czwartek, 4 maja 2017

Rewolwerowcy (Gunfighters) - 1947r.

Jeśli można powiedzieć, że istnieje oddzielna kategoria filmów – tak zwane „westerny z Randolphem Scottem”, to Rewolwerowcy (Gunfighters) zdecydowanie się do nich zalicza. I to wcale nie oznacza nic strasznego – wręcz przeciwnie. Tytułowy film wyreżyserował George Waggner w 1947r. i jestem niemal pewien, że scenariusz oparto na starszym, dużo słabszym klasyku - prawdopodobnie z lat 30'tych, który kiedyś oglądałem, ale nie pamiętam co to był za film i nigdzie nie mogę go znaleźć. Być może pląta mi się po myślach inna, czarno-biała wersja tego samego westernu. A może coś mi się przyśniło, a pan Randolph po prostu ewoluuje w moich oczach, bo prawdę mówiąc, z każdym kolejnym obejrzanym filmem, w którym grał, coraz bardziej ten aktor mi imponuje.
        Głównym bohaterem jest rewolwerowiec, Brazos Kane. Jego sława staje się tak duża, że pewnego dnia najlepszy przyjaciel wyzywa go na pojedynek. Po tym incydencie Kane podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę. Zdejmuje pas z rewolwerami i wiesza go na kołku, a potem wyjeżdża. Dociera do miasteczka w Arizonie, gdzie staje się świadkiem morderstwa popełnionego na znajomym ranczerze. Gdy informuje o zajściu miejscowych, ci biorą go za zabójcę i niemal linczują. Kane postanawia odszukać winnych na własną rękę. Pomaga mu w tym stary ranczer Inskip (Charley Grapewin), młodzieniec o imieniu Johnny (John Miles) i córka lokalnego hodowcy bydła Jane (Dorothy Hart).
        Ot, można by powiedzieć, że to fabuła jakich wiele. Rewolwerowiec przyjeżdża do nowego miejsca, gdzie wplątuje się w konflikt interesów i staje po stronie słabszych. Przy okazji zakochuje się w pięknej dziewczynie i uczy młokosa jak radzić sobie z bronią. Niby standard, ale nie do końca. Jest w tym filmie coś jeszcze, co sprawia, że dobrze się go ogląda, dobrze się o nim rozmyśla i dobrze się o nim pisze. Wątek kryminalno-psychologiczny – poprowadzony powoli i umiejętnie przez reżysera. Uwikłanych jest w niego wiele osób i Brazos Kane, domyślając się kto jest mordercą, musi działać subtelnie. Utrudniają mu to: decyzja o odstawieniu w kąt broni palnej; fakt, że zaufana dziewczyna ma siostrę bliźniaczkę; oraz hermetyczne małomiasteczkowe środowisko, w którym jako rewolwerowiec i rzekomy zabójca - jest persona non grata.
        Film mimochodem reprezentuje pewien nurt wdzierający się do gatunku właśnie w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Westerny powstawały wtedy jak grzyby po deszczu, ale producenci, reżyserzy i scenarzyści coraz śmielej łączyli gatunki – dodawali elementy kryminału, filmu noir, dramatu. Wikłali swoich bohaterów w coraz bardziej skomplikowane intrygi i tworzyli postaci niejednoznaczne.
         Czy spojrzymy w przód na Strzały o Zmierzchu, czy w tył na Western Union, Randolph Scott na przestrzeni całej swojej kariery grywał role nie do końca praworządnych bohaterów, nawróconych lub z dwuznaczną przeszłością i był w tym dobry. Mam wrażenie, że w Gunfighters klasyczny motyw ex-rewolwerowca, który przybywa do miasteczka, gdzie broni słabszych, jest tylko pretekstem do pokazania czegoś bardziej złożonego. Kane to zabijaka, ale potrafi też być dobrym człowiekiem. No właśnie, tylko czy aby na pewno dobrym, czy może wyrachowanym i skutecznym? Czy jest naiwny, wierząc, że da się uwolnić od przeszłości i zapomnieć o tym, w czym jest się najlepszym? Czy jest egoistą – gdy odjeżdża, nie wypełniwszy własnego postanowienia? Czy może to wszystko jest jego sposobem na życie? Znamienny jest cytat z początku filmu:

        „Kiedy twój najlepszy przyjaciel wyzywa cię na pojedynek, to znaczy, że już czas by odstawić broń. Ale tak właśnie było w Panhandle, w Wichita, w Dodge... żyć lub umrzeć – w zależności od tego, kto prędzej wyciągnie rewolwer...”

        Końcówka filmu, w której Brazos odjeżdża w siną dal w towarzystwie Jane pozostawia jego przyszłość w domysłach widza. Wiemy, że co jakiś czas jest zmuszony zmienić swoje miejsce na ziemi, podróżując ze wschodu na zachód. Był już w Texasie (Panhandle), próbował w Kansas (Wichita i Dodge), teraz nie wyszło w Arizonie. Czy w końcu znalazł miłość i uda mu się ustatkować, tym razem gdzieś w Kalifornii? Czy może historia zatoczy koło i nawiąże do powyższego cytatu?
        Dla mnie Brazos Kane to bardzo ciekawa postać, a sam film Rewolwerowcy to kolejny mały krok w ewolucji westernu, który to gatunek w następnej dekadzie bez reszty zapomni o ogniskowej atmosferze, podziale na czarne i białe czy piosenkach śpiewanych przez głównych bohaterów, i spłodzi całe mnóstwo arcydzieł, poprzeplatanych przez mniej wyraziste i często wytykane palcem „westerny z Randolphem Scottem”.

         Haters gona hate, ale ja ten film maniakom westernów polecam.



0 komentarze:

Prześlij komentarz