piątek, 23 czerwca 2017

Krew za Krew (Seraphim Falls) - 2006r.

Dwudziesty pierwszy wiek to na pewno nie jest epoka westernów. Kino komercyjne stawia na inne gatunki: uniwersa superbohaterów, filmy katastroficzne, dramaty historyczne, science-fiction i fantasy. W kinie mniej komercyjnym nieprzerwanie dominuje uwypuklanie obrazu ponad fabułę i odejście od przekazu budowanego na fundamentalnych wartościach. W tej kinowej zupie trudno odnaleźć się ambitnym westernowym zamysłom, ale z drugiej strony, gdy już ktoś zabiera się za kręcenie filmu o dzikim zachodzie, próbuje to robić z pasją. Nawet jeśli ostatecznie zamysł nie wychodzi, a film okazuje się słaby, to i tak każdy fan gatunku po niego sięga, właśnie dlatego, że nie ma w czym wybierać. Tym niemniej od czasu do czasu pojawia się film, który daje solidnego kopa w tyłek i inspirację do sięgnięcia po „pióro”.
         Krew za krew (Seraphim Falls), bo o tym westernie mowa, ujrzał światło dzienne w 2006r., a reżyserem i autorem scenariusza jest David Von Ancken. Nie jest to film wybitny na miarę Zabójstwa Jesse Jamesa przez Tchórzliwego Roberta Forda Andrew Dominika z 2007r. czy Django Quentina Tarantino z 2012r., ale ze względu na świetną grę aktorów i trzymającą w napięciu, pełną akcji fabułę, stanowi jeden z najjaśniejszych punktów westernowej mapy XXI w.
         Akcja toczy się kilka lat po zakończeniu amerykańskiej wojny domowej i obejmuje rozległy teren, od pokrytych śniegiem przełęczy górskich aż po pustynne równiny. Główni bohaterowie to weterani wojny. Kapitan Gideon (rewelacyjny Pierce Brosnan) aktualnie zajmujący się zakładaniem pułapek na zwierzynę, gdzieś w Górach Skalistych. Jego tropem podążą pułkownik Carver (świetny Liam Neeson) z grupą łowców głów. Ranny Gideon cudem unika śmierci, a dzięki pomocy mieszkającej w górach Charlotte (Shannon Zeller) udaje mu się wydostać z pułapki i zbiec na równiny. Carver wytrwale podąża jego tropem. Tyle o fabule, bo film jest stosunkowo nowy i może nie każdy miał okazję go obejrzeć.
         Krew za krew to pojedynek dwóch postaci. Zdeterminowanego by przetrwać Gideona i jeszcze bardziej zdeterminowanego by go dopaść Carvera. Obu mężczyzn łączy pewne wydarzenie z przeszłości, które rozegrało się właśnie w tytułowym Seraphim Falls (polskie tłumaczenie jest tym samym nieco chybione, choć pasuje do wydarzeń). Z początku odruchowo trzymamy stronę osaczonego przez nagonkę Gideona. W miarę upływu czasu, odkrywając przedstawioną w retrospekcjach mroczną historię obu panów, łatwo się zawahać. Ostatecznie wybór właściwej strony staje się bardzo trudny. Podział na dobro i zło jest umiejętnie zakrzywiony, a widz dostaje szansę, by wybrać swojego faworyta pojedynku.
     No właśnie, pojedynku bardzo zaciętego, który kończy się w sposób zaskakujący. Czytałem zarówno pozytywne jak i negatywne opinie co do zakończenia, ale mi akurat się ono spodobało. Do gustu przypadła mi też wizualna i gatunkowa metamorfoza, jaką da się odczuć podczas oglądania tego filmu. Od surwiwalu w ośnieżonych górskich przełęczach na wzór  Człowieka w dziczy Richarda Sarafiana czy Jeremiah Johnsona Sydneya Pollacka, aż do pełnego mistycyzmu i metafizyki dramatu psychologicznego, dla którego tłem stają się pustynie Wielkiej Kotliny. Jest to niewątpliwie zabieg nietypowy i najmocniejsza strona filmu.
         Krew za krew porusza uniwersalną tematykę dramatu, który niesie ze sobą wojna. Może właśnie dlatego tak dobrze mi się go oglądało i byłem ciekawy, co wydarzyło się w filmowej przeszłości. Gideon i Carver to typ weteranów, dla których wojna nigdy się nie kończy. Ona trwa nadal i trwać będzie dopóki jeden z nich nie zginie. Jest tu mnóstwo pytań i wątpliwości moralno-etycznych. Wybory, których bohaterowie dokonują w trakcie podróży, to symbolika uwydatniana przez reżysera w celu stymulacji widza i zmuszenia go do refleksji. Zajęcia własnego, aktywnego stanowiska. Udanym zabiegiem jest pojawienie się na ekranie jakby arbitrów w postaci indiańskiego filozofa Charona (świetny Wes Studi) oraz sprzedawczyni leku Madam Luise Fair (Anjelica Huston). Ta dwójka wymusza na bohaterach dokonywanie kolejnych wyborów – bo wszystko, co zrobią i powiedzą Gideon i Carver, ukształtuje wygląd sceny kulminacyjnej. Do tego napotkani, niczym zjawy, mają oblicze religijno-mistyczne: Indianin grany przez Wesa Studi, podobnie jak mitologiczny Charon, pobiera opłatę – w tym przypadku za skorzystanie ze źródła. Z kolei imię Madam Luise Fair, kojarzy się z Lucyferem. Hmm... Czyżby nienawiść i chęć zemsty, zamiast przynieść ulgę i zagojenie starych ran, pchała bohaterów wprost do piekła?
     
   Mocną stroną filmu są też dialogi. Minimalistyczne, ale zawierające garść symboliki. Np. ojciec Charlotte mówi: „Tutaj człowiek bez konia to trup” - w dalszej części filmu kwestia posiadania konia odegra symboliczną rolę. Czy np. kwestia Charona: „Zapłać za wodę życia albo zapłacisz za nią życiem”.
         W tym westernie zaskoczył mnie Pierce Brosnan. O ile o Liamie Neesonie już w 2006r. miałem wyrobione zdanie, że to bardzo uniwersalny aktor, umiejętnie wcielający się w role zarówno ludzi światłych (np. Oscar Schindler z Listy Schindlera Spielberga) jak i nieokrzesańców (np. Charles Churchill z Buntu na Bounty Rogera Donaldsona), o tyle Brosnan kojarzył mi się do tamtego czasu z rolami cynicznych dżentelmenów w stylu Remingtona Stelle'a albo Jamesa Bonda. Tutaj zagrał rewelacyjnie, a jego postać: Gideon – nieco zdziczały kapitan wojsk Unii – wskoczył do grona moich ulubionych filmowych postaci. Oczywiście Neeson dotrzymywał mu kroku.

         Lubię takie filmy. Ni stąd ni zowąd pojawiające się na ekranie. Zrobione przez mało znanego reżysera, który wymyślił sobie westernowy debiut, dając ostro w kość bohaterom od początku aż do ostatniej sceny. Do tego przy okazji nawiązując do istotnych w historii USA wydarzeń takich jak wojna domowa, wędrówka do ziemi obiecanej czy budowa kolei. Ze świetną scenografią, pełnym zwrotów akcji scenariuszem i wyborną grą aktorów. To amerykański antywestern z krwi i kości, bijący na głowę wiele lepiej promowanych filmów z tamtego okresu. Gorąco polecam...



sobota, 17 czerwca 2017

Zmierzch Czerwonoskórych (The Red Man's View) - 1909r.

Dla fanów pierwszych lat kina nazwisko Davida Warka Griffitha pewnie jest dobrze znane. Ten pionier kinematografii, nazywany Szekspirem ekranu, znany jest przede wszystkim za sprawą najgłośniejszego swego dzieła pt. Narodziny narodu z 1915r. Film uważany za pierwsze epickie dzieło Hollywoodu budzi tyleż zachwytu, co kontrowersji z uwagi na wizerunek Afroamerykanów. Czy jednak Griffith był rzeczywiście rasistą? Czy może bardziej ofiarą dychotomii, mającą trudność w ukazywaniu społecznych i rasowych odcieni szarości? Wychowany w Kentucky, w konfederackiej rodzinie i w duchu wojskowych opowieści o starym dobrym południu, przesiąkł tym klimatem, secesyjny punkt widzenia uważał za właściwy i mimochodem przelewał go na ekran. Gdy Narodziny narodu zyskały łatkę filmu rasistowskiego, Griffith podjął próbę rehabilitacji kolejnym epickim dziełem pt. Nietolerancja z 1916r. Ale moim zdaniem intencje tego reżysera lepiej i bardziej obiektywnie można ocenić w jego wcześniejszym filmie: w westernie pt. The Red Man's View z 1909r. Ponieważ nie ma polskiego tłumaczenia, z uwagi na wagę tego filmu i konotacje z nakręconą ponad pól wieku później Jesienią Czejenów Johna Forda, nadaje mu własny polski tytuł: Zmierzch Czerwonoskórych, choć w dosłownym tłumaczeniu tytuł oznacza mniej więcej „Indiański punkt widzenia”, ale to brzmi słabo.
         Zmierzch Czerwonoskórych to melancholijna, smutna opowieść o bezradności rdzennych mieszkańców Ameryki w obliczu inwazji białych osadników. Co ciekawe, Griffith w filmie przedstawił Indian jako ludzi tak bardzo przytłoczonych niezrozumiałymi dla nich roszczeniami Białych, że nie są oni w stanie podjąć jakiejkolwiek walki czy dyskusji. Szczep opuszcza rodzinną osadę i rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu nowego miejsca na Ziemi. Wędrówkę z jednej strony trudną dla starych i schorowanych członków plemienia, a z drugiej strony skazaną na porażkę z uwagi na panoszące się wszędzie bandy nowych „właścicieli” amerykańskiej ziemi.
         Jest to dzieło dosyć krótkie, więc o samej fabule nie ma co dłużej rozprawiać, warto jednak dodać, że nie brakuje w nim ciekawostek. Na przykład w filmach o wojnie jak Pianista Polańskiego, Miasto 44 Komasy czy innych opisujących okupację w Polsce, często pojawia się postać dobrego Niemca, dzięki któremu głównemu bohaterowi (lub bohaterom) ostatecznie udaje się przeżyć. Ten motyw już sto lat wcześniej pojawił się u Griffitha w postaci dobrego Białego, dzięki któremu dwójka młodych Indian, rozdzielonych na początku wędrówki, ostatecznie znów może być razem.
         Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wrażenie. Ostatnio sprawa Indian poruszyła mnie tak mocno chyba podczas seansu Tańczącego z Wilkami Kevina Costnera. Z drugiej strony reżyser przyzwyczaił mnie do szokujących, dramatycznych ujęć – wystarczy wspomnieć sceny związane z militarnym upadkiem Południa w Narodzinach Narodu. Warto też podkreślić, że o ile nastawioną na rehabilitację sprawy indiańskiej Jesień Czejenów Johna Forda trudno nazwać remakiem Zmierzchu Czerwonoskórych, to jednak podejmuje ona ten sam problem i zawiera mnóstwo podobieństw fabularnych (pokazywanie chorych i głodujących Indian; motyw wędrówki itp.). Ford nakręcił swój film z rozmachem, w kolorze i dźwięku, ale jeśli mam być szczery, to talent fabularny Griffitha oraz umiejętność wyłuskania dramaturgii i dosadnego przekazu z kilkunastu minut marszu, tańca i „rozmów” naprawdę jest godna podziwu. Nie znałem wcześniej tego filmu, ale teraz wiem, że już w pierwszych latach dwudziestego wieku powstał western nakręcony przez białych, który śmiało można nazwać indańskim antywesternem.
         Największym mankamentem Zmierzchu Czerwonoskórych jest fakt, że wszystkie istotne fabularnie indiańskie postaci grane są przez białych aktorów, pomalowanych i ubranych w tradycyjne stroje Indian. To z jednej strony można odbierać jako charakterystyczną dla Griffitha stereotypowość w ukazywaniu filmowanych ras (ten zarzut pojawił się w stosunku do Afroamerykanów, granych przez pomalowanych białych aktorów w Narodzinach narodu), ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę realia początków kinematografii i sytuację polityczną, takie były wtedy standardy i niewiele przecież zmieniło się w ciągu kolejnych kilku dekad.

