niedziela, 23 kwietnia 2017

Słońce Świeci Jasno (The Sun Shines Bright) - 1953r.

Dzięki przytomności umysłu kolegi Mariusza z bloga Panorama Kina, regularnie przeglądającego program tv, udało się obejrzeć mało znany film Johna Forda z 1953r. pt. Słońce Świeci Jasno (The Sun Shines Bright). Film jest remakiem innego dzieła J. Forda z 1934r. pt. Sędzia Priest (Judge Priest), który odniósł sukces, choć nie zadowolił w pełni reżysera, skoro zdecydował się on na krok w tył i ponowne podjęcie tematu, w czasach, gdy ludziom w głowach dudniły echa Trylogii Kawaleryjskiej.
         Doczytałem, że pierwszy film Forda został przez wytwórnię Twentith Century Fox okrojony o scenę linczu na czarnoskórym nastolatku, oskarżonym o gwałt. Był to jeden z najważniejszych powodów, dla których reżyser postanowił podjąć temat dwie dekady później, tym razem wraz z wytwórnią Republic Pictures. Zmienił się też tytuł w porównaniu do filmu z lat 30'tych, myślę że w celu rozszerzenia horyzontu przekazowego poza postać sędziego Williama Priesta (Charles Winninger).
        No właśnie, wspomniany sędzia jest centralną postacią filmu, a zarazem epicentrum miasteczka w Kentucky, gdzie toczy się akcja. Używając nomenklatury literackiej to taka Mary Sue – postać, której nie uraczymy w rzeczywistym świecie. Reprezentuje przegraną w Wojnie Domowej frakcję rebeliantów, a mimo to wraz z grupą ziomków-oficerów utrzymują najważniejsze urzędy w mieście. Priest i jego koledzy, otoczeni purytańskimi hipokrytami, odważnie demonstrują neutralność obyczajowo-rasową, wywołując oburzenie na twarzach bardziej konserwatywnych mieszkańców. Spychani do lamusa przez potężną machinę nadchodzącej z północy cywilizacji, toczą beztroski, flegmatyczny żywot, jakby lekceważąc siłę i podstępność konkurencji do piastowanych funkcji. Mimo to, doświadczenie, mądrość i sprawiedliwy osąd sędziego Priesta, w najbardziej krytycznych momentach z życia miasta sprawdza się. Ten człowiek po prostu świetnie nadaje się do tej pracy – a mimo to w przełomowym okresie swej kariery, czyli w zbliżających się wyborach, musi użyć fortelu.
         Można byłoby kilku innym bohaterom poświęcić po akapicie, ale zamiast tego wspomnę o melodii, która odegrała jedną z głównych ról w filmie. Jest to Dixie - hymn konfederatów. Ta piosenka pojawia się wielokrotnie, jako towarzyszka fabuły i symbol politycznych podziałów panujących w miasteczku. Ale wydaje mi się, że jest tu jeszcze drugie dno - przekaz mający na celu uzmysłowić widzom, że nie zawsze to, co przegrywa, jest gorsze, godne potępienia i zapomnienia. Nie, reżyser w ten sposób daje do zrozumienia, że tak jak Dixie potrafi być weselsza czy bardziej lubiana od Yankee Doodle, tak człowiek, będący niegdyś rebeliantem, może być bardziej wartościowy od nie jednego zwolennika Unii.
         Głównym atutem filmu Forda jest scenografia. Potrafimy tu dostrzec Kentucky Rifles nabijane prochem od lufy na wyposażeniu „oldschoolowych” traperów, które w rękach uzdolnionych leśnych strzelców sprawdzały się lepiej niż Winchestery nawet pod koniec dziewiętnastego wieku. To moim zdaniem ukłon w stronę burzliwej historii stanu, wydartego niegdyś przez pionierów z rąk Czirokezów i Szałnisów. Co jeszcze? Mundury i sztandary z czasów Wojny Secesyjnej, parowce, bryczki, a także wiele, wiele innych rekwizytów i strojów. Na plus także senna południowa atmosfera, momentami zakłócana mniej lub bardziej doniosłymi wydarzeniami z życia miasteczka. Mi także bardzo podobała się westernowa konwencja tego bądź co bądź dramatu obyczajowego - zachowanie , ubiór i wyposażenie mieszkańców czy schematy ich funkcjonowania (rozwiązywania konfliktów itp) niczym nie różniły się od znanych z klasycznych westernów. To oczywiście kwestia gustu. Warto też podkreślić dobrze poprowadzone dwa wątki. Owiane tajemnicą dzieje wychowanicy miejscowego doktora, panny Lucy Lee (Arleen Whelan) i związana z tym niechlubna przeszłość generała wojsk konfederackich, spędzającego emeryturę w omawianym miasteczku. A także wątek romantyczny między wyżej wspomnianą panną a młodym paniczem Ashby Corwinem (John Russell), którego powrót w rodzinne strony wywołuje poruszenie wśród mieszkańców. Do tego wszystkiego dołożę jeszcze małe (choć może zbyt daleko idące) porównanie z późniejszym Rio Bravo Howarda Hawksa, gdzie też losy społeczności leżały w rękach grupy outsiderów.
        Na minus przede wszystkim staroświeckie spojrzenie na kwestię czarnoskórych, których pokazano tu jako wiodących sielankowy żywot grajków, woźniców i pomocników żyjących za pan brat ze swymi wspaniałomyślnymi białymi chlebodawcami. Choć akurat u Forda poprawność polityczna mnie nie dziwi. Także brak charyzmatycznych aktorów dał wrażenie jakby niewykorzystanego potencjału, drzemiącego w tej historii. Widać też, że film zremasterowano cyfrowo i to high-definition wywoływało u mnie początkowo dziwne wrażenie sztuczności, choć po chwili się przyzwyczaiłem i nie zwracałem na to uwagi.
         Co ciekawe, ponoć John Ford pytany o swój ulubiony film najczęściej wskazywał właśnie The Sun Shines Bright, co może zaskakiwać u reżysera znanego z wielkich westernów i oscarowych dramatów społecznych. Ponadto wyczytałem też, że choć film w czasie premiery nie zachwycił, to jednak z czasem zaczął zyskiwać coraz większe uznanie krytyków i po dekadach był już uważany za arcydzieło srebrnej epoki Hollywood.  

