąc, z każdym kolejnym obejrzanym filmem, w którym grał, coraz bardziej ten aktor mi imponuje.
        Głównym bohaterem jest rewolwerowiec, Brazos Kane. Jego sława staje się tak duża, że pewnego dnia najlepszy przyjaciel wyzywa go na pojedynek. Po tym incydencie Kane podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę. Zdejmuje pas z rewolwerami i wiesza go na kołku, a potem wyjeżdża. Dociera do miasteczka w Arizonie, gdzie staje się świadkiem morderstwa popełnionego na znajomym ranczerze. Gdy informuje o zajściu miejscowych, ci biorą go za zabójcę i niemal linczują. Kane postanawia odszukać winnych na własną rękę. Pomaga mu w tym stary ranczer Inskip (Charley Grapewin), młodzieniec o imieniu Johnny (John Miles) i córka lokalnego hodowcy bydła Jane (Dorothy Hart).
        Ot, można by powiedzieć, że to fabuła jakich wiele. Rewolwerowiec przyjeżdża do nowego miejsca, gdzie wplątuje się w konflikt interesów i staje po stronie słabszych. Przy okazji zakochuje się w pięknej dziewczynie i uczy młokosa jak radzić sobie z bronią. Niby standard, ale nie do końca. Jest w tym filmie coś jeszcze, co sprawia, że dobrze się go ogląda, dobrze się o nim rozmyśla i dobrze się o nim pisze. Wątek kryminalno-psychologiczny – poprowadzony powoli i umiejętnie przez reżysera. Uwikłanych jest w niego wiele osób i Brazos Kane, domyślając się kto jest mordercą, musi działać subtelnie. Utrudniają mu to: decyzja o odstawieniu w kąt broni palnej; fakt, że zaufana dziewczyna ma siostrę bliźniaczkę; oraz hermetyczne małomiasteczkowe środowisko, w którym jako rewolwerowiec i rzekomy zabójca - jest persona non grata.
        Film mimochodem reprezentuje pewien nurt wdzierający się do gatunku właśnie w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Westerny powstawały wtedy jak grzyby po deszczu, ale producenci, reżyserzy i scenarzyści coraz śmielej łączyli gatunki – dodawali elementy kryminału, filmu noir, dramatu. Wikłali swoich bohaterów w coraz bardziej skomplikowane intrygi i tworzyli postaci niejednoznaczne.
         Czy spojrzymy w przód na Strzały o Zmierzchu, czy w tył na Western Union, Randolph Scott na przestrzeni całej swojej kariery grywał role nie do końca praworządnych bohaterów, nawróconych lub z dwuznaczną przeszłością i był w tym dobry. Mam wrażenie, że w Gunfighters klasyczny motyw ex-rewolwerowca, który przybywa do miasteczka, gdzie broni słabszych, jest tylko pretekstem do pokazania czegoś bardziej złożonego. Kane to zabijaka, ale potrafi też być dobrym człowiekiem. No właśnie, tylko czy aby na pewno dobrym, czy może wyrachowanym i skutecznym? Czy jest naiwny, wierząc, że da się uwolnić od przeszłości i zapomnieć o tym, w czym jest się najlepszym? Czy jest egoistą – gdy odjeżdża, nie wypełniwszy własnego postanowienia? Czy może to wszystko jest jego sposobem na życie? Znamienny jest cytat z początku filmu:

        „Kiedy twój najlepszy przyjaciel wyzywa cię na pojedynek, to znaczy, że już czas by odstawić broń. Ale tak właśnie było w Panhandle, w Wichita, w Dodge... żyć lub umrzeć – w zależności od tego, kto prędzej wyciągnie rewolwer...”

        Końcówka filmu, w której Brazos odjeżdża w siną dal w towarzystwie Jane pozostawia jego przyszłość w domysłach widza. Wiemy, że co jakiś czas jest zmuszony zmienić swoje miejsce na ziemi, podróżując ze wschodu na zachód. Był już w Texasie (Panhandle), próbował w Kansas (Wichita i Dodge), teraz nie wyszło w Arizonie. Czy w końcu znalazł miłość i uda mu się ustatkować, tym razem gdzieś w Kalifornii? Czy może historia zatoczy koło i nawiąże do powyższego cytatu?
        Dla mnie Brazos Kane to bardzo ciekawa postać, a sam film Rewolwerowcy to kolejny mały krok w ewolucji westernu, który to gatunek w następnej dekadzie bez reszty zapomni o ogniskowej atmosferze, podziale na czarne i białe czy piosenkach śpiewanych przez głównych bohaterów, i spłodzi całe mnóstwo arcydzieł, poprzeplatanych przez mniej wyraziste i często wytykane palcem „westerny z Randolphem Scottem”.

         Haters gona hate, ale ja ten film maniakom westernów polecam.