         Tak więc gorąco polecam każdemu obejrzenie tego czternastominutowego, niemego dzieła, bo jest o czym rozmyślać, szczególnie, gdy ktoś interesuje się filmami o Indianach. No cóż, notka krótka, ale co tu więcej pisać? Najlepiej obejrzeć samemu, więc poniżej wklejam linka do Youtube, gdzie można zobaczyć The Red Man's View:




piątek, 9 czerwca 2017

Wyjęty Spod Prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) - 1976r.

Niedawno Clint Eastwood obchodził urodziny, więc pomyślałem, że to dobry moment na lifting którejś z notek o filmach z jego udziałem. Mi osobiście pan Clint jako reżyser zaimponował jeszcze bardziej niż jako aktor, bo o ile sposób w jaki grał był z reguły podobny, o tyle każdy wyreżyserowany przez niego western jest zupełnie inny i to jest piękne. W każdym z tych filmów jest mnóstwo świetnej polemiki zarówno z klasykami, z rewizjonistami, ze spaghetti jak i z samym sobą. Ostatecznie padło na drugi western w jego reżyserskiej karierze, gdzie tej polemiki jest chyba najwięcej.
Wyjęty spod prawa Josey Wales (The outlaw Josey Wales) ujrzał światło dzienne w 1976r i okazał się sporym sukcesem. Sam reżyser wielokrotnie mówił o nim w wywiadach: „to jeden z najlepszych filmów w moim dorobku reżyserskim”. Sukcesu tej produkcji można upatrywać w wielu czynnikach, a przede wszystkim w niebanalnej fabule, mającej swój pierwowzór w niskonakładowej książce The rebel outlaw: Josey Wales, którą na filmowy scenariusz zamienił Philip Kaufman znany z późniejszego scenariusza do Indiany Jonesa - Poszukiwacze zaginionej arki Stevena Spielberga. Dodatkowo nominacja do Oscara za najlepszą muzykę oryginalną dla Jerry Fieldinga oraz przychylność krytyki, bo jest to ponoć ten z hollywoodzkich filmów, o którym powstało najmniej chłodnych a najwięcej ciepłych recenzji.
                 Wyjęty spod prawa Josey Wales to satyra westernu. Najbardziej przerysowany spośród eastwoodowskich obrazów o dzikim zachodzie. Jest przewrotny, ale to nie oznacza, że nie ma w nim westernowej i filmowej esencji. Wręcz przeciwnie – bogate doświadczenie Eastwood spiął tu w jedną całość, zrobioną z rozmachem na wzór epickich filmów Johna Forda, Raoula Walsha, Howarda Hawksa czy Henry Hathawaya, opowiadających przejmujące i ciekawe historie o ludziach tułających się w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. Z kolei scenerią dla tej wędrówki, podobnie jak w Dobrym, Złym i Brzydkim Sergio Leone i Majorze Dundee Sama Peckinpaha, jest chaos wywołany dopiero co zakończoną Wojną Secesyjną. Poniżej postaram się wypunktować najważniejsze cechy eastwoodowskiego buntu:
Głównym protagonistą jest Josey Wales (wyborny Clint Eastwood) – farmer z Missouri, któremu żołnierze Unii zamordowali rodzinę i spalili dom. Po tym wydarzeniu dołączył do bandy Bushwhackersów, czyli partyzantów pod wodzą Krwawego Billa Andersona (postać historyczna grana przez Johna Russella), a celem jego życia stało się zabijanie znienawidzonych Unionistów. Po kapitulacji Południa Josey Wales jako jedyny rebeliant nie składa broni. Staje się wyjętym spod prawa bandytą, którego ściga oddział Niebieskich Koszul. I to właśnie żołnierze Unii przedstawieni są w świetle negatywnym. Począwszy od zwykłych szeregowców, aż po Terrilla (Bil McKinney) – dowódcę oddziału, który zabił rodzinę Joseya. W klasycznych westernach niebieski kolor munduru był zwykle atrybutem protagonisty. Oczywiście zdarzało się, że pozytywnymi bohaterami robiono konfederatów jak np. Eathan Edwards w Poszukiwaczach Forda czy Travis Tyree w Rio Grande tego samego reżysera, ale to były raczej narzędzia służące pewnym fabularnym zabiegom.

Warto tutaj dodać, że film podejmuje piekielnie ciekawą tematykę wojny partyzanckiej na pograniczu stanów Kansas i Missouri, gdzie mieszanie się sympatii Południa i Północy było najmocniejsze na terenie całych USA, a walka o wpływy najbardziej zdradziecka i wymyślna. Świetnym przykładem jest przewoźnik na promie, który aby przeżyć nauczył się dwulicowości. Śpiewa Josey’owi Dixie, ale gdy nadjeżdżają żołnierze Unii od razu zmienia nutę na The Battle Hymn of the Republic. Umiejętność wynajdywania takich dosadnych szczegółów poszerza horyzont wiedzy o działaniach wojennych poza znanymi z epickich obrazów bitwami na terenie Wirginii czy Pensylwanii.
Mamy tu nawiązanie do samotnego jeźdźca z Trylogii Dolara. Nie pierwsze, bo Eastwood poruszał ten wątek już w Mścicielu i nie ostatnie, bo poruszy go jeszcze w Niesamowitym Jeźdźcu (choć tam bardziej jako polemika z Shane’em Georgea Stevensa). Pewien krytyk filmowy napisał kiedyś, że Wyjęty spod prawa Josey Wales to biografia Bezimiennego z filmów Leone. Dzięki temu wiemy kim on był wcześniej i co robił. Z tym że akurat tutaj samotny „bezimienny” jeździec ma imię i nie jest do końca taki samotny. Nawet lepiej – przyciąga jak magnes podobnych do siebie wyrzutków społecznych. Dla mnie jest on po prostu karykaturą leonowskiego jeźdźca. Owszem, jest twardzielem, jest zabijaką, ale w wielu scenach potrafi śmieszyć lub nawet wzruszać. Jak choćby w momentach opluwania trupów i zwierząt. Albo w scenie, gdy w nocy ma zamiar przespać się z Indianką Mały Księżyc (Geraldine Keams), niestety uprzedza go staruszek Samotny Wattie (rewelacyjny Chief Dan George).

Przerysowanych postaci i motywów jest tu mnóstwo. Samotny Wattie jest „cywilizowanym” Indianinem, który zdradził tradycje przodków i ubiera się teraz na modłę białych ludzi. Przekornie chodzi fe fraku, bo odziano w nie jego plemię na spotkanie z prezydentem. W jednej scenie Samotny Wattie – jak to w indiańskim zwyczaju bywało - skrada się, by zaskoczyć Joseya, ale ten bez trudu go przechytrza i przykłada pistolet do skroni. Z kolei  Babcia Sarah (niezła Paula Trueman), purystka obyczajowo-rasowa, nie ma dobrego zdania o mieszkańcach obu zwaśnionych stanów – zarówno tych z Missouri jak i tych z Kansas uważa za gburów i prostaków. Na mieszkańców Teksasu, do którego zmierzają, też patrzy nieprzychylnie, uważając ich za niewychowanych. Nie przeszkadza jej to jednak zakumplować się z wyjętym spod prawa rewolwerowcem i dwójką Indian. No właśnie – wracając do Indian, a konkretnie do indiańskich kobiet – zwykle przedstawiano je jako dumne, skromne i małomówne (vide Cyraneczka z Bezkresnego Nieba Howarda Hawksa). U Eastwooda Indianka Mały Księżyc ciągle gada i jest nimfomanką. W opustoszałym teksańskim miasteczku, gdzie docierają bohaterowie, największym utrapieniem jest nie głód czy strach a brak piwa i whisky. Rety, rety – w tym filmie niemal każda scena to krzywe zwierciadło…

Film koresponduje z wielkimi dziełami klasycznymi opowiadającymi o wojnie i o wędrówce. Rzuca się w oczy szczególnie wątek wędrówki do ziemi obiecanej, jako jeden z kluczowych w historii gatunku. Jest to jednak wędrówka inna niż klasyczne. Zamiast szablonowych purytańskich rodzin osadniczych nękanych przez zbirów i Indian jak choćby w Karawanie Cruze’a, Drodze olbrzymów Walsha czy Jak zdobyto dziki zachód Hathewaya i spółki, mamy tu bandytę w towarzystwie Indian, ksenofobicznej staruszki i nierozgarniętej młodej dziewczyny (Sondra Locke) – nękanych przez Niebieskie Koszule. Tym samym płynnie przechodzimy do drugiego ważnego wątku czyli wojny. Konflikt stanowi tło, ale i pretekst do dyskusji. Tutaj dostaje się nie tylko klasycznej Trylogii Kawaleryjskiej Johna Forda, ale nawet Samowi Peckinpahowi za Majora Dundee, w którym polemika sprowadzała się zaledwie do ocieplenia wizerunku Secesjonistów. Eastwood łamie wszelkie ówczesne konwencje i posuwa się dużo dalej, robiąc protagonistą seryjnego mordercę Jankesów.
Można wymieniać jeszcze długo, ale muszę sobie zostawić trochę na kiedy indziej, więc pora kończyć… A no właśnie, w omawianym filmie nie ma klasycznej sceny kulminacyjnej z rewolwerowym pojedynkiem jak to bywało u klasyków, no i co stanowiło „niemal połowę długości filmu” w spaghetti westernach.  Są za to dwie nieklasyczne sceny kulminacyjne, każda o zupełnie innym znaczeniu. Ale żeby nie psuć nikomu zabawy z oglądania, zostawiam analizę scen kulminacyjnych wam jako zadanie domowe ;).