         Mi osobiście film początkowo nie przypadł do gustu i niemal uległem presji kobiety, która prosiła, żebym przełączył na coś innego – nie ugiąłem się, a z czasem poddałem się magii nostalgicznego obrazu pana Forda i niemrawej, lecz symbolicznej i podszytej poczuciem humoru fabule. Gdy traficie na ten film w telewizji, to obejrzyjcie i sami powiedzcie, co myślicie ;).


2 komentarze:

Mariusz pisze...

Słońce świeci jasno, nie wysoko ;) Programu tv nie sprawdzam regularnie, po prostu na Facebooku obserwuję kanał TVP Kultura i stąd wiedziałem o tym filmie. Niestety, info doszło do mnie zbyt późno (w ten sam dzień, co emisja), więc istniało prawdopodobieństwo, że mogłeś nie zdążyć w porę przeczytać informacji. Poza tym, cieszę się, że to nie był dla Ciebie stracony czas, a nawet przeprowadziłeś mały research i napisałeś artykuł ;)

Andrzej Baku Baku pisze...

No ok, niech będzie, że świeci jasno, ale szczerze mówiąc wszystko, co przeczytałem o tym filmie było po angielsku i nigdzie oprócz TVP Kultura nie widziałem innego tytułu, stąd chyba postanowiłem sobie nadać własny :). Chyba zostawię tak jak jest - co za różnica, skoro i tak w Polsce ten film pewnie widziało z 10 osób ;).
A artykuł napisałem, bo film wydał się ciekawy i pełen ciekawostek.

Prześlij komentarz