Jeśli jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto nie przekonał się do filmów Eastwooda, a nie oglądał Wyjętego spod prawa Josey Walesa, powinien to jak najszybciej nadrobić. Jeżeli po tym westernie nie doceni kunsztu pana Clinta, to chyba nie zrobi tego po żadnym innym jego dziele. Jest tu wszystko, czego westernowy smakosz mógłby zapragnąć, a niebanalna opowieść, dużo akcji i przewrotne poczucie humoru nie pozwalają się nudzić. Zakończę więc w tym miejscu w dwóch słowach: gorąco polecam.


sobota, 3 czerwca 2017

Przedsionek Piekła (Purgatory) - 1999r.

W ostatnich dekadach pojawiło się sporo filmów będących hybrydami westernu i fantastyki. Najbardziej naturalnym dla gatunku nurtem fantastyki jest Wird West czerpiący z wiktoriańskiego steampunku, co mogliśmy obserwować np. w filmach Powrót do przyszłości 3 Roberta Zemeckisa, Bardzo dziki zachód Barry Sonnenfelda czy Jonah Hex Jimmy Haywarda. Są też filmy skręcające klimatem w stronę sci-fi jak Kowboje i obcy Jona Favreau; mrocznego fantasy jak Dead in Tombston Roela Reine czy nawet horroru jak choćby Bone Tomahawk S. Craiga Zahlera. Ale są też westerny nie hybrydowe, w których elementy metafizyki stanowią ważny, symboliczny czynnik. Warto tutaj wymienić Niesamowitego jeźdźca Clinta Estwooda czy Krew za krew Davida von Anckena. Nie da się ukryć, że dziki zachód ma zarówno własną „mitologię” opartą na legendarnych bohaterach, jak i  magiczną nutę wywodzącą się z połączenia obrzędów indiańskich, przesądów białych osadników i rozmaitych interpretacji pisma świętego. I ten fantastyczny czynnik pełni ważną funkcję także w westernie Przedsionek Piekła (Purgatory) z 1999r. w reżyserii Uli Edela.
                Film jest o tyle ciekawy, że w oryginalny sposób odświeża historie o bohaterach zachodu takich jak Doc Holliday, Billy Kid, Jesse James czy Dziki Bill Hickok. Historie, umówmy się, mocno wyeksploatowane na przestrzeni ostatnich stu lat kinematografii. To trudne zadanie udało się Uli Edelowi właśnie dzięki wprowadzeniu wątku fantastycznego, o którym jednak nie powiem zbyt wiele, żeby osobom nie znającym jeszcze tego filmu nie psuć zabawy.
                Głównym bohaterem jest młody kowboj Sonny (Brad Rowe) – miłośnik tanich powieści o legendarnych bohaterach zachodu. Pewnego dnia wraz z bandą rewolwerowców napada na bank, jednak niespodziewane pojawienie się oddziału kawalerii sprawia, że plany bandytów biorą w łeb. Wywiązuje się seria strzelanin i pościg, podczas którego uciekinierzy gubią się w burzy piaskowej. Trafiają do dziwnego miasteczka o nazwie Przystań, gdzie szeryf (bardzo dobry Sam Shepard) i mieszkańcy udzielają im schronienia i pomocy. Kowboje ze zdziwieniem i zadowoleniem przyjmują do wiadomości fakt, że miejscowi nie noszą broni – nie są tym samym w stanie im realnie zagrozić. W międzyczasie Sonny dostrzega dziwne podobieństwo niektórych mieszkańców do postaci z  rodzinnych stron i dawnych czasów. Gdy coraz śmielsze i bardziej agresywne zachowanie przyjezdnych doprowadza do serii niewyjaśnionych zdarzeń, młody bohater musi wybierać, po czyjej stronie stanąć w nieuchronnym konflikcie.

                Mocną stroną filmu jest ciekawa i trzymająca w napięciu fabuła, w której dominuje atmosfera niedopowiedzenia. Od początku towarzyszy przeczucie, że w przedstawionym uniwersum coś nie gra, o czym ostatecznie przekonujemy się poprzez szereg dziwnych zdarzeń, a zarazem zwrotów akcji. Bohaterowie mają podobne poczucie, ale większość z nich je bagatelizuje. Najbystrzejszym obserwatorem okazuje się niedoceniany i wykorzystywany przez innych żółtodziób, który dzięki dobremu wychowaniu i właściwym wyborom zdobywa serce pięknej Rose (Amelia Heinle), a ostatecznie otrzymuje szansę na odkupienie win.
                Kolejną mocną stroną filmu jest udany dobór aktorów. W roli szefa bandy Blackjacka Brittona świetnie sprawdził się Eric Roberts i on mi się tu chyba najbardziej podobał. Świetny był też wspomniany wyżej Sam Shepard grający szeryfa Forresta. Nieźle wypadli grający Sonnego Brad Rowe, ale i Donnie Wahlberg w roli  zastępcy szeryfa imieniem Glen, a także Peter Stormare wcielający się w prawą rękę herszta bandy – Cavina Guthire. Dobór reszty obsady też nie budził u mnie żadnych wątpliwości, choć należy podkreślić, że pośród kadry zabrakło charyzmatycznych aktorów o szerzej rozpoznawalnych nazwiskach, co mogłoby mieć korzystny wpływ na promocję filmu i zwiększenie jego popularności.

A tak, całkiem oryginalny i nienagannie nakręcony western w swoich czasach nie przedarł się do świadomości kinomaniaków i zaginął pośród ciekawszych i lepiej promowanych propozycji filmowych. No, w każdym razie ja go zupełnie przegapiłem. Najwyższy czas tę zaległość nadrobić i sięgnąć po Przedsionek piekła. Szczególnie, że kilka lat temu udało mi się go kupić, gdy znalazł się jako nr 15 w Wielkiej Kolekcji Westernów wydanej na DVD wraz z małą książką. I pewnie stałby zapakowany w folię na półce kolejnych kilka lat, gdyby nie fakt, że jeden z obserwatorów bloga przypadkowo zapytał o scenę z tego filmu, której zupełnie nie kojarzyłem. Na szczęście inny fan westernów podpowiedział, że to właśnie z Purgatory. I teraz z dedykacją dla nich obu – polecam.


sobota, 27 maja 2017

Ostatni Pociąg z Gun Hill (Last Train from Gun Hill) - 1959r.

Częstym motywem w westernach jest niecierpliwe oczekiwanie na pociąg. Niekiedy przyjazd żelaznego konia zwiastuje kłopoty dla czekającego jak na przykład w W samo południe Freda Zinnemanna; innym razem zwiastuje kłopoty dla przyjezdnego jak w Pewnego razu na dzikim zachodzie Sergio Leone (choć tu mamy do czynienia zaledwie z epizodem). Może być też przypadek, gdy przyjazd pociągu jest jak najbardziej pożądany i niecierpliwie oczekiwany. Wokół tego przypadku powstały pod koniec lat 50'tych dwa świetne westerny: 15:10 do Yumy Delmara Davesa i Ostatni pociąg z Gun Hill Johna Sturgesa. Oba są świetne i bardzo popularne, a mój osobisty wybór to film Sturgesa.
            Ostatni pociąg z Gun Hill (Last train from Gun Hill) powstał w 1959r, a jego reżyserem jest John Sturges, autor wielu świetnych westernów, jak choćby wcześniejszego Pojedynek w O.K. Corral z 1957r. i późniejszego Siedmiu wspaniałych z 1960r. Dziś zestawiam film Pana Johna ze zrobionym dwa lata wcześniej 15:10 do Yumy, ponieważ myślę, że Ostatni pociąg z Gun Hill to niejako odpowiedź na film Davesa i próba wykorzystania potencjału drzemiącego w motywie oczekiwania na pociąg. Film Sturgesa wydaje mi się jeszcze bardziej realistyczny, dynamiczny i trzymający w napięciu. To istny thriller z genialnym pojedynkiem dwóch wybitnych postaci, a zarazem aktorów. Przewagę Ostatniego pociągu nad Yumą poprę dużo ciekawszym scenariuszem, napisanym na podstawie opowiadania Lesa Chrutchfielda. Dodam też, iż dobrze się stało, że oba te filmy powstały, bo my – fani westernów – mamy w czym wybierać i o czym dyskutować.
            Film opowiada losy szeryfa Matta Morgana (świetny Kirk Douglas), któremu dwaj młodzi kowboje gwałcą i mordują żonę. Szeryf, w poszukiwaniu zemsty i obowiązku wobec prawa, postanawia doprowadzić morderców przed sąd. Śledztwo opiera na dwóch dowodach. Pierwszy to zeznanie synka Peteya, który widział jak matka zraniła w twarz jednego z oprawców. Drugi to zdobione siodło z inicjałami C. B. - zostawione wraz z koniem przez bandytów. Morgan rozpoznaje inicjały należące do jego przyjaciela sprzed lat, a zarazem człowieka, który uratował mu niegdyś życie – Craiga Beldena (Wyśmienity Anthony Quinn). Belden jest właścicielem wielkiego rancza nieopodal miasteczka Gun Hill – tam też udaje się szeryf Morgan...
            Myślę, że nie przesadzę jeśli konfrontację Anthony Quinna i Kirka Douglasa w Ostatnim pociągu z Gun Hill nazwę jedną z najciekawszych w historii westernu. Jest to o tyle wydatne zdarzenie, że granych przez nich panów łączy przyjaźń z młodości i szacunek do siebie nawzajem. Obaj stają też przed najważniejszym wyborem w życiu. Wyborem niczym z tragedii antycznej, gdzie nad bohaterami od początku ciąży fatum. Każdy ruch, każda kolejna decyzja prowadzą ich do nieuchronnego nieszczęścia.

            Postać Craiga Beldena to połączenie świetnie rozpisanej roli tragicznej ze niezapomnianą grą Anthony Quinna. Jego bohater nie jest zły – po prostu musi być bezwzględny w świecie, gdzie rządzi przemoc i bezprawie. Belden to postać negatywna, bo takiego dokonuje wyboru, ale z drugiej strony na każdym kroku emanuje ludzkimi cechami: zakłopotaniem, gniewem, strachem, miłością, troskliwością. Zdaje się być przeciwieństwem opanowanego, rzadko okazującego uczucia Morgana, który przedstawiony jest jako mściciel-profesjonalista. Beldenowi dziewięć lat wcześniej umarła żona i jako rozgoryczony wdowiec nie potrafił właściwie wychować syna. Dobrze wie, że teraz aby go ochronić będzie musiał zabić Morgana – inaczej sam zginie.

            Z kolei Matt Morgan to podręcznikowy przykład westernowego szeryfa. Szlachetny, praworządny, kochający bliskich i szanujący przyjaciół. Jest tak opanowany, że potrafi pokonać ból po stracie żony i zadowolić się zemstą w postaci doprowadzenia sprawców przed sąd. I tylko geniuszowi aktorskiemu Kirka Douglasa zawdzięczamy fakt, iż Morgan jest o wiele barwniejszy i bardziej niejednoznaczny niż wynikałoby to z szablonu, o którym napisałem wyżej. Dzięki świetnej grze bohater ten nabiera równie przejmujących cech co Craig Belden. Zaczyna mieć wątpliwości. W końcu on też staje przed najtrudniejszym w życiu wyborem: ma doprowadzić na stryczek jedynego syna swego przyjaciela. I to przyjaciela, który niegdyś uratował mu życie. Przyznam się, że ilekroć oglądam Ostatni pociąg, tylekroć mam wątpliwości, któremu z głównych bohaterów sekundować – z którym się utożsamiać.
           Film urzeka rozmachem i pięknymi zdjęciami Charlesa Langa realizowanymi w Arizonie. Są takie sceny, w których akcja przenosi się na ranczo Beldena. W momentach przyjazdu i odjazdu Matta albo pracujących tam kowbojów w tle widzimy piękne pasmo górskie, a wszystko wokół jest jak ekspresyjny pejzaż malowany pędzlem genialnego malarza. Warto też wspomnieć scenę z podpaleniem hotelu, gdzie Morgan przetrzymywał Ricka i z którego wychodzi, trzymając go na muszce. Gdy idą w stronę powozu, a potem jadą na stację, w tle widzimy trawiony wielkim ogniem hotel. Czegoś takiego nie dałoby się zdublować – to po prostu trzeba było zagrać i sfilmować jak należy za pierwszym razem. Świetna jest też scena kulminacyjna z rewolwerowym pojedynkiem, którego wyniku nie zdradzę, żeby nikomu nie odbierać frajdy. Do kompletu należy dodać niezłą grę postaci drugoplanowych, jak choćby Carolyn Jones grającą Lindę – kobietę rozdartą między miłością a nienawiścią do Craiga. Albo Earla Hollimana grającego nierozgarniętego i rozpieszczonego Ricka. Bardzo fajnie wypada Brad Dexter grający prawą rękę Beldena – niejakiego Beero. Muzykę napisał Dimitri Tiomkin i jak to u niego bywa, gdzieś na drugim planie koresponduje ze swoimi wcześniejszymi kompozycjami, tworząc klimat z jednej strony unikatowy, a z drugiej strony rozpoznawalny dla ucha.

            Podsumowując, to jeden z najlepszych westernów Sturgesa, ale i jeden z najmocniejszych punktów lat 50'tych – czyli epoki westernów psychologicznych. Zapożycza tematykę i niektóre sceny z 15:10 do Yumy, ale robi to tak doskonale i subtelnie, że nie sposób mówić tu o kopi tylko o polemice na najwyższym poziomie. Chwała wytwórni Paramount, że podjęła się realizacji tego tematu i że zleciła robotę Johnowi Sturgesowi – królowi westernowej akcji. Gorąco Polecam.


sobota, 20 maja 2017

Ujarzmij go, Kowboju (Ride him, Cowboy) - 1932r.

Najlepsze kreacje Johna Wayne’a przypadają na trzy dekady między latami czterdziestymi a sześćdziesiątymi. Pamiętamy go z wielkich westernów Johna Forda, Henry Hathawaya czy Howarda Hawksa. Ale Pan John popularny stał się już w latach trzydziestych, gdzie na początku dekady zabłysnął pierwszą dużą rolą w 1930r. w filmie pt. Droga olbrzymów. O kolejne duże role nie było już tak łatwo, bo gatunek przeżywał kryzys, ale pod koniec dekady w 1939r. wrócił do ekstraklasy westernowej postacią Ringo Kida w Dyliżansie.
Bynajmniej w międzyczasie tych dwóch przełomowych punktów kariery John Wayne się nie obijał. Zainteresowanie jego osobą rosło, choć przyszło mu występować głownie w serialach i westernach klasy B. Co ciekawe, były to czasy i produkcje filmowe, gdzie aktor musiał dbać o dobre stosunki zawodowe nie tylko z kolegami z planu, ale też ze zwierzętami – czytaj z końmi. W latach trzydziestych Wayne współpracował z kilkoma zawodowymi westernowymi końmi i wierzcie mi – oglądając film Ujarzmij go, kowboju (Ride him, cowboy) z 1932r. w reżyserii Freda Allena, zastanawiałem się, czy główną rolę gra tam Wayne czy jego błyskotliwy rumak Duke.
A propos imienia Duke – kiedyś myślałem, że Wayne dorobił się swego najbardziej znanego pseudonimu – czyli ksywki Duke – właśnie od imienia tego białego konia. Ale nie – okazało się, że zawdzięcza go rodzinnemu psu, który też miał na imię Duke.
Wracając do filmu. Dla mnie głównym bohaterem jest tu Duke-koń. To w końcu od niego zaczyna się cała historia: chcąc chronić ranczo właścicieli przed napadem, wplątuje się w zabójczą intrygę, po której zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Ale ponieważ akcja toczy się w miejscu, gdzie prawo dominuje nad bezprawiem, koń może liczyć na uczciwy proces. W tym samym czasie do miasta przyjeżdża młody wędrowny kowboj John Drury (świetny John Wayne). Przyjezdny, zaskoczony procesem narowistego rumaka, staje w jego obronie i zobowiązuje się ujeździć Duka, by dać mu drugą szansę. Sukces kowboja przypada do gustu młodej właścicielce konia – pannie Ruth Gaunt (Ruth Hall). Z kolei mieszkańcy miasteczka, przekonani o zaradności przybysza, powierzają mu trudną misję wytropienia legendarnego bandyty Jastrzębia, którego nikt nigdy jeszcze nie widział. Wraz z J. D. na wyprawę ruszają koń Duke oraz szanowany obywatel miasteczka Henry Sims (Frank Hagney).
Nie oszukujmy się, ten western mocno się zestarzał w ciągu osiemdziesięciu pięciu lat od premiery. Widać to szczególnie w scenach akcji (pościgi, bijatyki), które wydają się oderwane od rzeczywistości. Tym niemniej Ujarzmij go, kowboju rekompensuje te braki w inny sposób – przede wszystkim ciekawą fabułą i mnóstwem zabawnych scen, w których popisuje się Duke. Kiedyś czytałem artykuł o tym, jak trudno kręci się filmy z czynnym udziałem zwierząt w fabule i tym bardziej chylę czoła przed twórcami, bo na pewno nie było łatwo.
Oprócz samego Duka jest tu sporo ciekawostek. Jak choćby napisy początkowe, podczas których kadra filmowa przedstawiana jest, stojąc w rządku, gdy kamera na nich najeżdża (łącznie z Duke’em). Ciekawostką jest też np. to, że trójka głównych bohaterów (w tym koń) ma tak samo na imię w rzeczywistości jak w filmie. Wydaje mi się, że pierwsze lata po wejściu kina udźwiękowionego – plany filmowe przeplatały fikcję z rzeczywistością, tworząc coś na kształt kameralno-teatralnych spektakli. Tyczyło się to przede wszystkich produkcji na mniejszą skalę – niezobowiązujących twórców do zachowania wymaganej powagi.

No cóż, Ujarzmij go, kowboju to kawałek historii kina i pozycja warta obejrzenia choćby z uwagi na Wayne’a i Duke’a. Trafiałem na dużo gorsze filmy produkowane dekady później, więc nie boję się użyć magicznego słowa „polecam” - oczywiście maniakom westernów ;).


sobota, 13 maja 2017

Wysokie Drzewa (The Big Trees) - 1952r.

Lubię westerny, których fabuła oparta jest o jakieś konkretne, ciekawe wydarzenie związane z historią dzikiego zachodu. Nie potrafię przejść obok takich ciekawostek obojętnie i zwykle w mniejszym lub większym stopniu riserczuję temat. W epoce klasycznej takich filmów powstało chyba najwięcej – to też chętnie wrzucam je na ruszt, by kompleksowo poznać i zrozumieć gatunek oraz jego ukorzenienie w historii USA. Co bym jednak nie robił i ile bym filmów nie obejrzał, zawsze znajdzie się jakiś kolejny, którego jeszcze nie widziałem, a który totalnie zaskoczy mnie tematyką i genezą. Nie inaczej było w przypadku filmu pt. Wysokie drzewa (The big trees) z 1952r. w reżyserii Felixa Feista, który podejmuje tematykę amerykańskiego „lex szyszko”.
        Zanim napiszę o samym filmie, chciałbym podzielić się pewną refleksją. Dochodzę do wniosku, że moda na remaki zaczęła się dużo wcześniej niż dotychczas przypuszczałem, bo coraz częściej na początku lat pięćdziesiątych lub nawet w latach czterdziestych trafiam na przeróbki starszych klasyków. Niedawno pisałem o filmie Słońce świeci jasno Johna Forda z 1953r., który okazał się remakiem filmu Sędzia Priest tego samego reżysera z 1934r. W przypadku Wysokich drzew też mamy do czynienia z remakiem. Pierwowzorem filmu była Dolina gigantów (Valley of the giants) z 1938r. w reżyserii Wiliama Keighleia. Tego filmu niestety nie widziałem i żałuję, bo miałbym lepsze porównanie. Tym niemniej udało mi się co nieco o nim poczytać i utwierdziłem się w przekonaniu, że temat kalifornijskich sekwoi nie został wyssany z palca, tylko faktycznie na przełomie wieków kwestia drzew stanowiła istotny problem. Na tyle duży, że Dolina gigantów z 1938r. okazała się remakiem (czy też nową adaptacją) jeszcze starszego dramatu z epoki kina niemego, z 1927r. pt. Valley of the giants, w reżyserii Charlesa Brabina. I uwaga, uwaga! Ostatni film jest z kolei remakiem jeszcze starszego filmu z 1919r. pt. The valley of the giants w reżyserii Jamesa Cruze’a. Wow, potrójny remake już na początku lat pięćdziesiątych. Mamy dwudziesty pierwszy wiek – czy to znaczy, że idąc rocznikami w przód, po drodze natknę się jeszcze na kilka kolejnych adaptacji tego tematu?
        No ale dosyć o korzeniach filmu – zajmijmy się korzeniami drzew. Głównym bohaterem jest Jim Fallon (bardzo przekonujący Kirk Douglas) – tartaczny baron z Wisconsin, znany z przekrętów i dążenia do zysku za wszelką cenę. Gdy w życie wchodzi senacki dekret o powrocie zalesionych terenów do skarbu państwa i odsprzedaży działek zainteresowanym kupcom, Jim zbiera ekipę drwali i wyjeżdża do kalifornijskiego Redwood celem nabycia praw do największych drzew świata – sekwoi. Na drodze do realizacji planu staje mu komuna kwakrów, których nie stać na wykupienie ziemi, a dla których wielkie drzewa stanowią świątynię i dom. Na domiar złego o pozyskanie wartościowych terenów ubiega się też grupa miejscowych przedsiębiorców.
        Film zrealizowano z przyzwoitym rozmachem, a aktorzy stanęli na wysokości zadania. Co do scenariusza, to nie ma tu jakiś wielkich fajerwerków, ale też nie oczekiwałem nie wiadomo czego. Historia jest poprowadzona zgrabnie. Klimat lawiruje między rozważaniami nad konfrontacją człowieka i natury, a widowiskowymi scenami akcji. Wysokie drzewa łączą elementy westernu, filmu przygodowego, dramatu i romansu – czyli cech charakterystycznych dla gatunku. Najważniejszą konkluzją tej historii jest sumienie głównego bohatera, który za sprawą uczucia, kontaktu z potęgą przyrody i wiary, a także w związku z udziałem w wyniszczającej wojnie o pieniądz, przechodzi metamorfozę. Pomagają mu w tym dobroduszny poszukiwać złota Yukon (bardzo dobry Edgar Buchanan), salonowa dziewczyna Daisy (Patrice Wymore) i młoda kwakierka Alicia Chadwick (Eve Miller). I jak to bywa podczas westernowych wojenek, nie wszystkim bohaterom udaje się dożyć końca filmu, ale niestety - takie koszty ponoszono, gdy nadciągająca ze wschodu cywilizacja z buciorami właziła w „złotonośne” tereny dzikiego zachodu.

        Nie będę się przy okazji tego filmu specjalnie rozpisywał i podejmował głębszej analizy poszczególnych elementów, bo i żadne to arcydzieło. Może kiedyś wrócę do tematu, gdy już uda mi się obejrzeć pierwowzory, o których pisałem w drugim akapicie. Podsumowując: ciekawy temat wycinki najwyższych drzew świata. Temat zdecydowanie inny niż w typowych filmach o dzikim zachodzie i całkiem nieźle ugryziony. Zrealizowany w przygodowo-westernowej konwencji, a do tego wszystkiego Kirk Douglas w roli głównej – czyli w dwóch słowach: warte obejrzenia.


sobota, 6 maja 2017

Tańczący z Wilkami (Dances with Wolves) - 1990r.

Jest pewien dziesięcioletni okres na przełomie lat 80'tych i 90'tych, kiedy western przeżywał renesans. Nakręcono wtedy wiele dobrych filmów, cechujących się świeżością i sporym budżetem, dobrym aktorstwem i reżyserią. Wśród pozycji z tamtego okresu są filmy akcji, jak choćby Młode Strzelby Christophera Caina czy Tombstone Georgea Cosmatosa, w niezobowiązujący sposób rewitalizujące legendy starego zachodu. Są też wśród nich antywesterny, wyraźnie polemizujące z klasyczną wizją gatunku, jak choćby Wyatt Earp Kevina Costnera i Lawrence'a Kasdana czy Niesamowity Jeździec i Bez Przebaczenia Clinta Eastwooda. Ale najważniejszym westernem tamtego okresu jest wg mnie Tańczący z Wilkami, którego nie boję się określić mianem arcydzieła.
        Tańczący z Wilkami (Dances with Wolves) powstał w 1990r., a jego reżyserem jest wspomniany już wcześniej Kevin Costner. Każdy pewnie zna na wylot ten obsypany wieloma nagrodami (m. in. siedem Oscarów) film, więc postaram się nie powielać powszechnych opinii a skoncentruję się na kilku najistotniejszych z mojego punktu widzenia przemyśleniach i spostrzeżeniach.
        Przewrotny jest fakt, że Costnera skazywano na porażkę, gdy własnym nakładem sił zabierał się za realizację scenariusza autorstwa Michaela Blake'a (na podstawie którego powstała też powieść o tym samym tytule). Ale nie było w tym złośliwości tylko analiza rynku. W latach osiemdziesiątych westerny postrzegano raczej jako ciekawostki i flashbacki minionego okresu. W oczach producentów był to gatunek, na którym, owszem, można było zarobić, ale i łatwo utopić pieniądze (wystarczy wspomnieć klęskę finansową filmu Wrota Niebios Michaela Cimino). Costner miał jednak odważny pomysł i solidną wizję jego realizacji, czym zainteresował grupę wpływowych ludzi, co ostatecznie pozwoliło mu zrealizować film. I myślę, że ani sam reżyser ani nikt inny nie spodziewał się, że Tańczący z Wilkami odniesie taki sukces, zarówno artystyczny jak i finansowy. Dlaczego tak się stało?
        Ten film ma w sobie wszystko, co uwielbiają widzowie. Ma coś z epickiego melodramatu; coś z filmu kostiumowo-historycznego; coś z filmu wojennego; coś z klasycznego westernu. Jest w nim poczucie humoru, jest wątek miłosny, jest też sporo walki i dramaturgii. Jest wyborna gra aktorów, są piękna muzyka (Oscar dla Johna Barry'ego) i dźwięk. Są bardzo dobre zdjęcia i świetny montaż. Samo to wystarczyłoby, żeby film odniósł sukces, ale w Tańczącym z Wilkami jest coś jeszcze - rzadko spotykana świeżość, przewrotność i antyamerykanizm, który od czasu do czasu działa jak katharsis na przyzwyczajoną do patetycznych obrazów publiczność.
        Po pierwsze, Costner oparł się na patencie, na którego użycie odważyło się ledwie kilku twórców (jakiś czas temu zrobił to James Cameron w Avatarze). Mianowicie pokazał swoich ziomków - naród Amerykański - jako bezwzględnych najeźdźców, głupich, tchórzliwych, niezrównoważonych, żadnych jedynie zysku, ziemi i śmierci. Skonfrontował ich ze szlachetnymi, odważnymi, obdarzonymi poczuciem humoru i szczerością Indianami z plemienia Siuksów. W sumie za wyjątkiem porucznika Johna Dunbara (rewelacyjny Kevin Costner) oraz kobiety o imieniu Uniesiona Pięść (bardzo dobra Mary McDonnell) każdy biały człowiek w filmie to postać negatywna i naszpikowana wadami. Nawet sam Dunbar początkowo jest taki. Zrezygnowany wojną i życiem oficer, nie potrafiący znaleźć miejsca na ziemi. Gdy podczas bitwy zostaje ranny w stopę i grozi mu amputacja, porywa się na własne życie i dwukrotnie przejeżdża naprzeciw stanowisk rebeliantów. Na szczęście nie dosięga go żadna konfederacka kula, a dzięki jego odwadze wojska Unii wygrywają bitwę. STOP! Spójrzmy na pole bitwy - żołnierze obu stron to tchórze, bojący się podjąć walkę; kryjący się za barykadami. Oficerowie to wariaci, a generałowie to odległe punkty gdzieś na horyzoncie, obserwujący z bezpiecznej odległości pole bitwy (u Indian nie ma lęku czy schizofrenii, a wszyscy walczą ramię w ramię). Następnie akcja przenosi się do Fortu Hays, gdzie Dunbar spotyka majora Fambrougha (świetny epizod Mury Chaykina) - kompletnego psychopatę - który po wysłaniu go z misją do Fortu Sedgwik, strzela sobie w łeb, wcześniej informując, że "właśnie się zlał w gacie i nikt na to nie może nic poradzić (wyborna kwestia). W drodze do Fortu Sedgwik towarzyszy Dunbarowi niejaki Timmons (Robert Pastorelli), który okazuje się niewychowanym prostakiem i tchórzem. Kolejnymi białymi są dopiero żołnierze oddziału przeznaczonego do oczyszczania okolicy z Indian. Zgraja agresywnych głupców pod wodzą krótkowzrocznych oficerów, którzy widząc indiański strój Dunbara, strzelają nawet nie pytając, kim jest. Podcierają sobie tyłki stronami z dziennika, gdzie w artystyczny sposób opisywał dzieje misji i kontakty z inną nacją. Zabijają także niemych przyjaciół Johna: konia Cisco i kojota Dwie Skarpety.
       
        Po drugie, sama postać porucznika Dunbara to postać człowieka, który jest w takim stanie psychicznym, że uratować może go tylko ucieczka od rzeczywistości. Ucieka na zachód, do Fortu Sedgwik, szukając czegoś ważnego, nowego, co nada sens bezwartościowemu życiu. Dunbar znajduje tam spokój; piękną, urzekającą naturę; dzielnych i mądrych Indian, którzy okazują się biegunowo inni niż się spodziewał. Znajduje wśród nich także miłość. Ale jest to tylko cząstka tego, czego szukał. Odnajduje tam też samego sobie i okazuje się, że to nie porucznik John Dunbar tylko Tańczący z Wilkami jest jego prawdziwym imieniem. To właśnie taki jego awatar z pogranicza...
        Od czasów pierwszych westernów tworzonych przez Indian (filmy Jamesa Young Deera i Princes Red Wing) musiało minąć osiemdziesiąt lat żeby biały reżyser ugryzł ich sprawę w sposób, na jaki czekali. Ponoć współcześnie żyjący Siuksowie nadali Kevinowi Costnerowi tytuł honorowego członka ich plemienia. Duża w tym też zasługa świetnych ról, które w Tańczącym z Wilkami zagrali prawdziwi Indianie. Warto tu wymienić postać Kopiącego Ptaka, granego przez nominowanego do Oscara Grahama Greena, czy walecznego Paunisa, w którego wcielił się charakterystyczny Wes Studi.
        Powiadają, że wybitnemu aktorowi trudno stać się wybitnym reżyserem (podobnie jak wybitny piłkarz rzadko staje się wybitnym trenerem). Coś w tym jest, bo w końcu aby dobrze realizować się jako aktor, trzeba spędzać większość czasu na planie, odgrywając rolę, a nie obserwując pracę kamery i reżysera. I choć Costner wybitnym reżyserem może nie jest, to jednak niewielu twórcom udało się stworzyć tak wielki obraz jakim niewątpliwie jest Tańczący z Wilkami. Po tym tekście chyba nie muszę dodatkowo nikogo zachęcać do sięgnięcia po ten film, bo to wyśmienity sposób na spędzenie trzech godzin. Gorąco polecam.


czwartek, 4 maja 2017

Rewolwerowcy (Gunfighters) - 1947r.

Jeśli można powiedzieć, że istnieje oddzielna kategoria filmów – tak zwane „westerny z Randolphem Scottem”, to Rewolwerowcy (Gunfighters) zdecydowanie się do nich zalicza. I to wcale nie oznacza nic strasznego – wręcz przeciwnie. Tytułowy film wyreżyserował George Waggner w 1947r. i jestem niemal pewien, że scenariusz oparto na starszym, dużo słabszym klasyku - prawdopodobnie z lat 30'tych, który kiedyś oglądałem, ale nie pamiętam co to był za film i nigdzie nie mogę go znaleźć. Być może pląta mi się po myślach inna, czarno-biała wersja tego samego westernu. A może coś mi się przyśniło, a pan Randolph po prostu ewoluuje w moich oczach, bo prawdę mówiąc, z każdym kolejnym obejrzanym filmem, w którym grał, coraz bardziej ten aktor mi imponuje.
        Głównym bohaterem jest rewolwerowiec, Brazos Kane. Jego sława staje się tak duża, że pewnego dnia najlepszy przyjaciel wyzywa go na pojedynek. Po tym incydencie Kane podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę. Zdejmuje pas z rewolwerami i wiesza go na kołku, a potem wyjeżdża. Dociera do miasteczka w Arizonie, gdzie staje się świadkiem morderstwa popełnionego na znajomym ranczerze. Gdy informuje o zajściu miejscowych, ci biorą go za zabójcę i niemal linczują. Kane postanawia odszukać winnych na własną rękę. Pomaga mu w tym stary ranczer Inskip (Charley Grapewin), młodzieniec o imieniu Johnny (John Miles) i córka lokalnego hodowcy bydła Jane (Dorothy Hart).
        Ot, można by powiedzieć, że to fabuła jakich wiele. Rewolwerowiec przyjeżdża do nowego miejsca, gdzie wplątuje się w konflikt interesów i staje po stronie słabszych. Przy okazji zakochuje się w pięknej dziewczynie i uczy młokosa jak radzić sobie z bronią. Niby standard, ale nie do końca. Jest w tym filmie coś jeszcze, co sprawia, że dobrze się go ogląda, dobrze się o nim rozmyśla i dobrze się o nim pisze. Wątek kryminalno-psychologiczny – poprowadzony powoli i umiejętnie przez reżysera. Uwikłanych jest w niego wiele osób i Brazos Kane, domyślając się kto jest mordercą, musi działać subtelnie. Utrudniają mu to: decyzja o odstawieniu w kąt broni palnej; fakt, że zaufana dziewczyna ma siostrę bliźniaczkę; oraz hermetyczne małomiasteczkowe środowisko, w którym jako rewolwerowiec i rzekomy zabójca - jest persona non grata.
        Film mimochodem reprezentuje pewien nurt wdzierający się do gatunku właśnie w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Westerny powstawały wtedy jak grzyby po deszczu, ale producenci, reżyserzy i scenarzyści coraz śmielej łączyli gatunki – dodawali elementy kryminału, filmu noir, dramatu. Wikłali swoich bohaterów w coraz bardziej skomplikowane intrygi i tworzyli postaci niejednoznaczne.
         Czy spojrzymy w przód na Strzały o Zmierzchu, czy w tył na Western Union, Randolph Scott na przestrzeni całej swojej kariery grywał role nie do końca praworządnych bohaterów, nawróconych lub z dwuznaczną przeszłością i był w tym dobry. Mam wrażenie, że w Gunfighters klasyczny motyw ex-rewolwerowca, który przybywa do miasteczka, gdzie broni słabszych, jest tylko pretekstem do pokazania czegoś bardziej złożonego. Kane to zabijaka, ale potrafi też być dobrym człowiekiem. No właśnie, tylko czy aby na pewno dobrym, czy może wyrachowanym i skutecznym? Czy jest naiwny, wierząc, że da się uwolnić od przeszłości i zapomnieć o tym, w czym jest się najlepszym? Czy jest egoistą – gdy odjeżdża, nie wypełniwszy własnego postanowienia? Czy może to wszystko jest jego sposobem na życie? Znamienny jest cytat z początku filmu:

        „Kiedy twój najlepszy przyjaciel wyzywa cię na pojedynek, to znaczy, że już czas by odstawić broń. Ale tak właśnie było w Panhandle, w Wichita, w Dodge... żyć lub umrzeć – w zależności od tego, kto prędzej wyciągnie rewolwer...”

        Końcówka filmu, w której Brazos odjeżdża w siną dal w towarzystwie Jane pozostawia jego przyszłość w domysłach widza. Wiemy, że co jakiś czas jest zmuszony zmienić swoje miejsce na ziemi, podróżując ze wschodu na zachód. Był już w Texasie (Panhandle), próbował w Kansas (Wichita i Dodge), teraz nie wyszło w Arizonie. Czy w końcu znalazł miłość i uda mu się ustatkować, tym razem gdzieś w Kalifornii? Czy może historia zatoczy koło i nawiąże do powyższego cytatu?
        Dla mnie Brazos Kane to bardzo ciekawa postać, a sam film Rewolwerowcy to kolejny mały krok w ewolucji westernu, który to gatunek w następnej dekadzie bez reszty zapomni o ogniskowej atmosferze, podziale na czarne i białe czy piosenkach śpiewanych przez głównych bohaterów, i spłodzi całe mnóstwo arcydzieł, poprzeplatanych przez mniej wyraziste i często wytykane palcem „westerny z Randolphem Scottem”.

         Haters gona hate, ale ja ten film maniakom westernów polecam.



niedziela, 30 kwietnia 2017

Montana - 1950r.

Montana to western z 1950r. w reżyserii Ray'a Enright'a poruszający tematykę owczych wojen. Western z jednej strony nieco naiwny fabularnie, ale z drugiej strony bardzo oglądalny i przyjemny dla oka. Naiwny, bo opowiada o wojnie między hodowcami bydła w Montanie, choć klimat w przedstawionym uniwersum jest raczej sielankowy. Oglądalny, bo został nakręcony i zagrany bardzo solidnie; zawiera też wszystko, co w dobrym, klasycznym filmie o dzikim zachodzie być powinno: konflikt interesów, podstęp, romans, pojedynki, spędy bydła, piękne plenery i wyraziste postaci.
         Co do samych owczych wojen, to rzeczywiście takie konflikty na dzikim zachodzie wybuchały i jest to na tyle istotny fragment historii, że nakręcono o tym kilka filmów. Tym niemniej najsłynniejsze wojny owcze toczono w Teksasie i Arizonie – czyli na południowym zachodzie. Ale też w Kolorado, Wyoming i właśnie w Montanie. Początki tych konfliktów sięgają połowy lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Hodowcy bydła, którzy kilka dekad wcześniej rozpoczęli spędy na zachód, dostarczając wołowinę rosnącej liczbie osadników, a także armii (walczącej choćby z Indianami czy w wojnach z Meksykiem), w tamtych czasach byli już wielkimi posiadaczami ziemskimi i w niektórych regionach niemal stanowili prawo. Tymczasem zapotrzebowanie na wołowinę ustabilizowało się a ceny poszły w dół. Odwrotnie było z baraniną, której ceny szybowały w górę – a owce, oprócz mięsa, dostarczały też drugi bardzo chodliwy produkt – wełnę. Zainteresowanie hodowlą rosło – pojawiało się coraz więcej pasterzy, wypasających owce na publicznych ziemiach na prawach „open range”. To nie spodobało się wielkim hodowcom, którzy oskarżali owce o zużywanie dużych ilości wody oraz o wyżeranie trawy wraz z korzeniami, co doprowadzało do degradacji pastwisk. W grę wchodziły też uprzedzenia rasowe i ksenofobia – wypasem owiec często zajmowali się Latynosi lub rdzenni mieszkańcy Ameryki, czy też nowi imigranci (w Montanie mamy do czynienia z Australijczykiem) Najpierw zaczęły się podchody, ogradzanie pastwisk, wzajemne oskarżenia, no a potem wiadomo – wybuchła wojna Dawida (pasterzy) z Goliatem (kowbojami).
         No i właśnie Montana zaczyna się w czasie, gdy ucichły już echa pierwszych owczych wojen, a zwycięzcy - czyli miejscowi hodowcy bydła - wyznaczyli prawo, które zabrania pasterzom przekraczania granic hrabstwa gdzieś w stanie Montana. W tym samym czasie w okolicy pojawia się Morgan Lane (bardzo przekonujący Errol Flynn): hodowca owiec, który urodził się w USA, ale jego rodzice, po owczej wojnie w 1879r. uciekli do Australii, gdzie się wychował i dorastał. Teraz jako dorosły mężczyzna wraca w rodzinne strony, a ze sobą prowadzi wielkie stado owiec. Jak łatwo się domyślić jego pojawienie się doprowadza do konfliktu z miejscowymi kowbojami. Morgan, widząc że nie ma szans w otwartej wymianie ognia, postanawia użyć podstępu. Zostawia stado i ludzi na granicy, a sam przyjeżdża do pobliskiego miasta w roli objazdowego handlarza i zaczyna wikłać się w lokalne gierki, szukając najlepszego sposobu na pozyskanie pastwisk. Wszystko komplikuje się, gdy poznaje Marię Singleton (Alexis Smith) – miejscową magnatkę hodowli bydła.
         Muszę przyznać, że Errol Flynn zagrał świetnie i to on sprawił, że oglądało mi się ten film wybornie. Aktor w prawdziwym życiu pochodził z Tasmanii i chyba dlatego tak wiarygodnie wypadł w roli australijskiego pasterza. Jego postać, czyli Morgan Lane, to człowiek z jednej strony twardy, nie bojący się podejmowania strategicznych decyzji, gotowy do walki o swoje. Z drugiej strony wyrachowany i błyskotliwy dżentelmen, który równie dobrze jak w siodle czuje się w towarzystwie pięknej kobiety czy podczas politycznych bankietów. To właśnie dzięki urokowi osobistemu, otwartości, elastycznemu usposobieniu i niemałej inteligencji jest w stanie odnaleźć się w hermetycznym półświatku miejscowych hodowców bydła, a ostatecznie wykorzystać ich słabości i wewnętrzne problemy do utorowania sobie drogi do wymarzonej doliny.
         Gierki Lane'a idą mu stosunkowo gładko, więc nadarza się okazja do porównania Montany z opisywanym przeze mnie jakiś czas temu Ramrodem, gdzie tak przyjemnie nie było. Oba te filmy bazują na owczych wojnach, lecz są biegunowo inne. Ramrod operuje w bardzo wąskim zakresie tematycznym i opiera się na konflikcie konkretnych ludzi o konkretnych charakterach, konsekwencjach ich postępowania i podejmowanych decyzji. Koncentruje się też na psychologii konfliktu i kreuje wiarygodną atmosferę beznadziei i wyniszczenia. Sprawa owiec i bydła jest tam trzeciorzędna. Z kolei w Montanie mamy do czynienia z kompleksowym ujęciem tematu. Począwszy od wstępu, gdzie dostajemy krótką lekcję historii spędu bydła i owiec, poprzez kreację bohaterów, na życiorysach których owcze wojny odcisnęły głębokie piętno (po obu stronach konfliktu), aż po najzwyczajniejszą w świecie obyczajowość pasterzy, popartą kadrowanymi z rozmachem scenami ze spędów i wypasów. Ostateczną konkluzją z porównania tych dwóch filmów jest to, że ich po prostu nie da się porównać – to dwa zupełnie inne rodzaje westernów.
         No właśnie, jedyne czego mi trochę brakło w Montanie, to nieco więcej wojennej atmosfery: brudnych zagrań i brutalności w zachowaniu bohaterów. Mniej naiwności i bankietowego klimatu. Czytałem trochę o owczych wojnach i wiem, że to były bezkompromisowe walki o być albo nie być, podczas których zastrzelono kilkudziesięciu ludzi i zarżnięto dziesiątki tysięcy sztuk owiec. No ale to już chyba bardziej specyfika lat, kiedy film kręcono niż samego scenariusza.

         Film mi się podobał i jak najbardziej go polecam.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Słońce Świeci Jasno (The Sun Shines Bright) - 1953r.

Dzięki przytomności umysłu kolegi Mariusza z bloga Panorama Kina, regularnie przeglądającego program tv, udało się obejrzeć mało znany film Johna Forda z 1953r. pt. Słońce Świeci Jasno (The Sun Shines Bright). Film jest remakiem innego dzieła J. Forda z 1934r. pt. Sędzia Priest (Judge Priest), który odniósł sukces, choć nie zadowolił w pełni reżysera, skoro zdecydował się on na krok w tył i ponowne podjęcie tematu, w czasach, gdy ludziom w głowach dudniły echa Trylogii Kawaleryjskiej.
         Doczytałem, że pierwszy film Forda został przez wytwórnię Twentith Century Fox okrojony o scenę linczu na czarnoskórym nastolatku, oskarżonym o gwałt. Był to jeden z najważniejszych powodów, dla których reżyser postanowił podjąć temat dwie dekady później, tym razem wraz z wytwórnią Republic Pictures. Zmienił się też tytuł w porównaniu do filmu z lat 30'tych, myślę że w celu rozszerzenia horyzontu przekazowego poza postać sędziego Williama Priesta (Charles Winninger).
        No właśnie, wspomniany sędzia jest centralną postacią filmu, a zarazem epicentrum miasteczka w Kentucky, gdzie toczy się akcja. Używając nomenklatury literackiej to taka Mary Sue – postać, której nie uraczymy w rzeczywistym świecie. Reprezentuje przegraną w Wojnie Domowej frakcję rebeliantów, a mimo to wraz z grupą ziomków-oficerów utrzymują najważniejsze urzędy w mieście. Priest i jego koledzy, otoczeni purytańskimi hipokrytami, odważnie demonstrują neutralność obyczajowo-rasową, wywołując oburzenie na twarzach bardziej konserwatywnych mieszkańców. Spychani do lamusa przez potężną machinę nadchodzącej z północy cywilizacji, toczą beztroski, flegmatyczny żywot, jakby lekceważąc siłę i podstępność konkurencji do piastowanych funkcji. Mimo to, doświadczenie, mądrość i sprawiedliwy osąd sędziego Priesta, w najbardziej krytycznych momentach z życia miasta sprawdza się. Ten człowiek po prostu świetnie nadaje się do tej pracy – a mimo to w przełomowym okresie swej kariery, czyli w zbliżających się wyborach, musi użyć fortelu.
         Można byłoby kilku innym bohaterom poświęcić po akapicie, ale zamiast tego wspomnę o melodii, która odegrała jedną z głównych ról w filmie. Jest to Dixie - hymn konfederatów. Ta piosenka pojawia się wielokrotnie, jako towarzyszka fabuły i symbol politycznych podziałów panujących w miasteczku. Ale wydaje mi się, że jest tu jeszcze drugie dno - przekaz mający na celu uzmysłowić widzom, że nie zawsze to, co przegrywa, jest gorsze, godne potępienia i zapomnienia. Nie, reżyser w ten sposób daje do zrozumienia, że tak jak Dixie potrafi być weselsza czy bardziej lubiana od Yankee Doodle, tak człowiek, będący niegdyś rebeliantem, może być bardziej wartościowy od nie jednego zwolennika Unii.
         Głównym atutem filmu Forda jest scenografia. Potrafimy tu dostrzec Kentucky Rifles nabijane prochem od lufy na wyposażeniu „oldschoolowych” traperów, które w rękach uzdolnionych leśnych strzelców sprawdzały się lepiej niż Winchestery nawet pod koniec dziewiętnastego wieku. To moim zdaniem ukłon w stronę burzliwej historii stanu, wydartego niegdyś przez pionierów z rąk Czirokezów i Szałnisów. Co jeszcze? Mundury i sztandary z czasów Wojny Secesyjnej, parowce, bryczki, a także wiele, wiele innych rekwizytów i strojów. Na plus także senna południowa atmosfera, momentami zakłócana mniej lub bardziej doniosłymi wydarzeniami z życia miasteczka. Mi także bardzo podobała się westernowa konwencja tego bądź co bądź dramatu obyczajowego - zachowanie , ubiór i wyposażenie mieszkańców czy schematy ich funkcjonowania (rozwiązywania konfliktów itp) niczym nie różniły się od znanych z klasycznych westernów. To oczywiście kwestia gustu. Warto też podkreślić dobrze poprowadzone dwa wątki. Owiane tajemnicą dzieje wychowanicy miejscowego doktora, panny Lucy Lee (Arleen Whelan) i związana z tym niechlubna przeszłość generała wojsk konfederackich, spędzającego emeryturę w omawianym miasteczku. A także wątek romantyczny między wyżej wspomnianą panną a młodym paniczem Ashby Corwinem (John Russell), którego powrót w rodzinne strony wywołuje poruszenie wśród mieszkańców. Do tego wszystkiego dołożę jeszcze małe (choć może zbyt daleko idące) porównanie z późniejszym Rio Bravo Howarda Hawksa, gdzie też losy społeczności leżały w rękach grupy outsiderów.
        Na minus przede wszystkim staroświeckie spojrzenie na kwestię czarnoskórych, których pokazano tu jako wiodących sielankowy żywot grajków, woźniców i pomocników żyjących za pan brat ze swymi wspaniałomyślnymi białymi chlebodawcami. Choć akurat u Forda poprawność polityczna mnie nie dziwi. Także brak charyzmatycznych aktorów dał wrażenie jakby niewykorzystanego potencjału, drzemiącego w tej historii. Widać też, że film zremasterowano cyfrowo i to high-definition wywoływało u mnie początkowo dziwne wrażenie sztuczności, choć po chwili się przyzwyczaiłem i nie zwracałem na to uwagi.
         Co ciekawe, ponoć John Ford pytany o swój ulubiony film najczęściej wskazywał właśnie The Sun Shines Bright, co może zaskakiwać u reżysera znanego z wielkich westernów i oscarowych dramatów społecznych. Ponadto wyczytałem też, że choć film w czasie premiery nie zachwycił, to jednak z czasem zaczął zyskiwać coraz większe uznanie krytyków i po dekadach był już uważany za arcydzieło srebrnej epoki Hollywood.  

         Mi osobiście film początkowo nie przypadł do gustu i niemal uległem presji kobiety, która prosiła, żebym przełączył na coś innego – nie ugiąłem się, a z czasem poddałem się magii nostalgicznego obrazu pana Forda i niemrawej, lecz symbolicznej i podszytej poczuciem humoru fabule. Gdy traficie na ten film w telewizji, to obejrzyjcie i sami powiedzcie, co myślicie ;).


sobota, 8 kwietnia 2017

Daniel Boone (Daniel Boone, Trail Blazer) - 1956r.

W bliżej nieokreślonej przyszłości mam zamiar napisać co nieco o ekranizacjach powieści Jamesa Fenimore'a Coopera, ale zanim to zrobię wypadałoby przybliżyć postać Daniela Boone'a – czyli prawdziwego amerykańskiego pioniera, którego przygody zainspirowały pisarza do wymyślenia postaci Nathaniela Bumppo, znanego lepiej pod indiańskim imieniem Sokole Oko. Zrobię to na przykładzie filmu z 1956r. pod tytułem Daniel Boone (Daniel Boone, Trail Blazer.) w reżyserii Alberta C. Gannawaya i Ismaela Rodrigueza, ale to za chwilę.
         Zanim powiem o filmie chciałbym napisać kilka słów o samym Boonie. Żeby wyobrazić sobie jak ważna jest to postać dla podboju dziekiego zachodu, należałoby się cofnąć w czasie i zastanowić, dlaczego Amerykanie rozpoczęli marsz na zachód dopiero na początku dziewiętnastego wieku, a nie dwieście lat wcześniej, czyli od razu po założeniu pierwszych kolonii i ustanowieniu pierwszych prowincji? (abstrahując od tego, że jeszcze wtedy nie byli Amerykanami tylko Anglikami). Odpowiedź na to pytanie znajdziemy, analizując sytuację geopolityczną pierwszych trzynastu kolonii.
        Po tym jak Anglicy stali się właścicielami wszystkich prowincji między Georgią na południu a Nową Anglią na północy ich sytuacja wyglądała następująco. Nie mogli iść na wschód, bo tam był Atlantyk. Nie mogli iść na południe, bo tam były włości hiszpańskie (dzisiejsze stany Floryda i Alabama). Nie mogli iść na północ, bo tam były tereny francuskie (Kanada). I wreszcie nie mogli iść na zachód, bo na przeszkodzie stała naturalna bariera w postaci rozciągających się równolegle do wybrzeża oceanu Apallachów. Na przygotowanej przeze mnie mapce możemy zobaczyć jak góry (na brązowo) zamykają kolonistów w wąskim skrawku Niziny Atlantyckiej. Po Wojnie Siedmioletniej oraz po ogłoszeniu deklaracji niepodległości przez USA sytuacja geopolityczna zmieniła się o tyle, że na północy, w Kanadzie, zamiast Francuzów urzędowali wrogo nastawieni do Amerykanów Anglicy. Żeby więc iść na zachód potrzebne były drogi, by dało się przejechać konno, a najlepiej wozami. Tymczasem przez Apallachy ledwo dało się przejść pieszo (potrafili to tylko Indianie, mieszkający w tych górach od zawsze). Pierwszym białym, który znalazł przejście z Wirginii do Kentucky, był właśnie Daniel Boone. Mało tego, w 1775r na czele trzydziestu drwali wyrąbał w Przełęczy Cumberland szlak, który nazwano Dziką Drogą i którym wreszcie mogły pojechać wozy osadnicze, co doprowadziło do założenia pierwszej na zachód od Apallachów amerykańskiej osady – Boonesborough. Rok później wybuchła wojna o niepodległość.
        I właśnie w tamtym okresie dzieje się akcja filmu. Boone jest już legendą pogranicza, a Boonesborough zmaga się z atakami Indian i sprzymierzonych z nimi Anglików. Film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach i obrazuje najciekawszy okres w życiorysie D. Boone'a i jego rodziny. A chyba najsłynniejszą ich przygodą była zasadzka Indian na wozy, którymi jechała córka trapera Jemima oraz dwie inne nastolatki: Betsey i Fanny Callaway. Dziewczynki zostały porwane przez Szaunisów i uprowadzone w stronę wiosek w Ohio (Indianie mieli w zwyczaju porywać kobiety i dzieci w celach adopcyjnych). Boone stanął na czele grupy pościgowej, która po dwóch dniach dopadła Indian i uwolniła dziewczynki. Ten głośny incydent zainspirował Jamesa F. Coopera do napisania Ostatniego Mohikanina, gdzie córki pionierów zastąpił córkami angielskiego pułkownika Munro, a akcję, zamiast Rewolucji, umiejscowił w czasie Wojny Siedmioletniej.
         Pewnie już trochę wyczuliście, że nie bardzo mi się chce pisać o samym filmie, co? To prawda, niektóre filmy są dla mnie tylko pretekstem do pisania o istotnych wydarzeniach z historii podboju Ameryki. Zresztą, filmy oparte na prawdziwych postaciach i wydarzeniach mają zwykle to do siebie, że te wydarzenia same w sobie są o wiele ciekawsze niż zrobione na ich podstawie ekranizacje. Tym niemniej Daniel Boone to ciekawy western, choć raczej należałoby określić go filmem przygodowym, bo były to czasy, gdy nie używano jeszcze Winchesterów tylko nabijane od lufy długie karabiny (Pennsylvania Riffle). Reżyserzy starali się wykreować romantyczną atmosferę tamtych czasów na podobieństwo J. F. Coopera lub Karola Maya. Nie spodoba się to więc fanom naturalizmu w stylu Zjawy, ale na pewno przypadnie do gustu każdemu, kto cierpi na niedobór książek i filmów umiejscowionych na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku w Ameryce Północnej.

         To nie jest jedyny film o przygodach Daniela Boone'a, bo już wcześniej nakręcono kilka, jak choćby ten z 1936r. z Georgem O'Brienem albo z 1950r. z Davidem Brucem czy późniejszy serial z lat sześćdziesiątych z Fessem Parkerem. Tym niemniej omawiany tu film z 1956r. z Brucem Bennettem w roli tytułowego trapera wydaje się odpowiedni do pierwszego kontaktu z tą barwną postacią pogranicza.

czwartek, 30 marca 2017

Droga Olbrzymów (The Big Trail) - 1930r.

Pierwszy epicki western epoki kina udźwiękowionego nakręcono w 1930r. Droga olbrzymów (The big trail), bo tak go nazwano, to z jednej strony przykład klasycznej sztuki filmowej, która po prawie dziewięćdziesięciu latach wciąż robi wrażenie, a z drugiej strony przykład klapy komercyjnej, jaką film przyniósł w czasach premiery. Za reżyserię odpowiadał Raoul Walsh i to on, za namową Johna Forda, w roli głównej obsadził debiutującego Johna Wayne'a. Do tego wszystkiego dodajmy tematykę Szlaku Oregońskiego oraz szalejący w prawdziwym świecie Wielki Kryzys i możemy śmiało nazwać ten film dużą ciekawostką w historii westernu. Ale po kolei.
            Zacznijmy od Johna Wayna. To nie jest tak, że Droga olbrzymów była jego pierwszym filmem. Grywał już wcześniej, ale zwykle jako statysta lub aktor drugo/trzecio-planowy. Tym razem dostał główną rolę i spisał się naprawdę nieźle. Rola młodego trapera-przewodnika Brecka Colemana rzuca się w oczy i wyróżnia na tle kolejnych jego ról z lat trzydziestych. Sam John Ford, proponując zupełnie nieznanego aktora swemu przyjacielowi Raoulowi Walshowi, powiedział tak: „lubię wygląd tego nowego dzieciaka ze śmiesznym chodem, który zachowuje się jakby był panem świata”.  Niestety dla Wayne'a rola Brecka Colemana stała się małym przekleństwem. Dlaczego?
            No cóż, na pewno nie z jego winy. Po prostu film stał się falstartem dla westernów udźwiękowionych, choć wcale nie był pionierski. Pierwszy western z dźwiękiem, czyli W starej Arizonie (In old Arizona) nakręcono już w 1928r. i ta próba okazała się obiecująca, zgarniając Oscara i dodatkowo jeszcze cztery nominacje, i zachęcając wytwórnię Fox do dalszego inwestowania w gatunek. W ramach ciekawostki można dodać, że pierwszy udźwiękowiony western współreżyserował właśnie Raoul Walsh. Miał też odegrać główną postać w filmie, ale w wypadku samochodowym stracił oko i od tamtej pory zarzucił karierę aktorską, kontynuując tylko pracę reżysera.

            Tymczasem amerykańska infrastruktura kinowa na przełomie lat 20'tych i 30'tych dopiero próbowała dostosować się do nowej technologii dźwięku. O ile standardowe filmy łatwo dało się puszczać w kinach, o tyle do wyświetlania produkcji panoramicznych (widescreen) potrzebne były duże inwestycje. A te, choć planowane, trafiły na nagły krach giełdowy w 1929r, który zapoczątkował Wielki Kryzys. Droga olbrzymów, mimo sporego budżetu i niemałej wartości artystycznej stała się ofiarą krachu i klapą finansową (także klapą w oczach Akademii), a sam western jako gatunek nadwyrężył kredyt zaufania. W dalszych latach okupował głównie kino klasy B i seriale, wskrzeszony dla mainstreamu dopiero po dziewięciu latach przez Dyliżans J. Forda. Dokładnie tak samo potoczyły się losy Johna Wayne'a na wielkim ekranie.
            Film porusza tematykę pierwszych wypraw osadniczych na zachód od Missisipi. W historii USA epizod Szlaku Oregońskiego to sprawa fundamentalna, porównywalna do Dzikiej Drogi na wskroś Appalachów wytyczonej przez Daniela Boona lub pionierskiej wyprawy Lewisa i Clarka w górę rzeki Missouri. Ten istotny etap kolonizacji dzikiego zachodu został w Drodze olbrzymów pokazany kompleksowo i z niezłym rozmachem, choć nie była to bynajmniej pierwsza próba ugryzienia tematu. Wcześniejsze miały miejsce jeszcze za czasów kina niemego. Warto tutaj przytoczyć epicki obraz pt. Karawana (The covered wagon) z 1923r., który śmiało można nazwać pierwowzorem dla dzieła Roula Walsha, bo podobieństwa, szczególnie fabularne, widać we wielu scenach.
            Głównym przesłaniem Drogi olbrzymów jest podróż do ziemi obiecanej. Za wszelką cenę i wbrew przeciwnościom losu. Film ukazuje różnorodność ludzkich charakterów, reprezentowanych przez irlandzkich imigrantów i ich potomków (np. Gus grany przez Ela Brendela), hazardzistów (Bill Thorpe grany przez Iana Keitha), traperów (Zeke grany przez Tully Marshala), myśliwych (Red Flack grany przez Tyrona Powela) czy bandytów (Lopez grany przez Charlesa Stevensa). Obraz czasem zabawny, czasem złowrogi, a czasem wzruszający. Wszystkich łączy determinacja i niezłomność, wielokrotnie wystawiana na próbę przez potęgę natury czy wrogość miejscowych plemion. Nie brakuje w tej gromadzie wewnętrznych tarć i animozji. Postaci, choć nieco kukiełkowate, stanowią niezwykle wyrazisty przekrój ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa - ludzi prostych, niewiele znaczących w swoich mikro-światach, często uciekinierów, bandytów lub nieudaczników, ale też ludzi, którzy w oczach potomków okazali się herosami czy też właśnie tytułowymi olbrzymami. Kwintesencją tego przesłania są dwie patetyczne tyrady Brecka Colemana. Jedna na temat wielkiej, pięknej doliny rozciągającej się między wysokimi do nieba pasmami gór (chodzi tu o położoną miedzy górami Skalistymi i Sierra Nevada Wielką Kotlinę). Druga zaś o wytrwałości w dążeniu do celu, podczas sceny gdy karawana błądzi w  burzy śnieżnej. Ten purytański mesjanizm to, obok chęci zysku i eksploracji nieznanego, jedna z najbardziej charakterystycznych cech podboju dzikiego zachodu.


            Powiem tak. Zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dzisiejszej percepcji sztuki filmowej Droga olbrzymów może się wydawać mało atrakcyjna. Ale  mimo wszystko jest to dzieło epickie - zrobione z solidnym rozmachem i wzbogacające widza o kawałek wiedzy historycznej (zarówno filmowej jak i dziejowej), a ja cenię takie filmy, takich szukam najbardziej i po nałożeniu filtru artystyczno-technologicznego czerpię z nich mnóstwo przyjemności. Jest to bowiem kwintesencja amerykańskiego westernu i klasyka par excellence. Polecam.